poniedziałek, 23 maja 2022

32. Cios między oczy

Spokojna muzyka, a na środku sali my - tańczący ramię w ramię. Spokojnie, bez żadnych uprzedzeń. Zupełnie jakby nikogo i niczego dookoła nie było, chociaż wiem, że intensywnie się w nas wgapiały poszczególne osoby.
Wypiliśmy po kieliszku wina w krótkiej przerwie, i zaraz wróciliśmy na parkiet. Jak dwójka zwyczajnych znajomych, która dobrze się bawi. No dobrze, może było troszkę więcej tego trunku, ale co to za różnica. Fakt faktem, że w życiu bym na coś takiego nie wpadła. 

- Nie sądziłam, że okażesz się tak dobrym tancerzem - podniosłam wzrok na smoka, który uśmiechnął się słysząc moją uwagę. Poczułam również jak mocniej łapie mnie w pasie i nieco do siebie przyciska. Byliśmy naprawdę bardzo blisko siebie, a jakby tego było mało Lance zbliżył się jeszcze bardziej.
- Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz - szepnął mi wprost do ucha. 
Nie będę ukrywać - przeszedł mnie dreszcz. W całej tej sytuacji było coś przyjemnego, chociaż w tym samym czasie wszelkie żółte i czerwone kontrolki będące w mojej głowie, biły na alarm. Czy zwracałam na to uwagę? Nie bardzo. Niech zajmą się dziś nimi ci wszyscy mali operatorzy, o skutkach będę myślała jutro.

Sala właściwie opustoszała, zostali tylko najwytrwalsi. Nasza dwójka bujała się w rytm muzyki, w towarzystwie grajków i ostatnich trzech tańczących par. 
Zerknęłam kątem oka na swojego partnera. Patrzył gdzieś przed siebie, ale gdy tylko się zorientował nasz wzrok się skrzyżował.
- Zmęczona? - zapytał cicho na co przytaknęłam. - No dobrze.. - powoli się zatrzymaliśmy i odsunęliśmy od siebie.
- Dzięki za wieczór, noc - uśmiechnęłam się pod nosem.
- Podziękujesz mi po drodze, idziemy w tym samym kierunku - wystawił w moją stronę ramię. Przyjęłam je bez wahania i ruszyliśmy do wyjścia.
Po drodze rozglądałam się za jakimiś znajomymi twarzami, ale nie dostrzegłam nikogo z kim mam częstszy kontakt. Musieli dawno się zwinąć..

Pod moimi drzwiami znaleźliśmy się dość szybko. Żadne z nas nie zataczało się z boku na bok, czy miało jakieś problemy z równowagą. Jedyne co mi dolegało to coraz większa senność, i straszny ból nóg, który dopiero teraz zaczynałam odczuwać - wcześniej jakoś nie dawał o sobie znać.
- To jeszcze raz dziękuję - spojrzałam na smoka puszczając jego ramię i opierając się lekko o ścianę wnęki, w której znajdowały się drzwi. 
- Było.. Ciekawie - uniósł kącik.
- To chyba całkiem dobre słowo - kiwnęłam głową. 
Oboje zaczęliśmy się w siebie wpatrywać, co trwało dobrą chwilę. Lance chyba się nawet nieco zbliżył. 
- Raczej nie mówię takich rzeczy, ale.. - poczułam jak jego chłodna dłoń zaczepia moją skórę chwytając jeden z kosmyków, by po chwili założyć go za moje ucho. - Ładnie dziś wyglądałaś.. 

- Pobudka! Wstawać! - nagle usłyszałam okropne uderzanie w drzwi do mojego pokoju i podniesiony głos Nevry.
Odwaliło mu? Budzić kogoś w ten sposób? 
Z głośnym jękiem przekręciłam się na drugi bok i przycisnęłam poduszkę do głowy, żeby jakoś zagłuszyć jego nadzieranie. Gdy się kładłam słońce powoli wychodziło, a czuje się fatalnie, dlatego nie sądzę bym spała jakoś szczególnie długo.
- Wstawać! Pilne zebranie, za pięć minut na równinie! - znowu zaczął uderzać. Nawet Dafne się to nie spodobało i zapiszczała wskakując do mnie na łóżko.
Przytuliłam chowańca, chowając w niej twarz.
- Głupi wampir nie będzie nam mówił co mamy robić - mruknęłam na nowo zamykając oczy.
Krzyki i hałas ustąpiły, ale nie na długo.
- Anastazja ruchy! Nie ma czasu! - tym razem nieco grzeczniej, ale mimo to upierdliwie, zaczął dobijać się Mathieu. 
Co jest, pali się?
Niechętnie zaczęłam się podnosić. Czułam się naprawdę fatalnie - wszystko mnie bolało, i naprawdę potrzebowałam snu. 
Podeszłam do drzwi narzucając na siebie pierwszą lepszą rzecz. Nie chcę paradować przed nim w bieliźnie, a nie bardzo pamiętam co zrobiłam z sukienką zanim wylądowałam w łóżku.
- No nareszcie - chłopak zdecydowanie odetchnął, gdy w końcu mu otworzyłam, ale się też nieco speszył i odwrócił wzrok. Tak źle wyglądam? - Coś się chyba stało, bo wszyscy strażnicy mają się stawić na równinie. Ubierz się i chodź, Huang Hua czeka.. 
Mówił bardziej do niewidzialnej osoby obok, niż do mnie. 
- Czyli nie mogę sobie pospać? - mruknęłam, na co pokręcił głową.
- Tak jak każdy z nas - nieśmiało zerknął. - Nie zabieram ci więcej czasu, do zobaczenia. 

Mathieu uciekł, a ja weszłam w głąb pokoju i dopiero teraz zobaczyłam w lustrze co go tak peszyło. Stanęłam przed nim niemal w samej bieliźnie! Jaka ja durna.. Nawet nie zorientowałam się, że moje okrycie wcale mnie nie okryło - no bo jak zwykła bluzka, ma służyć za szlafrok? Ugh..

Spoliczkowałam się kilka razy i zaczęłam ogarniać. Szybko narzuciłam na siebie wygodne rzeczy, przyczepiłam broń do paska, i po nakarmieniu Dafne biegiem ruszyłam w stronę równiny, związując przy tym włosy w niedbałego koka. 
Pędząc przez rynek i ogród, nie dało się przegapić totalnej pustki, czy chmury dymu unoszącej się poza murami. Poczułam, jak ciśnienie natychmiast mi się ponosi i przyśpieszyłam. 

Jak szalona wybiegłam na zewnątrz, i z mieczem w ręku zaczęłam się rozglądać dookoła. Zupełnie nic się nie działo, było spokojnie, a dym był wywołany z premedytacją - pod murami stały ogromne misy, w których się coś paliło. Jedyne, co nie pasowało to grupka strażników stojąca nieco dalej, a przed nimi Huang Hua z członkami Lśniącej Straży.
- Uf, czyli nie spóźniłem się jako jedyny - obok mnie pojawił się pewien blondyn, którego kojarzyłam gdzieś z korytarzy.
- Na to wychodzi - kiwnęłam głową, i schowałam Atarangi do pochwy. - Lepiej chodźmy się dowiedzieć o co chodzi.

Razem z Mortenem, tak się przedstawił, dołączyliśmy do reszty zebranych. Tuż przy grupce rozdzieliliśmy się - on poszedł do swoich znajomych, a ja do swoich, w efekcie stanęłam w pobliżu Karenn i Koori, która wyglądała jeszcze gorzej ode mnie.
- No dobrze, chyba mamy wszystkich - Huang Hua od razu zabrała głos rozglądając się po naszej zbieraninie. - Wiem, że sporo z was jest wykończonych wczorajszym przyjęciem, ale właśnie o to chodzi. Nie zawsze przecież jesteśmy w perfekcyjnej formie - uśmiechnęła się szeroko. Miałam ochotę ją uszkodzić. Z premedytacją wyrwała mnie z łóżka, co to ma być?! Ja chcę spać. - Jak możecie zauważyć szefowie straży mają doczepione czerwone chusty. Przed chwilą dostały je również inne osoby będące gdzieś wśród was. Dlaczego? W ten sposób zostały podzielone grupy, które będą walczyć przeciwko sobie. Osoby z czerwonym to najeźdźcy, a reszta jest obrońcami. Nie możecie dopuścić, żeby chociaż jeden z nich dostał się za mury. Nie będę wam w żaden sposób pomagała, jesteście skazani na siebie.
Fenghuang zaczęła tłumaczyć, że możemy używać tego, i tego, a ja w tym czasie rozejrzałam się. Dobrze wiedzieć, kto z nas będzie ogrywał rolę tego złego.

