środa, 21 czerwca 2023

41. Dom przodków

 Stanęliśmy przy płocie i mnie wmurowało. Nie mogłam się ruszyć. Jedynie wpatrywałam się w słabe światło w jednym z okien - sypialnia dziadków. Pewnie babcia znowu coś czytała przed snem.

Wszystko było tu, dokładnie, tak jak zapamiętałam. 
Urocza parterówka, z wyjściem na ogród. Nawet w ciemności dało się dostrzec liczne kwiaty i ozdobne krzewy, które tu rosły. Dalej rozciągało się sporych rozmiarów podwórko, po którym za dnia spacerowały kury, kociak, a nawet duży pies - Bruno. 
W tej chwili panowała jednak cisza. Nie dochodziło do naszych uszu żadne gdakanie, czy szczekanie. Wszystko pogrążone wydawało się we śnie. 
Spojrzałam na garaż i niewielkie budynki gospodarskie po prawej stronie. Jeśli tylko wejdziemy na posiadłość, albo przesuniemy się nieco w bok, złapie nas czujka i zapalą się lampy na całym podwórku. Doskonale damy znać o swojej obecności. 
- Co powinniśmy zrobić? - Westchnęłam ciężko, kładąc dłoń na płocie. 
- A mamy jakieś inne opcje? - Lance cały ten czas, spokojnie stał przy mnie. Byliśmy w tym miejscu już dobrych kilka minut, a on w żaden sposób nie skomentował mojego wahania. 
- Moglibyśmy pójść do miasta, ale rzucamy się w oczy. Ciężko będzie też się stąd wydostać bez pieniędzy..
- Może powinniśmy wrócić nad ten staw i poszukać drogi powrotnej do Eldaryi? 
- A był tam gdzieś portal? - Spojrzałam na niego.
Pokręcił głową, nieco się krzywiąc.
- Nie widziałem go. Jak się ocknąłem to zacząłem od razu wypływać.
- Jeśli tam zawrócimy i nic nie znajdziemy, to się tam w dzień nie schowamy. Niemal zawsze ktoś tam jest. Jeśli nie dzieciaki, które chcą zaznać kąpieli, to rybacy.. - przygryzłam wargę wracając wzrokiem do okna, w którym paliło się światło. Właśnie zgasło.
- Przepraszam, mogę w czymś pomóc? - Za plecami usłyszałam znajomy, męski głos. Momentalnie odwróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni. W moich oczach stanęły łzy, gdy rozpoznałam tą twarz. Oświetlało ją słabe światło latarki, ale nic nie mogłoby mnie zmylić. 
- Dziadek.. - szepnęłam, a po moim poliku zaczęły spływać łzy. Nie byłam w stanie tego kontrolować. 
Mężczyzna krótko poświecił po naszych twarzach, a na jego pojawiło się zdumienie.
- Na niebiosa.. - przyłożył drżącą dłoń do ust. - Anastazja? 

Nim się zorientowałam, drżące ramiona staruszka mocno mnie przytulały. Sama natomiast będąc w szoku, nie wiedziałam w pierwszej chwili co robić. Nie tego się spodziewałam. 
Ze łzami uciekającymi masowo z moich oczu objęłam mężczyznę wolną ręką i schowałam w nim swoją twarz.
Tak bardzo mi go brakowało. Naszych rozmów, lekcji, a przede wszystkim momentów, gdy brał mnie w ramiona pocieszając, że wszystko będzie dobrze. Nie ważne o czym mówiłam, nie ważne co się działo - zawsze to mówił, a słysząc z jego strony te słowa jakoś w nie wierzyłam. Może naiwnie, ale bliskość z nim i babcią, działała na mnie w ten sposób. A teraz znów czułam to ciepło, oraz zapach fajki którą wraz z panem Albertem lubił czasem popalać na ławce przy rynku. 

Zajęło nam kilka dobrych minut, zanim odsunęliśmy się od siebie. Mężczyzna ciągle wielkimi oczami przyjrzał się mi, a następnie jego wzrok padł na mojego towarzysza, by znów powrócił do mnie. 
- Wszyscy zaczynali brać nas za wariatów, a jednak ty naprawdę tu jesteś.. - dotknął mojego polika i delikatnie przejechał po nim kciukiem. - Co się stało? Gdzie ty byłaś dziewczyno?
- Nie wiem od czego zacząć. Jest tyle rzeczy, które mam wam do powiedzenia. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele działo się w ostatnim czasie - wysiliłam się na uśmiech ocierając swoją twarz. 
Dziadek przytaknął i uniósł kąciki ust.
- Więc chodźmy. Babcia się ucieszy na twój widok.

W trójkę przekroczyliśmy furtkę i udaliśmy się do drzwi. Tak jak sądziłam, momentalnie zapaliły się lampy oświetlające całe podwórko. A niemal równo z nimi rozległo się doskonale znane mi szczekanie, gdzieś w środku domu. 
Zdezorientowany Lance zatrzymał się i spojrzał na mnie. 
- To tylko pies, taki tutejszy chowaniec - posłałam mu uspokajający uśmiech, a chwilę potem potężny owczarek berneński wybiegł na zewnątrz. Nawoływania staruszka na nic się nie zdały. Podbiegł do nas i zaczął obwąchiwać uważnie z każdej strony. Czułam jak dłoń smoka zaciska się na mojej. To była dla niego nowość, więc nic dziwnego, że nie wiedział czego się spodziewać.
Bruno po chwili jednak się uspokoił i stanął tuż przede mną. 
- Rozpoznajesz mnie piesku? - Powoli wyciągnęłam dłoń w jego stronę. Niestety efekt nie był taki, jakiego oczekiwałam. Zwierzę się cofnęło cicho powarkując. 
- Znasz go, szybko zacznie się przymilać - usłyszałam głos dziadka, który gestem ręki zaprosił nas do środka. 
Z ciężkim westchnieniem przekroczyłam próg ich domu.

Wnętrza nie były dla mnie zaskoczeniem. Krótki korytarz, w którym znajdowała się szafa z lustrem na kurtki i buty. Idąc dalej, po prawej, znajdowała się przestronna kuchnia, a tuż naprzeciw niej duży salon połączony z jadalnią. Z niego było były drzwi prowadzące kolejno do sypialni, łazienki oraz małego gabineciku, czy też biblioteczki - każdy określał to pomieszczenie inaczej. Gdzie więc ja spałam, gdy tu przebywałam? Albo, co ważniejsze, gdzie podziewał się ten ukochany przeze mnie instrument? Wszystko po kolei..
Kiedyś mój pokój znajdował się na poddaszu. Nie było ono duże, ale wystarczające aby pomieścić łóżko, jakąś komodę i biurko. Dodatkowo miało swój klimat z tymi wszystkimi belami, czy oknami dachowymi. Wejście do niego znajdowało się przy gabinecie. Wystarczyło z sufitu rozciągnąć schody i można było wejść na górę.
Fortepian natomiast znajdował się w salonie. Przy dużym oknie, oraz wyjściu tarasowym. To on zawsze był w centrum uwagi i wszelkiej rozrywki, a nie znajdujący się w tym samym pomieszczeniu telewizor. W końcu, i tak instrument jest znacznie ciekawszy, prawda?

Można by powiedzieć, że czas w tym domu stał w miejscu. Meble nie były nowoczesne, większość pewnie nazwałaby je nawet starociami. One zwyczajnie stały tu od czasu gdy moi dziadkowie przenieśli się do tego domu. I nic tu nie zmieniali.. 
Ma to swój urok. Wszędzie nie może być tak samo, i wiać nudą. 

- Siadajcie dzieciaki - z wędrowania wzrokiem po wnętrzach wyrwał mnie głos gospodarza. - Zrobię herbaty i wszystko mi opowiecie. Zawołam też Alice, inaczej by chodziła zła na mnie przez tydzień - krótko się roześmiał i popędził w stronę drzwi sypialni. 
W tym samym czasie zaczęły się one otwierać i niemal zderzył się z małżonką. 
- Czy możesz mi wyjaśnić co to za hałasy? Znowu będziecie w środku nocy, grali w brydża? - Do naszych uszu dotarł poddenerwowany głos mojej babci. 
Owinięta w swój kwiecisty szlafrok przetarła oczy i spojrzała w głąb salonu. Wtedy dostrzegła, że nie o karty tu chodziło. 
- Ludviku.. - złapała się męża, jakby zaraz miała stracić równowagę. - Czy to naprawdę ona? - Starała się szeptać, ale niezbyt jej to wyszło. Jej oczy, których kolor po niej odziedziczyłam, wpatrywały się w moją postać bardzo uważnie. 
- Tak kochanie. Nasza wnuczka naprawdę żyje.. - czule ją objął i pocałował w głowę. 
Pojedyncza łza przecięła polik kobiety. Jej twarz dotknięta czasem, nie zmieniła się za wiele od czasu gdy ostatni raz ją widziałam. Jej siwe włosy, pokryte złotą farbą ciągle sięgały ramion, a postura była drobna. 
Ona i dziadek ciekawie się dobrali. Ona drobna, o bladej karnacji, jasnych włosach i niezwykłych oczach. On wysoki, ciemnowłosy, o tęczówkach przypominających szafiry, i nieco opalony. Mimo, że ich młodość przeminęła dawno temu, różnice dało się ciągle dostrzec. Wciąż się jednak kochali i wspierali, a ja nigdy nie mogłam się nadziwić. Byli wspaniałym przykładem. 
- Nawet nie wiem, co mogę teraz powiedzieć - powoli się zbliżyli i kobieta wzięła moją twarz w dłonie. Widziałam wzruszenie na jej twarzy, oraz wahanie w oczach. Jakby nie była pewna, czy to aby na pewno dzieje się naprawdę.
- Jestem tu babciu - przytuliłam się do niej i mocno ścisnęłam ją swoją wolną ręką. To sklejenie ze smokiem zaczynało mi ciążyć. 

