poniedziałek, 10 lipca 2023

42. Lawina pytań

 Ogromny wir pochłaniał wszystko dookoła. Cała maana tworząca Eldaryę uciekała prosto do dziury. Zupełnie jakby ktoś wyjął korek w wannie pełnej wody. Wszystko znikało. Mogłam się jedynie przyglądać i słuchać krzyków rozlegających się dookoła. 

Spojrzałam w stronę Kwatery, gdzie jedna z wież zaczęła się walić. Niespodziewanie w cieniu spadającego gruzu dostrzegłam swoich przyjaciół - Karenn, Chrome i Karuto. Nie było szans na ucieczkę. Przygniotło ich. 

Podskoczyłam otwierając nagle oczy. 
To tylko sen - pomyślałam sobie, i rozejrzałam dookoła. Byłam w ,,swoim'' łóżku, słońce świeciło, a tuż przy mnie leżał Lance.
Bardzo przy mnie. 
Byliśmy przytuleni. 

Powoli odsunęłam się od smoka i przekręciłam na wznak. 
Normalnie bym teraz wstała i uciekła się ogarnąć, ale sytuacja nie była normalna. 

Spojrzałam na nasze zlepione dłonie. 
Lance zaciskał swoje palce na moich. Jego dłoń była na tyle większa od mojej, że mała rączka niemal w niej znikała. 

Westchnęłam ciężko i przymknęłam oczy. 
- Dzisiaj nad tym pokombinujemy - usłyszałam cicho głos smoka. Spojrzałam na niego. Przyglądał mi się zaspany i z potarganą fryzurą. Nawet kitka mu się rozwaliła, przez co wyglądał teraz zupełnie inaczej. I też bardzo dobrze. 
- Obudziłam cię? 
- Nie. Leżałem tak tylko - zaczesał grzywę do tyłu i podnosił się do siadu. - Chyba nie jest jakoś bardzo wcześnie - zerknął na okno.
- Podejrzewam, że przespaliśmy sporą część dnia - uniosłam kąciki, również siadając. - Wypadałoby chyba zejść na dół. 
- Więc chodźmy.. 

Wygrzebaliśmy się z łóżka i jakoś zeszliśmy na dół. 
W domu panowała kompletna cisza. Jedyne co dało się usłyszeć to biegnącego w naszą stronę Bruna, który wczoraj najwyraźniej został na podwórku, ponieważ nie pamiętam żeby się plątał gdzieś pod nogami. 
Psina miała dzisiaj zdecydowanie milsze podejście do naszej dwójki, niż wieczorem. 
Gdy tylko do nas dobiegł zaczął się cieszyć, machać ogonem i przymilać. 
Lance nieco niepewnie potargał go po łepku. Berneńczyk zaraz zaczął go lizać przyjaźnie po dłoni. 
- To typowe u tych stworzeń? - Spojrzał na mnie krótko. 
Przytaknęłam. 
- Psy są uznawane za najlepszych przyjaciół człowieka. Kochają bezwarunkowo, często pełnią rolę ochrony, czy nawet pomocy niepełnosprawnym - uśmiechnęłam się drapiąc zwierzę pod pyskiem. 
- W jaki sposób? 
- Niewidomi mają swoich psich przewodników. Pomagają im poruszać się po mieście, czy w wielu innych cięższych sytuacjach. Są również psy policyjne, które pomagają wykrywać zakazane substancje, znaleźć zwłoki czy obezwładnić kogo trzeba - zerknęłam na niego. Wyglądał na zainteresowanego. - Można by o tym opowiadać jeszcze bardzo długo.
- Chętnie przyjmę od ciebie kilka lekcji na temat tego świata - uśmiechnął się. 
- W końcu coś, w czym mogę się wykazać - krótko się roześmiałam i powoli ruszyliśmy w stronę kuchni. - Wygląda na to, że nie ma ich w domu. Mogą być gdzieś na zewnątrz, albo pojechali na rynek. 
- Co więc robimy? 
- Najpierw coś zjemy, a potem ich poszukamy. Nie wiem, jak ty, ale ja jestem potwornie głodna. 

W lodówce znalazłam trochę jajek, jakieś resztki żółtego sera i kilka kabanosów. Wnioskując po tych pustkach, jestem prawie pewna, że udali się na zakupy do miasta. Wczoraj musieliśmy wyjeść ostatnie pyszności, jakie się tu znajdowały. 
Pod czujnym okiem Lance'a wyjęłam co było. Zapowiada się na pyszną jajecznicę. Nieco go ze sobą ciągając po kuchni przygotowałam wszystko co nam będzie potrzebne - patelka, trochę tłuszczu, jakieś przyprawy. Wszystko wymieszałam w misce, której zawartość wylałam potem na rozgrzaną patelnię i zaczęłam smażyć, w międzyczasie wstawiając wodę na herbatę. 
- Ładnie pachnie - smok nachylił się bliżej kuchenki. 
- Jeszcze lepiej smakuje. Za dzieciaka niemal zawsze tak wyglądało moje śniadanie. Było jeszcze więcej sera, ponieważ miałam na jego punkcie obsesję, ale to nie aż taka różnica. Podasz talerze? Są w tej szafce przy tobie.
Przytaknął i jedynie gestem upewniając się, że szuka w dobrym miejscu podał dwa talerze, na których zaraz znalazły się przepyszne porcje jajeczniczki. 
Woda zdążyła się zagotować, a więc zrobiłam nam po ogromnym kubku herbaty i poszliśmy do stołu. Trzeba było obrócić dwa razy, ale trudno. 
Po chwili siedzieliśmy i obserwowałam reakcję smoka, na pierwszy kęs mojego wytworu. 
- Ej, to naprawdę dobre - spojrzał na mnie. Na moje usta automatycznie wkradł się szeroki uśmiech. 
- Więc wcinaj na zdrowie. Zostało jeszcze kilka jajek, mogę ci robić trochę więcej jak będziesz chciał. 

Posiłek minął nam w ciszy, ale w tej jej przyjemnej odsłonie. Oboje się najedliśmy i posprzątaliśmy cały bałagan, jaki powstał z naszej winy. Zdążyłam zamknąć, załadowaną zmywarkę gdy do domu weszła para staruszków. 
- A kogo to moje oczy widzą, w końcu wstaliście? - Roześmiał się dziadek stawiając dwie potężne torby na blacie.
- Dochodziła dwunasta, w końcu trzeba było - uśmiechnęłam się i spojrzałam na babcię, która niosła niewielką siatkę warzyw. 
- Mam nadzieję, że nie zmarzliście. Kompletnie zapomniałam dać wam jakieś pierzyny, a przecież noce nie należą do najcieplejszych. 
- Lance to lodowy smok, więc takie temperatury nie robią na nim wrażenia. Mi wystarczył koc - wzięłam od niej siatkę i położyłam przy reszcie zakupów. 
- No tak, coś wczoraj wspominałaś - uśmiechnęła się niezręcznie. - Ludvik, przynieś tą ostatnią torbę z samochodu - przegnała dziadka i zmierzyła naszą dwójkę wzrokiem. - Obejrzałam rano te wasze ubrania. Mam nadzieję, że to co wzięłam będzie na was pasowało.
- Nie musiałaś nic brać. Jakoś byśmy sobie poradzili - mruknęłam. 
- To tylko kilka ubrań. Chyba nie myślałaś, że będziecie ciągle paradować, jak teraz - z naciskiem na słowo poprawiła moją koszulkę -  albo w tamtych ubraniach. Są naprawdę ładne i ciekawe, ale zbytnio rzucające się w oczy. 

Parę chwil później dostaliśmy torbę z kilkoma kompletami ubrań dla każdego z nas. Na szczęście nie poszli się wykosztować do jakiegoś sklepu, ale zaopatrzyli nas na rynku i w lumpeksie, dzięki czemu wyszło sporo taniej. 
Pojawił się jednak inny problem. 
- Nie możemy niszczyć kolejnych rzeczy. Najlepiej by było rozdzielić nasze dłonie - spojrzałam na smoka.
Wszyscy siedzieliśmy w salonie. 
Dziadkowie popijali kawę przy stole, a my przysunęliśmy sobie niewielki stolik i zaczęliśmy przeglądać księgi, które okazały się być całą noc pod naszym nosem. Były na górze i to w najbardziej wysuniętej skrzyni.
Zbiór nie był ogromnych rozmiarów, ale i tak był imponujący. 
Staruszkowie byli w posiadaniu pięciu grubych ksiąg, i jednego - zapieczętowanego notesu, który podobno jako jedyny należał od zawsze do naszej rodziny. Nigdy jednak nie dało się go otworzyć, a też nikt nie chciał przypadkiem uszkodzić jego zawartości, więc nikt nie robił tego na siłę. 
- Nim się zajmiemy na koniec - Lance odsunął zapiski gdzieś na bok i wertował kolejną stronę księgi, którą trzymał. Moje oczy były tu zbędne. Wszystko było spisane w starej mowie, której nie znałam. A jak już zdarzyło mi się nią posługiwać, to zawsze byłam pod wpływem Wyroczni. - Cała wiedza, jakiej państwo potrzebowali do przedostania się do Eldaryi jest w tych księgach. - Podniósł wzrok na staruszków. - Powiedziałbym, że jest tu pełen zakres podstawowej wiedzy, trochę ciekawostek. Wszystko czego byście potrzebowali. 
- Przyda nam się tu coś? - Zerknęłam na jego twarz. Był zamyślony. 
- Sam mam kilka pomysłów, które trzeba przetestować, ale jeszcze poszukam. To jedne z najstarszych egzemplarzy, jakie mam okazję widzieć. 
- Eldarya nie ma takich ksiąg?- Zainteresował się dziadek. 
- Nie w tym rzecz - spojrzał na niego. - Mamy wiele ksiąg. Możliwe, że podobne do tych również. Sęk w tym, że aby nie stracić tej wiedzy często są one przepisywane. Wtedy o stare oryginały mało się kto troszczy i giną. W niektórych rejonach są trzymane pod kluczem, w innym wręcz palone. Te są świetnie zachowane, a doskonale czuć i widać ich wiek - podniósł jedną z kartek i się jej uważnie przyglądał. - Na Memorii widziałem kilka podobnych, ale byłem zbyt skupiony na czymś innym i nigdy nie zajrzałem do środka. A te, w których posiadaniu byłem były najwyraźniej trochę młodsze. 
- Czym jest Memoria? - Babcia zrobiła nieco głupią minę. 
- To wyspa, na której rozmawialiśmy ze smokiem, przodkiem Lance'a - szybko wytłumaczyłam. - Nazywała się Memorią, i zniknęła od tamtego czasu. 
- Mogła tak po prostu zniknąć?  
- Wcześniej też nie była znana. Straż znalazła ją przypadkiem - wyręczył mnie smok. - To miejsce jest domem dla smoczych dusz. Domyślam się, że jeszcze wiele nie wiemy o tym miejscu. Może być pełne niesamowitej wiedzy. 
- Nie próbowaliście jej szukać? 
- Straż ma teraz trochę inne priorytety, niż szukanie wysepki - skrzywiłam się - Obszar poszukiwań może być ogromny. Bez nakładu sił zajmie to szmat czasu.
- A równie dobrze mogło ją przenieść tutaj - Lance zmarszczył brwi i spojrzał na mnie poważnie. - Skoro ziemskie budynki i śmieci są tam, to wyspa może być tutaj. To tylko komplikuje sprawę.
- Niekoniecznie - puściłam mu oczko i się wyprostowałam. - Na Ziemi mamy internet, a tam znajduje się wiedza z całego świata. Potrzebujemy tylko odpowiedniego sprzętu aby po nią sięgnąć - zerknęłam staruszków. Niestety ich miny ostudziły mój entuzjazm. - Nie macie komputera, prawda? 
- Przykro mi Aniołku, ale nie był nam do niczego potrzebny. 
Westchnęłam ciężko. 
- Będziemy więc musieli udać się do biblioteki. Tam na pewno będzie dostęp do sieci. 
- Myślisz, że znajdziesz informacje o jakiejś magicznej wyspie? - Babcia zmarszczyła czoło głaszcząc Bruna, który usiadł przy jej nogach, złakniony uwagi. 
- Jeśli nie na oficjalnych stronach z wiadomościami, to wśród teorii spiskowych. Na pewno nie mogła pozostać niezauważona. Na Ziemi jest tyle miliardów ludzi, że to niemożliwe. 
- Gorzej, jeśli ktoś ją kupił, albo prowadzą tam jakieś badania - mruknął dziadek. 
- Bądźmy dobrej myśli. Może Fafnir jakoś zabezpieczył wyspę, i jest nie do zdobycia jak ta, na którą tubylcy nikogo nie wpuszczają, a jak już się ktoś dostanie to nigdy nie wraca.
- Nie wraca? - Lance zerknął na mnie zdezorientowany.
- Yhym.. Nie do końca wiadomo, co się tam dzieje. Żadna cywilizacja tam nie dotarła, drony są zestrzeliwane, a nagrania robione z daleka. Pewnie mieszkańcy zjadają nieproszonych gości. Takie są przypuszczenia.. 
- Ludzie jedzący ludzi? 
- Spokojnie, to nie jest normalne. To raczej wynaturzenie.. 

