Ogromny wir pochłaniał wszystko dookoła. Cała maana tworząca Eldaryę uciekała prosto do dziury. Zupełnie jakby ktoś wyjął korek w wannie pełnej wody. Wszystko znikało. Mogłam się jedynie przyglądać i słuchać krzyków rozlegających się dookoła.
Spojrzałam w stronę Kwatery, gdzie jedna z wież zaczęła się walić. Niespodziewanie w cieniu spadającego gruzu dostrzegłam swoich przyjaciół - Karenn, Chrome i Karuto. Nie było szans na ucieczkę. Przygniotło ich.
♥
Podskoczyłam otwierając nagle oczy.
To tylko sen - pomyślałam sobie, i rozejrzałam dookoła. Byłam w ,,swoim'' łóżku, słońce świeciło, a tuż przy mnie leżał Lance.
Bardzo przy mnie.
Byliśmy przytuleni.
Powoli odsunęłam się od smoka i przekręciłam na wznak.
Normalnie bym teraz wstała i uciekła się ogarnąć, ale sytuacja nie była normalna.
Spojrzałam na nasze zlepione dłonie.
Lance zaciskał swoje palce na moich. Jego dłoń była na tyle większa od mojej, że mała rączka niemal w niej znikała.
Westchnęłam ciężko i przymknęłam oczy.
- Dzisiaj nad tym pokombinujemy - usłyszałam cicho głos smoka. Spojrzałam na niego. Przyglądał mi się zaspany i z potarganą fryzurą. Nawet kitka mu się rozwaliła, przez co wyglądał teraz zupełnie inaczej. I też bardzo dobrze.
- Obudziłam cię?
- Nie. Leżałem tak tylko - zaczesał grzywę do tyłu i podnosił się do siadu. - Chyba nie jest jakoś bardzo wcześnie - zerknął na okno.
- Podejrzewam, że przespaliśmy sporą część dnia - uniosłam kąciki, również siadając. - Wypadałoby chyba zejść na dół.
- Więc chodźmy..
Wygrzebaliśmy się z łóżka i jakoś zeszliśmy na dół.
W domu panowała kompletna cisza. Jedyne co dało się usłyszeć to biegnącego w naszą stronę Bruna, który wczoraj najwyraźniej został na podwórku, ponieważ nie pamiętam żeby się plątał gdzieś pod nogami.
Psina miała dzisiaj zdecydowanie milsze podejście do naszej dwójki, niż wieczorem.
Gdy tylko do nas dobiegł zaczął się cieszyć, machać ogonem i przymilać.
Lance nieco niepewnie potargał go po łepku. Berneńczyk zaraz zaczął go lizać przyjaźnie po dłoni.
- To typowe u tych stworzeń? - Spojrzał na mnie krótko.
Przytaknęłam.
- Psy są uznawane za najlepszych przyjaciół człowieka. Kochają bezwarunkowo, często pełnią rolę ochrony, czy nawet pomocy niepełnosprawnym - uśmiechnęłam się drapiąc zwierzę pod pyskiem.
- W jaki sposób?
- Niewidomi mają swoich psich przewodników. Pomagają im poruszać się po mieście, czy w wielu innych cięższych sytuacjach. Są również psy policyjne, które pomagają wykrywać zakazane substancje, znaleźć zwłoki czy obezwładnić kogo trzeba - zerknęłam na niego. Wyglądał na zainteresowanego. - Można by o tym opowiadać jeszcze bardzo długo.
- Chętnie przyjmę od ciebie kilka lekcji na temat tego świata - uśmiechnął się.
- W końcu coś, w czym mogę się wykazać - krótko się roześmiałam i powoli ruszyliśmy w stronę kuchni. - Wygląda na to, że nie ma ich w domu. Mogą być gdzieś na zewnątrz, albo pojechali na rynek.
- Co więc robimy?
- Najpierw coś zjemy, a potem ich poszukamy. Nie wiem, jak ty, ale ja jestem potwornie głodna.
W lodówce znalazłam trochę jajek, jakieś resztki żółtego sera i kilka kabanosów. Wnioskując po tych pustkach, jestem prawie pewna, że udali się na zakupy do miasta. Wczoraj musieliśmy wyjeść ostatnie pyszności, jakie się tu znajdowały.
Pod czujnym okiem Lance'a wyjęłam co było. Zapowiada się na pyszną jajecznicę. Nieco go ze sobą ciągając po kuchni przygotowałam wszystko co nam będzie potrzebne - patelka, trochę tłuszczu, jakieś przyprawy. Wszystko wymieszałam w misce, której zawartość wylałam potem na rozgrzaną patelnię i zaczęłam smażyć, w międzyczasie wstawiając wodę na herbatę.