Usiedliśmy dopiero po kilku minutach. O ile dziadek dość sprawnie się pozbierał, tak babci zajęło to nieco więcej czasu. W końcu jednak mąż ją odsunął, chociaż nie było łatwo. Miała ochotę mnie ściskać i całować, bez ustanku. 
Ocknęła się dopiero w momencie, gdy dziadek idąc do kuchni po herbatę zauważył ranę na ramieniu Lance'a. Natychmiast wtedy popędziła do łazienki i wróciła z apteczką. 
Razem ze smokiem zajęliśmy kanapę, a ona wpakowała się tuż obok niego i zaczęła oglądać uszczerbek.
- W co ty się wpakowałaś Anastazjo? Czemu on ma kulę w ramieniu?  -  Spojrzała poważnie gdy rozpruła materiał i zaczęła przemywać ranę. 
- Lance i ja mieliśmy dość ciężki dzień, ale wszystko wam opowiem. Obiecuję - zerknęłam na chłopaka, który cały czas milczał. Nie powiedział ani słowa odkąd weszliśmy do domu. 
- Może zacznij od powiedzenia, kim jest ten młodzieniec? - Ludvik wrócił do pomieszczenia i na solidnym stole w drugiej części pomieszczenia postawił szklanki pełne ciepłego naparu. 
- Przepraszam. Powinienem się szybciej przedstawić, ale nie chciałem zakłócać tej rodzinnej atmosfery - Obsydiańczyk zabrał głos i kolejno spojrzał po staruszkach. - Mam na imię Lance, i jestem znajomym Anastazji. Razem tu trafiliśmy po serii niefortunnych zdarzeń. - Z gracją ominął problematyczne zagadnienia, które w tej chwili mogłyby wywołać kolejną lawinę pytań ze strony emerytów.
- Znajomym? Dlatego nie możesz puścić dłoni mojej wnuczki? - Zapytała babcia i sprawnym ruchem wyciągnęła kulę, przez co lekko się skrzywił. 
- To naprawdę skomplikowana historia - westchnęłam podnosząc nasze ręce i prostując palce. Smok zrobił to samo, a w paru delikatnych szarpnięciach pokazaliśmy, że zwyczajnie nie możemy ich od siebie oderwać. 
- A tyle razy powtarzałem ci, żebyś nie bawiła się klejem - dziadek spróbował zażartować. 
- Tym też się zajmiemy - dodała babcia i podniosła się. - Zrobiłam co mogłam. Gdyby coś zaczęło dziać się z tą raną, natychmiast powiedz. Chociaż może lepiej żebyśmy nie musieli iść z tym do szpitala.. 

Całą czwórką zasiedliśmy do stołu. Lance i ja po jednej stronie, a staruszkowie po drugiej. Prócz ciepłej herbaty pojawiły się na nim kanapki, ponieważ babcia uznała, że zapewne jesteśmy głodni skoro tak paskudnie wyglądamy. Za wiele się nie myliła, ale nie było czasu o tym myśleć.
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy rozkoszując się smakiem świeżego chleba, sera, czy warzyw z tutejszego ogródka. Dodatkowo smokowi najwyraźniej zasmakowała herbata, o której dolewkę nie wahał się zapytać. I oczywiście ją dostał. Ponadto dziadek przyniósł dzbanuszek pełen zapasu, aby Lance spokojnie mógł dolewać, gdyby chciał. 

W końcu jednak kanapki się skończyły, a atmosfera zagęściła. 

- No dobrze, to teraz poważnie porozmawiajmy - zaczęła babcia. - Co się z tobą działo przez siedem lat, i dlaczego ludzie uznają nas za wariatów gdy o tobie wspominamy?
- Nie wiem. Powinniście o mnie dawno zapomnieć - westchnęłam podpierając głowę na ręce. Nasze sklejone dłonie natomiast leżały na stole. - Tam gdzie byłam, teoretycznie zadbano aby wymazać mnie z tego świata, aby wszyscy zapomnieli, że kiedykolwiek istniałam. 
- To brzmi, jakbyś dołączyła do jakiejś sekty.
- A jeśli wam powiem całą prawdę, to uznacie, że zaczęłam ćpać jakieś świństwo i gadam od rzeczy - spojrzałam im kolejno w oczy. Cała ta sprawa z Eldaryą, magią i portalami naprawdę zabrzmi szalenie dla zwykłego człowieka.
- Najpierw powiedz, potem się przekonamy - Ludvik położył swoją dłoń na mojej i Lance'a i uśmiechnął się pokrzepiająco. I tak nie mam większego wyboru..

- I wtedy znaleźliśmy się na twoim ulubionym łowisku, dziadku. Kompletnie zdezorientowani, wykończeni i zdenerwowani. Koniec historii - odetchnęłam głęboko. Od dobrej godziny opowiadałam całą swoją historię związaną z Eldaryą. Jak tam trafiłam, jak zostałam przywitana i tak z grubsza co się działo, aż do teraz. Oczywiście ominęłam wszelkie sprawy sercowe, czy wszystkie te liczne momenty, gdy otarłam się o śmierć. Wolałam ich aż tak nie martwić. Wystarczyły ich przerażone miny, gdy wspomniałam o uwięzieniu w krysztale, albo o Lancie, który chciał nas wszystkich pozabijać. Rzucali mu wtedy niezadowolone spojrzenia, ale nie pozostawał cicho. Od czasu do czasu dodał coś do mojej opowieści, i bardzo starał się podkreślać, jak inną osobą jest teraz, niż był kiedyś. 
Wiedzieli już niemal wszystko, od początku, aż do teraz. 

Zamilkłam przyglądając się im uważnie. Gdybym miała wolną dłoń pewnie zaczęłabym wyginać palce, a skoro nie miałam, to ściskałam smoczą dłoń. 
Staruszkowie zamiast coś powiedzieć, dłuższą chwilę przyglądali się naszej dwójce, aby potem rzucić sobie jakieś porozumiewawcze spojrzenie.
- Niesamowite, prawda Alice? - Dziadkowi zaszkliły się oczy i spojrzał z czułością na małżonkę. Ona, podobnie wzruszona wzięła jego dłoń w swoje ręce i uśmiechnęła się. 
- Wszystkie te stare historie, które słyszeliśmy, właśnie okazały się prawdą. 
- Do tego nasza wnuczka, zobaczyła to wspaniałe miejsce - wymieniali po cichu ze sobą zdania, by w końcu skupić swój wzrok na mnie. 
- Czuję, że nasza rodzina jest bardziej poparana niż sądziłam.. - wyrwało mi się, na co staruszkowie zaczęli się cicho śmiać.
- Nie sądziliśmy, że mogłaś odziedziczyć te moc. Twój ojciec nigdy jej nie przejawił, więc sądziliśmy, że i w tobie jej nie ma - staruszka posłała mi lekki uśmiech.
- To znaczy, że wiecie o Eldaryi? Należycie do jej mieszkańców? - Lance odezwał się marszcząc brwi i uważnie przyglądając emerytom. 
- Nigdy tam nie byliśmy - zaraz naprostował dziadek. - Słyszeliśmy o niej opowieści swoich przodków, którzy stamtąd pochodzili. Uciekli, osadzili się na Ziemi i zaczęli żyć między ludźmi, ukrywając swoją naturę. 
- Zaczyna się wyjaśniać twoje pochodzenie, i być może związanie z kryształem - smok spojrzał na mnie krótko. 
Czułam się coraz bardziej przytłoczona tymi wszystkimi informacjami. Skoro oni wiedzą o Eldaryi, i wspominali coś o mocach, to dlaczego ja nigdy nic o tym nie słyszałam. 
- Czy ojciec wiedział? - Wtrąciłam się im w rozmowę. Lance próbował dowiedzieć się czegoś więcej na temat moich przodków, ale nie to mnie teraz interesowało. - To dlatego powstał ten konflikt? Poszło o Eldaryę? 
- Można tak powiedzieć - westchnęła babcia. - Gdy był dzieckiem opowiadaliśmy mu te same historie, które my znaliśmy. Mówiliśmy, o tym jakie wspaniałe moce drzemią gdzieś w jego środku. Próbowaliśmy je w jakiś sposób uwolnić, ale nic z tego nie wychodziło. Z czasem zaczął dorastać, a nasze opowieści stały się dla niego jedynie dziecięcymi bajkami i marzeniami. Przestał wierzyć, że to może być prawda. 
- A nie przestawaliśmy o tym mówić - dodał dziadek. - Ten temat często się przewijał, gdy jeszcze z nami mieszkał. Razem z twoją babcią lubiliśmy rozmawiać o tym, wyobrażać sobie, jak tam może być. To w końcu powinien być nasz dom. 
- W pewnym momencie twój ojciec zaczął mieć nas dość. Uznał naszą dwójkę za wariatów i wyniósł się z domu. Strasznie ciężko było go przekonać, żebyśmy mogli poznać naszą wnuczkę - Alice pokręciła głową, a jej twarz przybrała bardzo smutny wyraz. - Musieliśmy przysięgać, że nie będziesz słyszała nigdy tych opowieści. Z czasem przywykliśmy, chociaż było ciężko. Cała nasza młodość skupiała się na poszukiwaniu drogi do tamtego świata.
- I nigdy wam się nie udało? - Dopytał Lance.
- Jedyne co mieliśmy to opowieści i kilka ksiąg, których nie jesteśmy w stanie odczytać. 
- Jakich ksiąg? - Z zainteresowaniem poprawiłam się na krześle.
- Nie jesteśmy jedynymi na Ziemi, którzy mają eldaryjskie korzenie - babcia się uśmiechnęła. - Znamy jeszcze jedną rodzinę. Matka Bronki podobno była młoda, gdy opuściła Eldaryę. Przekazała je nam na krótko przed swoją śmiercią. 
- Bronki? - Zrobiłam duże oczy. - Tej upierdliwej baby, której nikt nie lubi?  I dlaczego to wy dostaliście te księgi, a nie jej córka?
- Nie zawsze taka była, Aniołku - dziadek się uśmiechnął. - W młodości była dobrą przyjaciółką. Zgorzkniała i zmieniła się, gdy w wypadku zginął jej mąż i jedyny syn. Od tego czasu jest jaka jest. 
- To dalej nie tłumaczy tego podarku..
- A jeśli powiem, że to taka sama sceptyczka, jak twój ojciec? - Alice spojrzała na mnie poważnie. - Jej matka dożyła wspaniałego wieku, o którym większość ludzi mogłaby tylko pomarzyć. Bronia niestety nie chciała przyjąć tego do wiadomości. Żyła ludzkim życiem, z człowiekiem u boku. Kompletnie wyrzekła się tego co kiedyś działo się w jej rodzinie. 
- To wygląda na bardzo rozwiniętą, i skomplikowaną historię - wtrącił Lance. 
- I tak jest. Sądzę jednak, że na wyjaśnienia jeszcze będzie czas - staruszek spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Było już strasznie późno. - Widzę wasze zmęczenie, chociaż bardzo staracie się nie ziewać. Lepiej będzie, jak wszyscy się położymy i dokończymy te rozmowę rano. Co wy na to?
- To wspaniały pomysł - babcia się zaraz podniosła. - Zaraz dam wam coś do spania, i wszyscy idziemy odpocząć. 