- Czeka nas ciężka przeprawa - Karenn mnie zaczepiła, więc zerknęłam na nią. - To wygląda jakby Huang Hua powybierała wszystkich najlepszych przeciwko reszcie.
- Gdzie więc twoja chustka? - wyrwało mi się, przez co wywołałam grymas na jej twarzy.
- Jestem z wami dla podniesienia morale - prychnęła.
- Skoro tak uważasz - zasłoniłam usta wydobywając z siebie okropne ziewnięcie. 
Grupa zaczęła się przerzedzać, czerwoni ruszyli w stronę swoich i zostawiali nas. Dostrzegłam wśród nich Mortena, Mathieu, a nawet Leiftana -co on tu robi nie mam pojęcia, ale nie wyglądał na szczęśliwego. 
Najgorsi z tego wszystkiego są jednak Chrome, Nevra i Lance. 
Wyrocznio, proszę, nie chcę natknąć się na żadnego z nich - zacisnęłam kciuki spoglądając krótko w niebo. Zwłaszcza smok może być trochę problematyczny, po ostatnim chciałabym mieć chwilę przerwy od jego towarzystwa, widoku. To za dużo..
- Ana! Słuchasz mnie?! - Karenn uniosła głos machając mi dłonią przed twarzą. 
- Tak. Nie. Co? - spojrzałam na nią zbita z tropu.
- Obudź się, teraz potrzebujemy pełni koncentracji.
- Łatwo ci mówić, wszyscy jesteśmy padnięci - Koori stanęła w mojej obronie. Z resztą nie tylko, jak tak popatrzeć to prawie każdy przypomina zombie. 
- To teraz sprawa drugorzędna. Nie możemy z nimi przegrać - oko jej błysnęło. - Anastazja i Koori, zajmiecie się murami. Ja i Adalric będziemy was osłaniać gdy będziecie nakładały tarczę ochronną.
- Tarczę ochronną? O czym ty mówisz? - wbiłam w nią spojrzenie. Nie może mówić poważnie.
- No normalną. Nie mogą wejść do środka, tak? Koori będzie wiedziała co robić, a ty spróbuj ją wzmocnić swoją mocą. Nie ważne czy będzie raziła z obu stron, ważne żeby raziła. To nam da dodatkowy czas.
- Przecież Lance będzie w stanie ją rozwalić jednym ciosem.. 
- Dlatego reszta ma zając się najsilniejszymi, a jego nie można pozostawiać w zestawieniu jeden na jeden. 

Nie byłam przekonana co do jej planu, ale szczerze sama nie miałam nic lepszego w głowie. Może faktycznie użycie tarczy jakoś spowolni działania przeciwnika, ale pamiętam jak wyglądało to wcześniej. Zakładaliśmy ją w kilka osób, a mój udział tylko wszystko destabilizował, i Miiko musiała poprawiać. Teraz we dwie możemy nie dać rady, zwłaszcza w takim stanie.

Na rozkaz Huang Hua wszyscy ustawiliśmy się w rzędach, grupa naprzeciw grupy, dzieliło nas kilka metrów odległości. Czekaliśmy tylko na sygnał.
Przebiegłam wzrokiem po naszych oponentach, i na tych silniejszych na chwilę zawiesiłam wzrok. Może to naiwność, bo i tak nie dostrzegłabym niczego, ale z nadzieją próbowałam znaleźć jakieś ich słabe punkty. Znałam tylko jeden - Chrome'a, a było nim jedzenie. Wątpię jednak żeby to zadziało w walce. Z resztą skąd wezmę smażone kiełbaski? 
Wstrząsnęłam głową i moje spojrzenie padło na smoka. Wyglądał na wypoczętego i w pełni sił, a do tego towarzyszył mu głupi uśmieszek. Tylko czeka aż będzie mógł nam wszystkim sprać tyłki.
Dodatkowy dreszcz przeszedł mi po plecach, gdy orientując się, że gapię się prosto na niego, Lance puścił mi oczko. Doskonale wie, że jestem w kiepskim stanie, i burak jeszcze będzie zbijał na tym kapitał. 
Westchnęłam ciężko i wyciągnęłam miecz. Karenn ma rację, muszę pokonać zmęczenie. Nie dam mu satysfakcji. 

Ustawiłam się w pozycji gotowej do startu, i zerknęłam w stronę Huang Hua. 
Stała z Ewelein wyposażoną w sprzęt medyczny, i trzymała w ręku pałkę. Obok nich znajdował się dość sporych rozmiarów gong - ta taka tarcza z metalu, w którą się uderza. Każdy z nas tylko czekał na jej sygnał do rozpoczęcia szarży. 

W końcu gra się rozpoczęła.. 

Po polu rozniósł się charakterystyczny dźwięk uderzenia, a zaraz po nim okrzyki po obu stronach walk. Wraz z Koori od razu na siebie spojrzałyśmy i biegiem ruszyłyśmy w stronę murów. Tuż za nami biegli Karenn i Adalric, a reszta pędziła z szarżą na przeciwnika. Bardzo szybko dało się usłyszeć brzdęk stali. Starałam się jednak na nim nie skupiać. Jeśli zabrnę zbyt głęboko w swoich myślach mogę dostać ataku paniki, a to nam w tej chwili na pewno nie pomoże.
- Ana, jesteś gotowa? - kitsune stuknęła swoją laską o ziemię, a ta krótko zaświeciła. - Zacznę wznosić barierę, a ty skup się żeby w miarę równo karmić ją swoją energią.
- Postaram się - kiwnęłam głową i położyłam swoje dłonie na ścianie. Uda ci się! Musi!
Zerknęłam na Koori. 
Zaczęła mruczeć pod nosem niezrozumiałe dla mnie słowa, których efekty szybko się pojawiały. Z ziemi zaczęła wyrastać świecąca bariera i unosić się ku górze. Pora wkroczyć do gry. Musze się skupić, przecież już wnosiłam tarcze.
Przymknęłam oczy i wyciszałam zmysły. Nie chciałam słyszeć niczego co działo się dookoła. Skoncentrowałam się na tym co jest we mnie - na tej ciepłej energii, którą muszę tylko z siebie wydobyć.
Nikt nie może pójść dalej. Nie mogą zagrozić temu miejscu..

Przed moimi oczami zaczęły się pojawiać obrazy wojny sprzed siedmiu lat. Potyczka na plaży, aż w końcu jej centrum, które miało miejsce zaledwie parę metrów stąd. Nie były to przyjemne wspomnienia, ale czułam, że właśnie podążanie za nimi może pomóc mi obudzić, to czego chciałam.
Jeszcze mocniej przycisnęłam dłonie do muru i skupiłam się na tym co wtedy czułam. Bezpieczeństwo, moje i bliskich, żadnemu z nich nie może się nic stać.
Poczułam przyjemne ciepło rozchodzące się w moim ciele, a obraz uległ zmianie. 
Tym razem byłam na łodzi - to też już miało miejsce. 
Skupiona na tych wszystkich emocjach starałam przelać się je w osłonę. Niech ochrania wszystko wewnątrz, a dla najeźdźcy będzie brutalna. Nikt przez nią nie przejdzie. 

- Dziewczyny już?! - po dłuższej chwili do moich uszu dotarł krzyk Karenn. Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. 
Kwatera była otoczona kopułą, w której co jakiś czas dało się dostrzec przepływające strumienie energii.
- Nie wiem co, i jak zrobiłaś, ale czuję że dużo wytrzyma - Koori posłała mi szeroki uśmiech.
Szczerze czułam się dumna - przynajmniej w tamtej chwili. Ostatecznym testem będzie w końcu próba przejścia przez pierwszego ochotnika.