- Ładnie pachnie - smok nachylił się bliżej kuchenki.
- Jeszcze lepiej smakuje. Za dzieciaka niemal zawsze tak wyglądało moje śniadanie. Było jeszcze więcej sera, ponieważ miałam na jego punkcie obsesję, ale to nie aż taka różnica. Podasz talerze? Są w tej szafce przy tobie.
Przytaknął i jedynie gestem upewniając się, że szuka w dobrym miejscu podał dwa talerze, na których zaraz znalazły się przepyszne porcje jajeczniczki.
Woda zdążyła się zagotować, a więc zrobiłam nam po ogromnym kubku herbaty i poszliśmy do stołu. Trzeba było obrócić dwa razy, ale trudno.
Po chwili siedzieliśmy i obserwowałam reakcję smoka, na pierwszy kęs mojego wytworu.
- Ej, to naprawdę dobre - spojrzał na mnie. Na moje usta automatycznie wkradł się szeroki uśmiech.
- Więc wcinaj na zdrowie. Zostało jeszcze kilka jajek, mogę ci robić trochę więcej jak będziesz chciał.
Posiłek minął nam w ciszy, ale w tej jej przyjemnej odsłonie. Oboje się najedliśmy i posprzątaliśmy cały bałagan, jaki powstał z naszej winy. Zdążyłam zamknąć, załadowaną zmywarkę gdy do domu weszła para staruszków.
- A kogo to moje oczy widzą, w końcu wstaliście? - Roześmiał się dziadek stawiając dwie potężne torby na blacie.
- Dochodziła dwunasta, w końcu trzeba było - uśmiechnęłam się i spojrzałam na babcię, która niosła niewielką siatkę warzyw.
- Mam nadzieję, że nie zmarzliście. Kompletnie zapomniałam dać wam jakieś pierzyny, a przecież noce nie należą do najcieplejszych.
- Lance to lodowy smok, więc takie temperatury nie robią na nim wrażenia. Mi wystarczył koc - wzięłam od niej siatkę i położyłam przy reszcie zakupów.
- No tak, coś wczoraj wspominałaś - uśmiechnęła się niezręcznie. - Ludvik, przynieś tą ostatnią torbę z samochodu - przegnała dziadka i zmierzyła naszą dwójkę wzrokiem. - Obejrzałam rano te wasze ubrania. Mam nadzieję, że to co wzięłam będzie na was pasowało.
- Nie musiałaś nic brać. Jakoś byśmy sobie poradzili - mruknęłam.
- To tylko kilka ubrań. Chyba nie myślałaś, że będziecie ciągle paradować, jak teraz - z naciskiem na słowo poprawiła moją koszulkę - albo w tamtych ubraniach. Są naprawdę ładne i ciekawe, ale zbytnio rzucające się w oczy.
Parę chwil później dostaliśmy torbę z kilkoma kompletami ubrań dla każdego z nas. Na szczęście nie poszli się wykosztować do jakiegoś sklepu, ale zaopatrzyli nas na rynku i w lumpeksie, dzięki czemu wyszło sporo taniej.
Pojawił się jednak inny problem.
- Nie możemy niszczyć kolejnych rzeczy. Najlepiej by było rozdzielić nasze dłonie - spojrzałam na smoka.
Wszyscy siedzieliśmy w salonie.
Dziadkowie popijali kawę przy stole, a my przysunęliśmy sobie niewielki stolik i zaczęliśmy przeglądać księgi, które okazały się być całą noc pod naszym nosem. Były na górze i to w najbardziej wysuniętej skrzyni.
Zbiór nie był ogromnych rozmiarów, ale i tak był imponujący.
Staruszkowie byli w posiadaniu pięciu grubych ksiąg, i jednego - zapieczętowanego notesu, który podobno jako jedyny należał od zawsze do naszej rodziny. Nigdy jednak nie dało się go otworzyć, a też nikt nie chciał przypadkiem uszkodzić jego zawartości, więc nikt nie robił tego na siłę.
- Nim się zajmiemy na koniec - Lance odsunął zapiski gdzieś na bok i wertował kolejną stronę księgi, którą trzymał. Moje oczy były tu zbędne. Wszystko było spisane w starej mowie, której nie znałam. A jak już zdarzyło mi się nią posługiwać, to zawsze byłam pod wpływem Wyroczni. - Cała wiedza, jakiej państwo potrzebowali do przedostania się do Eldaryi jest w tych księgach. - Podniósł wzrok na staruszków. - Powiedziałbym, że jest tu pełen zakres podstawowej wiedzy, trochę ciekawostek. Wszystko czego byście potrzebowali.