I poszliśmy. Chociaż ciężko mnie było do tego przekonać. 
Myśli kołotały mi się w głowie, a echo słów staruszków nie chciało umilknąć. 
Wszystko wydawało się tak nierealne. 
Wiedzieli o Eldaryi. Mój ojciec prawdopodobnie też coś wie. 
Wstrętna sąsiadka, jest najprawdopodobniej taka jak ja. 
Przecież to czyste szaleństwo! 

- Anastazja, wszystko w porządku? - Przed moją twarzą kilka razy przeleciała dłoń Lance'a. Spojrzałam na niego. Przyglądał mi się zmartwiony. - Nie wyglądasz za dobrze. Coś ci dolega? 
- Nie. Przepraszam - pokręciłam głową. - Zamyśliłam się. To chyba za dużo wrażeń, jak na jeden dzień. 
- Rozumiem, ale może będzie lepiej, gdy w końcu poprawisz tą koszulkę i pójdziemy się położyć - sugestywnie zerknął na dół. 
Wtedy oprzytomniałam na dobre. 

Nasze dłonie, ciągle były sklejone, a woleliśmy teraz nie kombinować z ich rozdzieleniem, dlatego dostaliśmy stare podkoszulki dziadka. Nie było szkoda przy nich rozciąć po ramiączku abyśmy mogli je włożyć na siebie. 
Tak więc teraz staliśmy na środku łazienki. Lance w dresowych spodniach Ludvika i podkoszulku, a ja w spodenkach babci, które na szczęście miały sznurek i nie będą mi zjeżdżać. W przeciwieństwie do podkoszulka, który niestety co chwilę mi uciekał. 
Skoro teraz mam problem, to wyobraźcie sobie, jak wyglądało przebieranie, albo próba chociaż delikatnego obmycia się. 
Krótko to ujmując..
Jedno zaciskało oczy, podczas gdy drugie kombinowało i niesamowicie nim szarpało. Parę razy prawie się obaliliśmy, ale jakoś dało radę. Zapewne z boku musiało wyglądać to komicznie. 

- Masz rację. Jeszcze będę miała czas się martwić - uniosłam kąciki i ruszyliśmy ku wyjściu. Staruszkowie byli już u siebie. Jedynie w salonie paliła się lampka aby nie było kompletnie ciemno. 
- Gdzie się położymy? - Smok zerknął na mnie. - Jeśli dobrze zrozumiałam babcię, to na górze powinno być łóżko. Chociaż może być ciężko nam tak wejść - kiwnęłam na dłonie i powoli zaczęłam rozkładać schody. Tuż obok znajdował się pstryczek od światła, który włączyłam. Wtedy na górze dało się dostrzec wykończony pokój. 
A już myślałam, że będzie tam pełno pajęczyn, ogólnie brud i smród. 
- Wskakuj - Lance kucnął przede mną. - Wezmę cię na plecy i wejdziemy razem. 

Czy wlazłam? 
No wlazłam.
Pokracznie, bo pokracznie, ale znalazłam się na jego plecach i mocno zacisnęłam nogi. Skala niezręczności i tak nie mogła bardziej wzrosnąć, niż była dzisiejszego dnia. 
Smok z przylepioną małpą do swojego grzbietu, całkiem sprawnie poradził sobie z wdrapaniem na górę. Gdy tylko zrobił kilka kroków do przodu i nie było zagrożenia, że zlecę w dół, ciągnąc go ze sobą, zeszłam. 

Oboje rozejrzeliśmy się po pokoju. Ściany miały kolor grafitu, a na podłodze leżała szara, drewniana podłoga. Kolory może nie były zbyt radosne, ale za to najbardziej praktyczne w tym miejscu. 
Po lewej od wejścia znajdowało się łóżko. Chociaż właściwie był to gruby i duży materac, położony na kilku paletach. Nad nim wisiały duże żarówki na dwóch sznurkach, które były ze sobą skrzyżowane. Po lewej stronie łóżka stała metalowa etażerka w kształcie kwadratowej klatki, a po prawej znajdowała się nie wielka komoda. 
Nie było tu jednak ani moich rysunków, ani zdjęć czy plakatów. Miejsce biurka, które powinno znajdować się po prawej stronie od wejścia było zastąpione stosem kartonów i skrzynek. Zawartość składziku przy garażu, znajdowała się tutaj, a nad nią jarzyła niewielka żarówka, która oświetlała tamtą część poddasza. 
Prócz sztucznego oświetlenia, za dnia dostarczały światła dwa spore okna, znajdujące się po obu stronach pomieszczenia. Zadowalający był fakt, że jedno z nich było niemal nad łóżkiem i przed snem mogłam podziwiać nocne niebo. 

- Jest prawie tak, jak to pamiętam - uśmiechnęłam się przecierając polik, po którym spłynęła mi pojedyncza łza. - Tylko będziemy musieli się chyba zadowolić tylko tym kocem - zerknęłam na smoka nieco się krzywiąc.
Niestety na naszym łóżku nie było nic prócz starego koca ze wzorem zebry. 

Położyliśmy się obok siebie, na wznak. Żeby koc okrył nas obu, nie oddalaliśmy się i byliśmy bardzo blisko. Chociaż smokowi i tak zabrakło materiału na stopy - chłop okazał się za wysoki.

Pomimo ogromnego zmęczenia, ciężko było zasnąć któremukolwiek z nas. Lance co chwilę się poprawiał, a to dawał dłoń za głowę, a to ją zabierał. Ja za to wędrowałam wzrokiem po całym pomieszczeniu co rusz odkrywając i zakrywając się kocem. 
W końcu chyba żadne z nas nie wytrzymało i odwróciliśmy się na bok, twarzami do siebie. 
On przyglądał się mi, ja jemu. 
Milczeliśmy tak kilka długich sekund, patrząc sobie wzajemnie w oczy. Coraz bardziej zaczynałam lubić ten kolor, czy coś kiedyś o tym wspominałam? Nie? Chyba powinnam, bo zdecydowanie miał jedne z ładniejszych, jakie widziałam. 
Stop!
Nie było tego. 
Otrząśnij się Anastazjo!
Jeszcze tylko tego by brakowało.. 

Zacisnęłam gwałtownie oczy, wstrząsając nieco głową. Chciałam odpędzić te bzdurne myśli. Nie uszło to jednak uwadze mojego towarzysza. 
- Nie myśl o tym. Poradzili sobie.. - szepnął. Jakie szczęście, że odczytał to w ten sposób. Gdyby zdawał sobie sprawę, musiałabym się chyba zapaść pod ziemię. 
Odetchnęłam krótko i spojrzałam na niego, wysilając się na delikatny uśmiech. 
- Wiem, że łatwo by się nie dali. Nie jestem jednak w stanie przestać wyobrażać sobie różnych czarnych scenariuszy. Do tego to co niedawno słyszeliśmy..
- Rozumiem. Jutro wszystko okaże się pewnie łatwiejsze. Spokojnie porozmawiacie, i nie będzie już żadnych niejasności.. 
- Pewnie masz rację - odruchowo dałam obie dłonie pod swój policzek. Zupełnie zapominając o przyklejonej smoczej dłoni. Natychmiast zaczęłam ją cofać, ale pokręcił głową. 
- Jeśli ci tak wygodniej, to mi to nie przeszkadza.. 


_____________________

W ostatnim czasie miał premierę przedostatni odcinek Eldaryi, i jestem ciekawa waszych opinii na taką wizję końca tej przygody.
Osobiście jestem mocno zawiedziona, i boli fakt takiego macoszego traktowania, historii z ogromnym potencjałem. Mogli tu zrobić naprawdę wszystko, w końcu to fantastyka gdzie wiele jest możliwe. Zamiast tego lepiej barwny świat wrzucić z powrotem na zgniłą Ziemię i niech sobie radzą.. 
Jakie jest Wasze podejście? 
Może ktoś ma jakieś inne spojrzenie na ten temat. 


piątek, 9 czerwca 2023

40. Skleiło nas

 Strzały, huki i krzyki roznosiły się dookoła w przerażającym natłoku. Nie byłam w stanie przyswoić do końca tego co się działo. 

Lance oberwał, strażnik przy bramie podniósł alarm, a całe grupy strażników zaczęły się zbroić. Nasi przeciwnicy, zwykli, ziemscy ludzie, mieli jednak sporą przewagę -  postęp techniczny. 
- Huang Hua! - dostrzegając fenghuang natychmiast ruszyłam w jej stronę. Razem ze mną był Lance, który kompletnie zignorował spływającą po jego ramieniu krew i co chwilę rzucał jakieś polecenia mijanym strażnikom. 
- Co tu się dzieje? Co to za natarcie? - Patrzyła na nas wyraźnie przestraszona tym co się dzieje.
- Wygląda na to, że ludzie wyszli z lasu i nie mają ochoty na pogaduszki - mruknął smok. Liderka spojrzała na niego, a następnie na jego ranę.
- To ich dzieło? 
- Później się tym zajmiemy. Trzeba wznieść barierę wokół całej Kwatery. Nikt nie powinien móc wyjść, ani wejść - mówił pewny siebie. Zdawał sobie sprawę z zagrożenia idealnie. 
- Rozstaw ludzi. Każda pomoc się przyda - rozkazała, na co ten przytaknął i zostawił nas. - Chodź ze mną - rzuciła mi krótkie spojrzenie i obie ruszyłyśmy w stronę murów. 

Po chwili Huang Hua stała naprzeciw bramy, po jej lewej stronie była Koori, a po prawej ja. Wzdłuż całego muru, co kilka kroków stało wielu innych strażników. Naszym celem było przede wszystkim zabezpieczyć to miejsce, potem możemy pomyśleć o kontrataku. 
Fenghuang zaczęła recytować inkantację, którą za nią powtarzało kilka osób. Sama wolałam się od tego wstrzymać. Przekręcenie najmniejszego słowa, mogłoby nas trochę kosztować. Zamiast rzucać zaklęcie, zaczekałam aż cienka powłoka pojawi się przed moimi oczami, aby po chwili przekazywać jej swoją energię. Stopniowo, z wyczuciem. 
- Czekajcie! Stop!  - nagle do naszych uszu dobiegł spanikowany krzyk kobiety. - Na plaży zostały dzieciaki z nauczycielem! Nie można ich tak zostawić! - Na jej twarzy malowało się przerażenie, a po policzkach spływały ogromne łzy. - Błagam, nie zostawiajcie ich tam.
Kobieta upadła na kolana, a sekundę później tarcza zatrzeszczała. Zerkając w niebo dostrzegłam Lance'a w swojej smoczej formie. W tej samej chwili ostrzał ze strony wroga nasilił się. 
Czy on zwariował?!