Odwróciłyśmy się przodem do pola bitwy. Sytuacja wyglądała fatalnie, przegrywaliśmy, a wróg był coraz bliżej. Jak to możliwe, że tak szybko im to idzie?
Bez zbędnych pogaduszek, z mieczem w ręku, ruszyłam przed siebie. Pora dołączyć do przedstawienia.

Parłam przed siebie napędzana adrenaliną. Nie zwracałam uwagi na zmęczenie czy bolące mięśnie. Raz po raz wymachiwałam ostrzem i odbijałam ataki Czerwonych Chust. To nic osobistego, ale chcę to szybko zakończyć i się położyć, dlatego dawałam z siebie wszystko co mogłam. Nawet moje dłonie zaczęły pobłyskiwać, jakby podzielały moje zdanie. Nie słyszałam nic o nie używaniu czarów i zaklęć, więc małe uderzenie strumieniem światła, chyba też nie powinno być wykluczone. 
Na tą chwilę nie miałam jednak okazji go użyć. Szło mi sprawnie i bez tego.
- No dobra, to teraz człowiek, kontra człowiek - na mojej drodze stanął Mathieu kręcąc swoim mieczem. Chyba próbował wyglądać groźnie, ale jego mina bardziej mnie bawiła niż wywoływała jakikolwiek lęk.
- Tylko się nie popłacz, jak spiorę ci tyłek - puściłam oczko i stanęłam w pozycji szermierczej. - I nie licz na niczyją pomoc - szybko spojrzałam na boki. Każdy był czymś zajęty, tarcza pozostawała nietknięta. Zabawa trwała.

Mathieu nie czekał długo z atakiem. Jak zwykle ruszył gwałtownie, i pewnie bez żadnego planu w głowie. Muszę to wykorzystać na swoją korzyść, muszę go zmęczyć. Chociaż czy da się zmęczyć kogoś, kto i tak powinien być wykończony, a mimo to działał całkiem sprawnie?
Nie rozwodziłam się nad tym i zablokowałam jego cios, uskakując do tyłu. Działałam defensywnie dopóki mi się to nie znudziło, i wykorzystując moment zamachnęłam się. 
W ostatniej chwili obronił cios, tym samym zerkając gdzieś w bok. Na jego twarzy pojawił się dziwny uśmieszek, dlatego również podążyłam tam wzrokiem.
Chrome w swojej wilczej postaci, całkiem nieosłaniany biegł prosto w stronę bramy. Nikt nie próbował go nawet zatrzymać. 
- Karenn! - krzyknęłam rozglądając się za dziewczyną. Nie była daleko, a dostrzegając co ma zamiar zrobić jej chłopak, skończyła droczenie i szybko powaliła swojego przeciwnika, by następnie ruszyć na wilkołaka. 
- Lepiej skup się na sobie - Mathieu wyśmiał mnie i sprawnym ruchem wytrącił mi miecz z ręki. Warknęłam niezadowolona patrząc, jak wbija się w ziemię kawałek dalej. - Wygląda na to, że przegrałaś - zamachnął się by dość agresywnie przyłożyć mi Malis Inimicus do gardła. 
Nie panowałam nad sobą w tamtym momencie. Zasłoniłam się lewym przedramieniem, z którego wyszło coś w rodzaju tarczy i zatrzymało miecz.
- Ej! A co to ma być? - jęknął niezadowolony.
- Najwyraźniej to ty jesteś na przegranej pozycji - roześmiałam się, a po chwili między oczy bruneta trafił mój prawy prosty.
Chłopak upadł na ziemię nieprzytomny. 
Sprawdziłam czy żyje, a kątem oka dostrzegłam biegnącą Ewelein. Nie traciłam więcej czasu - zostawiłam go jej i biegłam w stronę murów podnosząc swój miecz. Lepiej będę trzymała się z tyłu. 

Szybko zmierzając do celu widziałam, jak Karenn i Chrome walczą zawzięcie kilka metrów dalej, a paru innych członków wrogiej drużyny coraz bardziej zbliża się w kierunku Kwatery. Nasza obrona jest naprawdę tak dziurawa?!
Zatrzymałam się na wysokości bramy i natychmiast zostałam zaatakowana, a napastnikiem okazał się być Morten. Nie wymienialiśmy uprzejmości, chociaż delikatnie się uśmiechnęłam licząc, że może jakoś da się wyprowadzić z równowagi. Niestety nie mam uroku, jak w bajkach, i nie przyniosło to żadnego efektu.
Zaczęliśmy wymieniać ciosy, które z jego strony były bardzo mocne. Z początku bardzo ciężko było mi się przed nimi bronić, ale z każdym kolejnym zamachnięciem jakby oboje zaczęliśmy przewidywać swoje ruchy. Tak było jednak tylko przez chwilę.
Niespodziewanie chłopak zamachnął ostrzem, równocześnie podcinając mnie. Wylądowałam na tyłku dość boleśnie i spojrzałam w jego stronę. Ku mojemu zdziwieniu nie było go już obok - olał mnie i biegł wprost do wrót.
Naładowana emocjami, szybko znalazłam się na nogach. Nie miałam szans go dogonić, mogłam się jedynie modlić, że tarcza zadziała.

Wszystko zaczęło się dziać jakby w zwolnionym tempie. Blondyn biegł zadowolony przed siebie, dookoła trwały potyczki, a ja stałam i nie byłam w stanie nic zrobić. 
Obudziłam się w momencie, w którym Morten próbował przekroczyć powłokę. Przez tarczę przeszły wtedy jakby impulsy elektryczne, i w towarzystwie dźwięku przypominającego potężne zwarcie czy przeładowanie, odrzuciło go na dużą odległość. Słyszałam jeszcze tylko jego krzyk, a gdy wylądował kilka osób do niego podbiegło by sprawdzić, czy wszystko w porządku. 
- Błagam, nie mówcie, że go zabiłam.. - szepnęłam do siebie patrząc w tamtą stronę. 
- Jemu nic nie będzie, bardziej o siebie się bój - poczułam za plecami czyjąś obecność i chłodne ostrze przy szyi. Zerknęłam na dłoń winowajcy.
- Naprawdę? Koniec gry, wygraliśmy.. - mruknęłam wracając wzrokiem w stronę rannego. Tłum przy nim się przerzedzał. Ewelein znalazła się też bardzo szybko przy nim i w towarzystwie dwóch silnych panów zabierała z pola bitwy. Na szczęście żył, a nawet się uśmiechał. Trochę mi ulżyło.
- Jak widzisz nic mu nie jest, a ty właśnie przegrałaś - usłyszałam tuz przy uchu. 
- Nie mam zamiaru z tobą przegrywać, Lance - warknęłam i sprawnym ruchem użyłam łokcia by uderzyć prosto w jego męskość. Wiem, że to ryzykowne, ale działający efekt zaskoczenia spowodował, że smok skulił się. Oberwał wtedy ponownie w twarz i mu uciekłam. Stanęłam naprzeciw gotowa do potyczki, podczas gdy ten z niedowierzaniem na twarzy masował czoło ciągle nieco skurczony.
- Czy ty nie wiesz, że tam nie uderza się nawet największego wroga? - spojrzał karcąco, chociaż kącik jego ust drgał jakby z chęcią uśmiechu. Muszę przyznać, że sama się szczerzyłam, jak głupia. Po pierwsze, byłam dumna, że mi się udało, a po drugie - to musiało fajnie wyglądać.
- Masz zamiar się teraz użalać nad tym, że właśnie zostałeś impotentem czy się jeszcze pobawimy?
Szybciej powiedziałam niż pomyślałam. 
- Już ci funduję rozrywkę - uśmiechnął się wrednie i wyprostował. - To, że nic nie uszkodziłaś, też udowodnię jeśli chcesz.
- Obędzie się - mruknęłam i pierwsza ruszyłam z szarżą. To samobójstwo, ale lepiej będzie, jak się zamknie. 