- Przyda nam się tu coś? - Zerknęłam na jego twarz. Był zamyślony.
- Sam mam kilka pomysłów, które trzeba przetestować, ale jeszcze poszukam. To jedne z najstarszych egzemplarzy, jakie mam okazję widzieć.
- Eldarya nie ma takich ksiąg?- Zainteresował się dziadek.
- Nie w tym rzecz - spojrzał na niego. - Mamy wiele ksiąg. Możliwe, że podobne do tych również. Sęk w tym, że aby nie stracić tej wiedzy często są one przepisywane. Wtedy o stare oryginały mało się kto troszczy i giną. W niektórych rejonach są trzymane pod kluczem, w innym wręcz palone. Te są świetnie zachowane, a doskonale czuć i widać ich wiek - podniósł jedną z kartek i się jej uważnie przyglądał. - Na Memorii widziałem kilka podobnych, ale byłem zbyt skupiony na czymś innym i nigdy nie zajrzałem do środka. A te, w których posiadaniu byłem były najwyraźniej trochę młodsze.
- Czym jest Memoria? - Babcia zrobiła nieco głupią minę.
- To wyspa, na której rozmawialiśmy ze smokiem, przodkiem Lance'a - szybko wytłumaczyłam. - Nazywała się Memorią, i zniknęła od tamtego czasu.
- Mogła tak po prostu zniknąć?
- Wcześniej też nie była znana. Straż znalazła ją przypadkiem - wyręczył mnie smok. - To miejsce jest domem dla smoczych dusz. Domyślam się, że jeszcze wiele nie wiemy o tym miejscu. Może być pełne niesamowitej wiedzy.
- Nie próbowaliście jej szukać?
- Straż ma teraz trochę inne priorytety, niż szukanie wysepki - skrzywiłam się - Obszar poszukiwań może być ogromny. Bez nakładu sił zajmie to szmat czasu.
- A równie dobrze mogło ją przenieść tutaj - Lance zmarszczył brwi i spojrzał na mnie poważnie. - Skoro ziemskie budynki i śmieci są tam, to wyspa może być tutaj. To tylko komplikuje sprawę.
- Niekoniecznie - puściłam mu oczko i się wyprostowałam. - Na Ziemi mamy internet, a tam znajduje się wiedza z całego świata. Potrzebujemy tylko odpowiedniego sprzętu aby po nią sięgnąć - zerknęłam staruszków. Niestety ich miny ostudziły mój entuzjazm. - Nie macie komputera, prawda?
- Przykro mi Aniołku, ale nie był nam do niczego potrzebny.
Westchnęłam ciężko.
- Będziemy więc musieli udać się do biblioteki. Tam na pewno będzie dostęp do sieci.
- Myślisz, że znajdziesz informacje o jakiejś magicznej wyspie? - Babcia zmarszczyła czoło głaszcząc Bruna, który usiadł przy jej nogach, złakniony uwagi.
- Jeśli nie na oficjalnych stronach z wiadomościami, to wśród teorii spiskowych. Na pewno nie mogła pozostać niezauważona. Na Ziemi jest tyle miliardów ludzi, że to niemożliwe.
- Gorzej, jeśli ktoś ją kupił, albo prowadzą tam jakieś badania - mruknął dziadek.
- Bądźmy dobrej myśli. Może Fafnir jakoś zabezpieczył wyspę, i jest nie do zdobycia jak ta, na którą tubylcy nikogo nie wpuszczają, a jak już się ktoś dostanie to nigdy nie wraca.
- Nie wraca? - Lance zerknął na mnie zdezorientowany.
- Yhym.. Nie do końca wiadomo, co się tam dzieje. Żadna cywilizacja tam nie dotarła, drony są zestrzeliwane, a nagrania robione z daleka. Pewnie mieszkańcy zjadają nieproszonych gości. Takie są przypuszczenia..
- Ludzie jedzący ludzi?
- Spokojnie, to nie jest normalne. To raczej wynaturzenie..
♥
Dobre dwie godziny Lance jedynie siedział i czytał. Ja w tym czasie czasem mu zerknęłam przez ramię, trochę się ponudziłam, a nawet przysnęłam. Staruszkowie w tym czasie nas opuścili.
Dziadek miał trochę obowiązków na dworze, a babcia uciekła do kuchni. Dochodziły do nas więc jedynie odgłosy jej krzątania, a z czasem i pyszne zapachy specjałów, które szykowała.
- Dobra. Dosyć, muszę od tego odpocząć - smok w końcu zamknął księgę i oparł się o kanapę zamykając oczy. - Nie ma tu nic czego bym nie wiedział.
- Czyli to był zmarnowany czas?