- Anastazja, wracaj tu! - słyszałam za sobą, ale w tej chwili mnie to nie interesowało. Nie po tym co zobaczyłam. 
Wiedziałam, że to nie może się skończyć dobrze.  Bohatera mu się chciało zgrywać. Cholera!
Dureń ledwo wyleciał, a przed nim wybuchła chmura ciemnego dymu. Widziałam, jak przez chwilę traci panowanie i zaczyna spadać. Przez wysokie mury nie dostrzegłam jednak, czy udało mu się je odzyskać i bezpiecznie wylądować. 
W tym momencie nie myślałam. Po prostu ruszyłam przed siebie, a gdy tylko przekroczyłam mur, tarcza zatrzeszczała od pocisków, które już nie były w stanie przelecieć na drugą stronę. 
Tak czy siak nie miałam możliwości powrotu. 

Działaj instynktownie, Ana. Głupio by było teraz zginąć, po tym, jak z nie jasnych powodów ruszyłaś za tym smokiem w pościg. Co ci odbiło dziewczyno?!

Bez większego problemu w moich dłoniach pojawiło się światło, a wokół mnie powstała osłona. 
Błagam, wytrzymaj i nie daj mnie trafić - to najgłupsza z myśli, która teraz mogła mi przyjść do głowy. Niestety była najbardziej realistyczną. 
Biegłam przez zarośla, raz po raz odbijając od siebie pociski. W końcu jednak gwarant mojego bezpieczeństwa roztrzaskał się na kawałeczki, niczym zbita szyba. 
Myślałam, że już po mnie.
Wtedy od strony Kwatery zaczął lecieć ostrzał. Płonące strzały i różnego rodzaju bomby leciały wprost na naszych przeciwników. 
Coś mi się jednak udało. Odwróciłam trochę ich uwagę, przez co teraz musieli się cofnąć. 

Odetchnęłam nieco i przyśpieszyłam. 
Droga do kamiennych schodów nie była zbyt dobrym wyborem. Będę musiała zeskoczyć i się nie połamać. Czy to możliwe?  Nie sądzę.

Dotarłam do skarpy i spojrzałam w dół. 
Udało mu się. 
Stał tam w swojej smoczej formie, a będący z dziećmi nauczyciel ładował je po kolei na jego grzbiet. 
I po co biegłaś, kretynko? Tylko wywołałaś niepotrzebne zamieszanie!
Ganiłam siebie w myślach. 
Wtedy dostrzegłam, że Straż zaczyna kontratak na poważnie. Kilka jednostek zostało przepuszczonych na zewnątrz, a kolejna grupa ruszyła w naszą stronę. 

Zaczęłam rzucać kulami energii we wrogich żołnierzy, aby ich powalić. Śmierć nie jest czymś, co byłoby dobre, dla żadnej ze stron. 
Raz po raz, wyrzucałam pociski, a wiatr zakrył mi twarz moimi własnymi włosami. A było je rano związać.. 
Odgarniając na szybko grzywę do tyłu, dostrzegłam, że winowajcą podmuchu był Lance. Wzbił się w powietrze i przeleciał tuż nad moją głową. W jego ruchach było coś jednak nie w porządku. Wylądował tak szybko, jak się wzbił, a jedno z jego skrzydeł było jakby sztywne. 

Natychmiast dołączyłam do grupy, która otoczyła smoka. 
Dzieci nawet nie miały kiedy zejść z jego grzbietu, ponieważ przybrał swoją ludzką formę i wylądowały na ziemi. Jego rana wydawała się teraz jeszcze większa, niż była chwilę temu.
- Nie marnujcie czasu! - wolną dłonią zacisnął krwawiące miejsce i rozejrzał się dookoła. - Musimy przejść za mur. Osłaniajcie siebie wzajemnie. 
Nikt nie dyskutował. Każdy rozumiał powagę sytuacji. 
Sama stanęłam obok smoka. 
- Myślisz, że w takim stanie dasz radę kogokolwiek odeprzeć? - kiwnęłam znacząco na jego ramię. 
- Może nie za bardzo nadaję się do latania, ale ciągle jestem smokiem - puścił mi oczko i wyciągnął swój miecz. Na jego skórze pojawiło się również kilka łusek, a oczy nabrały dzikszego wyrazu. 
- No dobra, Jaszczurko - uśmiechnęłam się pod nosem.
Nasza grupa zaczęła się przemieszczać powoli w stronę Kwatery. Co jakiś czas, ktoś z nas zaatakował celującego w nas wroga. Czy to będąca obok mnie dziewczyna z bombami, czy to Lance swoim płomieniem, a nawet ja moimi świecącymi kulami. 
Wszystko szło w jak najlepszym porządku. 

- Mają wyrzutnie rakiet! Uciekajcie! - Krzyk, będącego na murach, Mathieu będzie jeszcze długo odbijał się w mojej głowie. 
Nie minęło od niego nawet dziesięć sekund, gdy dookoła dało się słyszeć liczne wybuchy. Siła rażenia była ogromna. Żaden z nas nie miał w tej chwili przeciwko tej broni szans. 
Cała nasza, ledwie namiastka, armii zaczęła się cofać. Zwyczajnie uciekać w popłochu. 
Dzieci za moimi plecami coraz bardziej panikowały, podobnie dorośli, którzy nam towarzyszyli i teoretycznie należeli do tej samej grupy ratowniczej. 
Sytuacja była tragiczna. 

Spojrzałam krótko przez ramię. Płynące łzy po polikach tych maluchów zaczęły na mnie źle wpływać. I nie, nie rozczulałam się. Miałam w tej chwili ochotę zmieść, wszystkich naszych napastników z powierzchni ziemi. Byłam najzwyczajniej w świecie wściekła. 
Nie myślałam. Zrobiłam kilka kroków do przodu, a na wysokości łopatek poczułam przyjemne ciepło. Wiedziałam co to znaczy, już poznałam kiedyś to uczucie. 
Zaczęłam wzbijać się w powietrze, gdy poczułam chwyt za kostkę. Spoglądając w dół dostrzegłam poważny wzrok Lance'a. 
- Chyba nie myślisz, że dam ci tak samej ryzykować? 
- Możesz mieć inną wizję, ale w tej chwili coś innego jest ważniejsze - zaczęłam wyszarpywać swoją nogę. Nie interesowały mnie teraz kwestie mojego bezpieczeństwa. Trzeba przerwać tą niszczycielską nawałnicę. 
- Jak ci się coś stanie.. - jego ton złagodniał, a ja westchnęłam ciężko. 
- Możesz mnie osłaniać z dołu, albo odprowadzić resztę do bramy. Nie zatrzymuj mnie jednak - rzuciłam oddalając się. Jego uścisk odczuwalnie zelżał, co nie było już takie trudne. 
Chwilę później byłam już wysoko na niebie i celowałam w żołnierzy posiadających przy sobie wyrzutnie. 

Zmotywowana, działałam bez większego skupienia na tym co robię. Zupełnie jakby moje instynkty kierowały każdym moim ruchem. Jakbym tak dobrze opanowała swoje moce, że wszystko już powinno mi przychodzić bez większego problemu.
Wiem jednak, że to nie prawda. 
Ciągle ciążyła na mnie masa ograniczeń. I gdyby nie pewien Obsydiańczyk, pewnie boleśnie bym to odczuła wkrótce po trafieniu kilkoro ludzi.

Poczułam się nagle łapana w szpony i zabierana w kompletnie inną stronę niż sama chciałam się kierować. Gdy dotarło do mnie co się dzieje, dostrzegłam nad sobą smoczą formę Lance'a, a tam gdzie przed chwilą byłam, potężną chmurę dymu. 
Jednak tak szybko, jak mnie złapał, tak i puścił. Wyraźnie widziałam, że z jego skrzydłem nie było najlepiej. Mimo wyraźnego dyskomfortu, jaki musiał czuć, utrzymywał się w powietrzu. Całym swoim wielkim cielskiem znalazł się za mną i splunął ogniem zagradzając przejście większej części napastników. 
Wspólnie staraliśmy się ochronić mieszkańców Kwatery. 

- Wszyscy są bezpieczni! Powinniśmy się stąd ewakuować! - Krzyknęłam zadowolona, że te słowa, w końcu mogą wybrzmieć. Teraz nasza kolej. 
Lance od razu chwycił mnie w swoje szpony, a moje skrzydła zniknęły. Nie musiałam długo czekać, okropne zmęczenie dopadło mnie niemal w tym samym czasie. Czułam się wyciśnięta z energii do ostatniej kropli. Teraz mogłam polegać jedynie na nim.

Czułam, że spadamy. Nie byłam jednak do końca określić dlaczego, ani gdzie wylądujemy, i czy uda nam się wyjść z tego cało.
Już mieliśmy przelatywać przez barierę, gdy poczułam, jak Lance całkowicie chowa mnie w swoich skrzydłach. Z jego gardła wydobył się okropny skrzek, i jakby nami wstrząsnęło. Coś stanowczo było nie tak.

Szkoda, że nie miałam pojęcia, jak bardzo.. 

Tonęliśmy, tego byłam pewna.
Nie do końca rozumiałam, co się dzieje. Widziałam jedynie, jak Lance przybiera swoją człowieczą formę. Był nieprzytomny, a oboje wpadliśmy prosto w wody otaczające Ziemie Eel.
Starałam się go złapać, ale kiepsko mi to wychodziło. Zmęczenie i ból, spowodowany uderzeniem o taflę morza nie pomagało. Ledwo udało mi się chwycić go za dłoń. 
Zaciskając tak mocno, jak tylko byłam w stanie, próbowałam się rozejrzeć, jakoś nas zahamować. 
Wtedy moim oczom ukazał się wrak, a my spadaliśmy prosto na niego. 
Nie był to jednak zwyczajny wrak.
Przecież to niemożliwe, by gdziekolwiek w Eldaryi budowali takie łodzie podwodne. Prawda? 

Nie wyglądała, na zbyt nowoczesną. Bardziej przypominała jakiś drugowojenny wrak, o którym wszyscy zapomnieli, a może nawet nikt nie wiedział. Porośnięty morską roślinnością, w wielu miejscach zniszczony i dziurawy, znajdował się teraz tutaj. 
Co tutaj robił? Nie mam pojęcia. Być może był jedną z anomalii na wzór ludzkich śmieci, czy budynków. 
Pewne było teraz tylko jedno. 
W jednej z dziur dostrzegłam portal, a ten właśnie wciągał naszą dwójkę. 

