poniedziałek, 8 listopada 2021

9. Skup się!

Skup się! Plecy proste! W walce nie będziesz miała tyle czasu na myślenie!
Tak wyglądało dobre pół godziny mojego treningu z Lancem, ponieważ rano większość grupy nie była w stanie dobrze funkcjonować. 
Ze spontanicznej imprezy w karczmie wrócili gdy zaczynało świtać. Obudzili nas głośnym śpiewem i śmiechami, a rano spali jak zabici. 
Mój trener nie był z tego zadowolony, i jak tylko coś przekąsiłam opuściliśmy domek i poszliśmy w góry.
Znaleźliśmy jakieś wyludnione miejsce z pięknym widokiem na okolicę. Wioska wydawała się taka mała, a górski krajobraz jeszcze piękniejszy. Nie miałam jednak wygody cieszenia się tym wszystkim, jasnowłosy zaraz przeszedł do ataku. Chyba chciał się wyżyć. Zaczęliśmy ostro i nie mieliśmy chwili przerwy. Po nim nie było widać zmęczenia, ale każda kolejna minuta była dla mnie coraz gorsza - wtedy zaczął krzyczeć, jak nigdy wcześniej na naszym treningu. Starałam się i dawałam z siebie wszystko, ale mu to nie wystarczało. Zaczął z niego wychodzić Ashkore - ten którego wszyscy obwiniali o wojnę i zniszczenie kryształu. Szkoda, że to jedna i ta sama osoba.

Przestało mi się to podobać, mięśnie bolały mnie coraz bardziej, a oddech był ciężki do uchwycenia.
Zacisnęłam mocniej dłoń na rękojeści swojego miecza i zamachnęłam nim w stronę głowy smoka. Szybko zablokował cios patrząc prosto na mnie.
- Jakoś kiedyś lepiej ci szły próby zabicia mnie - mruknął i mocno mnie odepchnął. Odleciałam zataczając się, szybko udało mi się jednak złapać równowagę.
- Wierz mi, że miałam ku temu wiele okazji i żadnej nie wykorzystałam - odgarnęłam włosy za ucho obserwując każdy jego ruch. - Dopiero później mnie zmusiłeś do podjęcia próby.
- Złamałem ci serduszko i postanowiłaś zakończyć swoje męki? - zadrwił atakując. Poczułam rosnące we mnie ciepło i szybko odbiłam jego cios.
- Nie masz pojęcia co we mnie wtedy było - z wzmagającym gorącem w ciele, warknęłam i zamachnęłam mieczem. Uskoczył spoglądając na mnie dziwnie zadowolony.
- No tak, nasz kochany wampir. Pewnie się zabawialiście chwilę przed tym jak.. - nie dałam mu dokończyć. Strumień jasnego światła uderzył z mojej klatki prosto w niego. Padł na plecy oszołomiony. Szybko do niego doskoczyłam, położyłam mu stopę na klatce i przyłożyłam ostrze do szyi.
- Ani się waż wracać do tamtego czasu! - przycisnęłam lekko miecz, a po jego skórze płynęła strużka krwi. Psychopata uśmiechnął się z satysfakcją. 
- Robisz postępy, gratulacje. Chociaż nie ładnie kantować - kątem oka próbował zerknąć na swoją ranę. Szybko puściłam rękojeść i odskoczyłam. Co mnie omotało? 
- N-Nie chciałam.. - zaczęłam dukać. No najlepiej, najpierw naskoczysz, a potem nie umiesz skleić zdania. 
Lance podniósł się i dotknął swojej szyi. 
- To nic takiego, sam się prosiłem. Nie zrobiłaś mi krzywdy - wytarł krew i schował swój miecz do pochwy. - Chyba powinniśmy się skupić na twoich mocach. Musisz nad nimi panować żeby nie przejmowały kontroli, jak przed chwilą - podał mi Atarangi. Bez słowa przejęłam ostrze i schowałam.
- Nie oberwałeś światłem bez powodu, wywołałeś je - wiatr zaatakował moją głowę przez co włosy latały we wszystkie strony i zatrzymały się na twarzy. Warknęłam zaczynając je zbierać.
- Powinnaś je spinać albo ściąć. Nie będą współpracowały - Lance podszedł i odgarnął mi jeden z kosmyków. Natychmiast się odsunęłam. Dopiero co odrosły po jego bandyckim zamachu na nie na Memorii.
- Ty się lepiej do nich nie zbliżaj. Pamiętam szybkie cięcie, które mi zafundowałeś - szybko schowałam je w kaptur i spojrzałam na smoka. Marszczył brwi niezadowolony. 
- Nie będę się powtarzał tysiąc razy. Nie jestem tym samym - nie dałam mu dokończyć.
- Nikt nie jest w stanie zmienić się całkowicie. 

Mierzyliśmy się wzrokiem dobrą chwilę. Mój oprawca nie robił już nic co by mnie bolało bardziej niż przed chwilą ten rzut o filar. W jego niebieskich oczach było widać wściekłość  i nienawiść, jaką raczył się mnie obdarzać. Chociaż czy tylko?
Zatapiając się bardziej w tym oceanie dało się dostrzec cierpienie. Był wściekły na los swoich pobratymców, chciał ich pomścić, ale teraz..  Zobaczył matkę, która była taka dobra.
Moje słowa go ruszyły?
Co by pomyślała Tia widząc go w tej chwili? Jedyna była w stanie przemówić mu do rozsądku.
Nawet jeśli była tylko wspomnieniem..

Bardzo powoli i niepewnie położyłam drżącą dłoń na klatce piersiowej Lance'a. Spokojnie Anastazja, masz szansę zapobiec rzezi, musi ci  się udać. Jasnowłosy się ocknął i spojrzał szybko na moją rękę. Jego twarz wyrażała wszystko - nie wiedział co myśleć, zaskoczyłam go. 
- Śmieszny człowiek ma dla ciebie pewną radę - odezwałam się cicho. - Lepiej skorzystaj i dowiedz się wszystkiego, bo będziesz żałował, a potem.. - poczułam zimne ostrze przy gardle. Spuściłam nieco wzrok by je dostrzec. 
- Mówiłem ci już - warczał - nie znasz mnie. 
- Każde dziecko chce być dobrze widziane w oczach rodziców - ponownie spojrzałam na jego twarz. Starał się zachować kamienną postawę, ale jedna z jego powiek lekko drgała. Jakiś tik nerwowy na którym nie panował? - Nie ważne gdzie ani jacy oni są - biorąc głęboki oddech kontynuowałam. - A tu już nie możesz mi powiedzieć, że nie wiem o czym mówię.. 
- Zamknij się - mocniej docisnął ostrze, poczułam spływającą po mojej szyi ciecz. 
Mimo tonu jakiego użył nie uciekłam wzrokiem, on podobnie ciągle mnie obserwował. Nie mam pojęcia co jeszcze robię żywa. 
- Zastanów się czy chcesz to zrobić matce - mruknęłam krótko i  uniosłam nieco brew.  - No dalej, na co czekasz? Wiem, że tylko o tym marzysz.. 
- A żebyś wiedziała - nagle złapał mnie za włosy i mocno pociągnął. Odruchowo krzyknęłam i się złapałam za głowę. Patrzył na mnie uśmiechnięty, wyglądał niepokojąco. Moje serce przyśpieszyło, a ciało sparaliżowało. - Chyba jednak wolę abyś widziała moje dzieło - zbliżył się niepokojąco blisko i powiedział to tak.. Cicho. Tak. Nie użyję żadnego innego słowa w jego kontekście. 
Przez dosłownie sekundy wpatrywał się w moją przestraszoną twarz, wydawał się o czymś myśleć, ale za krótko..
Nim się obejrzałam pociągnął mocniej moje kosmyki do góry i ściął je swoim ostrzem. Był przy tym stanowczo za blisko, ale moją uwagę odciągnęły słowa, które wyszeptał mi wtedy do ucha - Ciekawe, jak teraz mu się spodobasz.

Chłodny podmuch ponownie przeleciał przez płaskowyż, a smok i ja ciągle mierzyliśmy się wzrokiem. Było zimno nie tylko ze względu na pogodę, a także przez moje ostatnie słowa. Smok wbijał we mnie ślepia zaciskając szczękę, a jego powieka zaczęła drgać. Zdenerwowałam go.
- Dobra - westchnęłam i kawałek dalej usiadłam po turecku na zmrożonej ziemi. - Nie wracajmy do tego. Ja się ciągle oswajam, a ty musisz to znosić. - Zerknęłam na niego odkładając swój miecz gdzieś z boku. - Dla dobra nas obu im szybciej mi pomożesz tym szybciej odetchniemy, trenerze - na ostatnie słowo dałam wyraźny nacisk. 
Lance podrapał się po brodzie patrząc w moją stronę, a potem ciężko wzdychając usiadł naprzeciw mnie. 
- Ta kara jest gorsza niż myślałem. 
- Doprawdy? - przechyliłam głowę posyłając mu wredny uśmieszek. - A ja myślałam, że ci się to spodoba.
- Nic już nie mów - pokręcił głową. - Lepiej zaczynajmy.. - podparł głowę na ręku zerkając na mnie.

Lance już miał zacząć mi tłumaczyć na czym powinnam się skupić gdy na jego ramieniu usiadł chowaniec podobny do kruka o czerwonych oczach - Pterocorvus, i zaczął go natychmiast dziobać w głowę. Prychnęłam cicho, a smok spojrzał na zwierzę zirytowany, po czym zdjął z jego łapki przyczepiony liścik i szybko go przeczytał.
- To Nemora. Musimy wracać.. - od razu się podnosił.
- Coś się stało? - woląc się nie narażać podniosłam tyłek i oboje ruszyliśmy w stronę naszego tymczasowego lokum. Czekało nas dobrych kilkanaście minut spaceru w dół.
- Nie. Po prostu wszyscy są już w stanie trzeźwo zdać raporty z wczoraj - wzruszył ramionami idąc nieco z przodu. Nie zrównywałam się, tak było dobrze. 
- Rozumiem. Lepiej żebyśmy szybko mogli wrócić do.. Domu. - Zawahałam się dosłownie przez moment. Czy Ziemie Eel to mój dom? W domu powinno się czuć dobrze, wśród osób które cię kochają, szanują i dzielicie pokrewieństwo. Jak jest w Kwaterze Głównej? Z resztą, po co się zastanawiać?
Wyrwało mi się ciche westchnienie, a smok zerknął przez ramię.
- Zmęczona? - Wzruszyłam ramionami. - Lepiej powiedz, planowałem długi spacer po lesie jak dojdą do siebie. 
- To nie to - pokręciłam głową chociaż jego wzrok był już skierowany na kamienną ścieżkę. - Chodzi o moje myśli, których bym wolała na głos nie wypowiadać. 
- Byle tylko nie sprowadziły na nas kłopotów.
Prychnęłam. Przecież wszelkie kłopoty i zło tego świata to moja wina.

Wkrótce dotarliśmy na miejsce, a przed domkiem przywitała nas cała gromada w.. Beczce?