Dobre dwie godziny Lance jedynie siedział i czytał. Ja w tym czasie czasem mu zerknęłam przez ramię, trochę się ponudziłam, a nawet przysnęłam. Staruszkowie w tym czasie nas opuścili. 
Dziadek miał trochę obowiązków na dworze, a babcia uciekła do kuchni. Dochodziły do nas więc jedynie odgłosy jej krzątania, a z czasem i pyszne zapachy specjałów, które szykowała. 
- Dobra. Dosyć, muszę od tego odpocząć - smok w końcu zamknął księgę i oparł się o kanapę zamykając oczy. - Nie ma tu nic czego bym nie wiedział.
- Czyli to był zmarnowany czas? 
- I tak, i nie - zerknął na mnie. - Spróbujemy metody, o której myślałem. Będziesz musiała mi pomóc. 
- Tylko powiedz co mam robić.
- No dobra - usiadł bokiem na kanapie. Zrobiłam to samo i byliśmy twarzami do siebie. Swoje złączone ręce podparliśmy na kolanach. - Podejrzewam, że nie jesteśmy jakoś bardzo ze sobą spojeni. To zapewne jedynie jakieś płytkie warstwy skóry. Rozcięcie nożem może by wystarczyło, ale lepiej uniknąć rozlewu krwi. 
- Więc jaki masz pomysł? 
- Spróbujemy odepchnąć się naszymi mocami. Musisz skupić światło w jednej dłoni. Spróbuj sobie wyobrazić, jak kawałek po kawałku nasze komórki odlepiają się od siebie. 
- Może być ciężko - skrzywiłam się. 
- Ze skrzydłami sobie radzisz, a to ma cie pokonać? - Rzucił mi wyzwanie. 
Zacisnęłam wargi i wlepiłam wzrok w dłonie.
Ma rację. Nie z takimi rzeczami sobie radziłam. A teraz lista motywacyjna jest jeszcze dłuższa. 
A najważniejszym jej punktem jest toaleta. 
Naprawdę bardzo muszę z niej skorzystać. 

Skup się. 
Wyobraź sobie dwie złączone warstwy, które delikatnie musisz rozdzielić.
Nie jesteś w tym sama. 
Przecież on zrobi coś podobnego.
Dajesz Anastazjo!

Przymknęłam oczy i poczułam ciepło zbierające się w mojej dłoni. 
Teraz powoli. Kawałek po kawałeczku. 
- Dostosuje się do ciebie - usłyszałam jakby w oddali głos Lance'a.
Dobrze. Czas odkleić ten plaster. Delikatnie.

Wyobraziłam sobie dwie energie połączone ze sobą. Błękitna smoka, i biała należąca do mnie. Obie drżały, przez co się ze sobą mieszały. Powoli zaczęłam odsuwać swoją. Poderwałam jej rąbek i zaczęłam spokojnie brnąć dalej. 
Poczułam lekkie szczypanie w dłoni, przez co trochę się zdekoncentrowałam. 
- Dasz radę - usłyszałam głos. 
Już oderwałam fragment, jeszcze kawałeczek. 

Polana w środku lasu. Piękna pogoda. Promienie słońca przedzierające się pomiędzy liśćmi drzew, aby chociaż trochę połaskotać nasze twarze. Dafne biegająca wokół i radośnie brykająca. 
Oraz my.. 
W samym centrum tego wszystkiego. 
Leżymy na rozłożonym kocu i odpoczywamy. To był ciężki dzień, ale w końcu znaleźliśmy chwilę aby pobyć razem. Bez niczyich ciekawskich spojrzeń. Bez strażników kierujących do siebie ciągłe pytania, czy zgłaszających problemy. 
Tylko my, chowańce i otaczająca nas natura.

Przekręciłam się na bok by spojrzeć na jego twarz. 
Towarzyszył mu błogi uśmiech. Potrzebował takiej chwili wytchnienia. 
Przejechałam palcem po jego policzku

Zerknął na mnie jednym okiem, i zaraz przekręcił by być ze mną twarzą w twarz. 
- A co to za rączka mnie tu zaczepia? - Wziął moją dłoń w swoją i ucałował jej środek. Rozpływałam się gdy to robił. Nigdy bym nie pomyślała, że to tak może wyglądać. 
- A taka jedna - uśmiechnęłam się. - Zwyczajnie ciężko jej się powstrzymać, żeby trzymać się z daleka. 
- Ciekawe.. - z uśmiechem na ustach zaczął się przyglądać mojej dłoni, na której od kilku tygodni widniał drobny pierścionek. Podarowanie go nie należało do eldaryiskich zwyczajów zaręczynowych, ale chciał mi zrobić przyjemność. I udało mu się. - Może powinniśmy zacząć przygotowania? - Zerknął na moją twarz. 
- Tak ci się śpieszy? - Roześmiałam się. 
- Sądziłem, że jako kobieta będziesz chciała dobrze wyglądać w swojej sukni. Zwłaszcza po ostatnich rewelacjach - jego uwaga skupiła się niżej. Poczułam tam jego dłoń. 
To wszystko było przerażające, ale we dwójkę damy radę. 
Musimy. 

♥ 

Co to było do diabła?!

Gwałtownie otworzyłam oczy, a między mną a Lancem doszło do niewielkiego wybuchu energii, który nas od siebie odrzucił. 
Nasze dłonie niestety ciągle były złączone, przez co nie było to przyjemne.

Spojrzałam oszołomiona na smoka. Wyglądał na zdezorientowanego, tak samo jak ja. 
Czy to była jakaś wizja? O co chodzi? 

Byłam w tym całkowicie świadoma. Czułam jakby wszystkie zdarzenia działy się naprawdę. Jedyne co się nie zgadza to twarz. Nie widziałam jej. Była zamazana. 
I ten ostatni moment.. 
Przecież ja nie chciałabym.. 

- Rozumiesz co się stało? - Wlepiłam w niego spojrzenie. Oboje podnieśliśmy się do siadu, a do pomieszczenia wbiegła zaniepokojona babcia. 
- Wszystko w porządku?! Co to był za huk? - Spoglądała na nas zdenerwowana. 
Poprawiłam koszulkę i starałam się brzmieć jak najbardziej przekonująco.
- Nie martw się. Wszystko z nami dobrze. Czegoś próbowaliśmy - podniosłam nasze dłonie do góry. 
- Bądźcie ostrożni. To brzmiało groźnie. Już myślałam, że wysadziliście pół domu - pogroziła palcem i opuściła pomieszczenie. 
Wróciłam wzrokiem do smoka. 
- Nie mam pojęcia co się stało, ale nagle wpadłam jakby w trans..
- Jakiego rodzaju? - Zapytał niepewnie. - Widziałaś coś? 
- Tak. Była jakaś pokraczna i absurdalna wizja - uciekłam wzrokiem. Jego spojrzenie było teraz ciężko znośne. - A ty? Widziałeś coś?
- Tak - mruknął. - Byłem w jednym z domów w schronisku, i czułem jakbym miał rodzinę - chyba nieświadomie odrobinę za mocno ścisnął moją dłoń, która była tuż przy jego. Nie powstrzymałam się i spojrzałam na niego. 
Wydawał się równocześnie mocno przybity, jak i zdenerwowany.
- U mnie było coś w podobnym znaczeniu. Tak mi się wydaje - westchnęłam. 
- Może to przez twoje połączenie z Wyrocznią i kryształem. Ukazywała ci się, a teraz kiedy jesteśmy jakoś zlepieni, to z tego czerpię - próbował tłumaczyć. 
- Być może.. - miałam teraz straszną ochotę powyginać wszystkie palce, jakie tylko miałam. Ta scena mnie trochę rozbiła. 
Jeśli to wizja przyszłości, to cieszę się, że panuje w niej spokój. Najwyraźniej sytuacja w Eldaryi zostanie opanowana, a ja nawet sobie kogoś znajdę. 
Przeraża mnie tylko kwestia ewentualnego dziecka, którego na chwilę obecną ani mi się śni posiadać. 
Do tego moment, w którym się to nam pojawiło. 
Ugh!
- Może spróbujemy jeszcze raz? - Z zamyślenia wyrwał mnie głos mężczyzny. - Nie sądzę by to się powtórzyło. 

Podjęliśmy kolejną próbę. 
Tym razem nie zamykałam oczu. Razem z Lancem obserwowaliśmy swoje dłonie, od których biła ogromna ilość światła. 
Wyglądało to zupełnie tak, jak to sobie wyobrażałam. 
Dwie różne energie tańczyły ze sobą, jednak z każdą chwilą coraz bardziej oddalały się od siebie. 
Za swoimi plecami usłyszałam i poczułam ruch, ale kompletnie go zignorowałam. Nie dam się teraz rozproszyć, musi się nam udać. 

Wkrótce w dłoni pojawiło się mrowienie, a na twarzy Lance'a uśmiech, który wzięłam za dobry omen. 
- Możemy przestać - szepnął. Oba nasze światła zgasły. Byliśmy wolni. Mimowolnie olbrzymi uśmiech wkradł mi się na usta. 