Ciemność. Dookoła panował mrok, wilgoć i zimno. 
Czułam jakby tysiące igieł, na raz przeszywało moje ciało.
Nie byłam w stanie oddychać. 
Pojawiające się przed oczami, kolorowe plamy, próbowały stworzyć jakiś obraz. Bezskutecznie. Całe zestawienie kolorów, ich proporcji i kształtów wydawało się w tej chwili idiotyczne. Bezcelowe. 

Poczułam ogromny ból w płucach. 
To był koniec. 
Łapczywie starałam się złapać powietrze. 
Na marne.

Jeszcze nie teraz - pomyślałam, a moje oczy oślepiło nagłe, przerażające światło. 
Czy to już koniec?
A chciałabym jeszcze tyle zrobić, tyle przeżyć.
Nie dane mi będzie w spokoju gdzieś osiąść, i zestarzeć się w towarzystwie osoby, którą pokocham? Co z Eldaryą? Taki mam mieć koniec?
Wolałabym inaczej..

- Ana! Anastazja! - Poczułam szarpanie, a do uszu dotarł dość agresywny ton. Daj mi spać natręcie. - Obudź się, błagam - osoba jakby się uspokoiła, a po policzku przejechało mi coś nieco szorstkiego. 
Co tu się dzieje? 

Powoli zaczęłam otwierać oczy. Wspomnienia dosłownie sprzed chwili wracały do mnie z prędkością światła. 
Przestraszona momentalnie zerwałam się do siadu, czego pożałowałam. Okropnie mną wtedy szarpnęło, a prawa dłoń zabolała jakby mi ją ktoś próbował urwać. 
Spojrzałam w jej stronę.
Obok mnie był Lance. Jednak wcale nie wyglądał dobrze. 
Jego prawe ramię było zakrwawione, twarz blada, a wzrok mocno zdezorientowany. Do tego oboje byliśmy mokrzy. 
- Co się stało? Gdzie my jesteśmy? - Odezwałam się, ale mój głos przypominał skrzek. Musiałam odchrząknąć kilka razy, aby znów brzmieć normalnie.  - Dopiero co spadaliśmy. I ta woda.. 
- Teraz mamy większy problem - kiwnął głową za siebie. Podążyłam tam wzrokiem i zamarłam. 
To nie była Eldarya. 

Dookoła nas roztaczała się zieleń, wielkie drzewa, krzewy, jakieś dzikie kwiaty. My natomiast byliśmy na brzegu stawu. Dookoła panował półmrok, grały świerszcze i rechotały żaby. Jedynym źródłem światła było powoli zachodzące słońce. 
- Chyba wiem, gdzie jesteśmy - szepnęłam i zaczęłam się powoli podnosić. Wtedy znów poczułam szarpnięcie w prawej dłoni. Spojrzałam prosto na nią. 
- Myślałem, że nigdy nie zauważysz - westchnął ciężko. - Nie mam pojęcia co się stało, ale nie mogę rozdzielić naszych dłoni. Jakby były ze sobą jakoś scalone. - Skrzywił się znacznie, patrząc na swoją lewą, a moją prawą dłoń, które były swoimi wewnętrznymi stronami, sklejone do siebie. 
- Jedyne wytłumaczenie, jakie mi przychodzi do głowy to portal - podniosłam rękę, i delikatnie spróbowałam zabrać ją od niego. Na próżno. - Gdy wpadliśmy do wody straciłeś przytomność. Spadałeś na dno szybciej, próbowałam cię złapać, ale nie wyszło to za dobrze. 
- Mówisz, że wpadliśmy tak do portalu? - Uniósł brew, i przeleciał wzrokiem po otoczeniu. 
- To najlogiczniejsze wytłumaczenie. A do tego, wydaje mi się, że wiem gdzie dokładnie jesteśmy.. 

Wyszliśmy z wody i usiedliśmy na trawie. Nie było to najlepsze i najprzyjemniejsze, co teraz się działo, patrząc na fakt, że skleiło nas i nie mieliśmy pełnej swobody ruchu. 
Nie było jednak czasu się tym teraz przejmować. 
Niemal zmusiłam smoka, aby dał mi spojrzeć na swoje ramię, w którym ciągle tkwiła kula. Warunki nie były najlepsze, dlatego wolałam poczekać z jej wyciągnięciem. Jeśli mnie pamięć nie myli, to łatwo znajdziemy pomoc, opatrunki, a może i nawet schronienie. 
Jedyne co mogłam zrobić, to zabezpieczyć teraz ranę przed czynnikami zewnętrznymi. Poświęciłam na to dobry kawał swojej koszulki, co mi nie pomaga w lepszym samopoczuciu. Teraz dosyć, że z Lancem za rączkę, to do tego cała upaprana, z odkrytym brzuchem, i mokra. Jeśli się nie rozchoruję to będzie cud. Niestety wieczory tutaj nie należą zwykle do tych cieplejszych.

- To gdzie idziemy? - Lance odezwał się pierwszy raz od dłuższej chwili. Do tej pory jedynie kiwał głową, rozglądał się na boki, a przy najmniejszym szmerze chciał wyciągać miecz. Wyglądałoby to nawet zabawnie, gdyby nie fakt, że byłam teraz trochę poddenerwowana. Do tego postanowił spleść nasze palce. Fakt, było tak trochę wygodniej, ale nie wiedziałam gdzie oczy podziać. Tak dziwnie i niezręcznie się już dawno nie czułam. 
- Do drogi - próbowałam na niego zerknąć, ale nie dałam rady. Mignęło mi tylko tyle, że również patrzył przed siebie, a wolną dłoń ciągle trzymał na broni. - Było tam drzewo, charakterystycznie rozwidlone przez piorun, które poznam nie ważne ile czasu minie. To na pewno staw, nad który chodziłam z dziadkiem na ryby. 
- Z dziadkiem? - Zatrzymał się, a więc i ja musiałam. Podniosłam na niego wzrok, a ten wpatrywał się we mnie uważnie. - Chcesz powiedzieć, że to jakieś twoje rodzinne strony? 
- Dokładnie tak - starałam się brzmieć pewnie. Ciężko mi jednak było ukrywać emocje, które z każdym kolejnym krokiem, coraz bardziej się we mnie kumulowały. 
Jeśli to faktycznie miejsca, które znam i zawsze tak uwielbiałam, to znaczy, że dom moich dziadków również tu będzie. Jeśli wciąż żyją, a ja ich przypadkiem zobaczę - co zrobię? Jak zareaguję? Przecież mnie nie pamiętają. Straż zadbała, abym zniknęła z ich umysłów. Czy to wytrzymam?
Nie będę ukrywać, że pomoc, którą moglibyśmy otrzymać, jako pierwsza przychodziła mi od nich. Byli wspaniałymi ludźmi i nie odmówiliby komuś w naszej sytuacji pomocy. 
O ile ich charakter nie uległ zmianie w jakiś sposób po moim zażyciu eliksiru. 
- Ana, wszystko w porządku? - Przed moją twarzą przeleciała dłoń smoka. Musiałam zamrugać kilka razy. Kompletnie zignorowałam otoczenie przez dłuższą chwilę. - Nie musisz się hamować. Domyślam się, co może ci teraz chodzić po głowie - starł z mojego policzka łzę, która nawet nie wiem kiedy się na nim pojawiła. - Pamiętaj, że nie jesteś tu sama. Razem przez to przebrniemy - uśmiechnął się lekko. - Nawet jeśli niekoniecznie będziesz tego chciała - podniósł nasze dłonie i puścił oczko.
Uśmiechnęłam się lekko i kiwnęłam głową. 
- Masz rację. Damy radę, cokolwiek będzie się działo. 

- Myślałem, że szybciej trafimy na jakieś ludzkie zabudowania, a tymczasem nic tu nie ma. - Maszerowaliśmy już dobry kawałek czasu, i faktycznie - dookoła pojawiały się czasem jakieś drzewa, ale poza nimi były w większości pola uprawne, ewentualnie jakieś łąki. Ciężko żeby powiedzieć, że ktokolwiek mógłby tu mieszkać. 
Znam jednak tę okolicę, jak własną kieszeń. Nie ma tu lamp, słońce zaszło, a księżyc schowany jest za licznymi chmurami, do tego ta mgła. Nie dostrzegamy chociażby zarysów budynków, ale dobrze wiem, że są przed nami. 
Pierwszy po prawej będzie dom upierdliwej Bronki, kobiety, której moja babcia jako jedynej na świecie nie jest w stanie znieść. Nie znam jej dokładnego imienia, ani nazwiska. Wszyscy na nią mówią Bronka, Bronia, i tak już zostało. Przekonałam się jednak, że potrafi uprzykrzyć życie. Do tego to straszna plotkara. 
Następny, ale za to po lewej stronie, znajduje się posesja państwa Jones. Bardzo fajni ludzie, a ich syn często towarzyszył mi w różnych głupotach. 
Kolejnym domem, będzie ten, na który najbardziej czekam. Posiadłość mojej rodziny. Miejsce, z którym mam tak wiele wspomnień.

Rzecz jasna, to nie jest cała miejscowość z trzema domami na krzyż i tyle. To zaledwie droga prowadząca do małego miasteczka. Fakt faktem, większość się tutaj zna. Jest trochę domów, jakieś sklepy, czy inne obiekty publiczne, ale to spokojna okolica. Do większego miasta trzeba było udać się autobusem, który kilka razy dziennie stąd wyjeżdżał, albo mieć własny środek transportu. 

- Spójrz tam - wskazałam mu na prawo. Już dało się dostrzec światła palące się w oknach Bronki. - Zaraz będziemy na miejscu. 


sobota, 3 czerwca 2023

39. Konflikt

 - Przykro mi Anastazjo, ale muszą być jakieś zasady. Ostatnio tylko cie uprzedziłam, ale tym razem muszę dać ci oficjalne upomnienie. Następnym razem możesz zostać zawieszona, jako członkini Straży - ton Huang Hua był oficjalny i chłodny, ale po jej minie widziałam, że nie jest szczęśliwa z tego powodu. To nie jest najlepszy moment, żeby tracić ludzi, a zwłaszcza takich, których wiedza może się przydać. 

Niestety nie miała wyboru. 
Dlaczego?
To proste. Podpadłam gwiazdeczce. 
Zacznijmy jednak od początku.. 