Miecz ponownie tego dnia zadrżał w mojej dłoni. Jak można się było spodziewać - smok bez problemu obronił się przed atakiem. Dodatkowo zaczął się ze mną droczyć, i wyraźnie rozbawiony, zamiast normalnie mnie atakować to kilka razy oberwałam w udo, czy nieco wyżej, płaską częścią jego miecza. Podnosił mi ciśnienie. 
Warknęłam i raz za razem zaczęłam machać w jego stronę mieczem. Pewnie przypominałam teraz Mathieu - działałam za bardzo pod wpływem emocji. Chciałam się jednak wyżyć, i to bardzo.
Po parunastu takich zamachnięciach miałam jednak dość. Zmęczona odskoczyłam od niego i łapałam oddech. Zaczęliśmy wydeptywać kółko wzajemnie obserwując każdy swój ruch.
Gdyby już mu nie przeszło, mogłabym spróbować wykorzystać jakoś jego obolały bark, ale teraz to na nic. Skup się Ana! Musi coś być!
Zmierzyłam go wzrokiem od dołu do góry. Duży, silny facet, z doświadczeniem w boju. Nie mam żadnych szans.. 
- Było lepiej wykorzystać zaskoczenie, które miałaś po swojej stronie chwilę temu - odezwał się. Najwyraźniej czekał na mój ruch.
- Taki jesteś mądry, a wyglądasz jakbyś bał się zaatakować.
Znowu. Dlaczego dzisiaj paplam co mi ślina na język przyniesie?!

Przez moje głupie gadanie, jak na zawołanie Lance ruszył prosto na mnie. Ledwo uskoczyłam, a kolejny cios wędrował w moją stronę. Szybko zablokowałam go swoim mieczem, kolejne przychodziły niestety bardzo szybko. Mogłam się jedynie bronić.



sobota, 21 maja 2022

31. Wielki Bal

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że eldaryjskie zabiegi piękności są tak śmierdzące, zapierałabym się rakami i nogami byle tylko to wszystko nie było w moim pokoju.
Dziewczyny przyniosły jakieś kremy i olejki, w których skład wolałam nie wnikać, ale sam zapach był okropny. Biedna Dafne nie mogła tego wytrzymać i zaczęła drapać drzwi, byle ją wypuścić. Nieprzekonana to zrobiłam, nie powinna się zgubić, a przynajmniej mam taką nadzieję. Sama jednak jedynie otworzyłam okno i musiałam znosić te katusze. 

Koori z jakąś brązową papką na twarzy, Karenn dusiła nasączone jakimś płynem włosy. Osobiście głownie obserwowałam, chociaż nie udało mi się uniknąć nałożenia czegoś na twarz, co konsystencją przypominało glinę, było zielone i zimne. Po nałożeniu zapach jeszcze bardziej atakował moje nozdrza i powodował delikatne odruchy wymiotne.
Przez to wszystko nawet nie byłam w stanie zjeść tego co dla mnie przyniosły, zwyczajnie bym to zaraz zwróciła.
Dziewczyny miały ze mnie niezły ubaw i przedrzeźniały każde moje narzekanie.
Chcesz być piękna, to musisz trochę wycierpieć - to zdanie słyszałam niemal co chwilę. Nie brzmi ono przekonująco. Nigdy nie byłam typem osoby, która używa nie wiadomo czego żeby spowolnić pewne procesy starzenia, czy stroić się jak gwiazda. W przeciwieństwie do mojej matki - specjalistki od botoksu niestety coraz bardziej zaczynały ją kojarzyć z roku na rok. Nie uważałam żeby wyglądała staro, ale miała jakiś głupi kompleks. Nie podobał jej się nawet najmniejszy zalążek zmarszczki.

- Dobra dziewczyny, mogę już to ściągnąć z twarzy? Dłużej nie wytrzymam - zerknęłam na swoje towarzyszki. Obie wesoło wymieniały między sobą jakieś plotki, gdy siedziałam przy oknie i łapałam czyste powietrze.
- A minęło piętnaście minut? - Karenn spojrzała w moją stronę.
- Jak dla mnie już ze trzy godziny - westchnęłam i ruszyłam w stronę miski z wodą. Szczęście w nieszczęściu, że ją tu przyniosły. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której bym szła tak do łazienki. 
Natychmiast zaczęłam z siebie zmywać to świństwo.
- Słyszałam, że ty i Nevra.. - zaczęła Koori, gdy tylko czysta woda dotknęła mojej upaskudzonej twarzy. 
- Ani się waż kończyć, czy rozpowiadać to dalej - chlapiąc na wszystko dookoła odwróciłam się zamaszyście i zaczęłam jej grozić palcem wskazującym. - To bajki, bzdury, i to wyjaśnię, ale nie dzisiaj. Nie życzę sobie jednak żebyście rozpuszczały takie informacje na prawo i lewo, jak głupie przekupki.
Mój ton brzmiał ostro, a ich miny z każdym momentem się wykrzywiały.
- O co ci chodzi? Przecież tak tylko się śmiejemy - wtrąciła wampirzyca. 
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi - mruknęłam wracając do mycia się. - Rozmawiałaś z Chromem i Nevrą, o czymś o czym nie powinnaś. Mogę wam ufać czy nie? Póki co nie wydaje mi się, skoro o tym o czym mówię dowiadują się inni. 
- Przecież to mój brat, kiedyś byliście przyjaciółmi, potem parą. Co w tym złego?
- Już nie jesteśmy nawet dobrymi znajomymi, to w tym złego! - szybko wytarłam twarz i odwróciłam się przodem do nich. -  Mam mu za złe to i owo, i nie życzę sobie żeby mu o czymkolwiek opowiadać!
- Do Lance'a też miała obiekcje, a jakoś już nie rozpowiadasz tak na prawo i lewo, a nawet widziani jesteście często razem. Nie widzisz w tym hipokryzji? - wampirzyca ciągła dalej, a mi coraz bardziej rosło ciśnienie.
- Tu sytuacja jest zupełnie inna. Huang Hua mnie prosiła, to po pierwsze. Po drugie sama z nim spróbowałam porozmawiać, i staram się do niego przyzwyczaić, skoro nikt nie zwróci uwagi na moje obawy. Niech ci Nevra powie za co jestem na niego zła, ciekawe jak wtedy zaczniesz mówić. A teraz uszanuj moją wolę, albo trzymaj się z daleka! - wskazałam w stronę drzwi. Na jej twarzy widziałam wyraźne zdziwienie, a może nawet delikatny smutek.
- Dziewczyny, dość! - Koori się szybko podniosła i stanęła między nami. Miała odwagę, ponieważ czuję, że wystarczy iskra aby doszło między nami do rękoczynów. Chociaż, czy byłabym zdolna jej przywalić? Nie wiem, ale moje moce widocznie tak ponieważ kątem oka dostrzegłam iskry wokół dłoni. Najwyraźniej kitsune też je dostrzegła. - Nie kłóćcie się już, dobrze? Karenn przeproś ją i już niczego nie rozpowiadaj, a ty Anastazja weź kilka głębszych wdechów i się uspokój. Nie byłyście przyjaciółkami? Po co te sprzeczki? - spoglądała to na mnie, to na różowowłosą z ponurym wyrazem twarzy. - Ja sama też obiecuję z nikim nie rozmawiać o niczym co usłyszałam od ciebie, czy Karenn - spojrzała mi prosto w oczy. 
Westchnęłam ciężko.
- Nie będę udawać, że jest mi z tym w porządku, ale też nie przepadam za takimi kłótniami. Spróbuję dać jeszcze jedną szansę, ale to będzie ostatnia. Ciekawe co by któraś z was czuła na moim miejscu - mruknęłam i ruszyłam do swojej sukienki, która wisiała przygotowana.

Na dłuższą chwilę zapadła cisza. Karenn nie odezwała się już słowem, nie przeprosiła. Jej mina też nie była zbyt ciekawa, ale nie chciałam niczego zaczynać.
Jedynie Koori co jakiś czas rzuciła kiepskim żartem, albo spróbowała zacząć jakiś temat - i w końcu jej się udało.
Gdy dziewczyny pospłukiwały z siebie cały ten syf , wzięły się za makijaż i czesanie. Zajmowały się sobą wzajemnie, ja odmówiłam pacykowania. Sama podpięłam nieco swoje włosy - czułam się zdecydowanie pewniej gdy opadały mi na plecy niż były związane. Zależy jaki mam dzień, ale tak wolę. To jeden z powodów, przez które tak źle się czułam gdy Lance zrobił mi szybkie cięcie. Oczywiście fakt kto i jak to zrobił jest najważniejszy, ale są też drobniejsze.