Przystanęłam zaskoczona i musiałam zamrugać kilka razy. Idalia, Torin, Nemora i Berius siedzieli w ogromnej drewnianej beczce pełnej wody, a z niej unosiła się para. Obok tego wszystkiego stał Martin i Gorlas - rozmawiali szeroko uśmiechnięci. Zerknęłam na smoka, wyglądał na podobnie zdezorientowanego, co ja.
- C-Co tu się dzieje? - przeleciałam wzrokiem po wszystkich obecnych.
- Szorowanko! - w odpowiedzi usłyszałam roześmiany głos Idalii. - Martin przyniósł to z kolegą chwilę temu, jest niesamowicie. Chodźcie!
- I to po to wysłałaś chowańca? - Lance jakby oprzytomniał i spojrzał w kierunku Nemory. Uśmiechnęła się tylko i wzruszyła niewinnie ramionami. - Jesteście niepoważni, nie po to tutaj jesteśmy.
- Oj daj spokój - winowajca tego wszystkiego podszedł do smoka i położył mu, po przyjacielsku, rękę na ramieniu. - Wczoraj się raczej wszyscy dobrze bawiliście, włącznie z tobą. W czym tkwi problem, aby towarzystwo się nieco zrelaksowało w gorącej wodzie?
Przyglądając się temu nie dało się przegapić szampańskiego humoru Martina, ale niestety niebieskooki nie podzielał jego samopoczucia. Na domiar złego drgała mu powieka, walczył ze sobą.
Powoli wysunął ramię od blondyna i zbliżył się do skrzynki stojącej w pobliżu kąpieliska. Zajrzał do środka i zmarszczył brwi. 
- Nie ma lepszych rzeczy do używania tych kamieni, tylko jakieś idiotyczne zabawy w wodzie? - Karcąco spojrzał na towarzystwo. Miny im się na te słowa nieco pozmieniały. 
- Daj spokój - Berius oparł się ramieniem o drewnianą ściankę i patrzył prosto na dowódcę. - Mamy prawo do relaksu, nic złego się nie dzieje. Raporty powypełniane, masz szczegółowy opis przesłuchań. Wskakuj i czytaj je tutaj.
- Nie jesteśmy tutaj, żeby odpoczywać - trzasnął wiekiem skrzynki i ruszył do domku. Wyglądał na wściekłego, a gdy mnie mijał dostrzegłam niebieski płomyk przebiegający po jego policzku.

Atmosfera po naszym przybyciu nieco się zmieniła, ale nie na długo. Zaraz gdy zdenerwowany smok zniknął, faeries wrócili do zabawy i wesołych rozmów, a Martin i Gorlas rozebrali się do samej bielizny i wskoczyli do nich. 
- Anastazja, dawaj - oberwałam odrobiną wody, na co automatycznie odskoczyłam do tyłu. Spojrzałam na atakującego, którym okazał się być blondyn. - Nie mów, że wolisz stać tak sama albo czytać papiery z tym ponurakiem. 
Fakt, nie wolę, ale zdecydowanie nie uśmiecha mi się ściskać tam z nimi. Nie czułabym się zrelaksowana. Pokręciłam głową. 
- Żadna z tych opcji nie wydaje się być odpowiednia, muszę jednak odmówić. Znajdę sobie inne zajęcie, ale wam.. Dobrej zabawy - posłałam mu lekki uśmiech i ruszyłam do środka. 

Lance siedział na kanapie trzymając w dłoni jakieś papiery. Zerknął krótko w moją stronę po czym wrócił do czytania. Woląc go nie drażnić wzięłam tylko jakiś owoc na ząb i poszłam do sąsiedniego pokoju. Tak czy siak poznam szczegóły, a przesiadywanie z nim w jednym pomieszczeniu, zwłaszcza w takim stanie, to nienajlepszy pomysł. Poza tym.. Ile ja mam z nim spędzać czasu? Wystarczy mi wyrok trenowania z nim, jego szefostwa, i ogólnego faktu przebywania od siebie w zbyt małych odległościach. 

Na miejscu usiadłam przy oknie, zajmując jedno z wolnych łóżek. Spałam już w nim dwa razy, chyba mogę powiedzieć, że jest moje. Chciałam zająć kanapę, a w efekcie najpierw zrobił to Lance, a potem nietrzeźwa Nemora. Tyle to z mojego wyalienowania, ale nie będę narzekać.
Wgryzłam się w swoje krwistoczerwone jabłko i przyglądałam jednej dłoni. 
Może bym sama spróbowała? W końcu to tylko odrobina światła. Przecież nie wysadzę zaraz budynku, czy spalę pościeli. 

Odłożyłam ogryzek na podniszczony, drewniany parapet i wystawiłam dłoń przed siebie. I co dalej? Dobre pytanie. Skup się Ana. Co czułaś za każdym razem, gdy pojawiało się światło? Emocje, tylko jakie? Strach - bałam się, że wszystko się powtórzy. Równocześnie dostałam ataku paniki. Co jeśli znów tak będzie? Muszę nad tym zapanować.
Przymknęłam oczy i próbowałam się skupić. Zaczęłam oddychać głęboko i równomiernie.
Ciepło, otacza mnie ciepło. Od żołądka, przez serce po koniuszki palców. Jest gdzieś we mnie, trzeba je tylko wyciągnąć. 
Nagle coś poczułam i szybko podniosłam powieki. Jedna, dosłownie jedna iskra przeleciała między palcami.
Świetnie, jakieś inne pomysły?
Lance najlepiej działa jako zapalnik, tylko czemu? Jest źródłem moich lęków, ale czy to na pewno o to chodzi?
Na nowo opuściłam powieki. Myśl Anastazjo!

Ciemność i cisza zdawały się trwać w nieskończoność. Nie otwierałam oczu nawet na moment, ignorowałam każdy dźwięk. Nie liczyło się dla mnie w tej chwili nic. Pewnie z boku wyglądałam śmiesznie, ale to nie ważne. Skupienie, pełna koncentracja.

Nagle zobaczyłam jasne światło, jakby biały płomień. Po chwili dołączyły również głosy, strasznie niewyraźne. Nie byłam w stanie żadnego z nich rozszyfrować czy rozpoznać, ich natłok był zbyt wielki w jednym momencie. 
Poczułam otulające mnie ciepło, starałam się skupić na nim, zamiast na wszystkim innym. Zignorowałam płomień, zignorowałam biegające dookoła słowa. Tylko ja i to przyjemne uczucie..

piątek, 5 listopada 2021

8. Jesteś moją karą

 Idą smok, człowiek i coś na wzór elfa przez wieś.. 

Brzmi, jak początek idiotycznego kawału. Z resztą nawet nie jestem pewna czym jest Berius, ale jakoś głupio mi zapytać. 
W każdym razie zaraz po posprzątaniu nasza grupa rozproszyła się na wszystkie strony. Razem z chłopakami ruszyłam w stronę placu, który miałam okazję widzieć już z samego rana. Droga wcale nie była trudna, był widoczny z daleka. Niestety po stoiskach niewiele już zostało. Większość sprzedawców się już zebrała, pozostali nieliczni - w tym staruszka, od której mam wisiorek. W momencie, w którym spojrzałam w jej stronę jej głowa zwróciła się akurat w naszym kierunku. Posłałam kobiecie delikatny uśmiech ze skinieniem głową, odwzajemniła gest, a my szliśmy dalej. 

Tak jak mówił nasz przewodnik, którego od wczoraj żadne z nas nie widziało na oczy, ratusz był na wyciągnięcie ręki, a do tego oznaczony widoczną kamienną tabliczką.
Gdy tylko przekroczyliśmy jego próg powitała nas pulchna kobieta o rudych włosach, bladej skórze i ciemnych oczach. Lance się do niej zbliżył i powiedział po co tu jesteśmy, nie musieliśmy długo czekać a przyszedł do nas burmistrz. 
Szczerze to o mało nie wybuchłam śmiechem widząc jak rozmawia z naszym dowódcą, Berius chyba miał ten sam problem ponieważ był cały czerwony na twarzy. Co nas tak bawiło? Kolosalna różnica wzrostu. Smok miał, śmiało można powiedzieć, coś około dwóch metrów wzrostu podczas gdy jego rozmówca chyba nawet nie sięgał metra. Sięgał mu niewiele ponad kolana. Musiał wejść na specjalne schodki żeby nie wyglądało to tak tragicznie, jak na początku. Pewnie jest przyzwyczajony.
Tylko po Obsydianczyku nie było widać rozbawienia, od razu przeszedł do rzeczy. W przeciwieństwie do mnie na targu, nie bał się powiedzieć o moim pochodzeniu. Karzeł zrobił duże oczy i zaczął mi się uważnie przyglądać. Starałam się zachowywać naturalnie, ale czułam się bardzo niezręcznie i nawet zaczęłam wyginać te cholerne palce.
- No dobrze.. - zamlaskał mężczyzna i schodził ze swojego podwyższenia. - Chodźcie za mną. Wszystko co mieszkańcy znajdują i przynoszą jest trzymane pod kluczem. Jeśli będziecie chcieli to zabrać, nie będę ukrywał, odetchnę z ulgą. - Powoli ruszył przed siebie, a nasza grupka deptała mu po pietach. 

Wędrowaliśmy wąskim korytarzem, które zdobiły portrety. Każda z przedstawianych postaci była inna, kompletnie niepodobna, łączyła ich tylko broszka na ubraniach. Niskorosły idący przed nami miał taką samą, więc to muszą być jego poprzednicy. Większość z nich to byli mężczyźni, tylko jeden obraz przedstawiał kobietę, i to ostatni, przy drzwiach które burmistrz musiał otworzyć z wielu kłódek. Miałam dzięki temu czas aby przeczytać krótką notkę pod ramą. 
To co było tam napisane zmroziło mi krew w żyłach, a po ciele przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Jasnowłosa pełniła urząd zaledwie dziesięć dni i została zamordowana. Zabił ją człowiek, który właśnie był w pobliżu - Lance. Według informacji na tabliczce zginęła od przebicia mieczem, bo nie chciała wpuścić zamaskowanego mężczyzny do tutejszych piwnic zawierających cenne artefakty.
Poczułam rosnącą we mnie wściekłość, a wraz z nią ogromny gorąc pojawił się w moim ciele. Moje dłonie zaczęły iskrzyć i drżeć. Atak paniki? Ten był jakiś inny. Spojrzałam na smoka i napotkałam jego wzrok, który szybko spoczął na moich dłoniach. Początkowo zmarszczył brwi, ale szybko zrozumiał gdy krótko zerknęłam na podobiznę jego ofiary.
- Anastazja.. Proszę, uspokój się - zaczął się zbliżać. - To nie jest dobry moment. - Był spokojny, zbyt spokojny. Od moich dłoni biło coraz mocniejsze światło, nie panowałam nad tym. Znowu widziałam w nim potwora i mordercę. Kompletnie wyleciały mi z głowy jego słowa o zmianie, zapomniałam o zapewnieniach Huang Hua, był tylko jego mrok. - Ana.. - stanął przede mną, odruchowo się cofnęłam. - Oddychaj głęboko, załatwimy co mamy załatwić i porozmawiamy - wyciągnął w moją stronę rękę. Znów zrobiłam krok w tył i wpadłam na ścianę. Smok mnie dosięgnął i złapał za ramiona, czułam się przerażona. Patrzył na mnie tymi błękitnymi oczami i coś mówił, ale przestałam go słyszeć. Rozejrzałam się dookoła. Zarówno Berius i burmistrz patrzyli na nas, nie rozumieli co się dzieje. Wróciłam wzrokiem do Lance'a, jego usta ciągle się ruszały, ale do mnie nie dochodził żaden dźwięk. Poza jednym.. 
Zaczęłam słyszeć tą straszną melodię z dzisiejszego snu. Zaczęłam drżeć, a moje ciało przeszył ból, ten sam który już czułam - jakby tysiące igieł na raz wbijało się przez moją skórę. Trzęsącymi się dłońmi złapałam swoją twarz, moje światło zniknęło, a złość zamieniła się w panikę. 
Nagle straciłam grunt pod nogami. Lance wziął mnie na ręce i wynosił na zewnątrz. Nie miałam sił by panikować. Oparłam swoją głowę o jego ramię, poddałam się.

Po krótkiej chwili znaleźliśmy się na zewnątrz. Posadził mnie za budynkiem na zielonej trawie i kucnął przede mną. Wędrowałam tylko po nim wzrokiem nie mogąc nic powiedzieć, cały czas dygotałam. Poczułam jego dłonie na swoich polikach, nie podoba mi się to, do tego patrzył mi prosto w oczy. Mój oddech był niespokojny, musze się uspokoić. Panuj nad sobą Anastazja!
Opuściłam powieki. Zrób to co ostatnio, przypomnij sobie dziadka, myśl o tych pięknych melodiach których cię uczył.