Minęło kilka dni od pokazu, jaki dałam z Ester w trakcie tego felernego posiłku. Niestety gdy miałam nadzieję, że nigdy więcej się nie zobaczymy, ona stanęła na mojej drodze. Może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie jej wyraźne danie mi do zrozumienia, jakie ma plany względem straży. 
Nevra wyjeżdżał, ale przecież została cała masa strażników, którymi się mogła bawić do woli. Przynajmniej w jej opinii tak to wyglądało. Ja miałam małe wątpliwości, czy aby na pewno każdy mógł być na jej skinienie palcem.
I dokładnie w takim, nieprzyjemnym tonie zakończyła się nasza ostatnia rozmowa.
Na koniec dodała coś w stylu - jeszcze zobaczysz, jak to jest czuć mój oddech na karku. W tamtej chwili kompletnie nie rozumiałam o co jej chodziło, ani co mogła mieć na myśli. Byłam jedynie pewna, że zostanie tu na dużo dłużej niż kilka męczących dni.
O tym, jak dotkliwy będzie ten czas przekonałam się już następnego poranka. 

Z samego rana usłyszałam ciche puknięcie w swoje drzwi, a zanim zdążyłam podejść i je otworzyć w szczelinie przy podłodze została wsunięta kartka z planem ćwiczeń na najbliższe dni. Nieobecność Nevry najwyraźniej trochę zaburzyła plany szefów straży. Trening, który od rana powinien prowadzić Lance, przejął Jamon. Następnego dnia zamiast Huang Chu, wpisana była Koori, a jeszcze w kolejnym Karenn zamiast Chrome'a. Zupełnie jakby się wymieniali. Czy mi to przeszkadzało? Nie bardzo. Grunt, że było co robić, a towarzystwo nie należało do tego strasznego. 
W teorii.. 

Wszystko, od śniadania do rozpoczęcia treningu przebiegało prawidłowo. Za radą smoka, Jamon postanowił zrobić nam dzień sparingów i poprosił kilku strażników, których znałam głównie z twarzy, o pomoc. Był również Mathieu, czy chociażby dawno nie widziany przeze mnie Gorlas, ale to tyle. 
Można by powiedzieć, że pierwsza godzina minęła bajecznie. Wymienialiśmy się co chwilę partnerami, a brzdęk ścierającej się broni roznosił się po okolicy. 
Do czasu.. 

W pewnym momencie do naszych uszu dotarł, jakże irytujący, piskliwy głosik Ester, która przyszła z koszykiem wypełnionym czymś po brzegi i z szerokim uśmiechem na twarzy podeszła do naszej grupy. Jak łatwo się domyślić, to byłby koniec zajęć na ten dzień. Wszyscy ją oblegli, zaczęli się przymilać, podczas gdy ona rozdawała jakieś ciasteczka i błądziła wzrokiem wśród zebranych. 
Mogłam się jedynie przyglądać temu teatrzykowi i jedynie liczyć, że jeszcze wrócimy do ćwiczeń. Moje nadzieje okazały się jednak złudzeniami. Nasz czas minął, a przede mną były inne obowiązki.

Nie spodziewałam się jednak, że wracając ze spotkania z Leiftanem zostanę przez Chroma zaprowadzona do Huang Hua i usłyszę takie bzdury. 
Jakie? 

Nasza szanowna Ester, zgłosiła bowiem, że zniszczyłam jej jakąś sukienkę. Ja miałam zniszczyć jej sukienkę. Czy ktoś w to w ogóle mógł uwierzyć?  Jak się okazuje - mógł.
Nie wiem, jaką scenę im zafundowała, ale straż naprawdę w to uwierzyła.
Według słów śpiewaczki, kreacja miała zostać w łazience, ponieważ jej zapomniała, czy coś takiego. Gdy po nią wróciła, drzwi były zablokowane, a podejmując się kolejnej próby widziała, jak z niej wychodzę. W pokoju zorientowała się, że tkanina została brutalnie pocięta i nic nie da się z tym zrobić. 
Czy byłam w łazience? No oczywiście! Po sparingach musiałam wziąć prysznic, bo śmierdziałam. Nie zauważyłam jednak zostawionej tam żadnej sukienki, czy chociażby innego kawałka materiału, który mógłby czymś być. Nie widziałam również Ester na korytarzu, a byłam w pokoju odłożyć swoje rzeczy, po czym udałam się na stołówkę. Tam coś zjadłam, a następnie pobiegłam do Leiftana. Czy tutaj natknęłam się na cokolwiek związanego z nią? Nie. Jedynie Fabian jadł w towarzystwie kilku strażników i żywo dyskutowali. Nic więcej. 

Czy im to powiedziałam?
Tak. Nie pozwolę sobie żeby ktoś oskarżał mnie o totalne brednie, i żebym nie mogła się z tego w żaden sposób wybronić.

Niestety potwierdzenie moich słów, a więc porozmawianie z Leiftanem czy Karuto zajęło im ponad trzy godziny. A ja ten czas musiałam spędzić zamknięta w swoim pokoju, żebym się przypadkiem nie spotkała z Ester. Myślałam, że wybuchnę. 
Gdy w końcu im się udało, przyszedł do mnie Chrome i ze zbolałą miną przeprosił za wszystko. Nie miałabym nikomu nic za złe, gdyby nie fakt, że reszta dnia mi uciekła.

Chciałam trochę się uspokoić i dotlenić świeżym powietrzem, więc po zachodzie słońca opuściłam swój pokój i udałam w stronę ogrodów. 
Z Dafne u mojego boku przemierzyłam je wzdłuż i wszerz, aby na chwilę udać się na równinę. Tam młoda Minaloo miała dużo przestrzeni żeby się wybiegać, i trochę wymęczyć. Siedząc pod jednym z drzew obserwowałam ją, i pozostawałam czujna. W końcu, wolałabym nie natknąć się na zdziczałego chowańca. 
Na nasze szczęście nic takiego nie miało miejsca, i po niecałej godzinie udałyśmy się w stronę Kwatery. 

Niebo było pięknie przejrzyste, a tysiące gwiazd towarzyszyły naszemu spacerowi. Księżyc w pełni świecił tak intensywnie, że żadna lampa nie wydawała się w tej chwili potrzebna. Było po prostu pięknie. 
Uśmiech sam wkradał się na ustaw, aw obliczu takiej atmosfery. 
Po całym dniu, wrzuciłam na luz i czułam się zrelaksowana. 

Niestety powinnam była wiedzieć, że nic nie trwa wiecznie. Zwłaszcza w moim przypadku. W końcu byłam istnym magnesem na nieprzyjemności. 

Przechodząc w pobliżu Stuletniej Wiśni usłyszałam śmiech ukochanej Ester, a zaraz po nim głos osoby, której bym się nie spodziewała. 
Spoglądając w tamtą stronę dostrzegłam Lance'a w towarzystwie śpiewaczki. Stali naprzeciwko siebie, a bokiem do mnie. Ona uśmiechnięta od ucha do ucha, on nieco bardziej stonowany. Dziewczyna była tak blisko niego, że miałam wrażenie, że zaraz na niego wlezie.

Jakby poza moją kontrolą, moja twarz wykrzywiła się w grymasie. Nie wiem czy to na jej widok, a może na całokształt. W każdym razie nie chciałam mieć tego obrazka dłużej przed oczami i zaczęłam odchodzić. 
Niestety dałam się przyłapać przez błękitne tęczówki smoka, który zerknął w moją stronę. Wysiliłam się więc na delikatny uśmiech i tylko przyśpieszyłam kroku. Niemal w ekspresowym tempie znalazłam się w swoim pokoju.

Wtulając się poduszkę nie mogłam wyrzucić tego widoku ze swoich myśli. Chociaż bardzo chciałam, i nie rozumiałam czemu, aż tak mnie to zdenerwowało w jakiś sposób. 

Gdy nastał nowy dzień łudziłam się, że będzie w porządku. Była piękna pogoda, świetnie mi się spało, a do tego od rana miałam pomóc Purriry w jej pracowni. Może jej towarzystwo będzie nieco upierdliwe, ale porządkowanie beli materiałów gdzieś z dala od wszelkich kontaktów wydawało się w obecnej sytuacji zbawienne. 

Cały dobry nastrój jednak zniknął wraz z przekroczeniem progu stołówki. 

Wzrok wszystkich skierował się w moją stronę, a szepty mimo, że były niezrozumiałe, świetnie wpadały w ucho w tak dużej ilości. 
Coś bardzo było nie w porządku. 

Starając ignorować się otoczenie zajęłam wolne miejsce gdzieś z boku i pomachałam do Karuto. Kucharz uśmiechnął się lekko w moją stronę, a po chwili przyniósł talerz pełen dobroci. Zdawałam się w tym całkowicie na niego, dzięki czemu codziennie serwował mi coś innego. Zdarzyło się, że miałam okazję testować jego nowe przepisy. Tym razem było podobnie. 
- Mam nadzieję, że ci zasmakuje - posłał mi uśmiech stawiając przede mną jedzenie. 
- Na pewno będzie wyborne, jak zawsze - od razu wzięłam się za jedzenie. Nie mogłam jednak wytrzymać i zatrzymałam kucharza, zadając mu pytanie, które mnie dręczyło od wejścia. - Wiesz może o co im wszystkim chodzi? Mam coś na twarzy, czy o czymś nie wiem? 
Na moje słowa kopytny się skrzywił i jakby posmutniał. 
- Niestety nie ze mną będziesz musiała o tym porozmawiać - pokręcił głową unikając mojego spojrzenia. - Wczoraj Huang Hua wypytywała, czy na pewno jadłaś tu obiad, i z nikim się nie wdawałaś w dyskusje. Była ciekawa, jak się zachowywałaś i tak dalej.. - westchnął cicho. - A dzisiaj, jakieś piętnaście minut zanim przyszłaś, prosiła żebym wysłał cię do niej, jak tylko zjesz. Będąc szczerym, to nie wyglądała na zadowoloną.
- Nie mówiła o co chodzi? Myślałam, że wczoraj jej wszystko wyjaśniłam - spojrzałam na niego, ale nie mogłam wyczytać żadnej odpowiedzi. Wyglądał jakby nie chciał o tym rozmawiać. 
Z kłopotu wybawił go niemal okrzyk, który usłyszałam ze stołu znajdującego się za moimi plecami. 
- Naprawdę Ana pobiła Ester?! - Była to Yugito, bliska znajoma Nevry. Najwyraźniej dopiero dołączyła do swoich znajomych, które zaczęły ją uciszać, gdy tylko zerknęłam w ich stronę. 
- Co tu się dzieje, do diabła? - wbiłam spojrzenie w Karuto. - Błagam wytłumacz mi, dlaczego wszyscy myślą, że pobiłam tą gwiazdkę? 