Po godzinie byłyśmy gotowe i w trójkę przyglądałyśmy się naszemu odbiciu w lustrze. 
Atmosfera się z czasem poprawiła, a na naszych twarzach gościły uśmiechy.

Karenn miała na sobie długą, czarną sukienkę, która trzymała się na jej biuście, a plecy były wycięte. Na biodrach miała złoty pasek, a nadgarstki zdobiły szerokie bransolety w tym samym kolorze. Włosy spięte były w wysoką kitę efektowną spinką, ale spora ich część z przodu była wolna.
Koori postawiła na biel. Miała na sobie strój przypominający nieco greckie boginie z malowideł, czy rzeźb, tyle że w nieco bardziej dopasowanym, wydekoltowanym wydaniu. Jej biust był uwydatniony nie mniej niż zwykle, plecy odkryte. Jedynie nogi chowały się pod materiałem, jeśli akurat nie postanowiła którejś wyciągnąć długim rozcięciem z boku. Nie zapomniała również o licznej biżuterii, która prócz zdobienia jej szyi, dłoni czy uszu, była też we włosach.

- Wyglądamy fenomenalnie - roześmiała się ogoniasta, a wraz z wampirzycą jej przytaknęłyśmy.
- Mam nadzieję, że nie będziemy się jakoś rzucać w oczy - zerknęłam na nie po kolei.
- A ja wręcz przeciwnie, niech się gapią - Koori poprawiła swoje włosy, a po pomieszczeniu rozszedł się odgłos pukania.
- O! To pewnie Chrome - Karenn zaraz poleciała otworzyć. - Poprosiłam go żeby po mnie przyszedł.
- Nie miałyśmy iść razem? - spojrzałyśmy za nią.
- Miałam go tak zostawić? Idźcie razem, spotkamy się na miejscu - uśmiechnięta pomachała i zniknęła za drzwiami. Nawet nie dała chłopakowi wsadzić tu głowy i się przywitać. Straszna baba.
- To też się zbieramy? - zerknęłam na Koori.
- Tak. Przecież nie mogę się spóźnić na imprezę, którą organizuję.

Wraz z Koori opuściłyśmy mój pokój niemal zaraz po wyjściu wampirzycy. Jedynie ostatni raz posprawdzałam czy wszystkie słoiczki są pozakręcane, ponieważ nie chciałam żeby mi tu zaśmiardło, i mogłyśmy iść.
Na korytarzu od razu dało się usłyszeć wesołe śmiechy, i uniesione odgłosy ekscytacji ze wszystkich stron, ale głownie z jego początku - tuż przy Sali Kryształu. 
- Panie też idą poszaleć w rytm muzyki? - usłyszałyśmy za sobą głos ewidentnie należący do Mathieu. Zaraz spojrzałyśmy w stronę chłopaka - nie był sam, obok był Lance. 
Oboje wyglądali nieco inaczej. Mathieu zrzucił zbroję dla eleganckiej koszuli i spodni, a smok mimo, że pozbył się chyba całego pancerza i był elegantszy nie stracił niczego z wojownika w swoim wizerunku - ewentualnie to po prostu moje wrażenie. W każdym razie obaj panowie dobrze się prezentowali.
- Czy poszaleć to nie wiem, ale na pewno posłuchać - uśmiechnęłam się do bruneta, który skinął głową i wystawił ramię.
- W takim razie oferuję swoje, jakże wyśmienite, towarzystwo w drodze na ten bal - puścił oczko, a ja nie wiedziałam czy żartuje, a może mówi poważnie. Nim do tego doszłam Koori chwyciła jego rękę i roześmiani ruszyli przed siebie zostawiając naszą dwójkę w tyle. 
- Ktoś tu się będzie na pewno dobrze bawił - Lance pierwszy się odezwał odprowadzając ich wzrokiem, który następnie spoczął na mnie.
- Wydaje mi się, że masz rację - skinęłam głową. - Też masz taki zamiar? - oboje powoli ruszyliśmy przed siebie, ramię w ramię.
- To się dopiero okaże. Nie bardzo miałem ochotę iść.
- Dlaczego? - krótko na niego zerknęłam, a ten wzruszył ramionami.
- Jakoś tak. Mathieu mnie trochę do tego przymusił..
Przytaknęłam jedynie na tę odpowiedź. Wyobrażam sobie, jak męczące to mogło być.

Resztę drogi przeszliśmy szybko i bez rozmów. 
Wchodząc do Sali Kryształu oboje rozejrzeliśmy się dookoła. Na stołach było pełno jedzenia, kilkoro muzyków grało coś spokojnego - używając fletu, lutni, harfy, czy kilku innych zapomnianych przez ludzi instrumentów.
W pomieszczeniu było dość klimatycznie dzięki specjalnie zmienionemu światłu, w którym kryształ wyglądał jeszcze okazalej niż zwykle, przez co na dłuższą chwilę zawiesiłam na nim wzrok ignorując wszystko dookoła. 
- Ana? Wszystko w porządku? - przed moimi oczami pojawiła się kilka razy i zniknęła duża dłoń, a zaraz po niej wpatrujące się we mnie niebieskie oczy. 
Podskoczyłam i odruchowo zrobiłam krok w tył.
- T-Tak.. W porządku. Przepraszam - kiwnęłam spoglądając na smoka, który patrzył nieprzekonany.
- To przez kryształ? - kiwnął w jego stronę głową. - Odczuwasz jakieś skutki uboczne po takim długim pobycie w nim?
- Nie, to nie to.. - moje dłonie wbrew mojej woli zaczęły wyginać moje palce. - Po prostu.. To, jak on się teraz prezentuje.. Robi na mnie wrażenie - wypuściłam głośniej powietrze.
- Chyba rozumiem o co chodzi - spojrzał w dół, prosto na moje ręce. - Nie stresuj się. Niech to będzie dobry wieczór - posłał mi słaby uśmiech, zaczepiając krótko palcem moje dłonie, i uciekł. Zwyczajnie poszedł w swoja stronę i zostałam sama.

Nie chciałam stać, jak ten kołek i do tego w przejściu, dlatego rozejrzałam się za jakimiś znajomymi twarzami. 
Pojawiło się sporo osób, ale wbrew temu nie było trudno przegapić Chrome'a i Karenn w pobliżu jedzenia. Z resztą.. Czy kogoś dziwi, że wiecznie głodny wilkołak akurat tam poszedł w pierwszej kolejności?  Mnie niekoniecznie. 
Zbliżając się do nich dostrzegłam, że nie są sami. Towarzyszył im Karuto, Adalric, i co dziwne, Mathieu. Nigdzie w pobliżu nie widziałam będącej z nim przed chwilą Koori.
- Anastazja! - kucharz jako pierwszy mnie dostrzegł i się szeroko uśmiechnął. - Pięknie wyglądasz.
- Dziękuję - skinęłam głową podnosząc kącik ust. - Mathieu, a ty gdzie zgubiłeś Koori? - spojrzałam na chłopaka, który wzruszył ramionami.
- Gdzie jest teraz to nie wiem. Poszła do Huang Hua, chce razem z nią otworzyć przyjęcie. Ma potem do nas wrócić. 
- Włożyła w to sporo wysiłku. Pewnie chce dopiąć wszystko na ostatni guzik - wampirzyca zabrała głos rozglądając się dookoła.