- I tak, i nie - zerknął na mnie. - Spróbujemy metody, o której myślałem. Będziesz musiała mi pomóc.
- Tylko powiedz co mam robić.
- No dobra - usiadł bokiem na kanapie. Zrobiłam to samo i byliśmy twarzami do siebie. Swoje złączone ręce podparliśmy na kolanach. - Podejrzewam, że nie jesteśmy jakoś bardzo ze sobą spojeni. To zapewne jedynie jakieś płytkie warstwy skóry. Rozcięcie nożem może by wystarczyło, ale lepiej uniknąć rozlewu krwi.
- Więc jaki masz pomysł?
- Spróbujemy odepchnąć się naszymi mocami. Musisz skupić światło w jednej dłoni. Spróbuj sobie wyobrazić, jak kawałek po kawałku nasze komórki odlepiają się od siebie.
- Może być ciężko - skrzywiłam się.
- Ze skrzydłami sobie radzisz, a to ma cie pokonać? - Rzucił mi wyzwanie.
Zacisnęłam wargi i wlepiłam wzrok w dłonie.
Ma rację. Nie z takimi rzeczami sobie radziłam. A teraz lista motywacyjna jest jeszcze dłuższa.
A najważniejszym jej punktem jest toaleta.
Naprawdę bardzo muszę z niej skorzystać.
Skup się.
Wyobraź sobie dwie złączone warstwy, które delikatnie musisz rozdzielić.
Nie jesteś w tym sama.
Przecież on zrobi coś podobnego.
Dajesz Anastazjo!
Przymknęłam oczy i poczułam ciepło zbierające się w mojej dłoni.
Teraz powoli. Kawałek po kawałeczku.
- Dostosuje się do ciebie - usłyszałam jakby w oddali głos Lance'a.
Dobrze. Czas odkleić ten plaster. Delikatnie.
Wyobraziłam sobie dwie energie połączone ze sobą. Błękitna smoka, i biała należąca do mnie. Obie drżały, przez co się ze sobą mieszały. Powoli zaczęłam odsuwać swoją. Poderwałam jej rąbek i zaczęłam spokojnie brnąć dalej.
Poczułam lekkie szczypanie w dłoni, przez co trochę się zdekoncentrowałam.
- Dasz radę - usłyszałam głos.
Już oderwałam fragment, jeszcze kawałeczek.
♥
Polana w środku lasu. Piękna pogoda. Promienie słońca przedzierające się pomiędzy liśćmi drzew, aby chociaż trochę połaskotać nasze twarze. Dafne biegająca wokół i radośnie brykająca.
Oraz my..
W samym centrum tego wszystkiego.
Leżymy na rozłożonym kocu i odpoczywamy. To był ciężki dzień, ale w końcu znaleźliśmy chwilę aby pobyć razem. Bez niczyich ciekawskich spojrzeń. Bez strażników kierujących do siebie ciągłe pytania, czy zgłaszających problemy.
Tylko my, chowańce i otaczająca nas natura.
Przekręciłam się na bok by spojrzeć na jego twarz.
Towarzyszył mu błogi uśmiech. Potrzebował takiej chwili wytchnienia.
Przejechałam palcem po jego policzku.
Zerknął na mnie jednym okiem, i zaraz przekręcił by być ze mną twarzą w twarz.
- A co to za rączka mnie tu zaczepia? - Wziął moją dłoń w swoją i ucałował jej środek. Rozpływałam się gdy to robił. Nigdy bym nie pomyślała, że to tak może wyglądać.
- A taka jedna - uśmiechnęłam się. - Zwyczajnie ciężko jej się powstrzymać, żeby trzymać się z daleka.
- Ciekawe.. - z uśmiechem na ustach zaczął się przyglądać mojej dłoni, na której od kilku tygodni widniał drobny pierścionek. Podarowanie go nie należało do eldaryiskich zwyczajów zaręczynowych, ale chciał mi zrobić przyjemność. I udało mu się. - Może powinniśmy zacząć przygotowania? - Zerknął na moją twarz.
- Tak ci się śpieszy? - Roześmiałam się.
- Sądziłem, że jako kobieta będziesz chciała dobrze wyglądać w swojej sukni. Zwłaszcza po ostatnich rewelacjach - jego uwaga skupiła się niżej. Poczułam tam jego dłoń.
To wszystko było przerażające, ale we dwójkę damy radę.
Musimy.
♥
Co to było do diabła?!
Gwałtownie otworzyłam oczy, a między mną a Lancem doszło do niewielkiego wybuchu energii, który nas od siebie odrzucił.
Nasze dłonie niestety ciągle były złączone, przez co nie było to przyjemne.