Nie mam pojęcia ile minęło. Sekundy, może długie minuty. Nie słyszałam melodii wydobywającej się z pianina, nie widziałam ukochanego staruszka. Była tylko cisza i ciemność. Gdy powoli otworzyłam oczy widziałam Lance'a. Ciągle trzymał swoje dłonie na mojej twarzy i się wpatrywał. Przejął się? Nie wiem, ale tak to wyglądało. Zauważając, że jest lepiej szybko zabrał ręce.
- Dobrze się czujesz?- cały czas wlepiał we mnie gały. Zażenowana spuściłam głowę nie odpowiadając. Co mam powiedzieć? Chciałam być użyteczna, a właśnie odstawiłam najgorszą akcję jaką tylko mogłam. Kto wie, co pomyślał sobie nasz gospodarz. Nie chcę aby straż wpadła w konflikt z mojej winy, a mimo to nie pomagam. - Anastazja.. Spójrz na mnie. - Pokręciłam głową, nie mogę. - Posłuchaj, rozumiem o co chodzi. Rozpoznaje ją.. - ciężko westchnął i wygodnie usiadł obok, co dostrzegłam kątem oka. - I pamiętam doskonale, jak to wyglądało. Zabiłem ją jeszcze przed twoim przybyciem do Eldaryi. Ukrywałem się w tych górach przez jakiś czas, słyszałem plotki.. Według nich Tenpu miało być w posiadaniu czegoś co bardzo mogło mi pomóc wtedy w realizacji planu. Włamałem się, ale stanęła mi na drodze. Nie miałem pojęcia co tam robiła. Było sporo strażników i każdego bez problemu ogłuszyłem, ale z nią było inaczej.. - Podniosłam na niego wzrok. Wpatrywał się przed siebie i zaciskał pięść. - Nie mam pojęcia czy wiedziała, że przyjdę, może przeczuwała. Stała przed drzwiami i pierwsza rzuciła się w moją stronę. Zaczęliśmy walczyć, bawiłem się nią, dawałem czasem złudne wrażenie. W końcu się znudziłem, chciałem jak najszybciej przekroczyć te cholerne drzwi, wziąć co trzeba i uciec. Naskoczyłem na nią z mieczem w ręku, ale.. Może nie uwierzysz - rzucił mi krótkie spojrzenie. - Potknąłem się. Wyrżnąłem w ścianę i zakręciło mi się w głowie. Próbowała wykorzystać okazję i chciała mnie zabić. Tylko nieco podniosłem swoje ostrze, a ona się na nie nadziała. - Jego dłoń aż zbielała od zacisku, cały się spiął.
- Nie musisz mi tego opowiadać.. - położyłam dłoń na jego ramieniu. Drgnął i spojrzał na mnie. - Nie panowałam tam nad sobą, po prostu nagle mnie coś chwyciło. Przepraszam za problem, naprawdę nie chce być ciężarem. Zrozumiem jeśli..
- Nie - przerwał mi. - Nie odeśle cię do domku. Wzajemnie jesteśmy swoim kłopotem. Ja u ciebie wywołuje takie ataki, jak ten przed chwilą, a ty.. - zawiesił się. Naprawdę nie owijał w bawełnę, to jednocześnie godne podziwu i przerażające. - Doskonale wiesz co mi przypominasz. Chciałbym o tym zapomnieć, ale muszę to przejść. Więzienie nie jest najlepszą karą za to co zrobiłem. Ty nią jesteś. - Powiedział to tak pewnym głosem. Jego słowa odbijały się przez chwilę echem w mojej głowie. Jestem jego karą. Powinnam czuć satysfakcję, ale czuje się.. Źle?

Za budynkiem spędziliśmy jeszcze kilka minut. Już żadne z nas nic nie mówiło. Ja miałam szansę odetchnąć i uspokoić myśli, a Lance by rozluźnić mięśnie. 
Dopiero w drodze powrotnej do budynku zdecydował się przerwać ciszę. Musieliśmy coś wymyślić na usprawiedliwienie mojego ataku. Zasugerowałam klaustrofobię, lęk przed ciasnymi zamkniętymi pomieszczeniami. Chwile się zastanawiał, ale ostatecznie zgodził się na mój pomysł, w końcu korytarz był dość ciasny. 

Szybko dotarliśmy do Beriusa i karłowatego burmistrza. Stali tam gdzie ich zostawiliśmy, a drzwi były otwarte. Trzymałam się trochę z tyłu i dałam smokowi mówić. Przeprosił i wcisnął bajeczkę o moim lęku. Nie wiem czy uwierzyli, ale mało mnie to interesowało. Wolałam skupić się na zadaniu i starałam nie zerkać na portret kobiety. Lepiej żeby to się nie powtórzyło. 
Po szybkich grzecznościach weszliśmy do graciarni - trafniej nie da się nazwać tego pomieszczenia. Po prawej stronie stała duża szafa owinięta ciężkim łańcuchem, a przed nami były kupki jak na wysypisku. Całe pomieszczenie trochę je przypominało, a najgorsze, że wszystkie te przedmioty rozpoznawałam.
- Skąd macie to wszystko? - Berius zbliżył się do będącego najbliżej pękniętego telewizora. Chyba go wąchał i natychmiast się odsunął.
- Co jakiś czas pojawiają się w środku lasu. Za każdym razem w tym samym miejscu - odpowiedział otwierając kłódkę na szafie i metal upadł na ziemię z okropnym łomotem. - Tutaj mamy mniejsze przedmioty. Wszystko jest do waszej dyspozycji. Ja muszę wracać do obowiązków, przyślę do was kogoś.
Przeleciał wzrokiem po pomieszczeniu i wyszedł. 
Nie czekałam, aż ktoś przyjdzie na jego miejsce. Zaczęłam przechadzać się między kupkami i przyglądać tym śmieciom. 

- Nie widzę tu nic groźnego. To wygląda jak wysypisko śmieci albo złomowisko z Ziemi - po obejściu tego wszystkiego kilka razy zatrzymałam się przed telewizorem i zerknęłam na bruneta. - To urządzenie wyświetla obrazy, filmy. Ludzie spędzają przed nim wolny czas. To telewizor - położyłam dłoń na ekranie. - Zapewne popsuty.
- Reszta tych rzeczy też nie wygląda jakby była w dobrym stanie - Lance podniósł coś z ziemi. Gdy odwrócił się w moją stronę rozpoznałam w przedmiocie spalone żelazko. 
- Masz rację. To wszystko kojarzy mi się ze złomowiskiem - ze sterty sprzętu wygrzebałam myszkę do komputera. - Chociaż może bardziej wysypisko elektro śmieci. Nie wiem czy jakiś złomiarz kupił cokolwiek z tego.
- To źle czy dobrze? - niebieskie tęczówki zawiesiły się na mnie przez chwilę. 
- Obawiam się, że to fatalna wiadomość - westchnęłam i zbliżyłam się do szafy. - Czy to możliwe żeby otworzył się jakiś portal?
- Ostatnio dzieją się dziwne rzeczy, nie możemy tego wykluczyć - smok odłożył co trzymał i stanął za mną. - Dlaczego pytasz?
- Ponieważ jeśli ludzie się zorientują wykorzystają sytuację i wyrzucą tu wszystkie śmieci jakie znajdą. Eldarya zostanie zasypana ziemskimi odpadkami - zabrzmiało ponuro, nawet bardzo, ale taka jest rzeczywistość. Ziemianie nawet kosmosu nie zostawili w czystości.
Chłopcy już się nie odzywali. Musiałam zasiać w ich głowach niezły chaos. Podczas gdy tutaj wszyscy są pogodni i dbają o otoczenie, świat będący bardzo blisko jest kompletnie przeciwny i niszczy wszystko na swojej drodze.

Przeglądanie tego wszystkiego trwało w nieskończoność. Dodatkowo dostałam notes i musiałam wszystko spisać. Zaczęłam od szafy, w której znalazłam dwa telefony komórkowe, laptopy, a nawet drukarki. Na szczęście panowie się zlitowali i zaczęli pomagać. Musiałam im wszystko przy okazji tłumaczyć, a nawet literować, ale i tak w trzech ukończymy szybciej niż gdybym sama miała to wszystko robić. Potem przepisze się nasze listy w jedną i będzie wszystko wiadomo.

Od wyjścia burmistrza minęły pewnie jakieś dwie godziny, tak na oko licząc. Nie było tu ani okna ani zegarka, a przy pracy czas szybko biegnie. W każdym razie nikt na jego miejsce się nie pojawił. Może to była tylko wymówka, bo nie chciał z nami siedzieć, a może zapomniał. Nie ważne. Przynajmniej nikt się nie pchał pod nogami i sprawnie nam szło. 

Po skończonym liczeniu i spisywaniu odetchnęłam z ulgą. Ilość tego wszystkiego była przerażająca. Stare pralki, komputery, telewizory i wszystko co każdy przeciętny człowiek ma w swoim domu. Moje wątpliwości dotyczące miejsca ich pochodzenia znikały z każdym pojawiającym się zniszczonym sprzętem. 
Kilka razy wymknęło mi się marudzenie, a nawet przeklinanie na winnych temu wszystkiemu. Moi towarzysze nie bardzo rozumieli o co chodzi, dlatego opisałam im krótko z czym mamy do czynienia.
Lance był szczególnie zainteresowany falą śmieci, która może zalać ten świat jeśli ludzie odkryją taką możliwość. Nie miałam wyboru, a też nie chciałam tego ukrywać. Jest mi wstyd, ale nie wyrzeknę się swojego pochodzenia, tak jak smok nie cofnie czasu i nie wymaże swoich czynów sprzed siedmiu lat.
Opowiedziałam mu o licznych wysypiskach na Ziemi, o tym jak ludzie nie chcąc płacić za wyrzucanie niepotrzebnych rzeczy wywożą je nawet do lasu i zanieczyszczają środowisko, nie pominęłam też przestępców przewożących zanieczyszczeń z jednego kraju do drugiego czy brudnych plaż, ponieważ z oceanów i mórz wypływają nieczystości. Oboje wyglądali na zaskoczonych, ale to tak bardzo ludzkie. 
- Gdybym była na Ziemi i usłyszała w telewizji o kolejnym nielegalnym składzie odpadów, nie zdziwiłabym się. Nikt by się nie zdziwił. Możemy potępiać i wyzywać, ale w rzeczywistości przeciwstawne działania są na tak małą skalę, że nijak nie pomagają - zakończyłam swoją wypowiedź i kopnęłam klawiaturę idąc w stronę drzwi. - Może chodźmy już. Ten obraz jest zbyt przytłaczający. 
- Masz rację. Po tym co mówiłaś też nie czuję się tu komfortowo - Berius podniósł się z podłogi i zerknął na Lance'a. - Idziesz?
- Tak, tak.. - wyrwaliśmy go z zadumy. Od jakiegoś czasu stał przed szafą i przyglądał się jej zawartości. Powoli się odwrócił od niej i dołączył do nas. 
Opuściliśmy pomieszczenie.

Nie zdążyliśmy przejść dwóch metrów i przed nami wyrósł Martin, nasz przewodnik, który zapadł się wczoraj pod ziemię. 
- Już wyszliście? - Wyglądał na zmachanego. - Wybaczcie spóźnienie, miałem kilka zajęć, a burmistrz mówił, że się nie śpieszy.. - zrobił minę jak zbity pies. 
- Właśnie skończyliśmy, chcieliśmy trochę odsapnąć - zerknęłam po chłopakach. Zgodnie przytaknęli.
- Rozumiem.. - podrapał się po głowie. - To ja pozamykam i zapraszam was na pożywny posiłek. Stawiam. Wasi przyjaciele są już w karczmie. 
Berius klasnął w dłonie i zadowolony nimi potarł.
- Darmowej strawie nie powiem nie. 
- Świetnie. To poczekajcie tu chwilę - uśmiechnął się szeroko i poleciał zamknąć pomieszczenie. 