Satyr przejechał kilka razy dłonią po brodzie, uważnie mi się przyglądając, po czym usiadł i zaczął mówić. 
Sens jego słów jednak tak bardzo mi uciekał, a zarazem podnosił ciśnienie, że nie miałam pojęcia co ze sobą zrobić. 

- Jakim cudem wszyscy znają szczegóły naszej sprzeczki z tej felernej kolacji? I skąd pomysł, że zniszczyłam jakąś kieckę, a potem ją pobiłam w ogrodzie?! Przecież to niedorzeczne! - nie powstrzymałam się. Zwyczajnie uniosłam głos, co przywołało tylko kolejną falę ciekawskich spojrzeń. 
Mój towarzysz położył swoją dłoń na mojej i próbował mnie uspokoić. 
- Przykro mi. Ciężko mi w to wszystko uwierzyć, i nie chciałem nic mówić. Wygląda jednak na to, że inaczej z pozostałymi. 
- Przecież też mogłabym zacząć rozpowiadać, że uwzięła się na mnie. Miałyśmy nieprzyjemną sprzeczkę, ostatnio rozmowę i groziła, że wszyscy się ode mnie odwrócą, a moja gwiazda zgaśnie. I są to dokładne słowa, jakimi mnie ostatnio poczęstowała - mruknęłam. - Czy to robię? Nie. Czy to prawda? Owszem. I nie chcesz wiedzieć, jakie spojrzenie jej towarzyszyło. 
- Brzmi to wszystko niewiarygodnie. Nie chce cię martwić, ale jest podobno bardzo wiarygodny świadek na wieczorne wydarzenia. Nie znam szczegółów, ale takie plotki roznoszą się od samego rana.. 

Nie wytrzymałam. Podziękowałam kucharzowi za posiłek, który mimo wspaniałego smaku w większości został na swoim miejscu i niemal biegiem udałam się do Huang Hua. 
Zatrzymałam się dopiero pod drzwiami od Sali Obrad i złapałam kilka spokojnych oddechów.
Zapukałam delikatnie, a następnie zajrzałam do środka. Kobieta była sama w pomieszczeniu i zaprosiła mnie gestem dłoni. 
Z ogromnym kamieniem na sercu stanęłam przy niej.
- Podobno znowu coś przeskrobałam - spojrzałam na nią, mając nadzieję, że to jedynie jakiś koszmar i zaraz się obudzę. Zaczęłam się nawet szczypać po przedramieniu, ale przebudzenie nie nadchodziło. 
Zamiast tego fenghuang  pomasowała się po skroni wbijając we mnie spojrzenie. 
- Wiem, że wczorajsze oskarżenie z sukienką było nieporozumieniem. Nie było przeciwko tobie żadnych dowodów, i nie miałaś powodów aby tak jej dokuczać. Niestety dzisiaj sytuacja się zmieniła, i muszę przyznać, że naprawdę się na tobie zawiodłam. Nie sądziłam, że będziesz zdolna do takich czynów. 
- Masz na myśli te kretyńskie plotki, które przekazał mi przed chwilą Karuto? - założyłam ręce na piersi, uważnie ją przy tym obserwując. 
- Możesz je nazywać kretyńskimi, ale nie wywiniesz się od konsekwencji - jej wyraz twarzy stał się surowy, wręcz nieco wrogi. - Ester jest naprawdę pobita. Ma siniaki na rękach, a nawet twarzy. Nie pałacie do siebie sympatią, a jej wczorajsze oskarżenia mogły na ciebie wpłynąć, i to rozumiem. Nie jestem jednak w stanie pojąć, jak mogłaś ją zaatakować wczoraj w nocy. 
- Ja ją zaatakowałam? Powinnaś wiedzieć, że jestem ostatnią osobą, która mogłaby zrobić coś takiego. - Jej słowa mnie zabolały. Oddaliłyśmy się od siebie, dawno to zauważyłam, ale nie sądziłam, że aż tak we mnie zwątpi któregoś dnia. 
- A Lance? Byłaś wściekła gdy się dowiedziałaś, że pracuje dla nas.
- Jak możesz porównywać te dwie sytuacje? - uniosłam nieco głos. - Sprawa z Lancem ma zupełnie inny wydźwięk. Przeszłości nie da się po prostu wymazać, a dodatkowo dla mnie odczucie tego czasu ciągle jest inne niż dla was wszystkich. I nie próbuj udawać, że nie wiesz, bo na pewno masz świadomość o moich atakach, które miały miejsce jeszcze nie tak dawno temu. 
- Owszem, ale.. - zaczęła, ale nie dałam jej dokończyć. Nie pozwolę na to.
- To są zupełnie inne tematy, i nikt nie ma prawa ich porównywać. On od początku pokazuje mi się z dobrej strony, nie ważne jak absurdalnie to brzmi, a ją odkąd poznałam, tak iskrzy między nami. I to nie w sposób podobny do iskier między tobą a Ewelein - wypowiadałam wszystkie te słowa niemal na jednym wdechu. Mina Huang Hua przechodziła wtenczas przez różne emocje, by przybrać kompletną obojętność na koniec. - Widziałaś, jak się do mnie zwróciła w trakcie tego całego spotkania. To nie ja tu jestem winna. 
- Chcesz powiedzieć, że zaatakowała cię wczoraj w ogrodzie? - Wypaliła.
- Nie! Nawet nie rozmawiałyśmy wczoraj wieczorem - odruchowo uderzyłam dłonią w stół. Wiem, że to nie było zbyt dobrym pomysłem, ale naprawdę zaczynałam nabierać ochoty na przywalenie tej wiedźmie.  - Owszem, byłam w ogrodach po zmroku. Razem z Dafne pospacerowałyśmy, a potem byłyśmy na równinie. Gdy wracałam usłyszałam ją i Lance'a pod Wiśnią, ale tak szybko jak ich zobaczyłam, tak szybko stamtąd poszłam. Nie doszło pomiędzy nami do żadnego kontaktu. 
- To co mówisz pokrywa się z jej wersją. Z wyjątkiem końcówki - podparła twarz na ręce i wbijała we mnie spojrzenie. Nie miałam pojęcia jak odczytywać jej zamiary. Nie wiedziałam co myśleć. - Według słów Ester, zatrzymałaś się i puściłaś jej jakiś dziwny uśmieszek, po czym zniknęłaś. Chwilę później rozstali się z Lancem przy kiosku, a gdy wracała sama wyskoczyłaś przed nią, naubliżałaś jej i doszło do bójki. 
Miałam w tej chwili ochotę śmiać się i płakać, równocześnie. 
I ona uwierzyła w takie brednie?
- Słyszałam, że macie na to świadka. Kogo? - Zaplotłam ręce z tyłu. Muszę się uspokoić. - Kto widział, jak ją biję?
- Nikt niczego nie widział - westchnęła ciężko i uciekła wzrokiem. - Jej świadkiem jest Lance. Potwierdza, że widział ciebie i Dafne. Twierdzi, że zostawił Ester samą, ponieważ chciała jeszcze poobserwować niebo. Przechodził przez schronisko, gdy usłyszał jej krzyki. W momencie, w którym do niej dobiegł, leżała na ziemi zapłakana i krzyczała, że ją popamiętasz. 
- To ma być ta wiarygodna historia? - prychnęłam. - Przecież też mogłabym sobie coś takiego wymyślić. Jakieś łzy na życzenie, poszarpać sobie ubranie czy rzucić się w krzaki albo na ławkę żeby nabrać siniaków. To żaden problem. Chcesz zobaczyć? - odsunęłam krzesło patrząc na nią wyzywająco.
- To szaleństwo. Uspokój się Ana. 
- Dlaczego mam się uspokoić, skoro zarzucacie mi taką głupotę? - warknęłam. - Zdajesz sobie sprawę ile codziennie różnych pseudogwiazdek, wywołuje skandale na Ziemi? Codziennie gdzieś na świecie gazety plotkarskie rozpisują się o bójkach, publicznych kłótniach czy hucznych rozwodach. Celebryci są w stanie zrobić wiele byle tylko o nich mówiono. Nie ważne jak, ważne, że nazwiska nie przekręcili. Tak to wygląda. 
- Przypomnę, że to Eldarya. 
- I co z tego? Jesteście jacyś inni? Też prowadzicie wojny. Tak jak ludzie uprawiacie politykę, czy to czystą, czy brudną. Tak, jak ludzie odczuwacie emocje i uczucia. Dlaczego by Ester nie mogła robić czegoś pod publiczkę? Słyszałam o niej trochę paskudnych rzeczy, a potem zaczęłam je dostrzegać na własne oczy. 
- Dosyć - Huang Hua podniosła się. - Nie będziemy tak rozmawiać. Jesteśmy obie zdenerwowane. Do tego zdaje się, że przygotowałaś sobie już całą linię obrony bez całkowitego wysłuchania mnie. Dostajesz ostrzeżenie. Jeśli dojdzie do kolejnego incydentu z waszą dwójką, będzie to oficjalne upomnienie. Możliwe nawet, że będę musiała cię zawiesić jako członka straży. Naprawdę nie karz mi tego robić.
- Skoro taką obrałaś stronę.. - mruknęłam i opuściłam pomieszczenie. 
Nie miałam ochoty na nią patrzeć. 

Ten dzień zaczął się potwornie. 
Żeby przypadkiem nie natknąć się na Ester, albo kogokolwiek, kto mógłby mi zacząć wytykać coś co nie miało miejsca, zaszyłam się na swojej ulubionej skarpie. 
Kompletnie zignorowałam dzisiejszy plan dnia, i nie wybierałam się na żadne zajęcia. I tak mnie już planują zawiesić, więc co za różnica?