W tej samej chwili, w której podążyłam za nią wzrokiem by poszukać wśród zebranych ogoniastej, po pomieszczeniu rozległ się cichy dzwoneczek - szczerze nie wiem skąd, ale wszyscy spojrzeli w jedną stronę. 
Naprzeciw kryształu stała nasza poszukiwana, a tuż obok liderka Lśniącej Straży. Obu towarzyszyły szerokie uśmiechy.
Huang Hua zrobiła kilka kroczków do przodu rozglądając się po odświętnie ubranych strażnikach, i zwykłych mieszkańcach Kwatery.
- Nie będę wygłaszała wielkich mów, nie o to dzisiaj chodzi. Koori zorganizowała ten wspaniały bal - krótko wskazała na dziewczynę - abyśmy wszyscy zapomnieli o tym co nieprzyjemne. Niech dzisiejszego wieczoru towarzyszy wam śmiech, uśmiech i dobra zabawa. Nie myślcie o szarościach dnia codziennego, celebrujcie wszystko co dobre - to co macie, to co was otacza. 
- Zwyczajnie szalejcie do rana! - kitsune zwycięsko uniosła pięść do góry wykrzykując tych kilka słów, a parę osób - w tym Mathieu, zaczęło wiwatować. Fenghuang nie wyglądała na zadowoloną, że się jej wtrąciła, ale po chwili wrócił jej uśmiech i dała znak muzykom, którzy natychmiast zaczęli grać wesołą melodię. 

Nim się spostrzegłam zostałam pociągnięta przez Chrome'a i wylądowałam w kółeczku szybko stworzonym przez znajomych, jak i kompletnie obcych członków straży. Wszyscy łapali się za ramiona, przez co byliśmy bardzo blisko. Dobrze, że jeszcze nikt nie zdążył się spocić jak knur. Miałam to szczęście, że wylądowałam pomiędzy Karenn, a Koori, która do nas szybko dołączyła. 
Niestety gdy tylko zaczęli wesoło podrygiwać nie miałam pojęcia co robić, i obserwowałam stopy wszystkich dookoła.
Podskakiwali przeplatając je w różny sposób, w czym się gubiłam - w przeciwieństwie do Mathieu, który załapał niemal natychmiast. 
Nie przejmowałam się tym jednak zbytnio, zwyczajnie dałam się ponieść muzyce i robiłam to tak jak mi się udawało. Najważniejsze, że nie zwalniałam obrotów, a wszyscy byli weseli.

Z czasem nasze kółko stawało się coraz większe, aż dołączyli do niego chyba wszyscy obecni.  Nie widziałam w nim jedynie Leiftana, Jamona, czy Lance'a, którzy na pewno byli na miejscu.

Gdy w końcu zaczęłam łapać kroki, przeplatanki i wszystko, co powinnam, dopadło mnie zmęczenie, a nasz wianuszek przerzedzał się. Uznałam więc, że lepiej będzie chwilę odpocząć i również zostawiłam towarzystwo. Idąc w stronę stołu po coś dopicia dojrzałam, jak krąg całkowicie się rozpada i wszyscy podobierani w wesołe pary dalej wesoło tańczą.
Pokręciłam głową i nalałam sobie odrobinę owocowego kompotu.
- Już cię wykończyli? - obok mnie pojawiła się uśmiechnięta Huang Hua.
- Trochę. Nie mam pojęcia, gdzie oni magazynują tyle energii - kiwnęłam głową i ze szklanką w ręku oparłam się nieco o ścianę.
- Później będą odczuwali tego skutki - cicho się roześmiała i stanęła przy mnie. 
Po tym zapadła chwila ciszy. Nie wiem, jak fenghuang, ale ja obserwowałam bawiących się przyjaciół. Koori wyglądała jakby uczyła Mathieu jakiś kroków, a on był bardzo pilnym uczniem. Karenn z Chromem wesoło pląsali - niekoniecznie w rytm muzyki, Karuto widocznie speszony rozmawiał z Feng Zifu, Leiftan podpierał ściany z Adarlicem, a Jamon ożywiony opowiadał o czymś smokowi. Nawet Nevra tańczył w środku sali z Yugito - tą całuśną elfką, z którą ostatnio go przyłapałam. Ugh..
- Może powinniście porozmawiać? - szefowa się odezwała przez co na nią spojrzałam. - Ty i Nevra - kiwnęła głową w stronę wampira.
- Dałam już wystarczająco do zrozumienia, nie chcę tego wałkować - skrzywiłam się. 
- Nie chcę żeby w straży były niepotrzebne konflikty.
- Nie ma ich. W stosunkach zawodowych możesz być pewna, że nie będę mu robiła na złość, ale w prywatność niech mi się nikt nie wtrąca. Taka mała prośba - spojrzałam na nią, a ta westchnęła i przytaknęła głową. 
- Dobrze, nie będę naciskać. Nie myśl, że nie dostrzegam ciebie, jako ciebie - posłała mi słaby uśmiech i odchodziła.
Nie do końca wiem, co to miało znaczyć, ale nie mam ochoty się teraz nad tym rozwodzić. Muszę wyluzować. 

Długo nie podpierałam ściany, i nie podjadałam przekąsek, ponieważ szybko zostałam dorwana przez Chrome'a którego zostawiła na moment Karenn. Dziewczyna porwała swojego brata do tańca, a ponieważ wilkołak miał ochotę na dalsze tańce, wybrał mnie. 
W żaden sposób nie protestowałam i dałam się ponieść zabawie. Zaczęliśmy tańczyć, kręcić się i śmiać do upadłego. Chrome tańczył katastrofalnie, jeśli chodzi o pląsy w parze, ale solówki twarzą w twarz wychodziły mu fenomenalnie. Natychmiast zrozumiałam dlaczego z Karenn wyglądają w trakcie tańca, jak wyglądają. 
W końcu dziewczyna wróciła, ale nie zostałam porzucona na środku parkietu - co to, to nie. Mogłam pomylić kolejność, ale miałam okazję hulać z Karuto, Mathieu, a nawet samymi dziewczynami, które wciągnęły do zabawy Huang Chu - a wierzcie mi, było ciężko.

Bawiłam się dobrych kilka godzin, ale w końcu musiałam zrobić sobie przerwę. Byłam naprawdę głodna i spragniona. Przepraszając swoje towarzystwo szybko uciekłam do stołu i porwałam kilka smakołyków. 
- Mmm.. Tego mi było potrzeba - wyrwało mi się na głos, gdy w moich ustach rozpływały się pyszne specjały szefa kuchni.
- Tylko się nie zadław - usłyszałam ciche naśmiewanie, a zaraz potem dostrzegłam po drugiej stronie stołu Nevrę. Wyglądał na całkiem zadowolonego. 
Nie skomentowałam jednak jego słów i napiłam się odrobiny kompotu, który strasznie mi zasmakował. Muszę poprosić Karuto żeby częściej go robił. 
- Jak się bawisz? - wampir nie dawał za wygraną, przez co na niego krótko spojrzałam. Przeszedł na moją stronę i stał obok.
- Nie byłam przekonana, ale zmieniłam zdanie. Dałam się wciągnąć - odsunęłam się na skraj powoli.
- To dobrze, może oczyścisz myśli.. - czułam, jak się we mnie wgapia. Nie było mi z tym komfortowo. Skupiłam się na podziwianiu tańczących i podjadaniu ciastek. - Może zatańczymy? Nie musimy rozmawiać, ale nie ukrywam, że to może być całkiem dobra okazja.. - Mówił dalej, a ja go kompletnie nie słuchałam. Sens jego słów do mnie nie docierał. Do momentu, w którym jego wystawiona dłoń znalazła się przede mną. - Anastazjo..?
- C-Co? - wstrząsnęłam głową budząc się z letargu i spojrzałam na niego.
- Zatańczysz? - powtórzył. 
Spanikowałam. Naprawdę nie miałam ochoty z nim teraz tańczyć czy rozmawiać, chociaż wiem, że to dobry moment, aby wytknąć mu co nieco i prosić żeby więcej mi nic nie podrzucał do pokoju. Co więc zrobiłam?
Chwyciłam szybko za ramię Lance'a, który podszedł do stołu i zaczęłam ciągnąć w stronę parkietu.
- Wybacz, ale już komuś obiecałam.. - rzuciłam, i jak najszybciej odeszłam. Mina smoka była w tym wszystkim najlepsza. Kompletnie nie rozumiał, co się przed chwilą stało, a gdy w końcu to do niego dotarło, na twarzy zagościł kpiący uśmieszek.
- Ze wszystkich możliwości świata, naprawdę wybrałaś mnie, jako swoją wymówkę? - zatrzymaliśmy się niemal na środku parkietu i stanęliśmy naprzeciw siebie. 
- Nie miałam dużo czasu do namysłu - skrzywiłam się. - Proszę, tylko jeden i dam ci spokój - wbiłam w niego błagające spojrzenie. 
Nic na to nie odpowiedział. Śmiejąc się wystawił dłoń w moją stronę. 
- Jeden taniec nie powinien nam zaszkodzić. 