Spojrzałam oszołomiona na smoka. Wyglądał na zdezorientowanego, tak samo jak ja.
Czy to była jakaś wizja? O co chodzi?
Byłam w tym całkowicie świadoma. Czułam jakby wszystkie zdarzenia działy się naprawdę. Jedyne co się nie zgadza to twarz. Nie widziałam jej. Była zamazana.
I ten ostatni moment..
Przecież ja nie chciałabym..
- Rozumiesz co się stało? - Wlepiłam w niego spojrzenie. Oboje podnieśliśmy się do siadu, a do pomieszczenia wbiegła zaniepokojona babcia.
- Wszystko w porządku?! Co to był za huk? - Spoglądała na nas zdenerwowana.
Poprawiłam koszulkę i starałam się brzmieć jak najbardziej przekonująco.
- Nie martw się. Wszystko z nami dobrze. Czegoś próbowaliśmy - podniosłam nasze dłonie do góry.
- Bądźcie ostrożni. To brzmiało groźnie. Już myślałam, że wysadziliście pół domu - pogroziła palcem i opuściła pomieszczenie.
Wróciłam wzrokiem do smoka.
- Nie mam pojęcia co się stało, ale nagle wpadłam jakby w trans..
- Jakiego rodzaju? - Zapytał niepewnie. - Widziałaś coś?
- Tak. Była jakaś pokraczna i absurdalna wizja - uciekłam wzrokiem. Jego spojrzenie było teraz ciężko znośne. - A ty? Widziałeś coś?
- Tak - mruknął. - Byłem w jednym z domów w schronisku, i czułem jakbym miał rodzinę - chyba nieświadomie odrobinę za mocno ścisnął moją dłoń, która była tuż przy jego. Nie powstrzymałam się i spojrzałam na niego.
Wydawał się równocześnie mocno przybity, jak i zdenerwowany.
- U mnie było coś w podobnym znaczeniu. Tak mi się wydaje - westchnęłam.
- Może to przez twoje połączenie z Wyrocznią i kryształem. Ukazywała ci się, a teraz kiedy jesteśmy jakoś zlepieni, to z tego czerpię - próbował tłumaczyć.
- Być może.. - miałam teraz straszną ochotę powyginać wszystkie palce, jakie tylko miałam. Ta scena mnie trochę rozbiła.
Jeśli to wizja przyszłości, to cieszę się, że panuje w niej spokój. Najwyraźniej sytuacja w Eldaryi zostanie opanowana, a ja nawet sobie kogoś znajdę.
Przeraża mnie tylko kwestia ewentualnego dziecka, którego na chwilę obecną ani mi się śni posiadać.
Do tego moment, w którym się to nam pojawiło.
Ugh!
- Może spróbujemy jeszcze raz? - Z zamyślenia wyrwał mnie głos mężczyzny. - Nie sądzę by to się powtórzyło.
Podjęliśmy kolejną próbę.
Tym razem nie zamykałam oczu. Razem z Lancem obserwowaliśmy swoje dłonie, od których biła ogromna ilość światła.
Wyglądało to zupełnie tak, jak to sobie wyobrażałam.
Dwie różne energie tańczyły ze sobą, jednak z każdą chwilą coraz bardziej oddalały się od siebie.
Za swoimi plecami usłyszałam i poczułam ruch, ale kompletnie go zignorowałam. Nie dam się teraz rozproszyć, musi się nam udać.
Wkrótce w dłoni pojawiło się mrowienie, a na twarzy Lance'a uśmiech, który wzięłam za dobry omen.
- Możemy przestać - szepnął. Oba nasze światła zgasły. Byliśmy wolni. Mimowolnie olbrzymi uśmiech wkradł mi się na usta.
♥
- To wyglądało niesamowicie - odezwał się dziadek.
To jego obecność poczułam za sobą. Okazało się, że babcia zawołała go na obiad, a gdy wszedł zobaczył nasze poczynania. Od tamtej pory ciężko mu było mówić o czymś innym niż tym.
Nawet teraz, w trakcie posiłku, staruszka kopała go od czasu do czasu żeby się opanował. Był niesamowicie podekscytowany tym co zobaczył. W końcu odpuścił. Na ten moment..
Jeśli natomiast chodzi o naszą dwójkę, to pierwsze co zrobiłam gdy tylko nasze dłonie były wolne, to bieg do łazienki. Ledwo zdążyłam, ale na szczęście udało się nie zmoczyć spodenek.
To byłoby dużo bardziej niezręczne niż te godziny zlepienia ze smokiem..
Lance wyglądał na spokojnego. Słyszałam, jak zaoferował się babci z pomocą w nakryciu do stołu, a gdy wróciłam wszystko już na nas czekało.
