piątek, 5 listopada 2021

7. U celu

 Ląd, po tylu dniach w końcu go zobaczyliśmy. Miałam dosyć przebywania na łodzi wśród tego towarzystwa, a na Lance'a nie mogłam już patrzeć. Zwyczajnie potrzebuję odpoczynku. Wiem, nie przyjechaliśmy tutaj odpoczywać, on również nie miał mi tego czasu umilać, mieliśmy trenować.

I trenowaliśmy, przez całą resztę dni żeglugi, która trwała całe dziesięć dni. Codziennie. Zdarzało się nawet, że dwa razy dziennie. W przeciwieństwie do niego nie dysponowałam i nie dysponuję takim zapasem energii. Wkurzał mnie ciągłym powtarzaniem, że użalanie mi w niczym nie pomoże. Nawet jednego dnia tak się we mnie zagotowało, że oberwał mocnym strumieniem jasnego światła. To wszystko wystrzeliło nagle, niekontrolowanie. Po prostu się wściekłam i dosłownie wybuchłam. Uderzył wtedy nieźle o ścianę, nie był zadowolony z takiego obrotu sytuacji. 
Po tym wypadku przestał być pobłażliwy. Nie pozwalał mi na długie przerwy na oddech, nie mogliśmy ćwiczyć pod pokładem - Nemora miała spokój, już nie musiała zajmować się pomieszczeniem. Krótko mówiąc, Lance zachowywał się jakby chciał ten trening zakończyć jak najszybciej dlatego poza nimi przestaliśmy mieć jakikolwiek inny kontakt. Nie zamieniliśmy nawet słowa. Jedyne co słyszał z moich ust to jakieś mruczenie, a ja od niego uwagi i polecenia. Na tym koniec.
Z resztą moje stosunki się za dużo nie zmieniły przez ten czas. Berius zagadał jeśli miałam czas i siły, ale nie trwało to długo. Kilka zdań i uciekał dalej, nie mógł usiedzieć w miejscu. Idalia mi się kilka razy przydała. Sama się do niej zgłosiłam, nie chciałam jeszcze zaglądać do paczki od Ewelein, dlatego to ją poprosiłam o coś na liczne siniaki i bóle po treningach ze smokiem. Była bardzo miła i wydawała się spłoszona, a za każdym razem gdy próbowałam ją lepiej poznać pojawiała się Nemora i przerywała. Jej niechęć do mojej osoby biła po oczach na metry dlatego wolałam się trzymać z daleka. Jedyną osobą, z którą nie udało mi się zamienić nawet słowa był Gorlas, który spał, stał przy sterze albo drzemał na pokładzie.
Cała podróż mi się dłużyła, a ciało domagało się ucieczki, jak najdalej od trenera tyrana.

Gdy dopływaliśmy na miejsce drzemałam, byłam wykończona poranną męczarnią z Lancem. Nie wiem ile spałam, ale zdecydowanie za mało. Obudził mnie Berius, który zszedł po coś dla smoka. Natychmiast się podniosłam i pobiegłam na górę. Widok mnie zachwycił.

Statek właśnie zacumował w dość sporym i w pełni drewnianym porcie, w którym znajdowało się kilka budynków. Ładnie, ale moją uwagę zwróciła skalista plaża oraz krajobraz składający się głownie z gór i zieleni. 
Uśmiechnęłam się, uwielbiam takie widoki. Nawet delikatny chłodny wiatr tego nie popsuje.
Nie chcąc dłużej czekać na odkrywanie tego piękna zawróciłam po swoje rzeczy. Przez pośpiech nie zauważyłam i zderzyłam się z nikim innym, jak trenerem tyranem. Odsunęłam się zaraz i wymamrotałam ciche przeprosiny.
- Spokojnie. Zaraz wszyscy tam pójdziemy - założył ręce. - Poczekajcie tu, musze się spotkać z tutejszym przedstawicielem władzy i przekazać list od Huang Hua. - Nie wyglądał na zadowolonego. - Jeśli chcesz się na coś przydać to wyślij chowańca do kwatery. Napisz, że dotarliśmy na miejsce - minął mnie i odchodzić. Kiwnęłam jedynie głową. 