Wchodząc do karczmy nie dało się przeoczyć wnętrza wykończonego drewnem i solidnych stołów oraz ław, na których leżały, bardziej dla ozdoby, ciepłe koce, a w wielu miejscach były świece nadające klimat całemu lokalowi. Gdybyśmy byli na Ziemi na ścianach wisiały by wypchane głowy i poroża różnych zwierząt, ale tutaj były to głownie zioła i rysunki oraz obrazy przyrody.
Dookoła było słychać gwar i śmiechy, a szczególnie głośno zachowywali się nasi towarzysze podróży, którzy siedzieli w kącie pomieszczenia. Na ich stole stało dużo jedzenia oraz liczne naczynia po piwie i innym alkoholu. Dobrze się bawili, a dostrzegając naszą obecność Gorlas wstał i głośno zapraszał do zabawy. Byłam nieco zaskoczona, to pierwszy raz gdy się odezwał w mojej obecności, a do tego był tak radosny i szczęśliwy jak dziecko.
Śmiało ruszyliśmy w ich stronę i zajęliśmy wolne miejsca. W tym czasie Martin nas na chwilę zostawił, deklarując doniesienie świeżego jedzenia i kolejnej partii do picia. 
Przeleciałam szybko wzrokiem po towarzystwie. Żadne z nich nie miało za sobą tylko jednego piwa, wyglądali na nieco wstawionych i zaczepiali się wzajemnie. Nawet dostrzegłam jak Lance się lekko uśmiecha i bierze jeden kufel aby następnie wychylić jego zawartość wprost do swojego gardła.
To nie mój styl. Nigdy nie lubiłam tego typu spotkań, ale może to dobry moment by zyskać nowe znajomości. Jedno piwo jeszcze nikogo nie zabiło.

Gdy tylko Martin doniósł kolejny prowiant poczęstowałam się napitkiem oraz skubnęłam pieczeni. Uważnie się przyglądał mojej reakcji i nie mogłam zaprzeczyć, smakowało naprawdę wyśmienicie. Nie mam pojęcia co to jest, i może lepiej żebym nie wiedziała, ale w smaku dało się wyczuć słodycz przechodzącą w ostrawy posmak jakiegoś owocu lub warzywa. Uśmiechnęłam się szeroko i kiwnęłam głową.
- Jest naprawdę wyśmienite, a muszę przyznać, że nie bardzo ci wierzyłam.
Chłopak się roześmiał. 
- Nigdy nie kłamię jeśli chodzi o jedzenie i uczucia. Tego możesz być pewna - puścił mi oczko na co jedynie pokręciłam głową. Nawet nie wzięłam jeszcze łyku piwa, a nastrój mi się udzielił.

Pijąc i jedząc zaczęliśmy się bawić i rozmawiać. Nawet Nemora nie patrzyła na mnie morderczym wzrokiem, a Torin się szeroko uśmiechał. Wyglądało na to, że Lance wyluzował, ale nie dochodziło między nami do interakcji. Chyba oboje unikaliśmy spojrzeń w swoją stronę po tym co powiedział za ratuszem. W trakcie inwentaryzacji ludzkich odpadków wyglądało to nieco inaczej - obowiązki, ale teraz to był nasz czas wolny.
Nie przejmując się obecnością smoka siedzącego naprzeciw wdałam się w rozmowę z Martinem. Opowiedział mi trochę o tutejszych, ich pozytywnym podejściu do przyjezdnych i swojej pracy. Okazuje się, że mimo ojca kowala on poszedł inną ścieżką. Pracował w porcie i zajmował się papierkową robotą. Za każdym razem gdy cumuje jakaś łódź albo ktoś przybywa do Tempu on zajmuje się wszelkimi formularzami. Naszym przypadkiem również musiał się zająć, ale burmistrz podobno poprosił go aby osobiście zajął się naszą grupą i był do dyspozycji. Nie wnikałam w powody, może ich zwyczajnie nie było.
W przeciwieństwie do milczenia Gorlasa. Z trudem zwierzył się, że jest strasznie nieśmiały dlatego woli przebywać sam niż palnąć jakąś głupotę i potem umierać ze wstydu przez cały tydzień. Aby śmiało z kimś rozmawiać i się śmiać potrzebny mu jest alkohol, bo i tak potem niczego nie będzie pamiętał albo sporo dni znajomości, a to ostatnie jest naprawdę trudno osiągnąć nie rozmawiając. Jednak jestem w stanie go zrozumieć. Sama będąc dzieckiem uciekałam od innych. Z czasem to się zmieniało, ale nie byłam zwierzem imprez. 
Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, to dopiero tutaj, w Eldaryi udało mi się wytrzymać w centrum uwagi. Wybrana przez wyrocznię, jedna z ostatnich aengeli, wybawicielka..
To wszystko się za mną ciągło siedem lat temu i prędko nie zniknie, może nawet wcale. 
Przede wszystkim nie raz mówiłam publicznie, wszyscy słuchali co mówię, panikowałam, wyzwałam i próbowałam pomóc. Nigdy nie zapomnę momentu, w którym wyrzuciłam z siebie wszystko co leżało mi na sercu. Wtedy gdy cała Kwatera pogrążyła się we śnie, a razem z Karenn i Alajeą wypuściłyśmy jej siostrę, chciałyśmy ją ratować.
Nie wiem kiedy był taki mój przełom, nie dokładnie. Natomiast dokładnie pamiętam wszystkie te stresujące momenty, w których mimo wszystko dałam radę powiedzieć co myślałam i chciałam. Czasem mnie wysłuchano, innym razem chciano zabić, ale mogłam być dumna z tego, że podołałam.
Myślę, że i na Gorlasa kiedyś przyjdzie taki moment.

Do domku wracaliśmy późnym wieczorem. Chociaż wracaliśmy to chyba za dużo powiedziane, część z nas została w karczmie. Próbowali przekonywać abyśmy nie odchodzili, bo zaraz zaczną się tańce i będzie jeszcze lepsza zabawa, ale nie miałam ochoty. W efekcie szłam w towarzystwie Lance'a i Torina, którzy o czymś dyskutowali idąc przodem. 
Trzymając się z tyłu miałam okazję podziwiać widoki i pooddychać świeżym powietrzem. W karczmie nie było go za wiele, przy innych stołach goście palili jakieś fajki, które nie pachniały zbyt przyjemnie.
Na szczęście nie zataczałam się. Obyło się bez dużego picia. Męczyłam przez wieczór jedno piwo i dużo rozmawiałam. Dobrze się bawiłam, ale trzeba odpocząć. Nie sądzę aby kac wczorajszej nocy był wystarczającym usprawiedliwieniem dla mojego trenera jeśli weźmiemy się jutro za ćwiczenie. O ile w ogóle się weźmiemy. Mieliśmy to zrobić dzisiaj, ale widać jak nam wyszło. Spędziliśmy sporo czasu w zamkniętym pomieszczeniu, a potem daliśmy się zatrzymać na zabawie. 
Nie żeby mi to przeszkadzało, ale naprawdę potrzebuję lekcji. Im szybciej się z tym uwinę, tym lepiej. 


7. U celu

 Ląd, po tylu dniach w końcu go zobaczyliśmy. Miałam dosyć przebywania na łodzi wśród tego towarzystwa, a na Lance'a nie mogłam już patrzeć. Zwyczajnie potrzebuję odpoczynku. Wiem, nie przyjechaliśmy tutaj odpoczywać, on również nie miał mi tego czasu umilać, mieliśmy trenować.

I trenowaliśmy, przez całą resztę dni żeglugi, która trwała całe dziesięć dni. Codziennie. Zdarzało się nawet, że dwa razy dziennie. W przeciwieństwie do niego nie dysponowałam i nie dysponuję takim zapasem energii. Wkurzał mnie ciągłym powtarzaniem, że użalanie mi w niczym nie pomoże. Nawet jednego dnia tak się we mnie zagotowało, że oberwał mocnym strumieniem jasnego światła. To wszystko wystrzeliło nagle, niekontrolowanie. Po prostu się wściekłam i dosłownie wybuchłam. Uderzył wtedy nieźle o ścianę, nie był zadowolony z takiego obrotu sytuacji. 
Po tym wypadku przestał być pobłażliwy. Nie pozwalał mi na długie przerwy na oddech, nie mogliśmy ćwiczyć pod pokładem - Nemora miała spokój, już nie musiała zajmować się pomieszczeniem. Krótko mówiąc, Lance zachowywał się jakby chciał ten trening zakończyć jak najszybciej dlatego poza nimi przestaliśmy mieć jakikolwiek inny kontakt. Nie zamieniliśmy nawet słowa. Jedyne co słyszał z moich ust to jakieś mruczenie, a ja od niego uwagi i polecenia. Na tym koniec.
Z resztą moje stosunki się za dużo nie zmieniły przez ten czas. Berius zagadał jeśli miałam czas i siły, ale nie trwało to długo. Kilka zdań i uciekał dalej, nie mógł usiedzieć w miejscu. Idalia mi się kilka razy przydała. Sama się do niej zgłosiłam, nie chciałam jeszcze zaglądać do paczki od Ewelein, dlatego to ją poprosiłam o coś na liczne siniaki i bóle po treningach ze smokiem. Była bardzo miła i wydawała się spłoszona, a za każdym razem gdy próbowałam ją lepiej poznać pojawiała się Nemora i przerywała. Jej niechęć do mojej osoby biła po oczach na metry dlatego wolałam się trzymać z daleka. Jedyną osobą, z którą nie udało mi się zamienić nawet słowa był Gorlas, który spał, stał przy sterze albo drzemał na pokładzie.
Cała podróż mi się dłużyła, a ciało domagało się ucieczki, jak najdalej od trenera tyrana.

Gdy dopływaliśmy na miejsce drzemałam, byłam wykończona poranną męczarnią z Lancem. Nie wiem ile spałam, ale zdecydowanie za mało. Obudził mnie Berius, który zszedł po coś dla smoka. Natychmiast się podniosłam i pobiegłam na górę. Widok mnie zachwycił.

Statek właśnie zacumował w dość sporym i w pełni drewnianym porcie, w którym znajdowało się kilka budynków. Ładnie, ale moją uwagę zwróciła skalista plaża oraz krajobraz składający się głownie z gór i zieleni. 
Uśmiechnęłam się, uwielbiam takie widoki. Nawet delikatny chłodny wiatr tego nie popsuje.
Nie chcąc dłużej czekać na odkrywanie tego piękna zawróciłam po swoje rzeczy. Przez pośpiech nie zauważyłam i zderzyłam się z nikim innym, jak trenerem tyranem. Odsunęłam się zaraz i wymamrotałam ciche przeprosiny.
- Spokojnie. Zaraz wszyscy tam pójdziemy - założył ręce. - Poczekajcie tu, musze się spotkać z tutejszym przedstawicielem władzy i przekazać list od Huang Hua. - Nie wyglądał na zadowolonego. - Jeśli chcesz się na coś przydać to wyślij chowańca do kwatery. Napisz, że dotarliśmy na miejsce - minął mnie i odchodzić. Kiwnęłam jedynie głową. 

Weszłam pod pokład i natychmiast wzięłam się do roboty. Napisałam szybką notkę, jak prosił Lance podając mniej więcej szczegóły o które wypytałam Beriusa. Chętnie mi powiedział, co powinno się w niej zawierać, a następnie wykorzystując jednego z chowańców od Purreru wiadomość powędrowała w stronę kwatery.

Nie minęło pięć minut, a nasz dowódca wrócił i braliśmy swoje rzeczy. Z tego co mówił to mogliśmy tu spokojnie cumować i nikt nie miał w obowiązku pilnować łodzi - gospodarze zobowiązali się zapewnić jej bezpieczeństwo. Jeśli zaś chodzi o nas to czekał na nas przewodnik, który miał pokazać gdzie będziemy mogli spokojnie się rozgościć.
Był to chłopak, tak na oko w moim wieku, wysoki blondyn o niebieskich oczach. Nie, wcale nie zawiesiłam na nim oka, bo był przystojny, nawet na chwilę. Wracając do rzeczywistości.. Ubrany był w zwykłe spodnie, jakieś wygodne buty i luźną koszulę z wycięciem przez co było widać zarys jego umięśnionej klatki. Nie można go porównać do Lance'a, smok przy nim wydawał się większy, a Martin był wysoki, szczupły i umięśniony. Na jego prawej ręce dawało się dostrzec fragmenty jakiegoś tatuażu schowanego pod ubraniem. Przedstawił się i ruszyliśmy jego śladami. Według tego co mówił został wyznaczony na naszego opiekuna i w razie potrzeby mogliśmy liczyć na jego pomoc.