Spędziłam tak właściwie cały dzień. 
Trochę potowarzyszyła mi Dafne, potem poszła pobiegać, i tak w kółko. Wieczorem dopiero coś naruszyło ten stan rzeczy - była to Amaya, Panalulu Leiftana. W ślad za naszymi chowańcami, szedł blondyn we własnej osobie. 
- Przeszkadzamy? - odezwał się stając w pobliżu, na co pokręciłam głową i zaprosiłam go by się dosiadł. - Tutaj się chowałaś cały dzień?
- Tak. Nie bardzo miałam ochotę na konfrontację, jeśli wiesz o czym mówię - westchnęłam opierając głowę o drzewo i zerkając na chłopaka. 
- Obiło mi się trochę o uszy. I widziałem, jak niemal przebiegałaś przez ogród - posłał mi słaby uśmiech. - Jest aż tak źle? 
- Może to w tej chwili demonizuję, ale naprawdę poczułam się strasznie. Zostałam oskarżona o coś, czego naprawdę nigdy bym nie zrobiła - zacisnęłam pięści. - Wiesz, że dopiero w trakcie rozmowy z Huang Hua nabrałam rzeczywistej ochoty na przetrzepanie skóry temu kogutowi? Wcześniej starałam się być obojętna, ale teraz naprawdę szala się przelała. 
- Co to jest kogut? - Aengel śmiesznie przechylił głowę na co cicho się zaśmiałam. 
- No tak.. Wybacz. To jaki ziemski zwierzak. Strasznie krzyczy, pieje, zwłaszcza o poranku - uśmiechnęłam się do niego, na co pokiwał lekko głową przyswajając moje słowa. Wtedy poczułam, jak negatywne emocje mnie opuściły. Nie wiem czy to jego towarzystwo, a może ten krótki moment, ale moje myśli zaprzątała teraz wizja wyobrażeń koguta, jakie mógł snuć eldaryjczyk. 
- Czyli te koguty nie są zbyt lubiane w twoim świecie? - Spojrzał na mnie wzrokiem pełnym nadziei, że dobrze to odczytuje. 
- Można tak powiedzieć. Niektórych nawet potrafią zaatakować.
- I Ester jest takim kogutem? 
- Tak. Ester to wredny kogut, przyodziany w kolorowe piórka, który krzyczy tuż przy moim uchu i niszczy ulubione kwiatki w ogrodzie. I wszystko po złości.. - zaczęłam w powietrzu wykrzywiać dziwnie dłonie, jakbym chciała przybrać nimi kształt pazurów, na co oboje zaczęliśmy się śmiać. 
Tego potrzebowałam..

No dobrze, ale jak doszło do sytuacji w której teraz się znajdowałam?
Sama bym chciała wiedzieć. 

Wieczorem porozmawiałam szczerze z Leiftanem, który w spokoju wysłuchał mnie od początku do końca, i nie przerwał ani razu. Wiedział już o wszystkim, o każdym wymienionym przeze mnie słowie z Ester i naszym wzajemnym podejściu do siebie. 
I co najważniejsze - wierzył mi. 
Wiedziałam, że mi uwierzy. 
Zdecydowanie racjonalniej niż ja podszedł do tej sytuacji. Miał chłodną głowę, i był w stanie sprowadzić mnie na odpowiednie tory. 
Byłam mu za to wdzięczna. A przede wszystkim odetchnęłam. 

Zrobiło się naprawdę późno, gdy rozeszliśmy się na korytarzu do swoich pokoi. I mimo, że naprawdę odczuwałam dość spore zmęczenie, nie byłam w stanie dobrze spać. 

Rano leniwie zwlekłam się z łóżka i udałam na śniadanie. 
Szepty ustały, ale spojrzenia w moją stronę co jakiś czas padały. Jednak zgodnie ze słowami Leiftana, i własnym postanowieniem, ignorowałam to. Znałam prawdę, a kto chciał to wierzył w te idiotyczne bajki. To mi tylko zweryfikuje z kim lepiej nie rozmawiać za często, prawda? 

Spokojnie dokończyłam swój posiłek, i bez zbędnych gestów opuściłam pomieszczenie. Nie zdążyłam się daleko oddalić, gdy podbiegł do mnie Mathieu.
- Dobrze, że cię widzę - uśmiechnął się przeczesując grzywę. - Chwilę temu widziałem się z Lancem, i powiedział, że gdybym cię spotkał, to mam ci przekazać, że masz się stawić w kuźni. 
- Wspominał może o co chodzi?
- Nie. Tylko tyle, że będzie tam czekał. I z tego co zauważyłem, to każdemu to przekazywał na swojej drodze. Nie ma chyba dobrego humoru - skrzywił się.
- Zraz tam pójdę. Dzięki Mathieu - uśmiechnęłam się i zaczęłam go mijać, gdy zatrzymał mnie jego głos. 
- Ana.. - drapał się po karku i wyglądał na zakłopotanego. - Słyszałem ostatnio co nieco, i rozumiem jeśli nie chcesz poruszać tego tematu, ale gdyby coś.. - spojrzał na mnie nieśmiało. - Rozumiesz. Każda moneta ma dwie strony, prawda? - Uśmiechnął się lekko. 
- Dzięki. Dobrze, że ktoś to jeszcze tak widzi - odwzajemniłam uśmiech i oddaliłam się zostawiając go. 
To podniosło moje morale. Pozostała jedynie nadzieja, że smok zaraz nie da mi popalić.

Przekroczyłam próg kuźni. W środku było pusto, a prócz trzasków rozgrzanego paleniska, panowała kompletna cisza. Żadnych śladów smoka. 
Weszłam głębiej, mając nadzieję, że może będzie w zbrojowni. Niestety prócz okropnego bałaganu, nie zastałam nic więcej. 

Westchnęłam ciężko i ruszyłam do drzwi. Najlepiej będzie, jak usiądę na schodach w Sali Drzwi i będę widziała, jak wchodzi do środka. 

Nie minęło pięć minut, jak moim oczom ukazała się jego postać wychodząca z biblioteki. Podniosłam się więc i podeszłam do drzwi kuźni, czekając aż do mnie podejdzie. 
Wtedy po całym pomieszczeniu rozniósł się okropny pisk.
- Ty zafajdana, ziemska złodziejko!

No to teraz wiecie, jak znalazłam się w obecnej sytuacji.. 

- Przykro mi Anastazjo, ale muszą być jakieś zasady. Ostatnio tylko cię uprzedziłam, ale tym razem muszę dać ci oficjalne upomnienie. Następnym razem możesz zostać zawieszona, jako członkini Straży - Huang Hua obwieściła to w obecności wszystkich. Był tu Chrome, Lance, Jamon, cała Lśniąca Straż, a na dodatek ta wstrętna kogucica Ester.
- Następnym razem? Ona już powinna zostać wypędzona poza mury! - uniosła się ta ostatnia. - Czy liście należącego do niej Minaloo pomiędzy strzępami moich poduszek to za mały dowód? - zaczęła odgrywać swoje scenki.
Według niej, dzisiaj rano włamałam się do jej pokoju, zrobiłam okropny bałagan, a na dodatek ukradłam sporą ilość jej cennej biżuterii. Jakbym jeszcze miała ku temu okazje, ale to wszystko nie składało się w żadną logiczną całość!
- Ile razy mam powtarzać, że nie byłam w twoim pokoju?! - spojrzałam prosto w jej stronę. - Czy do twojego zakutego łba w ogóle docierają jakiekolwiek słowa?! Nie było mnie tam! Poszłam na śniadanie, potem zaczepił mnie Mathieu, a w momencie gdy ruszyłaś na mnie ze swoimi pazurami, czekałam na Lance'a! Nie miałam kiedy tego zrobić!
- Akurat! Specjalnie wstałaś później żeby mi zaszkodzić, w momencie gdy będę jadła! I nie udawaj niewiniątka!
- A niech mnie znowu kryształ na lata pochłonie, nic takiego nie zrobiłam!
- Dosyć! Przestańcie się kłócić! - Naszą ostrą wymianę zdań przerwała, widocznie zdenerwowana Huang Hua. - Faktycznie, na miejscu były ślady, które mógł zostawić chowaniec Anastazji. Póki jednak nie upewnisz się Ester, że ta biżuteria naprawdę zniknęła, musimy zostawić to na takim etapie. Bierz pod uwagę, że mógł to zrobić chowaniec An, a nie ona sama. 
- I uspokójcie się - westchnął Chrome. - To już kolejny raz, jak między wami dochodzi do sporu. 
- Przykro mi Chrome, ale najwyraźniej nie umiemy inaczej - mruknęłam i zakładając ręce na piersi, odwróciłam wzrok w drugą stronę. 
Atmosfera w pomieszczeniu była naprawdę napięta.
- Dobrze. Chrome, idź z Ester i sprawdźcie razem jej pokój - odezwała się Huang Hua. - I przykro mi Ana, ale ktoś będzie musiał sprawdzić i twój pokój.
- A grzebcie sobie tam ile chcecie. Nie mam sobie nic do zarzucenia. 
- Skoro tak, to możecie się rozejść - wypuściła głośno powietrze. 

Nie będzie raczej nic dziwnego, w fakcie, że jako pierwsza opuściłam pomieszczenie. Już naprawdę było mi wszystko jedno. Nie interesowało mnie kto będzie grzebał w moich prywatnych rzeczach, i kiedy. Niech sprawdzają co chcą. Jak mnie przegnają to tylko przyśpieszy to moje plany. Wyruszę gdzieś przed siebie, i poznam Eldaryę w zupełnie inny sposób, niż dotychczas.
Jak mnie coś zje po drodze, mówi się trudno. 
Miałam całkiem ciekawe ostatnie dni swojego życia. 

Żwawym krokiem minęłam rynek, schronisko, a potem ogród. Nie do końca świadoma, dotarłam aż na wejście do lasu, a wtedy poczułam szarpnięcie za ramię. W efekcie odwróciłam się w drugą stronę, a przede mną stał sam szef Obsydianu. 
- Nie słyszysz, jak cię wołam od samego wyjścia? - patrzył na mnie marszcząc czoło. Jego lodowate spojrzenie wbite we mnie przyprawiało niemal o dreszcze. - Chciałem porozmawiać z tobą, o tej całej sytuacji. 
- Wybacz, ale nie mam ochoty o tym rozmawiać - powoli zabrałam swoją rękę. - Wygląda na to, że Huang Hua kompletnie odbiło i nie myśli racjonalnie, i niemal wszyscy wierzą w słowa Ester.
- Zrozum, że musimy podjąć działania, bez względu na to co myślimy. Sytuacja wyglądałaby inaczej, gdybyś nie reagowała tak impulsywnie. Jak zawsze z resztą - pokręcił głową, a przez jego twarz przemknął cień uśmiechu. Bawiło go to?
- Przykro mi, że nie jestem w stanie panować nad sobą, tak jak ty. Ta dziewczyna działa mi strasznie na nerwy - wypuściłam powietrze i odgarnęłam zbłąkany na twarzy kosmyk. 
- Będziemy musieli nad tym popracować - uśmiechnął się w moją stronę i kiwając głową abym za nim szła, ruszył w stronę Kwatery. 

Popularne