Szczerze to nawet nie wiem kiedy jeden taniec ze smokiem, został zastąpiony kolejnym, i kolejnym, i jeszcze następnym.
Naprawdę dobrze się z nim bawiłam. O ile pierwszy był nieco dziwny, ponieważ przed oczami miałam ciągle scenę sprzed chwili, tak z czasem czułam się coraz swobodniej. 
Trafiliśmy na nieco wolniejszą melodię, dzięki której mogłam trochę odsapnąć po wszelkich wcześniejszych szaleństwach, ale równocześnie byłam skazana na wbijający się we mnie wzrok Lance'a. Troszkę się ze mnie nabijał, że tak uciekłam. W sumie nie miałam nic do ukrycia i opowiedziałam mu trochę o naszej sytuacji - nie zapomniałam pominąć głupoty Karenn, i o tym co znalazłam w pokoju - o kwiecie, Dafne, i że nie spodobało mi się to. Chyba nawet to zrozumiał, chociaż w jakieś duże szczegóły się nie wdawałam, i zaraz przestał. 
Skupiliśmy się na sobie i dobrej zabawie. 
Smok otwarcie przyznał, że od wieków nie miał okazji tańczyć, ale mimo to bardzo dobrze sobie radził. Pewnie mnie trzymał w ramie i prowadził nas, czy to na początku, czy to w późniejszych żywszych rytmach. Zaczęliśmy się bawić jak gdyby nigdy nic negatywnego nie miało miejsca.
Zdecydowanie tego potrzebowałam. 
Nie zwracałam nawet uwagi na żadne wręcz wściekłe emocje, które do mnie docierały, a ewidentnie do mnie nie należały. Skupiłam się na sobie, i swoim samopoczuciu.

Do końca zabawy towarzyszył mi szef Straży Obsydianu.. 



niedziela, 8 maja 2022

30. Przygotowania

 Tej nocy nie spałam zbyt dobrze, ponieważ moje myśli błądziły w kółko. Cały czas zerkałam w stronę wstawionego do wody kwiatka albo na leżącego przy mnie chowańca. W przeciwieństwie do mnie nie miała problemów z zaśnięciem i słodko zwinięta w kłębek drzemała tuż obok. 

Nie da się ukryć, że to młody osobnik - nie jest za duża, raczej drobna, a listki na jej grzbiecie i ogonie były bardzo rzadkie. 
Kto by mógł ją tu podrzucić? 
Chodzą mi po głowie Koori i Karenn, ale szczerze, nie bardzo w to wierzę. O ile może byłyby do tego zdolne to czy w taki sposób? I jeszcze ten kwiatek.. 
Będę musiała przeprowadzić ciche śledztwo, podpytać. 

Rano obudziłam się dość wcześnie. W sumie spałam może trzy, cztery godziny. Całą noc obserwowałam swoje niespodzianki, albo miziałam Dafne - tak postanowiłam dać na imię swojej towarzyszce. Ona jeszcze o tym nie wie, dlatego myślę nad innymi alternatywami gdyby się nie spodobało.
W każdym razie szybko się ogarnęłam, a wilczek leniwie się przeciągając spoglądał na mnie. 
- Chodź maleńka, pomożesz mi w zakupach - potargałam ją po łepku i ruszyłam do wyjścia. Nie musiałam czekać, natychmiast zeskoczyła z łóżka i zaczęła iść przy mojej nodze.
Kierunek - rynek.

Żwawym krokiem dotarłyśmy do stoiska Purreru, który zaraz pomógł mi w doborze wyposażenia. Musiałam trochę wybulić za kojec, przekąski i kilka zabawek żeby to je gryzła, a nie moje buty. Mam szczerą nadzieję, że Purriry za chwilę nie będzie chciała ode mnie za wiele za nie moje zamówienie. 
Ciężko obładowana podeszłam do jej butiku i zakupy odłożyłam na bok. Dafne zaczęła niuchać przy nich za jedzeniem, dlatego przykryłam je jej nowym łóżkiem, a sprzedawczyni zaraz do mnie podeszła. 
- Żeby ta bestia nie uszkodziła moich perełek! - najeżyła futro, na co Minaloo schowała się za mną z klapniętymi uszami. 
- Spokojnie, nie sądzę żeby ją interesowały - zerknęłam to na jedną, to na drugą. - Podobno Koori złożyła dla mnie jakieś zamówienie.. 
- Ah, tak! - zaraz zmieniła nastawienie i zaczęła czegoś szukać. - Skończyłam ją wczoraj wieczorem. Będziesz wyglądać nie-sa-mo-wi-cie! - na blacie przede mną zaczęła wykładać strój. Gorąco zaczęło mi się robić na samą myśl o jego cenie. 

Suknia była w kolorze fioletu. Oglądając ją dostrzegłam wycięcie w miejscu pleców, miała natomiast prawie zakryty, nie licząc niewielkiego wycięcia w kształcie deltoidu, dopasowany przód, który będzie trzymał się na szyi wyglądającym na delikatny łancuszkiem. Mimo swojej prostoty znajdowało się na nim kilka ozdób mających podkreślić sylwetkę. Jeśli chodzi o dół to był prosto puszczony. Sukienka wymaga wysokich butów, aby wyglądała efektowne. Kolorystyka tu również nieco się różniła - przed oczami miałam wiele odcieni fioletu, który od pasa w dół robił się coraz jaśniejszy. 

Nie wiem, jak będę się w niej czuła, i czy rzeczywiście mi pasuje, ale muszę przyznać, że świetnie wygląda. Do tego materiał jest taki delikatny - cienki, ale dzięki nawarstwieniu nie będzie prześwitujący.
Purriry chyba dostrzegła we mnie jakiś błysk zysku, i zaraz doniosła buty oraz biżuterię. Obuwie, jak na nią było proste, ale dopasowane do stroju. Jeśli mowa o resztę dodatków to był to pierścionek z kilkoma delikatnymi łancuszkami doczepionymi do bransoletki, oraz wisiorek, który stanowczo kazała mi powiesić tak, aby zwisał na moje plecy.
Westchnęłam ciężko.
- To ile za takie przyjemności? - spojrzałam na kotkę. Przebierała łapkami, jakby tylko czekała na to pytanie. 