Maszerowaliśmy dobrą godzinę, a droga do najłatwiejszych nie należała. Dookoła było pełno skał i przejrzystych strumieni, nad nami unosiły się skaliste i zielone góry, których wierzchołków nie zawsze można było dostrzec. Nie mijaliśmy wiosek czy większych skupisk ludzi, okolica wydawała się wyludniona. Dopiero pod koniec naszej wędrówki ukazało się duże skupisko budynków i osób.
Osada była położony chyba w najpłastszym terenie, jaki do tej pory mijaliśmy. Dookoła ciągle nie brakowało gór, a po jednej ze stron rozciągał się gęsty las. Przez środek przepływał czysty strumień w górę którego wciąż szliśmy. 
- Witajcie w Tenpu - Martin rozłożył szeroko ręce i z szerokim uśmiechem pokazał po okolicy. Tenpu, trzeba zapamiętać, chociaż brzmi specyficznie. - Jeśli chodzi o posiłki, to osobiście zachęcam do odwiedzenia karczmy przy placu targowym. Prowadzi ją mój przyjaciel Aron, jest naprawdę pysznie. W pobliżu znajduje się również magistrat, odpowiedzialny za nas wszystkich. Świątynie są przy głównej ścieżce prowadzącej w stronę lasu. A jeśli będziecie potrzebowali zrobić jakieś zakupy to sklepy są porozrzucane wszędzie. W godzinach porannych rozkładają się również sprzedawcy na placu, mają głownie jedzenie i wszystko co trzeba by je przyrządzić. 
- Świetnie - przerwał mu Torin. - A gdzie my mamy się zatrzymać? 
Chłopak się nieco speszył.
- A tak, wybaczcie. Wasz domek jest tam - wskazał na niewielkie wzgórze, na którym stała zbudowana z drewna i kamieni chatka. - Kiedyś to była przychodnia, ale odkąd została przeniesiona w okolice rynku stoi pusty. Rozgośćcie się. Gdybym był potrzebny to znajdziecie mnie w karczmie albo w kuźni pod lasem - uśmiechnął się do nas robiąc krok w stronę, o której wspominał.
- Jesteś kowalem? - Idalia wydawała się nim nieco oczarowana. Nie dziwie się, miał naprawdę ładny uśmiech. Chłopak roześmiał się i pokręcił przecząco głową. 
- Tylko jego synem. Nie bardzo mnie do tego ciągło, więc musiał znaleźć kogoś innego na ucznia - wzruszył lekko ramionami, a z jego twarzy nie znikał uśmiech. Naprawdę ciekawa osobowość.  - Nie będę was dłużej zatrzymywał, pewnie potrzebujecie odpoczynku. Do zobaczenia.. 
I uciekł. 
Nie dało się przeoczyć wrażenia, że Lance'owi ulżyło. Odetchnął głośno i ruszyliśmy w stronę wskazanego budynku.

Były budynek po lecznicy był dość spory, a jego drzwi otwarte. Pierwsze co rzuciło się w oczy po wejściu to masa kurzu i pajęczyn. Czeka nas dużo sprzątania zanim poczujemy się tu swobodnie. 
Jeśli zaś chodzi o ilość dostępnego miejsca to było go w sam raz. Pomieszczenie na wejściu miało kominek i kilka szafek, znalazła się również kanapa. Za wąskimi drzwiami znajdowało się coś na wzór łazienki, ale nie wiem czy bym odważyła się z niej skorzystać w takim stanie w jakim jest teraz. Dalej był ogromny pokój i wąskie schody na górę. Na dole musiała być jakaś sala dla chorych ponieważ znajdowało się kilka zniszczonych łóżek, a od sufitu resztki kotar pomiędzy nimi. Na górze było natomiast pusto. Nie stały tam żadne meble. Znajdowały się tam tylko drzwi prowadzące na taras, który wisiał nad wejściem do budynku.
- Idalia, ty się tu rozłożysz - Lance zerknął na dziewczynę. - Niech to będzie nasza przychodnia. Oby się jednak nie przydała..  - powoli podszedł w pobliże drzwi. - Wydaje się stabilnie. Dziewczyny zajmijcie się ogarnięciem trochę tego miejsca. My wrócimy na łódź.. 

Dwie godziny sprzątania, zamiatania i ogólnego ogarniania całego tego bałaganu. W tym czasie chłopaki obrócili do łodzi i z powrotem przynosząc ważniejsze rzeczy. Udało im się poprosić kilku tutejszych aby pomogli, inaczej szybko by się nie wyrobili. 
Gdy wrócili nie dało się przeoczyć rozpalonego ognia i przygotowanych łóżek. Było ich mniej niż potrzeba, dlatego ktoś będzie musiał spać na kanapie. Zgłosiłam się na ochotnika, nie będę miała z tym żadnego problemu i mimo jej krótszej niż łóżka długości wydawała się w najlepszym stanie. Na nich niektóre materace były poprute i dziurawe, a deski połamane. Starałyśmy się to jakoś pomaskować używając tego co przynieśli panowie. Efekt był całkiem zadowalający.
Pod koniec wzięłam się za przyrządzenie czegoś do jedzenia.
Nie wiem czy smakowało dużo lepiej niż na statku ponieważ było przygotowane nad prawdziwym, dzikim ogniem czy przez zmęczenie jakie nas wszystkich dotykało. 
- Tego było mi potrzeba - Berius wziął już kolejną dokładkę i wygodnie oparł się o ścianę. Część z nas zajmowała kanapę, a reszta rozgościła na podłodze, byłam jedną z nich. Przed nami stał mały rozkładany stolik, który chłopcy przynieśli ze statku, a na nim niemal już pusty garnek.
- Przyznaję, to był wykańczający dzień - Nemora wyciągnęła się ziewając przeciągle.
- Nie cieszcie się na zapas. Dziś dam wam odpocząć, ale od jutra zaczynamy - Lance przebiegł po nas wszystkich uważnym wzrokiem. - Huang Hua prosiła żebyśmy zajęli się tym miejscem jak najdokładniej, ale i w miarę szybko. Mamy co robić u siebie - powoli się podniósł. - Idźcie się położyć.
- Nie wyznaczamy jakiejś warty? - Torin spojrzał za smokiem. - Wiem, że powinni być do nas raczej pokojowo nastawieni, ale nigdy nie wiadomo.. 
- Zajmę się tym, pomyślę - podszedł do wyjścia. - Wy możecie się wyspać. Będę czuwał dzisiejszej nocy, ale nie sądzę by to było konieczne. 
- Skoro tak mówisz.. - wszyscy zaczęli się zbierać. Ja również się podniosłam, ale najpierw wzięłam za sprzątanie. Reszta grupy raczej się do tego nie paliła, zniknęli w pomieszczeniu obok. Zaczęłam zbierać brudne naczynia gdy w zasięgu mojego wzroku pojawiła się dłoń w ciemnej rękawicy, którą dobrze znałam i zaczęła mi podkradać brudy.
- Nie wychodziłeś? - zerknęłam krótko na jasnowłosego. 
- Mówiąc o wypoczynku ciebie też miałem na myśli  - nawet zaczął zabierać mi z rąk naczynia. - Będziesz brała czynny udział w tym wszystkim. Przy okazji się czegoś nauczysz. - Nie spoglądając na mnie ruszył w stronę szafek, na których stało naczynie z wodą. Miał zamiar zacząć zmywać? No tego to się nie spodziewałam. Nie widziałam żeby robił coś takiego na statku, zwykle siedział na dziobie albo w każdym innym miejscu, ale nie kwapił się do tego typu prac. Jak to można się miło zaskoczyć czasem. - Co tak się patrzysz? - Wydawał się rozbawiony. - Ja tu zostanę, ty się normalnie połóż.. - tyłem do mnie machnął ręką jakby mnie przeganiając. 
Kręcąc głową poszłam się położyć.

Nie dane mi było zasnąć, a przynajmniej nie szybko, gdy już to zrobiłam dręczyły mnie koszmary. Pierwszy, był ten do którego właściwie przywykłam - pole bitwy, martwi towarzysze i na koniec ranny Valkyon w towarzystwie psychopatycznego śmiechu jego brata. Obudziłam się wtedy i szybko obejrzałam gdzie jestem i czy kogoś nie obudziłam. Na szczęście spali, jak zabici. W towarzystwie mocnego światła księżyca położyłam się nowo. Tym razem obrazy nie były drastyczne.
Byłam na scenie i grałam na pianinie. Rozpoznawałam to miejsce i czas - szkolny pokaz talentów. Spod klawiszy które naciskałam wydobywały się dźwięki w rytmie Hedwig's Theme z Harrego Pottera, faktycznie wtedy to grałam, ale nie przypominam sobie aby nagle muzyka się zmieniała na ponurą. W moim śnie tak się stało, a dodatkowo zamiast płaczącego na widowni dziadka widziałam ciemne cienie ze świecącymi oczami. Najbardziej wpatrywały się we mnie dwie pary, które po chwili zaczęły się zbliżać. Muzyka ucichła, dziwna czarna masa zaczęła mnie otaczać, całe moje ciało przeszedł ból. Czułam jakby tysiące lodowatych igieł wbijało się w moje ciało. Krzyknęłam, a moje oczy się otworzyły.

Nie mam pojęcia co oznaczał ten sen, chyba nawet nie chcę wiedzieć. Nie mogłam już po nim zasnąć dlatego powoli wyślizgnęłam się z łóżka i ruszyłam do naszej prowizorycznej kuchni. Za oknami panowała szarówka, musiało być wcześnie. Gdy przekroczyłam próg pomieszczenia ujrzałam tlący się ogień w kominku i śpiącego w niezbyt wygodnej pozycji na kanapie Lance'a. Siedział z odchyloną głową do tyłu, oczy miał zamknięte, a na stoliku stała pusta butelka.
Podeszłam bliżej i powąchałam, zaleciało owocami, ale bez grama alkoholu - tylko tego by brakowało. 
Nie chcąc go budzić założyłam na siebie ciepłe okrycie i wyszłam na zewnątrz. Świeże powietrze dobrze mi zrobi.
Usiadłam na progu domku i wzięłam głęboki oddech. Chłód przeszedł po moich wnętrznościach, ale nie był nieprzyjemny. Podkuliłam kolana i spojrzałam w niebo. Pierwsze promienie słońca zaczęły przebijać między górami, a z oddali dało się usłyszeć dźwięki wydawana przez różne chowańce. Wydawało się tu bardzo spokojnie. Zerknęłam w stronę centrum. Martin wspominał o jakimś rynku od rana, może by się tam wybrać? 

Nie zastanawiając się długo wzięłam szybko swoją torbę i ruszyłam w stronę zabudowań. Po drodze mijałam kilka osób, większość z nich zdobiły tatuaże przypominające jakieś runy, zawijane linie, te które widziałam różniły się od siebie, ale jednocześnie były bardzo podobne. Dodatkowo ubiór tych ludzi, tak prosty, mało zdobny. Zawierał jedynie jakieś wyszycia, zero koralików czy pstrokatych kolorów. Widać też było dostosowanie do dość niskiej temperatury, ponieważ jako jedyna miałam na sobie grubszą, bordową pelerynę z kapturem. Widząc ją pierwszy raz w butiku u Purriry śmiałam się, że wyglądam jak Czerwony Kapturek, ale to nie umniejsza jej urokowi i ciepłu jakie daje. 