Weszłam pod pokład i natychmiast wzięłam się do roboty. Napisałam szybką notkę, jak prosił Lance podając mniej więcej szczegóły o które wypytałam Beriusa. Chętnie mi powiedział, co powinno się w niej zawierać, a następnie wykorzystując jednego z chowańców od Purreru wiadomość powędrowała w stronę kwatery.

Nie minęło pięć minut, a nasz dowódca wrócił i braliśmy swoje rzeczy. Z tego co mówił to mogliśmy tu spokojnie cumować i nikt nie miał w obowiązku pilnować łodzi - gospodarze zobowiązali się zapewnić jej bezpieczeństwo. Jeśli zaś chodzi o nas to czekał na nas przewodnik, który miał pokazać gdzie będziemy mogli spokojnie się rozgościć.
Był to chłopak, tak na oko w moim wieku, wysoki blondyn o niebieskich oczach. Nie, wcale nie zawiesiłam na nim oka, bo był przystojny, nawet na chwilę. Wracając do rzeczywistości.. Ubrany był w zwykłe spodnie, jakieś wygodne buty i luźną koszulę z wycięciem przez co było widać zarys jego umięśnionej klatki. Nie można go porównać do Lance'a, smok przy nim wydawał się większy, a Martin był wysoki, szczupły i umięśniony. Na jego prawej ręce dawało się dostrzec fragmenty jakiegoś tatuażu schowanego pod ubraniem. Przedstawił się i ruszyliśmy jego śladami. Według tego co mówił został wyznaczony na naszego opiekuna i w razie potrzeby mogliśmy liczyć na jego pomoc.

Maszerowaliśmy dobrą godzinę, a droga do najłatwiejszych nie należała. Dookoła było pełno skał i przejrzystych strumieni, nad nami unosiły się skaliste i zielone góry, których wierzchołków nie zawsze można było dostrzec. Nie mijaliśmy wiosek czy większych skupisk ludzi, okolica wydawała się wyludniona. Dopiero pod koniec naszej wędrówki ukazało się duże skupisko budynków i osób.
Osada była położony chyba w najpłastszym terenie, jaki do tej pory mijaliśmy. Dookoła ciągle nie brakowało gór, a po jednej ze stron rozciągał się gęsty las. Przez środek przepływał czysty strumień w górę którego wciąż szliśmy. 
- Witajcie w Tenpu - Martin rozłożył szeroko ręce i z szerokim uśmiechem pokazał po okolicy. Tenpu, trzeba zapamiętać, chociaż brzmi specyficznie. - Jeśli chodzi o posiłki, to osobiście zachęcam do odwiedzenia karczmy przy placu targowym. Prowadzi ją mój przyjaciel Aron, jest naprawdę pysznie. W pobliżu znajduje się również magistrat, odpowiedzialny za nas wszystkich. Świątynie są przy głównej ścieżce prowadzącej w stronę lasu. A jeśli będziecie potrzebowali zrobić jakieś zakupy to sklepy są porozrzucane wszędzie. W godzinach porannych rozkładają się również sprzedawcy na placu, mają głownie jedzenie i wszystko co trzeba by je przyrządzić. 
- Świetnie - przerwał mu Torin. - A gdzie my mamy się zatrzymać? 
Chłopak się nieco speszył.
- A tak, wybaczcie. Wasz domek jest tam - wskazał na niewielkie wzgórze, na którym stała zbudowana z drewna i kamieni chatka. - Kiedyś to była przychodnia, ale odkąd została przeniesiona w okolice rynku stoi pusty. Rozgośćcie się. Gdybym był potrzebny to znajdziecie mnie w karczmie albo w kuźni pod lasem - uśmiechnął się do nas robiąc krok w stronę, o której wspominał.
- Jesteś kowalem? - Idalia wydawała się nim nieco oczarowana. Nie dziwie się, miał naprawdę ładny uśmiech. Chłopak roześmiał się i pokręcił przecząco głową. 
- Tylko jego synem. Nie bardzo mnie do tego ciągło, więc musiał znaleźć kogoś innego na ucznia - wzruszył lekko ramionami, a z jego twarzy nie znikał uśmiech. Naprawdę ciekawa osobowość.  - Nie będę was dłużej zatrzymywał, pewnie potrzebujecie odpoczynku. Do zobaczenia.. 
I uciekł. 
Nie dało się przeoczyć wrażenia, że Lance'owi ulżyło. Odetchnął głośno i ruszyliśmy w stronę wskazanego budynku.