Zupa dyniowa z ostrzejszą nutką, a na drugie danie przepyszne pulpeciki z domowymi surówkami, sosikiem i ziemniakami. Całość smakowała wybornie.
Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo mi brakowało tych smaków.
Całe szczęście, że babcia najwyraźniej to przewidziała i zrobiła spory zapas.
W końcu nie tylko ja tu byłam głodna.
Wyjedliśmy z półmisków niemal wszystko. W końcu, pod koniec posiłku dziadek przestał się hamować.
- Jak wy to wywołujecie? Jak to działa? - Wbił we mnie uważne spojrzenie mieszając swoją herbatę. Z początku nie zrozumiałam, ale dość szybko dotarło do mnie o co mu chodzi.
- Masz na myśli moce, które widziałeś? - Dopytałam dla pewności, na co krótko przytaknął. - Z początku pojawiały się u mnie niekontrolowanie, ale dzięki treningowi przychodzi mi to całkiem sprawnie jak poruszanie rękami czy nogami.
- Jakie to uczucie? - Oczy mu się niemal świeciły. Był podekscytowany.
- Przepraszam, że się wtrącę - chrząknął Lance. - Żadne z was nigdy nie użyło swoich umiejętności, nawet przypadkiem? Nie próbowaliście?
- Nie mieliśmy pojęcia, jak to ma wyglądać. W takiej sytuacji ciężko o jakiekolwiek efekty - staruszek wzruszył ramionami. - Dlatego chętnie posłucham więcej. Anastazjo.. - uśmiechnął się delikatnie.
- Powiem co wtedy czuję, ale w zamian za to oczekuję wielu wyjaśnień. Odpowiedzi na moje pytania.
- Powiemy ci wszystko, co będziesz chciała wiedzieć - swoją dłoń na mojej położyła babcia.
Spędziliśmy przy stole dobre pół godziny, w trakcie których opowiedziałam o cieple, które towarzyszy pojawieniu się światła aengeli, o poczuciu bezpieczeństwa.
Pojawiło się sporo pytań, o to jak obudziłam w sobie tę umiejętność. Starałam się na nie wszystko odpowiadać, co wiązało się z kolejnym przywoływaniem wspomnień sprzed siedmiu lat.
Staruszkowie uważnie słuchali każdego mojego słowa, a siedzący z nami smok podparł głowę na ręce i obserwował naszą trójkę dziwnym wzrokiem. Nie wyglądał na znudzonego, chociaż może ciężko byłoby mi to określić.
Gdy tylko skończyłam opowiadać, podparłam się niemal identycznie, jak on i zwróciłam twarz w jego stronę.
- To może nasz szanowny, wielki smok opowie coś o swoich zdolnościach, a ja w tym czasie pójdę wziąć prysznic? - Uśmiechnęłam się puszczając mu oczko, na co zmarszczył brwi i się wyprostował.
- Ja? Co ja miałbym opowiadać?
- No wiesz.. - przeciągnęłam krótko. - O swojej zmianie w gigantyczną jaszczurkę, zianiu płomieniami i takie tam.
- Naprawdę potrafisz takie rzeczy? - Dziadek poprawił się z zainteresowaniem na krześle. Niebieskooki westchnął na to ciężko i spojrzał na niego.
- Zależy czym jest jaszczurka - podrapał się po karku.
Zaśmiałam się pod nosem i szybko uciekłam.
Nie będzie zadowolony, ale potrzebuję chwili.
W łazience byłam w ciągu dwóch minut. Wyjęłam kilka czystych ręczników i przyniosłam ubrania, które babcia postanowiła nam kupić. Te w których przybyliśmy postanowiłam włożyć do pralki. Nie mam pojęcia, jak materiał z Eldaryi może na nią zareagować, ale ręczne pranie trochę by zajęło.
Muszę ze wstydem przyznać, że miałam spore problemy z włączeniem urządzenia. W końcu bardzo dawno nie miałam styczności z technologią ziemską, a pralka wyglądała na nową i bardzo nowoczesną. Dziesięć razy upewniałam się czy na pewno odkręciłam dobry zawór z wodą, ustawiłam odpowiednią temperaturę, czy nie nalałam za dużo płynów.
W końcu wcisnęłam START, a maszyna zaczęła powarkiwać.
- Obyś tylko nic nie popsuła - westchnęłam ciężko i zaczęłam się rozbierać.
Pora wziąć prysznic.
Przyjemnie ciepła woda spływała moim ciele, twarzy i włosach. Czułam nadzwyczajny spokój ducha, którego teraz potrzebowałam. Za drzwiami kabiny zostawiłam wszelkie zmartwienia dotyczące wylądowania tutaj, niepewności o życie przyjaciół, czy drogę powrotną.