Po dziesięciu minutach dotarłam na wielki plac, na którym rozkładały się liczne stoiska. Faktycznie wyglądało na to, że dostaniemy tu głownie artykuły spożywcze, ale dostrzegłam również garnki i stoisko z ubraniami, a nawet z gotowymi przysmakami na ciepło. 
Zaczęłam się powoli przechadzać między nimi i przyglądać. Moją uwagę przykuła biżuteria, którą sprzedawała starsza kobieta. Wisiorki wydawały się proste, ale równocześnie bardzo interesujące. 
Rozejrzałam się po przypadkowych przechodniach, niektórzy z nich nosili coś na szyi, jedni chowali pod bluzką, drudzy mieli na wierzchu. Wróciłam wzrokiem do kobiety, uśmiechnęła się do mnie serdecznie.
- Pomóc ci w czymś kochanienka? - Jej głos był dość ochrypły, ale nie odstraszał od jej osoby.
- Zastanawiam się.. One mają jakieś znaczenie? - wskazałam na wisiorki. Staruszka podniosła się ze swojego krzesełka i podeszła bliżej. 
- Nie jesteś stąd, prawda? - Zmierzyła mnie wzrokiem. Mogłam tylko przytaknąć. - Przybliżę ci to trochę, a potem dostaniesz jeden. W prezencie ode mnie, dobrze ci z oczu patrzy - położyła dłoń na mojej, a przez ciało przeszedł mnie dreszcz, była taka ciepła. 
Dosłownie po momencie zaczęła pokazywać poszczególne okazy i tłumaczyć, co przedstawiają. Niektóre z tych wzorów kojarzyłam z Ziemi, przewijały się. Tyle podobieństw, powinnam była się domyślić, że będę znajdowała je w całej Eldaryi, także tutaj.

Jeden z wisiorków miał wygrawerowane drzewo Yggdrasil, które według słów kobiety ma rosnąć gdzieś przy ścieżce w stronę lasu, a więc po drodze do świątyń, które widocznie nie znajdują się tam przypadkowo. Kolejnym symbolem była Swarzyca, symbolizująca między innymi szczęście, dobrobyt. Nie dało się również przegapić biżuterii z runami, których znaczenia były naprawdę różne. Doprawdy niesamowita mieszanka. Podpytując nieco staruszkę o tutejsze wierzenia usłyszałam, że są bardzo pokojowi. Nie da się tego przegapić po tych wszystkich symbolach. Podobno też należą do jednych z najlepszych wojowników, ale nie angażują się w nie swoje wojny i nie wywołują ich sami, chronią tylko porządku i działają, jeśli widzą, że to naprawdę konieczne. Nie uniknęłam skojarzeń z poprzedniego życia, ale wolałam nie wspominać, że jestem człowiekiem, mogłaby zmienić co do mnie zdanie. 
Chciałam się zbierać, więc podziękowałam jej i kupiłam jeden z wisiorków. Upierała się, że da mi go za darmo, ale również potrafię być uparta i na mojej szyi zawisła wspominana Swarzyca. Jest nieco podobna do innego symbolu, i w moim świecie nie kojarzy się dobrze, ale to tylko podobieństwa. Poza tym ten człowiek i tak zawłaszczył sobie coś co było dużo wcześniej niż on.

Pospacerowałam po rynku jeszcze trochę, a żeby nie wrócić z pustymi rękoma i nie narazić się towarzyszom za zniknięcie kupiłam kilka tutejszych produktów - zawsze to jakaś wymówka, naprawdę nie mam ochoty na przepychanki.
Gdy wracałam do naszego domku słońce zdążyło wyjść na dobre, a z komina dało się dostrzec wyraźniejszy dym. Westchnęłam ciężko i przekroczyłam próg. W pomieszczeniu siedział Torin i Berius, a Idalia właśnie przygotowywała coś do jedzenia. Natychmiast wszyscy spojrzeli w moją stronę. Nie ukrywam, że było to nieco niezręczne. 
- Znalazła się zguba - chwilową ciszę przerwała pielęgniarka. - Myśleliśmy, że będziemy musieli cię szukać po okolicy. Gdzie byłaś? - odłożyła nóż, którym coś kroiła i założyła ręce na biodra. 
- Na targu.. - uniosłam lekko do góry pełną torbę na potwierdzenie. - Martin wspominał, że od rana wystawiają się sprzedawcy. Obudziłam się dość wcześnie, a że wszyscy spaliście to poszłam sama się rozejrzeć - postawiłam torbę na jednej z szafek. Do pomieszczenia weszła wtedy jeszcze jedna osoba.
- Byłoby lepiej gdybyś chociaż zostawiła jakąś informację - mruknął Lance. Chyba jednak będzie nieznośny po tym spaniu na kanapie. Sam jego ton i wzrok mówiły jasno, zapowiada się ciężki dzień.
- Zapamiętam - westchnęłam ciężko. Lepiej nie wdawać się z nim w konflikt. Pamiętam jaki bezwzględny potrafił być kiedyś, nie sądzę aby to w nim całkowicie zniknęło. Nikt nie jest w stanie tak bardzo się zmienić.

Niespodziewanie smok podszedł do mnie bliżej, gdy tylko zdjęłam swoje okrycie - przy rozpalonym kominku było tu naprawdę ciepło. Zadarłam na niego wzrok, jego dłoń była coraz bliżej aż chwycił mój nowy wisiorek i zaczął się mu przyglądać. Czekałam tylko kiedy rzuci jakimś tekstem, ale tak się nie stało. Po krótkim zapoznaniu z moim zabytkiem po prostu go puścił i kręcąc głową poszedł po swoją porcję jak gdyby nigdy nic. Jak to rozumieć? Lepiej się nad tym zapewne wcale nie głowić. 

Kilka chwil później wszyscy siedzieliśmy i wcinaliśmy papkę zaserwowaną przez elfkę, która wbrew swojemu paskudnemu wyglądowi smakowała dość dobrze. W trakcie posiłku, o dziwo, nie siedzieliśmy jak zwykle w ciszy. Lance starał się rozplanować nasz dzień, aby był jak najbardziej efektywny. Nie obyło się bez sprzeciwów, ale ostatecznie Nemora i Idalia miały zająć się przepytywaniem mieszkańców na temat pojawiania się w okolicy ziemskich przedmiotów. Torin z Gorlasem dostali podobne zadanie w porcie, a jeśli któreś z nich skończy szybciej mają się połączyć i pomóc. Jeśli zaś chodzi o mnie i Beriusa to dostaliśmy kopa w postaci zaszczytnego towarzystwa smokowi. Udamy się do ratusza aby zamienić z nim kilka słów a potem będę musiała rozpoznać kilka przedmiotów które zebrali i trzymają je pod kluczem. Potem przeszukamy kilka miejsc. Przez chwilę zastanawiałam się czemu Chrome nie zajmuje się tą misją, ale podobno na Ziemiach Eel dzieją się również dziwne rzeczy, może lepiej, że został na miejscu. 
Zapowiada się wspaniały dzień. Dość, że byłam skazana na towarzystwo jasnowłosego przez całą podróż to jeszcze tutaj chce mnie mieć na oku. Cudownie.
 Żeby była jasność, wtrącił że nie zapomniał o moim treningu i zajmiemy się nim pod koniec dnia. Będę wykończona po całym dniu na nogach, a ten mnie chce dobić. 

6. Długa podróż

 Trzy dni. Trzy cholernie długie dni, a codziennie było tak samo nudno.

Budziłam się wcześnie, chowałam na tyle statku i siedziałam sama całe dnie. Jeśli potrzebna była pomoc to tylko Berius był zainteresowany działaniem mojej osoby. 
Idalia tylko co chwilę na mnie zerkała jakby myślała, że zaraz będę potrzebowała pomocy, a jej koleżanka rzucała mi piorunujące spojrzenia. Z resztą nie ona jedyna - Torin też, jak już zerkał to z pogardą.
Mając powoli dosyć domyślania się o co im chodzi zapytałam jedyną przyjacielsko nastawioną tu do mnie osobę, o co chodzi.
Na statku był jeszcze Gorlas, ale nie widziałam aby z kimkolwiek zamienił chociaż słowo.

W każdym razie dowiedziałam się tylko tyle, że Ewelein kazała mieć na mnie oko, a Idalia jest w nią strasznie zapatrzona i wzięła chyba za poważnie jej słowa. Irytujące. Kolejna nie wierząca w moją osobę. 
Co do Nemory, to według słów Beriusa jest o mnie zazdrosna. Siedem lat temu miała fioła na punkcie Nevry, z którym się spotykałam, do tego uratowałam świat, a teraz wróciłam i pewnie go odzyskam. Stąd jej niechęć do mnie. Jego zdaniem. Jeśli to prawda, to bierz go sobie. Jest beznadziejnym przypadkiem gbura.
Na temat Torina nie dowiedziałam się nic poza faktem, że on i Lance całkiem nieźle się dogadują. Z jakiś względów mnie to nie zdziwiło. Jego mina przypomina tą, którą widziałam za każdym razem na twarzy smoka.

A jak już o nim mowa.. 

Raczej nie rozmawialiśmy. Nasz jedyny kontakt to czasem wzrokowy w trakcie posiłku. Na początku miały zajmować się tym dziewczyny, ale nie miały do tego talentu. A jako, że ja miałam dosyć bezczynnego siedzenia to zaczęłam pichcić.
Przeciwieństwie do kuchni Karuto, moja powinna mu smakować - sól i pieprz sypałam łagodnie.
Niestety nie wiedziałam czy smakowało. Nie miał w zwyczaju mówić nad jedzeniem. W przeciwieństwie do reszty towarzystwa gaworzącego między sobą, my pozostawaliśmy w ciszy.
Mogłaby to uznać za całkiem przyjemne, ale wymieniłabym pewien szczegół w otoczeniu.