Były budynek po lecznicy był dość spory, a jego drzwi otwarte. Pierwsze co rzuciło się w oczy po wejściu to masa kurzu i pajęczyn. Czeka nas dużo sprzątania zanim poczujemy się tu swobodnie. 
Jeśli zaś chodzi o ilość dostępnego miejsca to było go w sam raz. Pomieszczenie na wejściu miało kominek i kilka szafek, znalazła się również kanapa. Za wąskimi drzwiami znajdowało się coś na wzór łazienki, ale nie wiem czy bym odważyła się z niej skorzystać w takim stanie w jakim jest teraz. Dalej był ogromny pokój i wąskie schody na górę. Na dole musiała być jakaś sala dla chorych ponieważ znajdowało się kilka zniszczonych łóżek, a od sufitu resztki kotar pomiędzy nimi. Na górze było natomiast pusto. Nie stały tam żadne meble. Znajdowały się tam tylko drzwi prowadzące na taras, który wisiał nad wejściem do budynku.
- Idalia, ty się tu rozłożysz - Lance zerknął na dziewczynę. - Niech to będzie nasza przychodnia. Oby się jednak nie przydała..  - powoli podszedł w pobliże drzwi. - Wydaje się stabilnie. Dziewczyny zajmijcie się ogarnięciem trochę tego miejsca. My wrócimy na łódź.. 

Dwie godziny sprzątania, zamiatania i ogólnego ogarniania całego tego bałaganu. W tym czasie chłopaki obrócili do łodzi i z powrotem przynosząc ważniejsze rzeczy. Udało im się poprosić kilku tutejszych aby pomogli, inaczej szybko by się nie wyrobili. 
Gdy wrócili nie dało się przeoczyć rozpalonego ognia i przygotowanych łóżek. Było ich mniej niż potrzeba, dlatego ktoś będzie musiał spać na kanapie. Zgłosiłam się na ochotnika, nie będę miała z tym żadnego problemu i mimo jej krótszej niż łóżka długości wydawała się w najlepszym stanie. Na nich niektóre materace były poprute i dziurawe, a deski połamane. Starałyśmy się to jakoś pomaskować używając tego co przynieśli panowie. Efekt był całkiem zadowalający.
Pod koniec wzięłam się za przyrządzenie czegoś do jedzenia.
Nie wiem czy smakowało dużo lepiej niż na statku ponieważ było przygotowane nad prawdziwym, dzikim ogniem czy przez zmęczenie jakie nas wszystkich dotykało. 
- Tego było mi potrzeba - Berius wziął już kolejną dokładkę i wygodnie oparł się o ścianę. Część z nas zajmowała kanapę, a reszta rozgościła na podłodze, byłam jedną z nich. Przed nami stał mały rozkładany stolik, który chłopcy przynieśli ze statku, a na nim niemal już pusty garnek.
- Przyznaję, to był wykańczający dzień - Nemora wyciągnęła się ziewając przeciągle.
- Nie cieszcie się na zapas. Dziś dam wam odpocząć, ale od jutra zaczynamy - Lance przebiegł po nas wszystkich uważnym wzrokiem. - Huang Hua prosiła żebyśmy zajęli się tym miejscem jak najdokładniej, ale i w miarę szybko. Mamy co robić u siebie - powoli się podniósł. - Idźcie się położyć.
- Nie wyznaczamy jakiejś warty? - Torin spojrzał za smokiem. - Wiem, że powinni być do nas raczej pokojowo nastawieni, ale nigdy nie wiadomo.. 
- Zajmę się tym, pomyślę - podszedł do wyjścia. - Wy możecie się wyspać. Będę czuwał dzisiejszej nocy, ale nie sądzę by to było konieczne. 
- Skoro tak mówisz.. - wszyscy zaczęli się zbierać. Ja również się podniosłam, ale najpierw wzięłam za sprzątanie. Reszta grupy raczej się do tego nie paliła, zniknęli w pomieszczeniu obok. Zaczęłam zbierać brudne naczynia gdy w zasięgu mojego wzroku pojawiła się dłoń w ciemnej rękawicy, którą dobrze znałam i zaczęła mi podkradać brudy.
- Nie wychodziłeś? - zerknęłam krótko na jasnowłosego. 
- Mówiąc o wypoczynku ciebie też miałem na myśli  - nawet zaczął zabierać mi z rąk naczynia. - Będziesz brała czynny udział w tym wszystkim. Przy okazji się czegoś nauczysz. - Nie spoglądając na mnie ruszył w stronę szafek, na których stało naczynie z wodą. Miał zamiar zacząć zmywać? No tego to się nie spodziewałam. Nie widziałam żeby robił coś takiego na statku, zwykle siedział na dziobie albo w każdym innym miejscu, ale nie kwapił się do tego typu prac. Jak to można się miło zaskoczyć czasem. - Co tak się patrzysz? - Wydawał się rozbawiony. - Ja tu zostanę, ty się normalnie połóż.. - tyłem do mnie machnął ręką jakby mnie przeganiając. 
Kręcąc głową poszłam się położyć.