Jedna moneta, druga moneta, trzecia moneta.. 
Cholera!
Gorzej być nie mogło. Nie byłam szczególnie bogata, straż tyle nie płaci, ale żeby spłukać się całkowicie? Zostało mi tylko trzydzieści złotych monet. Koniec wydatków na bardzo, bardzo długo, muszę oszczędzać. Szczęście w nieszczęściu, że kupiłam co trzeba i nie zaniedbam już od początku Dafne, która biegała mi między nogami utrudniając swobodne dotarcie do mojego pokoju. Jakby fakt, że ledwo widzę przez te wszystkie tobołki nie był wystarczający.
- Uważaj! - jak na zawołanie wpadłam na kogoś, i wszystko zaczęło lecieć mi z rąk. - Ana?
Podniosłam wzrok, a przede mną stała różowowłosa wampirzyca. 
- Przepraszam, nie zauważyłam cię - skrzywiłam się i zaczęłam wszystko podnosić. 
- Nie dziwie się - Karenn kucnęła by mi pomóc. - Widzę, że jednak się zdecydowałaś - krótko zaczepiła mojego chowańca.
- Nie, ale ktoś to zrobił za mnie - zerknęłam na nią.
- Ah tak? Kto taki? - wyglądała zaciekawioną. 
- Do teraz miałam nadzieję, że ty albo Koori - westchnęłam i ruszyłam przed siebie. Dziewczyna ruszyła za mną. 
- Myślałam o tym, nawet rozmawiałam o tym z Nevrą, ale jeszcze nie przeszłam do działania..
- Chwila - stanęłam zaraz. - Jak to, rozmawiałaś o tym z Nevrą? 
Mój ton wyraźnie jej się nie spodobał.
- Oj no bo wiesz.. Rozmawiałam z Chromem, a on do nas podszedł, chciał czegoś. Usłyszał, że mówimy o tobie i jakoś tak poszło.
- Czy ja się zwierzałam po to, żeby zaraz cała kwatera o tym wiedziała? - warknęłam wkurzona. 
- Wiem, przepraszam.. - zrobiła zbolałą minę. - To się więcej nie powtórzy.
Pokręciłam jedynie głową nic na to nie dodając. Zawiodłam się na niej, i to bardzo. 
- Muszę teraz się z nim rozmówić przez to wszystko - mruknęłam niezadowolona. 
- Dlaczego? Nie podoba ci się prezent? 
- Niczego od niego nie chcę, i miałam nadzieję, że to zrozumiał - weszłyśmy do mojego pokoju i wszystko położyłyśmy na łóżku. Karenn zaraz przysiadła na jego brzegu i zaczęła przeglądać moje zakupy. 
- Czy to..? - podskoczyła zaraz i zaczęła dobierać się do pudełka, w którym miałam towar od Purriry. Natychmiast je zabrałam z jej zasięgu. 
- Tak, ale nie zobaczysz jej teraz - przytuliłam do siebie pakunek. 
- Dlaczego? - jęknęła przeciągle. 
- Ponieważ musisz zostać ukarana - pokazałam jej krótko język na co się naburmuszyła, jak dziecko.
- Nie, to nie - podniosła się obrażona. - Jutro i tak cię w niej zobaczę przed całą resztą. 
- Jak przed resztą?
- A tak - teraz to ona wystawiła język. - Uroczyście ogłaszam, że wraz z Koori przyjdziemy do ciebie w południe. Urządzimy sobie mały relaks, a potem razem wyjdziemy. I nie masz, jak uciec. Wszystko będzie działo się tu - z zadowoleniem ruszyła do wyjścia.

Sfrustrowana rzuciłam zabawką Dafne w drzwi, które zamknęły się za wampirzycą. Chyba mam kolejną osobę, której muszę trochę wygarnąć. To ja, czy to im odbija? 

Po wypakowaniu, i ułożeniu wszystkiego gdzie trzeba wybrałam się na śniadanie - dość późne, ale jednak. Dafne również dostała swoje jedzenie chwilę wcześniej, i wesoło podreptała ze mną.

Na stołówce było pusto, dosłownie pusto.
Stoły, które jeszcze wczoraj tu widziałam zniknęły, pozostały jedynie krzesła poskładane gdzieś w rogu pomieszczenia.
Karuto krzątał się w kuchni w tę i z powrotem, a zapach pysznego jedzenia unosił się w powietrzu. Zaciekawiona tym ruszyłam w jego stronę. Dopiero po dłuższej chwili mnie zauważył.
- Ana! Przysłali cię do pomocy? - na jego twarzy pojawiło się coś w rodzaju ulgi.
- Nie, przyszłam coś zjeść, ale jeśli potrzeba.. - nie zdążyłam dokończyć, a kucharz pociągnął mnie za rękę w głąb. Rozglądając się dostrzegłam mięso w marynatach i inne liczne potrawy w trakcie przygotowania. To wszystko na jutro? Kto będzie tyle jadł? 

Nie wdając się w zbędną dyskusję wzięłam się za to, co mi kazał. W międzyczasie dostałam coś do jedzenia, więc głodna nie chodziłam. 
Nasza dwójka się uwijała, a Dafne w tym czasie brykała wesoło po pustej stołówce - przynajmniej do czasu drzemki. Nie musiałam jej przez to pilnować i skupiona na swoim zamieniłam kilka zdań z kucharzem.
Dowiedziałam się, że stoły zostały zabrane niedługo przed moim przyjściem do Sali Kryształu, mają być wykorzystane do stworzenia swojego rodzaju bufetu, szwedzkiego stołu. Jak więc straż ma sobie dziś radzić w trakcie posiłków? Trzeba będzie improwizować.

Po kilku godzinach gotowania, pieczenia, siekania i wyciskania, do stołówki zajrzała Koori. Kitsune chciała sprawdzić czy wszystko będzie perfekcyjnie. 
- Świetnie, nie mogę się już doczekać tego przyjęcia - uśmiechnęła się szeroko i odwróciła w moją stronę. - A ty odebrałaś już swoją sukienkę? 
- Odebrałam - mruknęłam zmywając naczynia. Nie miałam ochoty na dyskusje. Nie teraz. 
- Iii? Podoba ci się? - jak na złość podeszła, a jeden z jej ogonów mnie zaczepił.
- Sukienka tak, ale jej cena niekoniecznie - zerknęłam na nią krótko. 
- Warto było, uwierz. Będziesz pięknie wyglądała, a ja i Karenn ci w tym pomożemy. 
- Czyli już ci powiedziała? 
- Pewnie! O wszystkim wiem. Dosłownie o wszystkim - jej wyraz twarzy zmienił się, a w oczach zobaczyłam niebezpieczny błysk.
Siedź cicho!
- Porozmawiamy o tym jutro, dobrze? - posłałam jej znaczące spojrzenie na co uśmieszek na jej twarzy stał się jeszcze straszniejszy.
- Dobrze, dobrze - puściła oczko. - A mogłabym cię porwać? Potrzebujemy pomocy, bo chłopcy dostali jakieś polecenia od Huang Hua. 
- Jeśli Karuto nie ma nic przeciwko - zerknęłam w stronę kucharza, który pokręcił głową.
- Z resztą już sam sobie poradzę - uśmiechnął się. - Możesz lecieć.

Ten dzień nie należał do najlepszych. Najpierw się wykosztowałam, a potem spędziłam go na ciężkiej pracy fizycznej. Nie żebym miała coś przeciwko takiemu zajęciu, ale o ile praca w kuchni była całkiem przyjemna tak pomoc w przenoszeniu instrumentów, ustawianiu stołów - których ułożenie co chwilę nie podobało się Koori, czy rozkładanie małej sceny dla muzyków, było koszmarem. 
Do tego ogoniasta okazała się tyranką. Bardzo jej zależy aby wszystko było perfekcyjnie dlatego uważnie wszystko nadzorowała, ale równocześnie sama się nie nadźwigała. 
Też bym chciała umieć się tak ustawić, albo chociaż wymigać, jak Karenn, która wymyśliła jakąś bajeczkę i uciekła bardzo szybko. Niestety ja i podobni mi nieszczęśnicy zostaliśmy do późnych godzin wieczornych, przez co nawet nic nie jedząc wróciłam do swojego pokoju, w którym czekała na mnie Dafne. Biedna nie mogła tam wytrzymać i w pewnym momencie musiałam ją tam odprowadzić. Gdy weszłam do pokoju słodko spała w swoim kojcu, więc i ja nie marnowałam czasu - położyłam się i momentalnie zasnęłam.

Musiałam spać za długo, przynajmniej według pewnej wampirzycy i kitsune o białych ogonach, ponieważ kiedy wyjątkowo biegałam wesoło po podwórku swojego rodzinnego domu, całą tę sielankę przerwał okropny wrzask i ciężar spadający na moje ciało. Otwierając oczy, zobaczyłam przed sobą twarz nikogo innego, jak Karenn. 
- Nie spać! Wstawać! Szykuje się piękny dzień! - na jej ustach gościł szeroki uśmiech.
Jęknęłam głośno na to i przykryłam głowę poduszką chcąc wrócić do swojego przyjemnego snu. Niestety Koori również nie chciała mi na to pozwolić.
- Koniec spania, wiesz która jest godzina? Musimy się zacząć szykować.
- Miałyście być po południu, jeśli dobrze pamiętam - mruknęłam zakrywając się ramionami.
- I wcale nie przyszłyśmy za wcześnie, a nawet trochę za późno - Karenn powoli ze mnie zeszła. Po jej słowach poczułam się, jakby kubeł zimnej wody na mnie spadł. Natychmiast się obudziłam i podniosłam do siadu.
- Przespałam cały dzień?!
- Na to wychodzi - obie się roześmiały i wskazały na mały stolik, który nie należał do wyposażenia mojego pokoju, a stało na nim jedzenie i jakieś słoiczki z fiolkami. - Zjedz i bierzemy się do roboty.


Popularne