- Ćwiczyć? Tutaj? - zrobiłam wielkie oczy. Lance podszedł do mnie w środku dnia i zaproponował trening na pokładzie pod wzrokiem wszystkich obecnych.
- A mamy coś innego do roboty? Zawsze to jakieś spożytkowanie czasu - wzruszył ramionami. - Poza tym widziałem twoje dłonie.. Od kiedy się to dzieje? Często iskrzą?
Widział? Kiedy? 
Owszem zdarzyło mi się jeszcze kilka razy aby małe światełka pojawiały się na dosłownie moment, ale byłam zwykle sama. Czasem pojawiały się pomimo woli, gdy moje myśli szły w różne tematy. Głównie w trakcie rozliczania z przeszłością. Dosłownie raz zrobiłam to przed snem, całkowicie świadomie. Wydawało mi się wtedy, że śpi.
Westchnęłam ciężko i oparłam się lekko tyłem o beczkę po słodkiej wodzie. On stał przede mną i nie odrywał wzroku.
- Od początku podróży - zaplotłam ręce na piersi uciekając wzrokiem. - Pierwszy raz po naszej rozmowie na dziobie. Pojawiły się gdy odchodziłeś.. 
Nie wiem czemu, ale zrobiło mi się głupio. Kompletnie tego nie rozumiem. Nie powinno. Pogodziłam się już z faktem jego wolności, nawet zaczęłam rozumieć Huang Hua, ale nigdy nie zapomnę kim jest i kim był. Nie wybaczę mu, a zwłaszcza nie będę w stanie polubić. Dlaczego więc się tak czuję? Ogarnij się dziewczyno.
- Jak to się stało? Zdenerwowałaś się? Ruszyłem wrażliwy punkt? - wydawał się bardzo zainteresowany. - Jeśli mamy je rozwijać to nie możesz przede mną nic ukrywać, nie ważne jak bardzo ci się to będzie nie podobać. Muszę znać każdą twoją emocję, wiedzieć o uczuciach. To wszystko odegra dużą rolę w naszych treningach.
- Wiem - przerwałam mu. - Znaczy, domyślam się. Powinieneś jednak wiedzieć, że nie będę umiała się przed tobą otworzyć - spojrzałam mu prosto w twarz. Chciał coś powiedzieć, ale nie dałam sobie przerwać. - Słyszałam co mówiłeś. Po prostu potrzebuję czasu. Wszyscy dookoła mieli na to lata, których ja nie miałam. Straciłam je, a do tego wszystkiego ciągle dręczą mnie koszmary. Pojawiają się co noc. Widzę poległych przyjaciół i ciebie niszczącego kryształ. Tak, temat który poruszyłeś na dziobie, ten na samym końcu, ruszył mnie. Byłam w lesie i wszystko słyszałam, a doskonale wiesz ile byłam w stanie dla niego wtedy zrobić.
Żeś mu strzeliła mowę. Powinnaś być z siebie dumna kobitko.
Lance prychnął, był.. rozbawiony?
- Ktoś tu mówił, że nie będzie w stanie się przede mną otworzyć - na jego twarzy gościł drwiący uśmieszek. - Ale teraz chyba wszystko rozumiem. Gdy walczyliśmy też byłaś naładowała emocjami, to one tobą sterowały. Nie kierowałaś się rozumem, a mogłaś zginąć - postanowił oprzeć się obok mnie. 
- Nie do końca masz rację. - Cholerne palce, znowu zaczęłam je wyginać. - Gdy złożyłeś ultimatum dotyczące Leiftana miałam nad czym myśleć. Od jego życia zależało też wtedy moje. Nie wiem, może nadal tak jest.. 
- Co masz na myśli? Jesteś od niego zależna? 
Wyrwało mi się westchnienie i podeszłam do burty podpierając się na niej. Czułam jak wodził za mną wzrokiem. 
- Moje bezpośrednie powiązanie z Wyrocznią i kryształem jest dziwne. Rozbijając kryształ podpisałeś wyrok na moje życie - posłałam mu krótkie spojrzenie. Ciągle stał w tym samym miejscu i przyglądał mi się. Słuchał. - Umarłam, a przynajmniej umierałam. Byłam w czyśćcu, włóczyłam się. Nie mogłam nic zrobić. Ewelein też próbowała wszelkich sposobów, ale nic nie działało. Moje przebudzenie było cudem. Dopiero gdy prawda o Leiftanie wyszła na jaw dowiedziałam się dlaczego żyję. On.. 
- Związał wasze dusze - wtrącił się. Nic nie dodając przytaknęłam. - Teraz rozumiem. Tak czy siak byś zginęła. Nie ważne jaką byś podjęła wtedy decyzję.
- Trochę miałam, mieliśmy szczęścia, że mógł to zrobić. Byłam wiele razy w łapach śmierci. Za jednym z nich ocalił mnie swoją krwią. Inaczej wszystko by ci się udało. - Moje dłonie się uspokoiły, a wzrok zawędrował do jasnowłosego.  Zaciskał nieco za mocno dłoń na rękojeści swojego miecza. Nie podobało mu się to co słyszał.
- Po waszym pobycie w krysztale.. Czy to ciągle działa? 
Chłodny dreszcz przeszedł mi po plecach. 
- Nie mam pojęcia, ale dzieją się dziwne rzeczy - odgarnęłam włosy za ucho wracając do podziwiania fal. - Zdarza się, że czuję emocje, które nie należą do mnie. Leiftan jest zawsze wtedy w pobliżu. Myślisz, że to możliwe? Ciągle jesteśmy związani?

Dłuższą chwilę milczał, a we mnie narastał niepokój. Wolałam nawet na niego nie zerkać. Czasem jedno spojrzenie jest warte wszystkiego. Nie chciałam zobaczyć wyroku.
- To możliwe, ale będziemy musieli się upewnić - nagle znalazł się obok mnie. Drgnęłam wystraszona i przeniosłam wzrok w jego stronę. Patrzył w dal, ale najważniejsze - na jego twarzy nie widziałam wyroku. - Szkoda, że Huang Hua mnie o tym nie poinformowała. Powinienem był wiedzieć. 
- Może zataja więcej rzeczy - wyrwało mi się. Smok zerknął kątem oka. - Nie udawaj, że nie widziałeś. Była przeszczęśliwa, zrobi wiele żebyśmy zaczęli się dogadywać. Ukrywanie informacji przed nami wzajemnie? Przecież to zmusza do rozmowy.
- Mhm.. To mówisz, że się nie dogadujemy?- nagle na jego twarzy znów zagościł ten głupi uśmieszek. Szybko się odwróciłam plecami i założyłam ręce. 
- To była jednorazowa akcja. Nie wyobrażaj sobie - starałam się brzmieć jak najbardziej poważnie. Chyba mi nie wyszło, albo tylko dolałam oliwy do ognia, bo wybuchł śmiechem. Ratunku.

Sztorm. Właśnie on nas dorwał gdy zdecydowałam się na trening z Lancem. Ściemniło się, a na pokładzie nie było nikogo poza Torinem za sterem. Idealna pora, zero gapiów. Nie chcę być poniżana, a na pewno nie przy świadkach. Dosyć już mi się zdarzało, w tym czy poprzednim życiu.

Wiatr był straszny, a dodatkowa ulewa nie polepszała sytuacji. Każdy starał się dać z siebie wszystko byle ratować łajbę i nasze życia. Lance zachowywał kompletny spokój. Jedyne krzyki jakie z siebie wydawał to rozkazy ponieważ pomiędzy grzmotami nasza komunikacja wyglądała dość słabo.
Wszystko trwało jakieś dwie godziny, a wydawało się nieskończonością. Niestety nie wyszli z tego cało. Zostało uszkodzonych parę elementów, które nie wpływały na podróż, ale utrata żagla zdecydowanie nie pomoże nam dotrzeć w zakładanym czasie. 
Lance wyglądał na wściekłego, a znając skutki jego złości wolałam trzymać się z daleka. Wolałabym nie skończyć przywiązana do masztu.

Ostatecznie postanowiliśmy poczekać z działaniem do rana. Po ciemku i tak nasze starania mogłyby nie przynieść chcianych efektów.
Na dole byłam pierwsza. Pozostałym się chyba niezbyt śpieszyło.
Będąc sama wygodnie się rozłożyłam w swoim hamaku i przymknęłam oczy. Za dużo wszystkiego na raz. Morfeusz zaczął mnie chwytać w swoje objęcia, gdy usłyszałam straszny trzask i siarczyste przekleństwo. Podskoczyłam natychmiastowo otwierając oczy. W słabym świetle lampy dostrzegłam postać. Nie dało się go pomylić z nikim innym na statku. Wysoki, dobrze zbudowany, i ten kucyk.. Lance.
Zdecydowanie za dużo go wokół mnie. Sama się wkopałam żeby z nim ruszyć, ale chyba nie do końca byłam świadoma z czym się to wiąże. Chcę zrobić na złość Nevrze, utrzeć mu nowa - zrobię wszystko żeby pożałował swoich słów, ale czy to dobra motywacja? Może on ma rację? Nie powinnam się na tym skupiać. Muszę myśleć o sobie. Bądź samolubna chociaż przez chwilę.

- Anastazja? - drgnęłam na dźwięk swojego imienia. Zauważył mnie i stał przodem w moją stronę. Na domiar złego wydały mnie moje własne dłonie. Właśnie wokół nich latały iskierki, nieco większe niż ostatnio. Smok powoli ruszył w moją stronę. Usiadł na hamaku obok i chwycił moją dłoń by się jej przyjrzeć. Nie przestawała rzucać światłem. Ja natomiast natychmiast się spięłam. Jego dotyk był delikatny, ale również zimny. - Zrobiłaś to świadomie? - palcami drugiej dłoni jakby próbował dotknąć jednej z iskierek. 
Pokręciłam przecząco głową. 
- Jak zrobiłeś tu swoje efektowne wejście smoka to się trochę wystraszyłam - mój głos brzmiał dość cicho. - Wolałam się nie odzywać, ale moje myśli zawędrowały na zły tor i oto efekt.. 
- Przypomniała ci się nasza ostatnia podróż statkiem? - powoli puścił moją dłoń, a jego błękitne tęczówki wpatrywały się we mnie. W tym migoczącym świetle bijącym od moich dłoni wyglądały jakoś tak.. ciekawie. Tak, to jest dobre słowo. Tylko czemu zrobiło mi się jeszcze cieplej niż jest? A to uczucie jest tak podobne do.. 
Spojrzałam na dłonie. Światło, które od nich biło było zdecydowanie mocniejsze niż przed chwilą. Speszona opuściłam wzrok i próbowałam je schować.
 - T-To nie o tym myślałam.. - pokręciłam energicznie głową. 
- Ale teraz.. Przypomniałem ci? Nie chciałem wywołać w tobie paniki - westchnął ciężko i się odchylił, a po chwili leżał. 
- Nie przejmuj się. Chociaż dowiaduje się więcej o swoich mocach. - I nie są to rzeczy, które mnie cieszą. Nie mogę reagować w ten sposób.
 - Jutro się tym zajmiemy, jak uporamy z problemem.

Czy sytuacja była łatwa? Nie. Czy udało się ją rozwiązać? Owszem, ale nie obyło się bez wyzywania. Zapas mieliśmy tylko jeden, więc jeśli sytuacja się powtórzy Lance będzie musiał ciągnąć nas do portu w swojej smoczej formie.
Przez chwilę nawet to rozważał, a Berius tylko go dopingował. Okazałam się jedynym głosem rozsądku. Serio ludzie? Serio? To towarzystwo jest załamujące. 

Gdy oni kończyli wszystko mocować, ja zajęłam się posiłkiem. Trochę to wszystko trwało, dobra strawa powinna zregenerować siły. Przygotowałam gulasz z warzywami - na mój gust smaczny.

Każdy dostał swoją porcję i zaczęliśmy wcinać. Panowała absolutna cisza. Chyba wszyscy byli zbyt wykończeni aby ktokolwiek coś powiedział. Błogi spokój postanowiła przerwać Nemora.
- Wiemy, kto będzie czekał na nas z obiadem. My zajmiemy się ważnymi sprawami, a ty coś upichcisz, prawda? I tak do niczego się raczej nie przydasz - patrzyła mi prosto w twarz i drwiła. Patrzyła na mnie z taką satysfakcją, że może mi dopiec. 
- Tak. Zapewne jesteś specjalistką od ziemskich przedmiotów i bez problemu odróżnisz mikrofalówkę od reklamówki, albo ciągnik od czołgu - prychnęłam wracając wzrokiem do swojego talerza. Ona się jednak nie poddawała. Szkoda.
- A co to za filozofia? Mikro..cośtam jest dużo większe od czołgu. Nie trudno się pomylić - poplułam się. No dobra, prawie. Spojrzałam na jej bardzo pewną minę i nie mogłam powstrzymać śmiechu. 
- Przykro mi złotko, ale pudło. Mikrofalówka to urządzenie do podgrzewania jedzenia, i w przeciwieństwie do czołgu nie sieje spustoszenia - puściłam dziewczynie oczko. Jej twarz momentalnie zrobiła się purpurowa. - Reklamówka za to to taki pojemnik, plastikowy worek na zakupy, a ciągnik.. Cóż, to nieco bardziej skomplikowane. Jest przydatny przy uprawach. Musiałybyśmy się umówić na douczki - usłyszałam prychnięcie Lance'a. Może byłam niezbyt uprzejma, ale flądra sama się o to prosiła. I tak nie sądzę żeby to było jakieś agresywne. Nie mam takiej wprawy.
- Coś czuję, że właśnie ty sobie zafundowałaś pichcenie obiadków - rozbawiony Berius spojrzał na nią. Nic nie odpyskowała, połknęła język i siedziała już do końca cicho.