Nic się nie liczyło.
Przetarłam swoją twarz i spojrzałam na dłonie. Zwłaszcza na tą, która jeszcze godzinę temu była zlepiona z inną, dużo większą i silniejszą. Czułam jakby czegoś brakowało, ale nie byłam w stanie stwierdzić czego dokładniej. W końcu niemożliwe aby chodziło o jego bliskość. W końcu była niezręczna, narzucona i.. Bezpieczna.
Cholera!
No dobra. Muszę to przyznać.
Czułam się dużo bezpieczniej, gdy ściskał moją dłoń. Cały stres, który towarzyszył mi podchodząc pod ten dom, przemierzając doskonale znaną trasę wydawał się nieco mniejszy.
Tyle.
Nic więcej.
Jego dłoń służyła mi za piłeczkę odstresowującą. Koniec.
Pokręciłam energicznie głową i oparłam czoło o chłodną ściankę.
Chciałam oczyścić umysł, a zamiast tego dodaję sobie zmartwień. Musze się uspokoić.
Po kilku minutach kompletnej pustki w głowie, i ciemności przed oczyma opuściłam kabinę. Szybko się ubrałam w proste spodnie oraz koszulkę na ramiączka, które całkiem nieźle na mnie leżały. Wyczesałam jeszcze mokre włosy i opuściłam pomieszczenie.
Zanim dotarłam do zasięgu wzroku pozostałej trójki, coś mnie zatrzymało.
- Jesteś może chłopakiem Anastazji, albo jakimś narzeczonym? - Głos babci dotarł do mnie bardzo wyraźnie. Z rozkojarzenia prawie wpadłam na Bruna, który wszedł otwartymi drzwiami tarasowymi i wesoło merdając ogonem zmierzał w tym samym kierunku co ja.
- Nie - smok niemal natychmiast zaprzeczył. - Jesteśmy znajomymi, nic więcej nas nie łączy.
- Szkoda - wydawało mi się, że westchnęła. - Wydajesz się dobrym kandydatem dla naszej wnuczki. Do tego ta wasza przeszłość, niczym z moich ulubionych romansów.
- Daj spokój, Alice - dziadek się wtrącił. - Nie zawstydzaj chłopaka. Wystarczająco niezręcznie musi się czuć.
- Nie ma problemu - Lance zabrał głos. - I tak nie wydaje mi się.. - zaczął, ale urwał gdy do uszu wszystkich doszło szczekanie.
Ruszyłam naprzód by skończyć się ukrywać i zobaczyć co się dzieje.
Okazało się, że berneńczyk próbował namówić Lance'a do zabawy i zaczepiał go skacząc, poszczekując i piszcząc. Najwyraźniej zaakceptował naszą obecność.
Szkoda, że wybrał sobie taki moment. Byłam ciekawa, co ma do powiedzenia Lance.
- Coś mnie ominęło? - Spojrzałam po towarzystwie i wzięłam leżącą w pobliżu psią zabawkę, którą po krótkim zainteresowaniu psa rzuciłam gdzieś w głąb pomieszczenia. Bruno zaraz za nią poleciał i zaczął podgryzać.
- Nic takiego. Lance nam trochę opowiedział o Eldaryi - dziadek się uśmiechnął zerkając na chłopaka.
- Znaczy, że teraz moja kolej na pytania - zajęłam z powrotem swoje miejsce. Staruszek przytaknął na moje słowa.
- Moglibyście z tym zaczekać? - Lance na mnie zerknął. - Też chciałbym posłuchać, a potrzeby wzywają - skrzywił się nieco.
- Pewnie. Idź - posłałam mu lekki uśmiech. - Na pralce zostawiłam dla ciebie czyste ręczniki i ubrania. Tamte trzeba wyprać i zobaczymy w jakim są stanie.
- To zaraz wracam - spojrzała po wszystkich podnosząc się, a po chwili zniknął w łazience.
- Bardzo miły człowiek - babcia podniosła się zbierając talerze. - Znaczy smok.. - zrobiła głupią minę. - Jak wy na to mówicie? - Spojrzała na mnie zdezorientowana.
- Faery - zaczęłam jej pomagać w porządkach. - Albo faelien, na takich jak ja, mieszańców - brzydko mówiąc.
- Czyli Lance, to.. Faery? - Spojrzała z nadzieją, na co przytaknęłam i obie z pełnymi rękoma ruszyłyśmy do kuchni.
Wszystkie brudne naczynia od razu zaczęły lądować w zmywarce.