Nie dane mi było zasnąć, a przynajmniej nie szybko, gdy już to zrobiłam dręczyły mnie koszmary. Pierwszy, był ten do którego właściwie przywykłam - pole bitwy, martwi towarzysze i na koniec ranny Valkyon w towarzystwie psychopatycznego śmiechu jego brata. Obudziłam się wtedy i szybko obejrzałam gdzie jestem i czy kogoś nie obudziłam. Na szczęście spali, jak zabici. W towarzystwie mocnego światła księżyca położyłam się nowo. Tym razem obrazy nie były drastyczne.
Byłam na scenie i grałam na pianinie. Rozpoznawałam to miejsce i czas - szkolny pokaz talentów. Spod klawiszy które naciskałam wydobywały się dźwięki w rytmie Hedwig's Theme z Harrego Pottera, faktycznie wtedy to grałam, ale nie przypominam sobie aby nagle muzyka się zmieniała na ponurą. W moim śnie tak się stało, a dodatkowo zamiast płaczącego na widowni dziadka widziałam ciemne cienie ze świecącymi oczami. Najbardziej wpatrywały się we mnie dwie pary, które po chwili zaczęły się zbliżać. Muzyka ucichła, dziwna czarna masa zaczęła mnie otaczać, całe moje ciało przeszedł ból. Czułam jakby tysiące lodowatych igieł wbijało się w moje ciało. Krzyknęłam, a moje oczy się otworzyły.

Nie mam pojęcia co oznaczał ten sen, chyba nawet nie chcę wiedzieć. Nie mogłam już po nim zasnąć dlatego powoli wyślizgnęłam się z łóżka i ruszyłam do naszej prowizorycznej kuchni. Za oknami panowała szarówka, musiało być wcześnie. Gdy przekroczyłam próg pomieszczenia ujrzałam tlący się ogień w kominku i śpiącego w niezbyt wygodnej pozycji na kanapie Lance'a. Siedział z odchyloną głową do tyłu, oczy miał zamknięte, a na stoliku stała pusta butelka.
Podeszłam bliżej i powąchałam, zaleciało owocami, ale bez grama alkoholu - tylko tego by brakowało. 
Nie chcąc go budzić założyłam na siebie ciepłe okrycie i wyszłam na zewnątrz. Świeże powietrze dobrze mi zrobi.
Usiadłam na progu domku i wzięłam głęboki oddech. Chłód przeszedł po moich wnętrznościach, ale nie był nieprzyjemny. Podkuliłam kolana i spojrzałam w niebo. Pierwsze promienie słońca zaczęły przebijać między górami, a z oddali dało się usłyszeć dźwięki wydawana przez różne chowańce. Wydawało się tu bardzo spokojnie. Zerknęłam w stronę centrum. Martin wspominał o jakimś rynku od rana, może by się tam wybrać? 