- Czym jest czołg? - po jedzeniu niespodziewanie zbliżył się do mnie Torin. Zajęta sprzątaniem zerknęłam na niego krótko. - Mówiłaś coś o sianiu spustoszenia.. 
Kiwnęłam lekko głową. 
- Ludzie sami na siebie sprowadzają nieszczęścia. Chyba nie było czasu, aby gdzieś w świecie nie było u nas wojny - wyrwało mi się westchnienie. - I nie zawsze jest ona w słusznej sprawie, tak jak siedem lat temu - jedni chcieli zniszczyć świat, a drudzy go uratować. Wyobraź sobie wojnę ponieważ ktoś wierzy w innego Boga niż ty, albo nie uznaje żadnego. Wojna o terytoria, władzę.. - dostrzegłam, że Lance na nas zerka. Chyba się przysłuchiwał podczas gdy Torin bez słowa zaczął mi pomagać. Co jakiś czas kiwnął głową, że rozumie co mówię. - Nie wiem do końca, jak jest tutaj, może też się zdarzają. Wolałabym się jednak nie przekonywać. Wracając do tematu.. Czołgi to ogromne metalowe maszyny, pojazdy. W środku mieści się kilka osób które go obsługują. Jego siła niszczycielska jest zależna od masy i wielu innych parametrów, na których się kompletnie nie znam. Pewnym jest jednak, że gdyby pojawił się tu chociaż jeden z nich to nie mielibyśmy szans. Miecze, łuki i magia przeciw sprzętowi miotającemu pociskami i miażdżącymi wszystko po czym przejedzie. To byłby pogrom.. - wzdrygnęłam się.
- E tam, pewnie nie jest tak źle. Lance by się wzbił w powietrze i pare razy chuchnął, byłoby po wszystkim - wzruszył ramionami odkładając talerze na kupkę. 
- Chciałabym aby to było takie łatwe. Nigdy się nie interesowałam armią i bronią, ale technologia na pewno poszła tak do przodu, że pewnie by nie było nawet draśnięcia. Przynajmniej tak mi się wydaje..- spojrzałam na swojego rozmówcę. Wydawał się zamyślony. - Ciężko mi mówić na ten temat. Dawno nie byłam na Ziemi, może Mathieu by skorygował moje słowa..
- Rozumiem - mruknął. - W takim razie lepiej żeby ludzie się tu z tym nie dostali.
Kiwnął do mnie głową i ruszył w stronę steru.
Przyjął to wszystko lepiej niż myślałam, a przynajmniej tak mi się wydaje. Nie było po co go kłamać. Ludzie potrafią być potworami i szkodzić samym sobie. Gdy czegoś chcemy nie patrzymy na konsekwencje, jesteśmy zdolni do wszystkiego. 
Poza małymi wyjątkami, które i tak nie są kryształowo czyste, każdy człowiek to potwór. 

Moją zawieszkę przerwała ręka na ramieniu. Wzdrygnęłam się. Ostatnio zdecydowanie za często to robię.
- Chyba go trochę wystraszyłaś - do moich uszu dotarł głos mojej największej zmory. - Może wygląda na twardziela, ale jest strasznie miękki.
Odwróciłam się do niego przodem. Zabrał rękę.
- Znam jeszcze kogoś kto chciał wszystkich wykończyć, a znalazł się szczegół wywołujący u niego niemałe emocje - spojrzałam mu prosto w oczy. Doskonale wiedział o czym mówię. Tia..

Lance wybiegł wzburzony. Musze go natychmiast znaleźć. To idealny moment aby zmienił zdanie. Jeszcze wszystko można naprawić.

Ruszyłam przed siebie i zaczęłam przeszukiwać wyspę. Może Memoria nie należy do największych, ale kryjówek na niej pod dostatkiem. Zaglądałam w każdy kąt. Nigdzie go nie widziałam. Dopiero zbliżając się do klifu słyszałam bluzgi i uderzanie metalu o skały. Zaczęłam biec potykając się o własne nogi. Ten idiota wyżywał się na niewinnych draflayelach i raz po raz próbował zabijać je mieczem. Natychmiast skoczyłam przed niego. Jego miecz zatrzymał się tuż przy mojej szyi. 
- Czego chcesz?! Zostaw mnie w spokoju! - nie zabrał ostrza, ciągle je tak trzymał. Miałam szczęście, że się zatrzymał, a przecież wcale nie musiał. 
- Nigdzie się nie ruszę. Nie pozwolę zabijać ci niewinnych stworzeń. One nic ci nie zrobiły! - mój głos poniósł się po okolicy. Nie chciałam być aż tak głośna. - Uspokój się i przestań zachowywać jak dziecko!
- A kim ty jesteś żeby mnie pouczać? - warknął patrząc mi prosto w oczy. Nie bałam się go. Widziałam że jest wściekły i może stracić panowanie nad sobą w każdej chwili, w jego oczach było też coś jeszcze.. smutek. Chował go, przykrywał całym złem i goryczą jaką znalazł, ale teraz nie dało się go przegapić. 
- Według ciebie zwykłym człowiekiem, który nic nie rozumie. Jestem śmieciem nienależącym do tego świata - korzystając z obecnej odwagi złapałam rękojeść jego miecza. Nasze dłonie dzieliła niewielka odległość. Zaczęłam mu go zabierać, ale nie czułam aby protestował. - Straciłam rodzinę, straciłam dosłownie wszystko. W inny sposób, ale strata to strata. Teraz miałeś okazję poznać swoją przeszłość i rodzinę, a zachowujesz się śmiesznie. Zamiast zrozumieć jej postępowanie uciekasz, jak rozpieszczony bachor, który nie dostał zabawki! Zastanów się, czy była by dumna z takiego syna. Co by ci powiedziała? - odrzuciłam jego broń. Paskudny dźwięk uderzającego o skały metalu przeszedł po okolicy.
- Nie mów do mnie jakbyśmy byli podobni - wywarczał, a chwilę później rzucił mną o filar zniszczonej świątyni. Krzyknęłam z bólu leżąc na ziemi. Nie miałam czasu by się pozbierać. Lance podszedł i podniósł mnie chwytając za gardło. Ledwo łapiąc powietrze przyglądałam się mu, a dłońmi próbowałam zabrać jego ręce. Nie miałam szans. Zaczął coraz mocniej ściskać. - Nie znasz mnie ani mojej matki. To wszystko dotyczy twojego życia tylko dlatego, że spodobałaś się jakieś durnej Wyroczni. Masz rację, jesteś nic nie wartym śmieciem - po moich polikach spłynęło kilka łez, które zaczęły wędrować również po jego dłoni. Traciłam oddech, ale nagle puścił i opadłam na kolana. - Słaba zakała nie mająca prawa żyć.
- Brzmi jakbyś mówił o mnie, a tak naprawdę opisujesz samego siebie - wychrypiałam. Jak mam umrzeć to trudno. 
Nie czekałam długo na reakcję. Podniósł mnie ponownie na wysokość swojego wzroku. Tym razem jednak nie trzymał mnie za gardło, a ubrania. Słyszałam jak kilka nitek puściło gdy to robił. Starałam się utrzymywać pewną postawę. Nie wiem jak mi wychodziło. Wszystko mnie bolało, a oddech ciągle wracał do normy. Jestem pewna, że na mojej szyi pojawią się siniaki od jego chwytu. Z resztą nie tylko tam.. 

- Chodźmy lepiej trenować - odezwał się dopiero po chwili mierzenia ze mną wzrokiem. Uśmiechnęłam się zadowolona, trafiłam w jego punkt. Nie, że chcę z nim zadzierać, ale lekkie dogryzanie nikomu nie zaszkodziło. 
Smok ruszył przed siebie, zaraz ruszyłam za nim. O dziwo nie szedł w stronę wolnej przestrzeni, a pod pokład. Uniosłam brew, ale nic nie mówiąc również tam zeszłam. 

Pomieszczenie wyglądało nieco inaczej niż rano. Hamaki zniknęły, a skrzynie, worki i torby były przysunięte bardziej do ściany. Zrobiło się przestrzennie. 
- C-Co tu się stało? - zrobiłam palcem kółko.
- Hmm? - zerknął. - Zdaje się, że nie chciałaś publiczności. Poza tym Nemora bardzo chciała się czymś zająć. Przygotowała nam miejsce, a później rozwiesi wszystkie na nowo. - Stanął przy ścianie w głębi. - Była szczęśliwa, jeśli chcesz wiedzieć. Też będę bardzo zadowolony jeśli zaczniemy. Słyszałem co nieco od Jamona, atakuj - wyciągnął miecz i stanął w gotowości. Potrzebowałam chwili aby się otrząsnąć. Wykorzystał moje osłupienie i zaatakował pierwszy. W ostatniej chwili uniknęłam jego ciosu. - Skup się teraz na mnie! - krzyknął i zaczął nacierać. Szybko wyciągnęłam miecz.
Starałam się odpierać jego ataki i spróbować zaatakować, ale z marnym efektem. Wiem, że to był zaledwie marny procent jego umiejętności. Uważnie obserwował każdy mój ruch i wykonywał proste machnięcia. Wszystko jednak działo się tak płynnie, że byłam bezbronna. Łapiąc zadyszkę zaczęłam już się tylko bronić. W momencie na jego twarzy było widoczne niezadowolenie. Jęknęłam lecąc na ścianę po jego pchnięciu ramieniem.
Nie mogę się tak łatwo dawać. Warknęłam i ruszyłam z impetem. Resztkami sił dawałam z siebie wszystko. Wtedy poczułam klapsa. Tak, klapsa! Zaczął sobie ze mnie drwić i oberwałam w tyłek płaską stroną miecza - o ile jego miecz można nazwać płaskim. 
Spojrzałam na niego najbardziej poważnie, jak potrafiłam. Uśmiechnął się tylko wrednie i ponowił czyn. Moje dłonie zaczęły świecić, a sił jakby przybyło. Ruszyłam na niego.
Wyobraźcie sobie scenę, w której sekundy później potykam się i lecę prosto w ścianę. Miecz wyleciał mi z rąk, a umysł przymroczyło. Mój przeciwnik wybuchł śmiechem.
- Słyszałem i widziałem wiele fatalnych przypadków, ale twój to prawdziwy ewenement - usiadł na skrzyni i z uśmieszkiem na twarzy patrzył jak masuję swoje obolałe czoło. Nie miałam siły na pyskówki. Usiadłam na deskach i odchyliłam głowę. - Z Jamonem też działasz tak chaotycznie? Twoja kondycja jest katastrofalna. Czeka nas więcej roboty niż myślałem, ale chociaż pobawiłaś się światełkiem.
- Nie bawiłam się światełkiem - warknęłam zerkając na niego. - Nie życzę sobie takich zagrań z twojej strony. Czy to jasne?
Pokręcił głową. 
- Jeśli to jedyny sposób żeby cię pobudził to będę grał nieczysto.
- I każdego w ten sposób uczysz? - zaplotłam ręce na piersi. 
- Nie. Przewijało się kilka osób, ale niekoniecznie uczyłem ich od podstaw - schował swój miecz. - Mathieu na przykład ma motywację i szybko łapie, a ty.. Cóż, masz motywację, tyle że niewłaściwą. O reszcie powodów twojej słabości chyba nie muszę mówić. Powinnaś być świadoma - zaczął się podnosić.
- Rozumiem o co ci chodzi. I naprawdę chcę żeby to inaczej wyglądało - również wstawałam. - Postaram się, ale naprawdę.. Nie rób czegoś takiego. Nie będę się czuła wtedy lepiej w twoim towarzystwie. 

O dziwo zadziałało. Nie obyło się bez uwag, a niektóre kąsały. Zajęliśmy się jednak treningiem od początku. O ile Jamon przećwiczył ze mną jakieś podstawy, tak musiałam wszystko robić od początku. Przy smoczym trenerze zwyczajnie czułam się głupia i wszystko wyleciało mi z głowy. Nie gadaliśmy, nie próbował się dogadać czy zrozumieć. Wprowadził twardą dyscyplinę. Pokazał okrutną stronę, chociaż może powinnam ją inaczej nazwać. Okrutną chyba w sobie stłumił. Przynajmniej Huang Hua i reszta w to wierzyli. Czy ja również? Minęło mało czasu, ale może dam się przekonać.



Popularne