- Naprawdę był kiedyś twoim wrogiem? Aż mi się wierzyć nie chce - czułam jej wzrok na sobie, układając talerze na swoich miejscach w maszynie.
- Wtedy określenie potwór świetnie do niego pasowało - westchnęłam. - Mordowanie niewinnych nie było dla niego wielkim problemem, a zniszczenie i przemoc wydawały się główną życiową potrzebą. Od dłuższego czasu nic takiego się nie działo, ale krótko po moim opuszczeniu kryształu miewałam przez niego coś w rodzaju ataków paniki. I jeszcze sprawa z Valkyonem..
- To ten co zginął? - Podała mi koszyk z brudnymi sztućcami do włożenia. Przytaknęłam na jej pytanie. Nie wspominałam, ale z premedytacją pominęłam fragment, w którym Lance zabił swojego brata. Nie chciałam żeby o tym wiedzieli.
- Był moim przyjacielem, a jego bratem. I jest temu zwyczajnie winien.
- Każdy popełnia błędy kochanie, zwłaszcza jeśli do gry wkraczają duże emocje i uczucia - położyła mi dłoń na ramieniu.
Wyprostowałam się zamykając zmywarkę i spojrzałam na nią.
- Ciężko wymazać takie obrazy z pamięci.
- Nie każdy zasługuje od razu na potępienie - złapała mnie za dłonie i ścisnęła je lekko. - A on by do ciebie chyba pasował - pochyliła się do mojego ucha z głupim uśmieszkiem.
Zaraz odskoczyłam patrząc na nią wielkimi oczami.
- Proszę. Nie próbuj robić tego, co próbowałaś robić z Damonem - pogroziłam jej palcem.
- Ja coś próbowałam? Nie pamiętam - roześmiała się.
- A nie?! - Uniosłam nieco głos, ale na moje usta wkradał się uśmiech, który starałam się powstrzymać. - No dalej Aneczko, przecież dziewczyny w twoim wieku lubią takich chłopców. Taki przystojny i łobuz. Wyjdźcie gdzieś razem - zaczęłam przedrzeźniać babcię, która w pewnym momencie życia próbowała wyswatać mnie z dwa lata starszym chłopakiem mieszkającym w okolicy. I może był przystojny, ale w żaden sposób nie byliśmy w stanie się dogadać. Do tego nie w głowie mi wtedy były miłostki.
- A to coś złego, że babcia chce szczęścia wnuczki, a najlepiej i prawnuki jeszcze poznać? - Złożyła ręce na biodra, a mną aż wstrząsnęło.
- Nie rozmawiajmy o tym. Jestem po rozstaniu, teraz mam inne rzeczy na głowie - zaczęłam wychodzić z kuchni. Kobieta niemal biegiem ruszyła za mną przez słowa, które powiedziałam.
- Miałaś kogoś? Jaki był? Przystojny? Romantyk? - Trąciła mnie ramieniem.
- Może ci później opowiem, ale daj na razie spokój - mruknęłam padając na kanapę, na której leżał pies. Zaraz położył głowę na moich kolanach i zaczęłam go miziać.
- Jeszcze to z ciebie wyciągnę - puściła oczko i zaciągnęła męża do kuchni, mówiąc coś o ciastkach.
Zostałam sama ze zwierzęciem, które pod wpływem drapania zasnęło z głową na moich nogach. Wyglądał tak słodko, że nie miałam serca się podnosić więc jedynie siedziałam i nasłuchiwałam otaczającej mnie ciszy. Jedynie ciche krzątanie z kuchni od czasu do czasu dochodziło do moich uszu, ale w żaden sposób nie psuło ono spokoju towarzyszącego mi w tej chwili.
- Brakuje tylko powiewu świeżego powietrza - mruknęłam cicho zerkając w stronę okna. Podniosłam prawą dłoń i zaczęłam skupiać w niej energię. Jak sobie w ten sposób pomogę to nic złego się nie stanie.
Po chwili pojawiło się białe światło, które zaczęłam formować. Nie wychodziło mi to jednak za dobrze, a nawet coś było nie tak. Biel zaczęła zmieniać kolor, a w dłoni poczułam niezbyt przyjemny chłód, który nigdy dotąd mi nie towarzyszył.
- Co jest? - Mój głos zmieszał się z męskim, należącym do Lance'a, który właśnie wszedł do pomieszczenia ze świecącą lewą dłonią.
Spojrzeliśmy oboje na siebie, a następnie na nasze dłonie.
Smok podszedł bliżej i zestawił je obok siebie.
Z obu biło jasne światło. Jedyną różnicą było to, że u mnie do białego domieszywało się błękitne, a u niego do błękitnego wkradało się białe.