Nie zastanawiając się długo wzięłam szybko swoją torbę i ruszyłam w stronę zabudowań. Po drodze mijałam kilka osób, większość z nich zdobiły tatuaże przypominające jakieś runy, zawijane linie, te które widziałam różniły się od siebie, ale jednocześnie były bardzo podobne. Dodatkowo ubiór tych ludzi, tak prosty, mało zdobny. Zawierał jedynie jakieś wyszycia, zero koralików czy pstrokatych kolorów. Widać też było dostosowanie do dość niskiej temperatury, ponieważ jako jedyna miałam na sobie grubszą, bordową pelerynę z kapturem. Widząc ją pierwszy raz w butiku u Purriry śmiałam się, że wyglądam jak Czerwony Kapturek, ale to nie umniejsza jej urokowi i ciepłu jakie daje. 

Po dziesięciu minutach dotarłam na wielki plac, na którym rozkładały się liczne stoiska. Faktycznie wyglądało na to, że dostaniemy tu głownie artykuły spożywcze, ale dostrzegłam również garnki i stoisko z ubraniami, a nawet z gotowymi przysmakami na ciepło. 
Zaczęłam się powoli przechadzać między nimi i przyglądać. Moją uwagę przykuła biżuteria, którą sprzedawała starsza kobieta. Wisiorki wydawały się proste, ale równocześnie bardzo interesujące. 
Rozejrzałam się po przypadkowych przechodniach, niektórzy z nich nosili coś na szyi, jedni chowali pod bluzką, drudzy mieli na wierzchu. Wróciłam wzrokiem do kobiety, uśmiechnęła się do mnie serdecznie.
- Pomóc ci w czymś kochanienka? - Jej głos był dość ochrypły, ale nie odstraszał od jej osoby.
- Zastanawiam się.. One mają jakieś znaczenie? - wskazałam na wisiorki. Staruszka podniosła się ze swojego krzesełka i podeszła bliżej. 
- Nie jesteś stąd, prawda? - Zmierzyła mnie wzrokiem. Mogłam tylko przytaknąć. - Przybliżę ci to trochę, a potem dostaniesz jeden. W prezencie ode mnie, dobrze ci z oczu patrzy - położyła dłoń na mojej, a przez ciało przeszedł mnie dreszcz, była taka ciepła. 
Dosłownie po momencie zaczęła pokazywać poszczególne okazy i tłumaczyć, co przedstawiają. Niektóre z tych wzorów kojarzyłam z Ziemi, przewijały się. Tyle podobieństw, powinnam była się domyślić, że będę znajdowała je w całej Eldaryi, także tutaj.

Jeden z wisiorków miał wygrawerowane drzewo Yggdrasil, które według słów kobiety ma rosnąć gdzieś przy ścieżce w stronę lasu, a więc po drodze do świątyń, które widocznie nie znajdują się tam przypadkowo. Kolejnym symbolem była Swarzyca, symbolizująca między innymi szczęście, dobrobyt. Nie dało się również przegapić biżuterii z runami, których znaczenia były naprawdę różne. Doprawdy niesamowita mieszanka. Podpytując nieco staruszkę o tutejsze wierzenia usłyszałam, że są bardzo pokojowi. Nie da się tego przegapić po tych wszystkich symbolach. Podobno też należą do jednych z najlepszych wojowników, ale nie angażują się w nie swoje wojny i nie wywołują ich sami, chronią tylko porządku i działają, jeśli widzą, że to naprawdę konieczne. Nie uniknęłam skojarzeń z poprzedniego życia, ale wolałam nie wspominać, że jestem człowiekiem, mogłaby zmienić co do mnie zdanie. 
Chciałam się zbierać, więc podziękowałam jej i kupiłam jeden z wisiorków. Upierała się, że da mi go za darmo, ale również potrafię być uparta i na mojej szyi zawisła wspominana Swarzyca. Jest nieco podobna do innego symbolu, i w moim świecie nie kojarzy się dobrze, ale to tylko podobieństwa. Poza tym ten człowiek i tak zawłaszczył sobie coś co było dużo wcześniej niż on.