- To wyglądało niesamowicie - odezwał się dziadek. 
To jego obecność poczułam za sobą. Okazało się, że babcia zawołała go na obiad, a gdy wszedł zobaczył nasze poczynania. Od tamtej pory ciężko mu było mówić o czymś innym niż tym. 
Nawet teraz, w trakcie posiłku, staruszka kopała go od czasu do czasu żeby się opanował. Był niesamowicie podekscytowany tym co zobaczył. W końcu odpuścił. Na ten moment..

Jeśli natomiast chodzi o naszą dwójkę, to pierwsze co zrobiłam gdy tylko nasze dłonie były wolne, to bieg do łazienki. Ledwo zdążyłam, ale na szczęście udało się nie zmoczyć spodenek.
To byłoby dużo bardziej niezręczne niż te godziny zlepienia ze smokiem..
Lance wyglądał na spokojnego. Słyszałam, jak zaoferował się babci z pomocą w nakryciu do stołu, a gdy wróciłam wszystko już na nas czekało. 

Zupa dyniowa z ostrzejszą nutką, a na drugie danie przepyszne pulpeciki z domowymi surówkami, sosikiem i ziemniakami. Całość smakowała wybornie. 
Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo mi brakowało tych smaków. 
Całe szczęście, że babcia najwyraźniej to przewidziała i zrobiła spory zapas. 
W końcu nie tylko ja tu byłam głodna. 
Wyjedliśmy z półmisków niemal wszystko. W końcu, pod koniec posiłku dziadek przestał się hamować. 
- Jak wy to wywołujecie? Jak to działa? - Wbił we mnie uważne spojrzenie mieszając swoją herbatę. Z początku nie zrozumiałam, ale dość szybko dotarło do mnie o co mu chodzi. 
- Masz na myśli moce, które widziałeś? - Dopytałam dla pewności, na co krótko przytaknął. - Z początku pojawiały się u mnie niekontrolowanie, ale dzięki treningowi przychodzi mi to całkiem sprawnie jak poruszanie rękami czy nogami. 
- Jakie to uczucie? - Oczy mu się niemal świeciły. Był podekscytowany. 
- Przepraszam, że się wtrącę - chrząknął Lance. - Żadne z was nigdy nie użyło swoich umiejętności, nawet przypadkiem? Nie próbowaliście? 
- Nie mieliśmy pojęcia, jak to ma wyglądać. W takiej sytuacji ciężko o jakiekolwiek efekty - staruszek wzruszył ramionami. - Dlatego chętnie posłucham więcej. Anastazjo.. - uśmiechnął się delikatnie. 
- Powiem co wtedy czuję, ale w zamian za to oczekuję wielu wyjaśnień. Odpowiedzi na moje pytania. 
- Powiemy ci wszystko, co będziesz chciała wiedzieć - swoją dłoń na mojej położyła babcia.

Spędziliśmy przy stole dobre pół godziny, w trakcie których opowiedziałam o cieple, które towarzyszy pojawieniu się światła aengeli, o poczuciu bezpieczeństwa.
Pojawiło się sporo pytań, o to jak obudziłam w sobie tę umiejętność. Starałam się na nie wszystko odpowiadać, co wiązało się z kolejnym przywoływaniem wspomnień sprzed siedmiu lat. 
Staruszkowie uważnie słuchali każdego mojego słowa, a siedzący z nami smok podparł głowę na ręce i obserwował naszą trójkę dziwnym wzrokiem. Nie wyglądał na znudzonego, chociaż może ciężko byłoby mi to określić. 

Gdy tylko skończyłam opowiadać, podparłam się niemal identycznie, jak on i zwróciłam twarz w jego stronę.
- To może nasz szanowny, wielki smok opowie coś o swoich zdolnościach, a ja w tym czasie pójdę wziąć prysznic? - Uśmiechnęłam się puszczając mu oczko, na co zmarszczył brwi i się wyprostował.
- Ja? Co ja miałbym opowiadać? 
- No wiesz.. - przeciągnęłam krótko. - O swojej zmianie w gigantyczną jaszczurkę, zianiu płomieniami i takie tam. 
- Naprawdę potrafisz takie rzeczy? - Dziadek poprawił się z zainteresowaniem na krześle. Niebieskooki westchnął na to ciężko i spojrzał na niego.
- Zależy czym jest jaszczurka - podrapał się po karku. 
Zaśmiałam się pod nosem i szybko uciekłam. 
Nie będzie zadowolony, ale potrzebuję chwili.

W łazience byłam w ciągu dwóch minut. Wyjęłam kilka czystych ręczników i przyniosłam ubrania, które babcia postanowiła nam kupić. Te w których przybyliśmy postanowiłam włożyć do pralki. Nie mam pojęcia, jak materiał z Eldaryi może na nią zareagować, ale ręczne pranie trochę by zajęło.
Muszę ze wstydem przyznać, że miałam spore problemy z włączeniem urządzenia. W końcu bardzo dawno nie miałam styczności z technologią ziemską, a pralka wyglądała na nową i bardzo nowoczesną. Dziesięć razy upewniałam się czy na pewno odkręciłam dobry zawór z wodą, ustawiłam odpowiednią temperaturę, czy nie nalałam za dużo płynów. 
W końcu wcisnęłam START, a maszyna zaczęła powarkiwać.
- Obyś tylko nic nie popsuła - westchnęłam ciężko i zaczęłam się rozbierać. 
Pora wziąć prysznic. 

Przyjemnie ciepła woda spływała moim ciele, twarzy i włosach. Czułam nadzwyczajny spokój ducha, którego teraz potrzebowałam. Za drzwiami kabiny zostawiłam wszelkie zmartwienia dotyczące wylądowania tutaj, niepewności o życie przyjaciół, czy drogę powrotną. 
Nic się nie liczyło. 
Przetarłam swoją twarz i spojrzałam na dłonie. Zwłaszcza na tą, która jeszcze godzinę temu była zlepiona z inną, dużo większą i silniejszą. Czułam jakby czegoś brakowało, ale nie byłam w stanie stwierdzić czego dokładniej. W końcu niemożliwe aby chodziło o jego bliskość. W końcu była niezręczna, narzucona i.. Bezpieczna. 
Cholera! 
No dobra. Muszę to przyznać. 
Czułam się dużo bezpieczniej, gdy ściskał moją dłoń. Cały stres, który towarzyszył mi podchodząc pod ten dom, przemierzając doskonale znaną trasę wydawał się nieco mniejszy.
Tyle.
Nic więcej. 
Jego dłoń służyła mi za piłeczkę odstresowującą. Koniec. 

Pokręciłam energicznie głową i oparłam czoło o chłodną ściankę.
Chciałam oczyścić umysł, a zamiast tego dodaję sobie zmartwień. Musze się uspokoić. 

Po kilku minutach kompletnej pustki w głowie, i ciemności przed oczyma opuściłam kabinę. Szybko się ubrałam w proste spodnie oraz koszulkę na ramiączka, które całkiem nieźle na mnie leżały. Wyczesałam jeszcze mokre włosy i opuściłam pomieszczenie.

Zanim dotarłam do zasięgu wzroku pozostałej trójki, coś mnie zatrzymało.
- Jesteś może chłopakiem Anastazji, albo jakimś narzeczonym? - Głos babci dotarł do mnie bardzo wyraźnie. Z rozkojarzenia prawie wpadłam na Bruna, który wszedł otwartymi drzwiami tarasowymi i wesoło merdając ogonem zmierzał w tym samym kierunku co ja. 
- Nie - smok niemal natychmiast zaprzeczył. - Jesteśmy znajomymi, nic więcej nas nie łączy. 
- Szkoda - wydawało mi się, że westchnęła. - Wydajesz się dobrym kandydatem dla naszej wnuczki. Do tego ta wasza przeszłość, niczym z moich ulubionych romansów. 
- Daj spokój, Alice  - dziadek się wtrącił. - Nie zawstydzaj chłopaka. Wystarczająco niezręcznie musi się czuć. 
- Nie ma problemu - Lance zabrał głos. - I tak nie wydaje mi się.. - zaczął, ale urwał gdy do uszu wszystkich doszło szczekanie. 
Ruszyłam naprzód by skończyć się ukrywać i zobaczyć co się dzieje.
Okazało się, że berneńczyk próbował namówić Lance'a do zabawy i zaczepiał go skacząc, poszczekując i piszcząc. Najwyraźniej zaakceptował naszą obecność. 
Szkoda, że wybrał sobie taki moment. Byłam ciekawa, co ma do powiedzenia Lance.

- Coś mnie ominęło? - Spojrzałam po towarzystwie i wzięłam leżącą w pobliżu psią zabawkę, którą po krótkim zainteresowaniu psa rzuciłam gdzieś w głąb pomieszczenia. Bruno zaraz za nią poleciał i zaczął podgryzać. 
- Nic takiego. Lance nam trochę opowiedział o Eldaryi - dziadek się uśmiechnął zerkając na chłopaka. 
- Znaczy, że teraz moja kolej na pytania - zajęłam z powrotem swoje miejsce. Staruszek przytaknął na moje słowa. 
- Moglibyście z tym zaczekać? - Lance na mnie zerknął. - Też chciałbym posłuchać, a potrzeby wzywają - skrzywił się nieco. 
- Pewnie. Idź - posłałam mu lekki uśmiech. - Na pralce zostawiłam dla ciebie czyste ręczniki i ubrania. Tamte trzeba wyprać i zobaczymy w jakim są stanie. 
- To zaraz wracam - spojrzała po wszystkich podnosząc się, a po chwili zniknął w łazience. 
- Bardzo miły człowiek - babcia podniosła się zbierając talerze. - Znaczy smok.. - zrobiła głupią minę. - Jak wy na to mówicie? - Spojrzała na mnie zdezorientowana. 
- Faery - zaczęłam jej pomagać w porządkach. - Albo faelien, na takich jak ja, mieszańców - brzydko mówiąc. 
- Czyli Lance, to.. Faery? - Spojrzała z nadzieją, na co przytaknęłam i obie z pełnymi rękoma ruszyłyśmy do kuchni. 
Wszystkie brudne naczynia od razu zaczęły lądować w zmywarce. 
- Naprawdę był kiedyś twoim wrogiem? Aż mi się wierzyć nie chce - czułam jej wzrok na sobie, układając talerze na swoich miejscach w maszynie. 
- Wtedy określenie potwór świetnie do niego pasowało - westchnęłam. - Mordowanie niewinnych nie było dla niego wielkim problemem, a zniszczenie i przemoc wydawały się główną życiową potrzebą. Od dłuższego czasu nic takiego się nie działo, ale krótko po moim opuszczeniu kryształu miewałam przez niego coś w rodzaju ataków paniki. I jeszcze sprawa z Valkyonem.. 
- To ten co zginął? - Podała mi koszyk z brudnymi sztućcami do włożenia. Przytaknęłam na jej pytanie. Nie wspominałam, ale z premedytacją pominęłam fragment, w którym Lance zabił swojego brata. Nie chciałam żeby o tym wiedzieli. 
- Był moim przyjacielem, a jego bratem. I jest temu zwyczajnie winien. 
- Każdy popełnia błędy kochanie, zwłaszcza jeśli do gry wkraczają duże emocje i uczucia - położyła mi dłoń na ramieniu. 
Wyprostowałam się zamykając zmywarkę i spojrzałam na nią. 
- Ciężko wymazać takie obrazy z pamięci. 
- Nie każdy zasługuje od razu na potępienie - złapała mnie za dłonie i ścisnęła je lekko. - A on by do ciebie chyba pasował - pochyliła się do mojego ucha z głupim uśmieszkiem. 
Zaraz odskoczyłam patrząc na nią wielkimi oczami.
- Proszę. Nie próbuj robić tego, co próbowałaś robić z Damonem - pogroziłam jej palcem. 
- Ja coś próbowałam? Nie pamiętam - roześmiała się. 
- A nie?! - Uniosłam nieco głos, ale na moje usta wkradał się uśmiech, który starałam się powstrzymać. - No dalej Aneczko, przecież dziewczyny w twoim wieku lubią takich chłopców. Taki przystojny i łobuz. Wyjdźcie gdzieś razem - zaczęłam przedrzeźniać babcię, która w pewnym momencie życia próbowała wyswatać mnie z dwa lata starszym chłopakiem mieszkającym w okolicy. I może był przystojny, ale w żaden sposób nie byliśmy w stanie się dogadać. Do tego nie w głowie mi wtedy były miłostki. 
- A to coś złego, że babcia chce szczęścia wnuczki, a najlepiej i prawnuki jeszcze poznać? - Złożyła ręce na biodra, a mną aż wstrząsnęło. 
- Nie rozmawiajmy o tym. Jestem po rozstaniu, teraz mam inne rzeczy na głowie - zaczęłam wychodzić z kuchni. Kobieta niemal biegiem ruszyła za mną przez słowa, które powiedziałam. 
- Miałaś kogoś? Jaki był? Przystojny? Romantyk? - Trąciła mnie ramieniem. 
- Może ci później opowiem, ale daj na razie spokój - mruknęłam padając na kanapę, na której leżał pies. Zaraz położył głowę na moich kolanach i zaczęłam go miziać. 
- Jeszcze to z ciebie wyciągnę - puściła oczko i zaciągnęła męża do kuchni, mówiąc coś o ciastkach.

Zostałam sama ze zwierzęciem, które pod wpływem drapania zasnęło z głową na moich nogach. Wyglądał tak słodko, że nie miałam serca się podnosić więc jedynie siedziałam i nasłuchiwałam otaczającej mnie ciszy. Jedynie ciche krzątanie z kuchni od czasu do czasu dochodziło do moich uszu, ale w żaden sposób nie psuło ono spokoju towarzyszącego mi w tej chwili.
- Brakuje tylko powiewu świeżego powietrza - mruknęłam cicho zerkając w stronę okna. Podniosłam prawą dłoń i zaczęłam skupiać w niej energię. Jak sobie w ten sposób pomogę to nic złego się nie stanie. 
Po chwili pojawiło się białe światło, które zaczęłam formować. Nie wychodziło mi to jednak za dobrze, a nawet coś było nie tak. Biel zaczęła zmieniać kolor, a w dłoni poczułam niezbyt przyjemny chłód, który nigdy dotąd mi nie towarzyszył. 
- Co jest? - Mój głos zmieszał się z męskim, należącym do Lance'a, który właśnie wszedł do pomieszczenia ze świecącą lewą dłonią. 
Spojrzeliśmy oboje na siebie, a następnie na nasze dłonie. 
Smok podszedł bliżej i zestawił je obok siebie. 
Z obu biło jasne światło. Jedyną różnicą było to, że u mnie do białego domieszywało się błękitne, a u niego do błękitnego wkradało się białe. 



środa, 21 czerwca 2023

41. Dom przodków

 Stanęliśmy przy płocie i mnie wmurowało. Nie mogłam się ruszyć. Jedynie wpatrywałam się w słabe światło w jednym z okien - sypialnia dziadków. Pewnie babcia znowu coś czytała przed snem.

Wszystko było tu, dokładnie, tak jak zapamiętałam. 
Urocza parterówka, z wyjściem na ogród. Nawet w ciemności dało się dostrzec liczne kwiaty i ozdobne krzewy, które tu rosły. Dalej rozciągało się sporych rozmiarów podwórko, po którym za dnia spacerowały kury, kociak, a nawet duży pies - Bruno. 
W tej chwili panowała jednak cisza. Nie dochodziło do naszych uszu żadne gdakanie, czy szczekanie. Wszystko pogrążone wydawało się we śnie. 
Spojrzałam na garaż i niewielkie budynki gospodarskie po prawej stronie. Jeśli tylko wejdziemy na posiadłość, albo przesuniemy się nieco w bok, złapie nas czujka i zapalą się lampy na całym podwórku. Doskonale damy znać o swojej obecności. 
- Co powinniśmy zrobić? - Westchnęłam ciężko, kładąc dłoń na płocie. 
- A mamy jakieś inne opcje? - Lance cały ten czas, spokojnie stał przy mnie. Byliśmy w tym miejscu już dobrych kilka minut, a on w żaden sposób nie skomentował mojego wahania. 
- Moglibyśmy pójść do miasta, ale rzucamy się w oczy. Ciężko będzie też się stąd wydostać bez pieniędzy..
- Może powinniśmy wrócić nad ten staw i poszukać drogi powrotnej do Eldaryi? 
- A był tam gdzieś portal? - Spojrzałam na niego.
Pokręcił głową, nieco się krzywiąc.
- Nie widziałem go. Jak się ocknąłem to zacząłem od razu wypływać.
- Jeśli tam zawrócimy i nic nie znajdziemy, to się tam w dzień nie schowamy. Niemal zawsze ktoś tam jest. Jeśli nie dzieciaki, które chcą zaznać kąpieli, to rybacy.. - przygryzłam wargę wracając wzrokiem do okna, w którym paliło się światło. Właśnie zgasło.
- Przepraszam, mogę w czymś pomóc? - Za plecami usłyszałam znajomy, męski głos. Momentalnie odwróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni. W moich oczach stanęły łzy, gdy rozpoznałam tą twarz. Oświetlało ją słabe światło latarki, ale nic nie mogłoby mnie zmylić. 
- Dziadek.. - szepnęłam, a po moim poliku zaczęły spływać łzy. Nie byłam w stanie tego kontrolować. 
Mężczyzna krótko poświecił po naszych twarzach, a na jego pojawiło się zdumienie.
- Na niebiosa.. - przyłożył drżącą dłoń do ust. - Anastazja? 

Nim się zorientowałam, drżące ramiona staruszka mocno mnie przytulały. Sama natomiast będąc w szoku, nie wiedziałam w pierwszej chwili co robić. Nie tego się spodziewałam. 
Ze łzami uciekającymi masowo z moich oczu objęłam mężczyznę wolną ręką i schowałam w nim swoją twarz.
Tak bardzo mi go brakowało. Naszych rozmów, lekcji, a przede wszystkim momentów, gdy brał mnie w ramiona pocieszając, że wszystko będzie dobrze. Nie ważne o czym mówiłam, nie ważne co się działo - zawsze to mówił, a słysząc z jego strony te słowa jakoś w nie wierzyłam. Może naiwnie, ale bliskość z nim i babcią, działała na mnie w ten sposób. A teraz znów czułam to ciepło, oraz zapach fajki którą wraz z panem Albertem lubił czasem popalać na ławce przy rynku. 

Zajęło nam kilka dobrych minut, zanim odsunęliśmy się od siebie. Mężczyzna ciągle wielkimi oczami przyjrzał się mi, a następnie jego wzrok padł na mojego towarzysza, by znów powrócił do mnie. 
- Wszyscy zaczynali brać nas za wariatów, a jednak ty naprawdę tu jesteś.. - dotknął mojego polika i delikatnie przejechał po nim kciukiem. - Co się stało? Gdzie ty byłaś dziewczyno?
- Nie wiem od czego zacząć. Jest tyle rzeczy, które mam wam do powiedzenia. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele działo się w ostatnim czasie - wysiliłam się na uśmiech ocierając swoją twarz. 
Dziadek przytaknął i uniósł kąciki ust.
- Więc chodźmy. Babcia się ucieszy na twój widok.

W trójkę przekroczyliśmy furtkę i udaliśmy się do drzwi. Tak jak sądziłam, momentalnie zapaliły się lampy oświetlające całe podwórko. A niemal równo z nimi rozległo się doskonale znane mi szczekanie, gdzieś w środku domu. 
Zdezorientowany Lance zatrzymał się i spojrzał na mnie. 
- To tylko pies, taki tutejszy chowaniec - posłałam mu uspokajający uśmiech, a chwilę potem potężny owczarek berneński wybiegł na zewnątrz. Nawoływania staruszka na nic się nie zdały. Podbiegł do nas i zaczął obwąchiwać uważnie z każdej strony. Czułam jak dłoń smoka zaciska się na mojej. To była dla niego nowość, więc nic dziwnego, że nie wiedział czego się spodziewać.
Bruno po chwili jednak się uspokoił i stanął tuż przede mną. 
- Rozpoznajesz mnie piesku? - Powoli wyciągnęłam dłoń w jego stronę. Niestety efekt nie był taki, jakiego oczekiwałam. Zwierzę się cofnęło cicho powarkując. 
- Znasz go, szybko zacznie się przymilać - usłyszałam głos dziadka, który gestem ręki zaprosił nas do środka. 
Z ciężkim westchnieniem przekroczyłam próg ich domu.

Wnętrza nie były dla mnie zaskoczeniem. Krótki korytarz, w którym znajdowała się szafa z lustrem na kurtki i buty. Idąc dalej, po prawej, znajdowała się przestronna kuchnia, a tuż naprzeciw niej duży salon połączony z jadalnią. Z niego było były drzwi prowadzące kolejno do sypialni, łazienki oraz małego gabineciku, czy też biblioteczki - każdy określał to pomieszczenie inaczej. Gdzie więc ja spałam, gdy tu przebywałam? Albo, co ważniejsze, gdzie podziewał się ten ukochany przeze mnie instrument? Wszystko po kolei..
Kiedyś mój pokój znajdował się na poddaszu. Nie było ono duże, ale wystarczające aby pomieścić łóżko, jakąś komodę i biurko. Dodatkowo miało swój klimat z tymi wszystkimi belami, czy oknami dachowymi. Wejście do niego znajdowało się przy gabinecie. Wystarczyło z sufitu rozciągnąć schody i można było wejść na górę.
Fortepian natomiast znajdował się w salonie. Przy dużym oknie, oraz wyjściu tarasowym. To on zawsze był w centrum uwagi i wszelkiej rozrywki, a nie znajdujący się w tym samym pomieszczeniu telewizor. W końcu, i tak instrument jest znacznie ciekawszy, prawda?

Można by powiedzieć, że czas w tym domu stał w miejscu. Meble nie były nowoczesne, większość pewnie nazwałaby je nawet starociami. One zwyczajnie stały tu od czasu gdy moi dziadkowie przenieśli się do tego domu. I nic tu nie zmieniali.. 
Ma to swój urok. Wszędzie nie może być tak samo, i wiać nudą. 

- Siadajcie dzieciaki - z wędrowania wzrokiem po wnętrzach wyrwał mnie głos gospodarza. - Zrobię herbaty i wszystko mi opowiecie. Zawołam też Alice, inaczej by chodziła zła na mnie przez tydzień - krótko się roześmiał i popędził w stronę drzwi sypialni. 
W tym samym czasie zaczęły się one otwierać i niemal zderzył się z małżonką. 
- Czy możesz mi wyjaśnić co to za hałasy? Znowu będziecie w środku nocy, grali w brydża? - Do naszych uszu dotarł poddenerwowany głos mojej babci. 
Owinięta w swój kwiecisty szlafrok przetarła oczy i spojrzała w głąb salonu. Wtedy dostrzegła, że nie o karty tu chodziło. 
- Ludviku.. - złapała się męża, jakby zaraz miała stracić równowagę. - Czy to naprawdę ona? - Starała się szeptać, ale niezbyt jej to wyszło. Jej oczy, których kolor po niej odziedziczyłam, wpatrywały się w moją postać bardzo uważnie. 
- Tak kochanie. Nasza wnuczka naprawdę żyje.. - czule ją objął i pocałował w głowę. 
Pojedyncza łza przecięła polik kobiety. Jej twarz dotknięta czasem, nie zmieniła się za wiele od czasu gdy ostatni raz ją widziałam. Jej siwe włosy, pokryte złotą farbą ciągle sięgały ramion, a postura była drobna. 
Ona i dziadek ciekawie się dobrali. Ona drobna, o bladej karnacji, jasnych włosach i niezwykłych oczach. On wysoki, ciemnowłosy, o tęczówkach przypominających szafiry, i nieco opalony. Mimo, że ich młodość przeminęła dawno temu, różnice dało się ciągle dostrzec. Wciąż się jednak kochali i wspierali, a ja nigdy nie mogłam się nadziwić. Byli wspaniałym przykładem. 
- Nawet nie wiem, co mogę teraz powiedzieć - powoli się zbliżyli i kobieta wzięła moją twarz w dłonie. Widziałam wzruszenie na jej twarzy, oraz wahanie w oczach. Jakby nie była pewna, czy to aby na pewno dzieje się naprawdę.
- Jestem tu babciu - przytuliłam się do niej i mocno ścisnęłam ją swoją wolną ręką. To sklejenie ze smokiem zaczynało mi ciążyć. 

Usiedliśmy dopiero po kilku minutach. O ile dziadek dość sprawnie się pozbierał, tak babci zajęło to nieco więcej czasu. W końcu jednak mąż ją odsunął, chociaż nie było łatwo. Miała ochotę mnie ściskać i całować, bez ustanku. 
Ocknęła się dopiero w momencie, gdy dziadek idąc do kuchni po herbatę zauważył ranę na ramieniu Lance'a. Natychmiast wtedy popędziła do łazienki i wróciła z apteczką. 
Razem ze smokiem zajęliśmy kanapę, a ona wpakowała się tuż obok niego i zaczęła oglądać uszczerbek.
- W co ty się wpakowałaś Anastazjo? Czemu on ma kulę w ramieniu?  -  Spojrzała poważnie gdy rozpruła materiał i zaczęła przemywać ranę. 
- Lance i ja mieliśmy dość ciężki dzień, ale wszystko wam opowiem. Obiecuję - zerknęłam na chłopaka, który cały czas milczał. Nie powiedział ani słowa odkąd weszliśmy do domu. 
- Może zacznij od powiedzenia, kim jest ten młodzieniec? - Ludvik wrócił do pomieszczenia i na solidnym stole w drugiej części pomieszczenia postawił szklanki pełne ciepłego naparu. 
- Przepraszam. Powinienem się szybciej przedstawić, ale nie chciałem zakłócać tej rodzinnej atmosfery - Obsydiańczyk zabrał głos i kolejno spojrzał po staruszkach. - Mam na imię Lance, i jestem znajomym Anastazji. Razem tu trafiliśmy po serii niefortunnych zdarzeń. - Z gracją ominął problematyczne zagadnienia, które w tej chwili mogłyby wywołać kolejną lawinę pytań ze strony emerytów.
- Znajomym? Dlatego nie możesz puścić dłoni mojej wnuczki? - Zapytała babcia i sprawnym ruchem wyciągnęła kulę, przez co lekko się skrzywił. 
- To naprawdę skomplikowana historia - westchnęłam podnosząc nasze ręce i prostując palce. Smok zrobił to samo, a w paru delikatnych szarpnięciach pokazaliśmy, że zwyczajnie nie możemy ich od siebie oderwać. 
- A tyle razy powtarzałem ci, żebyś nie bawiła się klejem - dziadek spróbował zażartować. 
- Tym też się zajmiemy - dodała babcia i podniosła się. - Zrobiłam co mogłam. Gdyby coś zaczęło dziać się z tą raną, natychmiast powiedz. Chociaż może lepiej żebyśmy nie musieli iść z tym do szpitala.. 

Całą czwórką zasiedliśmy do stołu. Lance i ja po jednej stronie, a staruszkowie po drugiej. Prócz ciepłej herbaty pojawiły się na nim kanapki, ponieważ babcia uznała, że zapewne jesteśmy głodni skoro tak paskudnie wyglądamy. Za wiele się nie myliła, ale nie było czasu o tym myśleć.
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy rozkoszując się smakiem świeżego chleba, sera, czy warzyw z tutejszego ogródka. Dodatkowo smokowi najwyraźniej zasmakowała herbata, o której dolewkę nie wahał się zapytać. I oczywiście ją dostał. Ponadto dziadek przyniósł dzbanuszek pełen zapasu, aby Lance spokojnie mógł dolewać, gdyby chciał. 

W końcu jednak kanapki się skończyły, a atmosfera zagęściła. 

- No dobrze, to teraz poważnie porozmawiajmy - zaczęła babcia. - Co się z tobą działo przez siedem lat, i dlaczego ludzie uznają nas za wariatów gdy o tobie wspominamy?
- Nie wiem. Powinniście o mnie dawno zapomnieć - westchnęłam podpierając głowę na ręce. Nasze sklejone dłonie natomiast leżały na stole. - Tam gdzie byłam, teoretycznie zadbano aby wymazać mnie z tego świata, aby wszyscy zapomnieli, że kiedykolwiek istniałam. 
- To brzmi, jakbyś dołączyła do jakiejś sekty.
- A jeśli wam powiem całą prawdę, to uznacie, że zaczęłam ćpać jakieś świństwo i gadam od rzeczy - spojrzałam im kolejno w oczy. Cała ta sprawa z Eldaryą, magią i portalami naprawdę zabrzmi szalenie dla zwykłego człowieka.
- Najpierw powiedz, potem się przekonamy - Ludvik położył swoją dłoń na mojej i Lance'a i uśmiechnął się pokrzepiająco. I tak nie mam większego wyboru..

- I wtedy znaleźliśmy się na twoim ulubionym łowisku, dziadku. Kompletnie zdezorientowani, wykończeni i zdenerwowani. Koniec historii - odetchnęłam głęboko. Od dobrej godziny opowiadałam całą swoją historię związaną z Eldaryą. Jak tam trafiłam, jak zostałam przywitana i tak z grubsza co się działo, aż do teraz. Oczywiście ominęłam wszelkie sprawy sercowe, czy wszystkie te liczne momenty, gdy otarłam się o śmierć. Wolałam ich aż tak nie martwić. Wystarczyły ich przerażone miny, gdy wspomniałam o uwięzieniu w krysztale, albo o Lancie, który chciał nas wszystkich pozabijać. Rzucali mu wtedy niezadowolone spojrzenia, ale nie pozostawał cicho. Od czasu do czasu dodał coś do mojej opowieści, i bardzo starał się podkreślać, jak inną osobą jest teraz, niż był kiedyś. 
Wiedzieli już niemal wszystko, od początku, aż do teraz. 

Zamilkłam przyglądając się im uważnie. Gdybym miała wolną dłoń pewnie zaczęłabym wyginać palce, a skoro nie miałam, to ściskałam smoczą dłoń. 
Staruszkowie zamiast coś powiedzieć, dłuższą chwilę przyglądali się naszej dwójce, aby potem rzucić sobie jakieś porozumiewawcze spojrzenie.
- Niesamowite, prawda Alice? - Dziadkowi zaszkliły się oczy i spojrzał z czułością na małżonkę. Ona, podobnie wzruszona wzięła jego dłoń w swoje ręce i uśmiechnęła się. 
- Wszystkie te stare historie, które słyszeliśmy, właśnie okazały się prawdą. 
- Do tego nasza wnuczka, zobaczyła to wspaniałe miejsce - wymieniali po cichu ze sobą zdania, by w końcu skupić swój wzrok na mnie. 
- Czuję, że nasza rodzina jest bardziej poparana niż sądziłam.. - wyrwało mi się, na co staruszkowie zaczęli się cicho śmiać.
- Nie sądziliśmy, że mogłaś odziedziczyć te moc. Twój ojciec nigdy jej nie przejawił, więc sądziliśmy, że i w tobie jej nie ma - staruszka posłała mi lekki uśmiech.
- To znaczy, że wiecie o Eldaryi? Należycie do jej mieszkańców? - Lance odezwał się marszcząc brwi i uważnie przyglądając emerytom. 
- Nigdy tam nie byliśmy - zaraz naprostował dziadek. - Słyszeliśmy o niej opowieści swoich przodków, którzy stamtąd pochodzili. Uciekli, osadzili się na Ziemi i zaczęli żyć między ludźmi, ukrywając swoją naturę. 
- Zaczyna się wyjaśniać twoje pochodzenie, i być może związanie z kryształem - smok spojrzał na mnie krótko. 
Czułam się coraz bardziej przytłoczona tymi wszystkimi informacjami. Skoro oni wiedzą o Eldaryi, i wspominali coś o mocach, to dlaczego ja nigdy nic o tym nie słyszałam. 
- Czy ojciec wiedział? - Wtrąciłam się im w rozmowę. Lance próbował dowiedzieć się czegoś więcej na temat moich przodków, ale nie to mnie teraz interesowało. - To dlatego powstał ten konflikt? Poszło o Eldaryę? 
- Można tak powiedzieć - westchnęła babcia. - Gdy był dzieckiem opowiadaliśmy mu te same historie, które my znaliśmy. Mówiliśmy, o tym jakie wspaniałe moce drzemią gdzieś w jego środku. Próbowaliśmy je w jakiś sposób uwolnić, ale nic z tego nie wychodziło. Z czasem zaczął dorastać, a nasze opowieści stały się dla niego jedynie dziecięcymi bajkami i marzeniami. Przestał wierzyć, że to może być prawda. 
- A nie przestawaliśmy o tym mówić - dodał dziadek. - Ten temat często się przewijał, gdy jeszcze z nami mieszkał. Razem z twoją babcią lubiliśmy rozmawiać o tym, wyobrażać sobie, jak tam może być. To w końcu powinien być nasz dom. 
- W pewnym momencie twój ojciec zaczął mieć nas dość. Uznał naszą dwójkę za wariatów i wyniósł się z domu. Strasznie ciężko było go przekonać, żebyśmy mogli poznać naszą wnuczkę - Alice pokręciła głową, a jej twarz przybrała bardzo smutny wyraz. - Musieliśmy przysięgać, że nie będziesz słyszała nigdy tych opowieści. Z czasem przywykliśmy, chociaż było ciężko. Cała nasza młodość skupiała się na poszukiwaniu drogi do tamtego świata.
- I nigdy wam się nie udało? - Dopytał Lance.
- Jedyne co mieliśmy to opowieści i kilka ksiąg, których nie jesteśmy w stanie odczytać. 
- Jakich ksiąg? - Z zainteresowaniem poprawiłam się na krześle.
- Nie jesteśmy jedynymi na Ziemi, którzy mają eldaryjskie korzenie - babcia się uśmiechnęła. - Znamy jeszcze jedną rodzinę. Matka Bronki podobno była młoda, gdy opuściła Eldaryę. Przekazała je nam na krótko przed swoją śmiercią. 
- Bronki? - Zrobiłam duże oczy. - Tej upierdliwej baby, której nikt nie lubi?  I dlaczego to wy dostaliście te księgi, a nie jej córka?
- Nie zawsze taka była, Aniołku - dziadek się uśmiechnął. - W młodości była dobrą przyjaciółką. Zgorzkniała i zmieniła się, gdy w wypadku zginął jej mąż i jedyny syn. Od tego czasu jest jaka jest. 
- To dalej nie tłumaczy tego podarku..
- A jeśli powiem, że to taka sama sceptyczka, jak twój ojciec? - Alice spojrzała na mnie poważnie. - Jej matka dożyła wspaniałego wieku, o którym większość ludzi mogłaby tylko pomarzyć. Bronia niestety nie chciała przyjąć tego do wiadomości. Żyła ludzkim życiem, z człowiekiem u boku. Kompletnie wyrzekła się tego co kiedyś działo się w jej rodzinie. 
- To wygląda na bardzo rozwiniętą, i skomplikowaną historię - wtrącił Lance. 
- I tak jest. Sądzę jednak, że na wyjaśnienia jeszcze będzie czas - staruszek spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Było już strasznie późno. - Widzę wasze zmęczenie, chociaż bardzo staracie się nie ziewać. Lepiej będzie, jak wszyscy się położymy i dokończymy te rozmowę rano. Co wy na to?
- To wspaniały pomysł - babcia się zaraz podniosła. - Zaraz dam wam coś do spania, i wszyscy idziemy odpocząć. 

I poszliśmy. Chociaż ciężko mnie było do tego przekonać. 
Myśli kołotały mi się w głowie, a echo słów staruszków nie chciało umilknąć. 
Wszystko wydawało się tak nierealne. 
Wiedzieli o Eldaryi. Mój ojciec prawdopodobnie też coś wie. 
Wstrętna sąsiadka, jest najprawdopodobniej taka jak ja. 
Przecież to czyste szaleństwo! 

- Anastazja, wszystko w porządku? - Przed moją twarzą kilka razy przeleciała dłoń Lance'a. Spojrzałam na niego. Przyglądał mi się zmartwiony. - Nie wyglądasz za dobrze. Coś ci dolega? 
- Nie. Przepraszam - pokręciłam głową. - Zamyśliłam się. To chyba za dużo wrażeń, jak na jeden dzień. 
- Rozumiem, ale może będzie lepiej, gdy w końcu poprawisz tą koszulkę i pójdziemy się położyć - sugestywnie zerknął na dół. 
Wtedy oprzytomniałam na dobre. 

Nasze dłonie, ciągle były sklejone, a woleliśmy teraz nie kombinować z ich rozdzieleniem, dlatego dostaliśmy stare podkoszulki dziadka. Nie było szkoda przy nich rozciąć po ramiączku abyśmy mogli je włożyć na siebie. 
Tak więc teraz staliśmy na środku łazienki. Lance w dresowych spodniach Ludvika i podkoszulku, a ja w spodenkach babci, które na szczęście miały sznurek i nie będą mi zjeżdżać. W przeciwieństwie do podkoszulka, który niestety co chwilę mi uciekał. 
Skoro teraz mam problem, to wyobraźcie sobie, jak wyglądało przebieranie, albo próba chociaż delikatnego obmycia się. 
Krótko to ujmując..
Jedno zaciskało oczy, podczas gdy drugie kombinowało i niesamowicie nim szarpało. Parę razy prawie się obaliliśmy, ale jakoś dało radę. Zapewne z boku musiało wyglądać to komicznie. 

- Masz rację. Jeszcze będę miała czas się martwić - uniosłam kąciki i ruszyliśmy ku wyjściu. Staruszkowie byli już u siebie. Jedynie w salonie paliła się lampka aby nie było kompletnie ciemno. 
- Gdzie się położymy? - Smok zerknął na mnie. - Jeśli dobrze zrozumiałam babcię, to na górze powinno być łóżko. Chociaż może być ciężko nam tak wejść - kiwnęłam na dłonie i powoli zaczęłam rozkładać schody. Tuż obok znajdował się pstryczek od światła, który włączyłam. Wtedy na górze dało się dostrzec wykończony pokój. 
A już myślałam, że będzie tam pełno pajęczyn, ogólnie brud i smród. 
- Wskakuj - Lance kucnął przede mną. - Wezmę cię na plecy i wejdziemy razem. 

Czy wlazłam? 
No wlazłam.
Pokracznie, bo pokracznie, ale znalazłam się na jego plecach i mocno zacisnęłam nogi. Skala niezręczności i tak nie mogła bardziej wzrosnąć, niż była dzisiejszego dnia. 
Smok z przylepioną małpą do swojego grzbietu, całkiem sprawnie poradził sobie z wdrapaniem na górę. Gdy tylko zrobił kilka kroków do przodu i nie było zagrożenia, że zlecę w dół, ciągnąc go ze sobą, zeszłam. 

Oboje rozejrzeliśmy się po pokoju. Ściany miały kolor grafitu, a na podłodze leżała szara, drewniana podłoga. Kolory może nie były zbyt radosne, ale za to najbardziej praktyczne w tym miejscu. 
Po lewej od wejścia znajdowało się łóżko. Chociaż właściwie był to gruby i duży materac, położony na kilku paletach. Nad nim wisiały duże żarówki na dwóch sznurkach, które były ze sobą skrzyżowane. Po lewej stronie łóżka stała metalowa etażerka w kształcie kwadratowej klatki, a po prawej znajdowała się nie wielka komoda. 
Nie było tu jednak ani moich rysunków, ani zdjęć czy plakatów. Miejsce biurka, które powinno znajdować się po prawej stronie od wejścia było zastąpione stosem kartonów i skrzynek. Zawartość składziku przy garażu, znajdowała się tutaj, a nad nią jarzyła niewielka żarówka, która oświetlała tamtą część poddasza. 
Prócz sztucznego oświetlenia, za dnia dostarczały światła dwa spore okna, znajdujące się po obu stronach pomieszczenia. Zadowalający był fakt, że jedno z nich było niemal nad łóżkiem i przed snem mogłam podziwiać nocne niebo. 

- Jest prawie tak, jak to pamiętam - uśmiechnęłam się przecierając polik, po którym spłynęła mi pojedyncza łza. - Tylko będziemy musieli się chyba zadowolić tylko tym kocem - zerknęłam na smoka nieco się krzywiąc.
Niestety na naszym łóżku nie było nic prócz starego koca ze wzorem zebry. 

Położyliśmy się obok siebie, na wznak. Żeby koc okrył nas obu, nie oddalaliśmy się i byliśmy bardzo blisko. Chociaż smokowi i tak zabrakło materiału na stopy - chłop okazał się za wysoki.

Pomimo ogromnego zmęczenia, ciężko było zasnąć któremukolwiek z nas. Lance co chwilę się poprawiał, a to dawał dłoń za głowę, a to ją zabierał. Ja za to wędrowałam wzrokiem po całym pomieszczeniu co rusz odkrywając i zakrywając się kocem. 
W końcu chyba żadne z nas nie wytrzymało i odwróciliśmy się na bok, twarzami do siebie. 
On przyglądał się mi, ja jemu. 
Milczeliśmy tak kilka długich sekund, patrząc sobie wzajemnie w oczy. Coraz bardziej zaczynałam lubić ten kolor, czy coś kiedyś o tym wspominałam? Nie? Chyba powinnam, bo zdecydowanie miał jedne z ładniejszych, jakie widziałam. 
Stop!
Nie było tego. 
Otrząśnij się Anastazjo!
Jeszcze tylko tego by brakowało.. 

Zacisnęłam gwałtownie oczy, wstrząsając nieco głową. Chciałam odpędzić te bzdurne myśli. Nie uszło to jednak uwadze mojego towarzysza. 
- Nie myśl o tym. Poradzili sobie.. - szepnął. Jakie szczęście, że odczytał to w ten sposób. Gdyby zdawał sobie sprawę, musiałabym się chyba zapaść pod ziemię. 
Odetchnęłam krótko i spojrzałam na niego, wysilając się na delikatny uśmiech. 
- Wiem, że łatwo by się nie dali. Nie jestem jednak w stanie przestać wyobrażać sobie różnych czarnych scenariuszy. Do tego to co niedawno słyszeliśmy..
- Rozumiem. Jutro wszystko okaże się pewnie łatwiejsze. Spokojnie porozmawiacie, i nie będzie już żadnych niejasności.. 
- Pewnie masz rację - odruchowo dałam obie dłonie pod swój policzek. Zupełnie zapominając o przyklejonej smoczej dłoni. Natychmiast zaczęłam ją cofać, ale pokręcił głową. 
- Jeśli ci tak wygodniej, to mi to nie przeszkadza.. 


_____________________

W ostatnim czasie miał premierę przedostatni odcinek Eldaryi, i jestem ciekawa waszych opinii na taką wizję końca tej przygody.
Osobiście jestem mocno zawiedziona, i boli fakt takiego macoszego traktowania, historii z ogromnym potencjałem. Mogli tu zrobić naprawdę wszystko, w końcu to fantastyka gdzie wiele jest możliwe. Zamiast tego lepiej barwny świat wrzucić z powrotem na zgniłą Ziemię i niech sobie radzą.. 
Jakie jest Wasze podejście? 
Może ktoś ma jakieś inne spojrzenie na ten temat. 


piątek, 9 czerwca 2023

40. Skleiło nas

 Strzały, huki i krzyki roznosiły się dookoła w przerażającym natłoku. Nie byłam w stanie przyswoić do końca tego co się działo. 

Lance oberwał, strażnik przy bramie podniósł alarm, a całe grupy strażników zaczęły się zbroić. Nasi przeciwnicy, zwykli, ziemscy ludzie, mieli jednak sporą przewagę -  postęp techniczny. 
- Huang Hua! - dostrzegając fenghuang natychmiast ruszyłam w jej stronę. Razem ze mną był Lance, który kompletnie zignorował spływającą po jego ramieniu krew i co chwilę rzucał jakieś polecenia mijanym strażnikom. 
- Co tu się dzieje? Co to za natarcie? - Patrzyła na nas wyraźnie przestraszona tym co się dzieje.
- Wygląda na to, że ludzie wyszli z lasu i nie mają ochoty na pogaduszki - mruknął smok. Liderka spojrzała na niego, a następnie na jego ranę.
- To ich dzieło? 
- Później się tym zajmiemy. Trzeba wznieść barierę wokół całej Kwatery. Nikt nie powinien móc wyjść, ani wejść - mówił pewny siebie. Zdawał sobie sprawę z zagrożenia idealnie. 
- Rozstaw ludzi. Każda pomoc się przyda - rozkazała, na co ten przytaknął i zostawił nas. - Chodź ze mną - rzuciła mi krótkie spojrzenie i obie ruszyłyśmy w stronę murów. 

Po chwili Huang Hua stała naprzeciw bramy, po jej lewej stronie była Koori, a po prawej ja. Wzdłuż całego muru, co kilka kroków stało wielu innych strażników. Naszym celem było przede wszystkim zabezpieczyć to miejsce, potem możemy pomyśleć o kontrataku. 
Fenghuang zaczęła recytować inkantację, którą za nią powtarzało kilka osób. Sama wolałam się od tego wstrzymać. Przekręcenie najmniejszego słowa, mogłoby nas trochę kosztować. Zamiast rzucać zaklęcie, zaczekałam aż cienka powłoka pojawi się przed moimi oczami, aby po chwili przekazywać jej swoją energię. Stopniowo, z wyczuciem. 
- Czekajcie! Stop!  - nagle do naszych uszu dobiegł spanikowany krzyk kobiety. - Na plaży zostały dzieciaki z nauczycielem! Nie można ich tak zostawić! - Na jej twarzy malowało się przerażenie, a po policzkach spływały ogromne łzy. - Błagam, nie zostawiajcie ich tam.
Kobieta upadła na kolana, a sekundę później tarcza zatrzeszczała. Zerkając w niebo dostrzegłam Lance'a w swojej smoczej formie. W tej samej chwili ostrzał ze strony wroga nasilił się. 
Czy on zwariował?!

- Anastazja, wracaj tu! - słyszałam za sobą, ale w tej chwili mnie to nie interesowało. Nie po tym co zobaczyłam. 
Wiedziałam, że to nie może się skończyć dobrze.  Bohatera mu się chciało zgrywać. Cholera!
Dureń ledwo wyleciał, a przed nim wybuchła chmura ciemnego dymu. Widziałam, jak przez chwilę traci panowanie i zaczyna spadać. Przez wysokie mury nie dostrzegłam jednak, czy udało mu się je odzyskać i bezpiecznie wylądować. 
W tym momencie nie myślałam. Po prostu ruszyłam przed siebie, a gdy tylko przekroczyłam mur, tarcza zatrzeszczała od pocisków, które już nie były w stanie przelecieć na drugą stronę. 
Tak czy siak nie miałam możliwości powrotu. 

Działaj instynktownie, Ana. Głupio by było teraz zginąć, po tym, jak z nie jasnych powodów ruszyłaś za tym smokiem w pościg. Co ci odbiło dziewczyno?!

Bez większego problemu w moich dłoniach pojawiło się światło, a wokół mnie powstała osłona. 
Błagam, wytrzymaj i nie daj mnie trafić - to najgłupsza z myśli, która teraz mogła mi przyjść do głowy. Niestety była najbardziej realistyczną. 
Biegłam przez zarośla, raz po raz odbijając od siebie pociski. W końcu jednak gwarant mojego bezpieczeństwa roztrzaskał się na kawałeczki, niczym zbita szyba. 
Myślałam, że już po mnie.
Wtedy od strony Kwatery zaczął lecieć ostrzał. Płonące strzały i różnego rodzaju bomby leciały wprost na naszych przeciwników. 
Coś mi się jednak udało. Odwróciłam trochę ich uwagę, przez co teraz musieli się cofnąć. 

Odetchnęłam nieco i przyśpieszyłam. 
Droga do kamiennych schodów nie była zbyt dobrym wyborem. Będę musiała zeskoczyć i się nie połamać. Czy to możliwe?  Nie sądzę.

Dotarłam do skarpy i spojrzałam w dół. 
Udało mu się. 
Stał tam w swojej smoczej formie, a będący z dziećmi nauczyciel ładował je po kolei na jego grzbiet. 
I po co biegłaś, kretynko? Tylko wywołałaś niepotrzebne zamieszanie!
Ganiłam siebie w myślach. 
Wtedy dostrzegłam, że Straż zaczyna kontratak na poważnie. Kilka jednostek zostało przepuszczonych na zewnątrz, a kolejna grupa ruszyła w naszą stronę. 

Zaczęłam rzucać kulami energii we wrogich żołnierzy, aby ich powalić. Śmierć nie jest czymś, co byłoby dobre, dla żadnej ze stron. 
Raz po raz, wyrzucałam pociski, a wiatr zakrył mi twarz moimi własnymi włosami. A było je rano związać.. 
Odgarniając na szybko grzywę do tyłu, dostrzegłam, że winowajcą podmuchu był Lance. Wzbił się w powietrze i przeleciał tuż nad moją głową. W jego ruchach było coś jednak nie w porządku. Wylądował tak szybko, jak się wzbił, a jedno z jego skrzydeł było jakby sztywne. 

Natychmiast dołączyłam do grupy, która otoczyła smoka. 
Dzieci nawet nie miały kiedy zejść z jego grzbietu, ponieważ przybrał swoją ludzką formę i wylądowały na ziemi. Jego rana wydawała się teraz jeszcze większa, niż była chwilę temu.
- Nie marnujcie czasu! - wolną dłonią zacisnął krwawiące miejsce i rozejrzał się dookoła. - Musimy przejść za mur. Osłaniajcie siebie wzajemnie. 
Nikt nie dyskutował. Każdy rozumiał powagę sytuacji. 
Sama stanęłam obok smoka. 
- Myślisz, że w takim stanie dasz radę kogokolwiek odeprzeć? - kiwnęłam znacząco na jego ramię. 
- Może nie za bardzo nadaję się do latania, ale ciągle jestem smokiem - puścił mi oczko i wyciągnął swój miecz. Na jego skórze pojawiło się również kilka łusek, a oczy nabrały dzikszego wyrazu. 
- No dobra, Jaszczurko - uśmiechnęłam się pod nosem.
Nasza grupa zaczęła się przemieszczać powoli w stronę Kwatery. Co jakiś czas, ktoś z nas zaatakował celującego w nas wroga. Czy to będąca obok mnie dziewczyna z bombami, czy to Lance swoim płomieniem, a nawet ja moimi świecącymi kulami. 
Wszystko szło w jak najlepszym porządku. 

- Mają wyrzutnie rakiet! Uciekajcie! - Krzyk, będącego na murach, Mathieu będzie jeszcze długo odbijał się w mojej głowie. 
Nie minęło od niego nawet dziesięć sekund, gdy dookoła dało się słyszeć liczne wybuchy. Siła rażenia była ogromna. Żaden z nas nie miał w tej chwili przeciwko tej broni szans. 
Cała nasza, ledwie namiastka, armii zaczęła się cofać. Zwyczajnie uciekać w popłochu. 
Dzieci za moimi plecami coraz bardziej panikowały, podobnie dorośli, którzy nam towarzyszyli i teoretycznie należeli do tej samej grupy ratowniczej. 
Sytuacja była tragiczna. 

Spojrzałam krótko przez ramię. Płynące łzy po polikach tych maluchów zaczęły na mnie źle wpływać. I nie, nie rozczulałam się. Miałam w tej chwili ochotę zmieść, wszystkich naszych napastników z powierzchni ziemi. Byłam najzwyczajniej w świecie wściekła. 
Nie myślałam. Zrobiłam kilka kroków do przodu, a na wysokości łopatek poczułam przyjemne ciepło. Wiedziałam co to znaczy, już poznałam kiedyś to uczucie. 
Zaczęłam wzbijać się w powietrze, gdy poczułam chwyt za kostkę. Spoglądając w dół dostrzegłam poważny wzrok Lance'a. 
- Chyba nie myślisz, że dam ci tak samej ryzykować? 
- Możesz mieć inną wizję, ale w tej chwili coś innego jest ważniejsze - zaczęłam wyszarpywać swoją nogę. Nie interesowały mnie teraz kwestie mojego bezpieczeństwa. Trzeba przerwać tą niszczycielską nawałnicę. 
- Jak ci się coś stanie.. - jego ton złagodniał, a ja westchnęłam ciężko. 
- Możesz mnie osłaniać z dołu, albo odprowadzić resztę do bramy. Nie zatrzymuj mnie jednak - rzuciłam oddalając się. Jego uścisk odczuwalnie zelżał, co nie było już takie trudne. 
Chwilę później byłam już wysoko na niebie i celowałam w żołnierzy posiadających przy sobie wyrzutnie. 

Zmotywowana, działałam bez większego skupienia na tym co robię. Zupełnie jakby moje instynkty kierowały każdym moim ruchem. Jakbym tak dobrze opanowała swoje moce, że wszystko już powinno mi przychodzić bez większego problemu.
Wiem jednak, że to nie prawda. 
Ciągle ciążyła na mnie masa ograniczeń. I gdyby nie pewien Obsydiańczyk, pewnie boleśnie bym to odczuła wkrótce po trafieniu kilkoro ludzi.

Poczułam się nagle łapana w szpony i zabierana w kompletnie inną stronę niż sama chciałam się kierować. Gdy dotarło do mnie co się dzieje, dostrzegłam nad sobą smoczą formę Lance'a, a tam gdzie przed chwilą byłam, potężną chmurę dymu. 
Jednak tak szybko, jak mnie złapał, tak i puścił. Wyraźnie widziałam, że z jego skrzydłem nie było najlepiej. Mimo wyraźnego dyskomfortu, jaki musiał czuć, utrzymywał się w powietrzu. Całym swoim wielkim cielskiem znalazł się za mną i splunął ogniem zagradzając przejście większej części napastników. 
Wspólnie staraliśmy się ochronić mieszkańców Kwatery. 

- Wszyscy są bezpieczni! Powinniśmy się stąd ewakuować! - Krzyknęłam zadowolona, że te słowa, w końcu mogą wybrzmieć. Teraz nasza kolej. 
Lance od razu chwycił mnie w swoje szpony, a moje skrzydła zniknęły. Nie musiałam długo czekać, okropne zmęczenie dopadło mnie niemal w tym samym czasie. Czułam się wyciśnięta z energii do ostatniej kropli. Teraz mogłam polegać jedynie na nim.

Czułam, że spadamy. Nie byłam jednak do końca określić dlaczego, ani gdzie wylądujemy, i czy uda nam się wyjść z tego cało.
Już mieliśmy przelatywać przez barierę, gdy poczułam, jak Lance całkowicie chowa mnie w swoich skrzydłach. Z jego gardła wydobył się okropny skrzek, i jakby nami wstrząsnęło. Coś stanowczo było nie tak.

Szkoda, że nie miałam pojęcia, jak bardzo.. 

Tonęliśmy, tego byłam pewna.
Nie do końca rozumiałam, co się dzieje. Widziałam jedynie, jak Lance przybiera swoją człowieczą formę. Był nieprzytomny, a oboje wpadliśmy prosto w wody otaczające Ziemie Eel.
Starałam się go złapać, ale kiepsko mi to wychodziło. Zmęczenie i ból, spowodowany uderzeniem o taflę morza nie pomagało. Ledwo udało mi się chwycić go za dłoń. 
Zaciskając tak mocno, jak tylko byłam w stanie, próbowałam się rozejrzeć, jakoś nas zahamować. 
Wtedy moim oczom ukazał się wrak, a my spadaliśmy prosto na niego. 
Nie był to jednak zwyczajny wrak.
Przecież to niemożliwe, by gdziekolwiek w Eldaryi budowali takie łodzie podwodne. Prawda? 

Nie wyglądała, na zbyt nowoczesną. Bardziej przypominała jakiś drugowojenny wrak, o którym wszyscy zapomnieli, a może nawet nikt nie wiedział. Porośnięty morską roślinnością, w wielu miejscach zniszczony i dziurawy, znajdował się teraz tutaj. 
Co tutaj robił? Nie mam pojęcia. Być może był jedną z anomalii na wzór ludzkich śmieci, czy budynków. 
Pewne było teraz tylko jedno. 
W jednej z dziur dostrzegłam portal, a ten właśnie wciągał naszą dwójkę. 

Ciemność. Dookoła panował mrok, wilgoć i zimno. 
Czułam jakby tysiące igieł, na raz przeszywało moje ciało.
Nie byłam w stanie oddychać. 
Pojawiające się przed oczami, kolorowe plamy, próbowały stworzyć jakiś obraz. Bezskutecznie. Całe zestawienie kolorów, ich proporcji i kształtów wydawało się w tej chwili idiotyczne. Bezcelowe. 

Poczułam ogromny ból w płucach. 
To był koniec. 
Łapczywie starałam się złapać powietrze. 
Na marne.

Jeszcze nie teraz - pomyślałam, a moje oczy oślepiło nagłe, przerażające światło. 
Czy to już koniec?
A chciałabym jeszcze tyle zrobić, tyle przeżyć.
Nie dane mi będzie w spokoju gdzieś osiąść, i zestarzeć się w towarzystwie osoby, którą pokocham? Co z Eldaryą? Taki mam mieć koniec?
Wolałabym inaczej..

- Ana! Anastazja! - Poczułam szarpanie, a do uszu dotarł dość agresywny ton. Daj mi spać natręcie. - Obudź się, błagam - osoba jakby się uspokoiła, a po policzku przejechało mi coś nieco szorstkiego. 
Co tu się dzieje? 

Powoli zaczęłam otwierać oczy. Wspomnienia dosłownie sprzed chwili wracały do mnie z prędkością światła. 
Przestraszona momentalnie zerwałam się do siadu, czego pożałowałam. Okropnie mną wtedy szarpnęło, a prawa dłoń zabolała jakby mi ją ktoś próbował urwać. 
Spojrzałam w jej stronę.
Obok mnie był Lance. Jednak wcale nie wyglądał dobrze. 
Jego prawe ramię było zakrwawione, twarz blada, a wzrok mocno zdezorientowany. Do tego oboje byliśmy mokrzy. 
- Co się stało? Gdzie my jesteśmy? - Odezwałam się, ale mój głos przypominał skrzek. Musiałam odchrząknąć kilka razy, aby znów brzmieć normalnie.  - Dopiero co spadaliśmy. I ta woda.. 
- Teraz mamy większy problem - kiwnął głową za siebie. Podążyłam tam wzrokiem i zamarłam. 
To nie była Eldarya. 

Dookoła nas roztaczała się zieleń, wielkie drzewa, krzewy, jakieś dzikie kwiaty. My natomiast byliśmy na brzegu stawu. Dookoła panował półmrok, grały świerszcze i rechotały żaby. Jedynym źródłem światła było powoli zachodzące słońce. 
- Chyba wiem, gdzie jesteśmy - szepnęłam i zaczęłam się powoli podnosić. Wtedy znów poczułam szarpnięcie w prawej dłoni. Spojrzałam prosto na nią. 
- Myślałem, że nigdy nie zauważysz - westchnął ciężko. - Nie mam pojęcia co się stało, ale nie mogę rozdzielić naszych dłoni. Jakby były ze sobą jakoś scalone. - Skrzywił się znacznie, patrząc na swoją lewą, a moją prawą dłoń, które były swoimi wewnętrznymi stronami, sklejone do siebie. 
- Jedyne wytłumaczenie, jakie mi przychodzi do głowy to portal - podniosłam rękę, i delikatnie spróbowałam zabrać ją od niego. Na próżno. - Gdy wpadliśmy do wody straciłeś przytomność. Spadałeś na dno szybciej, próbowałam cię złapać, ale nie wyszło to za dobrze. 
- Mówisz, że wpadliśmy tak do portalu? - Uniósł brew, i przeleciał wzrokiem po otoczeniu. 
- To najlogiczniejsze wytłumaczenie. A do tego, wydaje mi się, że wiem gdzie dokładnie jesteśmy.. 

Wyszliśmy z wody i usiedliśmy na trawie. Nie było to najlepsze i najprzyjemniejsze, co teraz się działo, patrząc na fakt, że skleiło nas i nie mieliśmy pełnej swobody ruchu. 
Nie było jednak czasu się tym teraz przejmować. 
Niemal zmusiłam smoka, aby dał mi spojrzeć na swoje ramię, w którym ciągle tkwiła kula. Warunki nie były najlepsze, dlatego wolałam poczekać z jej wyciągnięciem. Jeśli mnie pamięć nie myli, to łatwo znajdziemy pomoc, opatrunki, a może i nawet schronienie. 
Jedyne co mogłam zrobić, to zabezpieczyć teraz ranę przed czynnikami zewnętrznymi. Poświęciłam na to dobry kawał swojej koszulki, co mi nie pomaga w lepszym samopoczuciu. Teraz dosyć, że z Lancem za rączkę, to do tego cała upaprana, z odkrytym brzuchem, i mokra. Jeśli się nie rozchoruję to będzie cud. Niestety wieczory tutaj nie należą zwykle do tych cieplejszych.

- To gdzie idziemy? - Lance odezwał się pierwszy raz od dłuższej chwili. Do tej pory jedynie kiwał głową, rozglądał się na boki, a przy najmniejszym szmerze chciał wyciągać miecz. Wyglądałoby to nawet zabawnie, gdyby nie fakt, że byłam teraz trochę poddenerwowana. Do tego postanowił spleść nasze palce. Fakt, było tak trochę wygodniej, ale nie wiedziałam gdzie oczy podziać. Tak dziwnie i niezręcznie się już dawno nie czułam. 
- Do drogi - próbowałam na niego zerknąć, ale nie dałam rady. Mignęło mi tylko tyle, że również patrzył przed siebie, a wolną dłoń ciągle trzymał na broni. - Było tam drzewo, charakterystycznie rozwidlone przez piorun, które poznam nie ważne ile czasu minie. To na pewno staw, nad który chodziłam z dziadkiem na ryby. 
- Z dziadkiem? - Zatrzymał się, a więc i ja musiałam. Podniosłam na niego wzrok, a ten wpatrywał się we mnie uważnie. - Chcesz powiedzieć, że to jakieś twoje rodzinne strony? 
- Dokładnie tak - starałam się brzmieć pewnie. Ciężko mi jednak było ukrywać emocje, które z każdym kolejnym krokiem, coraz bardziej się we mnie kumulowały. 
Jeśli to faktycznie miejsca, które znam i zawsze tak uwielbiałam, to znaczy, że dom moich dziadków również tu będzie. Jeśli wciąż żyją, a ja ich przypadkiem zobaczę - co zrobię? Jak zareaguję? Przecież mnie nie pamiętają. Straż zadbała, abym zniknęła z ich umysłów. Czy to wytrzymam?
Nie będę ukrywać, że pomoc, którą moglibyśmy otrzymać, jako pierwsza przychodziła mi od nich. Byli wspaniałymi ludźmi i nie odmówiliby komuś w naszej sytuacji pomocy. 
O ile ich charakter nie uległ zmianie w jakiś sposób po moim zażyciu eliksiru. 
- Ana, wszystko w porządku? - Przed moją twarzą przeleciała dłoń smoka. Musiałam zamrugać kilka razy. Kompletnie zignorowałam otoczenie przez dłuższą chwilę. - Nie musisz się hamować. Domyślam się, co może ci teraz chodzić po głowie - starł z mojego policzka łzę, która nawet nie wiem kiedy się na nim pojawiła. - Pamiętaj, że nie jesteś tu sama. Razem przez to przebrniemy - uśmiechnął się lekko. - Nawet jeśli niekoniecznie będziesz tego chciała - podniósł nasze dłonie i puścił oczko.
Uśmiechnęłam się lekko i kiwnęłam głową. 
- Masz rację. Damy radę, cokolwiek będzie się działo. 

- Myślałem, że szybciej trafimy na jakieś ludzkie zabudowania, a tymczasem nic tu nie ma. - Maszerowaliśmy już dobry kawałek czasu, i faktycznie - dookoła pojawiały się czasem jakieś drzewa, ale poza nimi były w większości pola uprawne, ewentualnie jakieś łąki. Ciężko żeby powiedzieć, że ktokolwiek mógłby tu mieszkać. 
Znam jednak tę okolicę, jak własną kieszeń. Nie ma tu lamp, słońce zaszło, a księżyc schowany jest za licznymi chmurami, do tego ta mgła. Nie dostrzegamy chociażby zarysów budynków, ale dobrze wiem, że są przed nami. 
Pierwszy po prawej będzie dom upierdliwej Bronki, kobiety, której moja babcia jako jedynej na świecie nie jest w stanie znieść. Nie znam jej dokładnego imienia, ani nazwiska. Wszyscy na nią mówią Bronka, Bronia, i tak już zostało. Przekonałam się jednak, że potrafi uprzykrzyć życie. Do tego to straszna plotkara. 
Następny, ale za to po lewej stronie, znajduje się posesja państwa Jones. Bardzo fajni ludzie, a ich syn często towarzyszył mi w różnych głupotach. 
Kolejnym domem, będzie ten, na który najbardziej czekam. Posiadłość mojej rodziny. Miejsce, z którym mam tak wiele wspomnień.

Rzecz jasna, to nie jest cała miejscowość z trzema domami na krzyż i tyle. To zaledwie droga prowadząca do małego miasteczka. Fakt faktem, większość się tutaj zna. Jest trochę domów, jakieś sklepy, czy inne obiekty publiczne, ale to spokojna okolica. Do większego miasta trzeba było udać się autobusem, który kilka razy dziennie stąd wyjeżdżał, albo mieć własny środek transportu. 

- Spójrz tam - wskazałam mu na prawo. Już dało się dostrzec światła palące się w oknach Bronki. - Zaraz będziemy na miejscu. 


Popularne