Pospacerowałam po rynku jeszcze trochę, a żeby nie wrócić z pustymi rękoma i nie narazić się towarzyszom za zniknięcie kupiłam kilka tutejszych produktów - zawsze to jakaś wymówka, naprawdę nie mam ochoty na przepychanki.
Gdy wracałam do naszego domku słońce zdążyło wyjść na dobre, a z komina dało się dostrzec wyraźniejszy dym. Westchnęłam ciężko i przekroczyłam próg. W pomieszczeniu siedział Torin i Berius, a Idalia właśnie przygotowywała coś do jedzenia. Natychmiast wszyscy spojrzeli w moją stronę. Nie ukrywam, że było to nieco niezręczne. 
- Znalazła się zguba - chwilową ciszę przerwała pielęgniarka. - Myśleliśmy, że będziemy musieli cię szukać po okolicy. Gdzie byłaś? - odłożyła nóż, którym coś kroiła i założyła ręce na biodra. 
- Na targu.. - uniosłam lekko do góry pełną torbę na potwierdzenie. - Martin wspominał, że od rana wystawiają się sprzedawcy. Obudziłam się dość wcześnie, a że wszyscy spaliście to poszłam sama się rozejrzeć - postawiłam torbę na jednej z szafek. Do pomieszczenia weszła wtedy jeszcze jedna osoba.
- Byłoby lepiej gdybyś chociaż zostawiła jakąś informację - mruknął Lance. Chyba jednak będzie nieznośny po tym spaniu na kanapie. Sam jego ton i wzrok mówiły jasno, zapowiada się ciężki dzień.
- Zapamiętam - westchnęłam ciężko. Lepiej nie wdawać się z nim w konflikt. Pamiętam jaki bezwzględny potrafił być kiedyś, nie sądzę aby to w nim całkowicie zniknęło. Nikt nie jest w stanie tak bardzo się zmienić.

Niespodziewanie smok podszedł do mnie bliżej, gdy tylko zdjęłam swoje okrycie - przy rozpalonym kominku było tu naprawdę ciepło. Zadarłam na niego wzrok, jego dłoń była coraz bliżej aż chwycił mój nowy wisiorek i zaczął się mu przyglądać. Czekałam tylko kiedy rzuci jakimś tekstem, ale tak się nie stało. Po krótkim zapoznaniu z moim zabytkiem po prostu go puścił i kręcąc głową poszedł po swoją porcję jak gdyby nigdy nic. Jak to rozumieć? Lepiej się nad tym zapewne wcale nie głowić. 

Kilka chwil później wszyscy siedzieliśmy i wcinaliśmy papkę zaserwowaną przez elfkę, która wbrew swojemu paskudnemu wyglądowi smakowała dość dobrze. W trakcie posiłku, o dziwo, nie siedzieliśmy jak zwykle w ciszy. Lance starał się rozplanować nasz dzień, aby był jak najbardziej efektywny. Nie obyło się bez sprzeciwów, ale ostatecznie Nemora i Idalia miały zająć się przepytywaniem mieszkańców na temat pojawiania się w okolicy ziemskich przedmiotów. Torin z Gorlasem dostali podobne zadanie w porcie, a jeśli któreś z nich skończy szybciej mają się połączyć i pomóc. Jeśli zaś chodzi o mnie i Beriusa to dostaliśmy kopa w postaci zaszczytnego towarzystwa smokowi. Udamy się do ratusza aby zamienić z nim kilka słów a potem będę musiała rozpoznać kilka przedmiotów które zebrali i trzymają je pod kluczem. Potem przeszukamy kilka miejsc. Przez chwilę zastanawiałam się czemu Chrome nie zajmuje się tą misją, ale podobno na Ziemiach Eel dzieją się również dziwne rzeczy, może lepiej, że został na miejscu. 
Zapowiada się wspaniały dzień. Dość, że byłam skazana na towarzystwo jasnowłosego przez całą podróż to jeszcze tutaj chce mnie mieć na oku. Cudownie.
 Żeby była jasność, wtrącił że nie zapomniał o moim treningu i zajmiemy się nim pod koniec dnia. Będę wykończona po całym dniu na nogach, a ten mnie chce dobić. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne