Trzy dni. Trzy cholernie długie dni, a codziennie było tak samo nudno.
Budziłam się wcześnie, chowałam na tyle statku i siedziałam sama całe dnie. Jeśli potrzebna była pomoc to tylko Berius był zainteresowany działaniem mojej osoby.
Idalia tylko co chwilę na mnie zerkała jakby myślała, że zaraz będę potrzebowała pomocy, a jej koleżanka rzucała mi piorunujące spojrzenia. Z resztą nie ona jedyna - Torin też, jak już zerkał to z pogardą.
Mając powoli dosyć domyślania się o co im chodzi zapytałam jedyną przyjacielsko nastawioną tu do mnie osobę, o co chodzi.
Na statku był jeszcze Gorlas, ale nie widziałam aby z kimkolwiek zamienił chociaż słowo.
W każdym razie dowiedziałam się tylko tyle, że Ewelein kazała mieć na mnie oko, a Idalia jest w nią strasznie zapatrzona i wzięła chyba za poważnie jej słowa. Irytujące. Kolejna nie wierząca w moją osobę.
Co do Nemory, to według słów Beriusa jest o mnie zazdrosna. Siedem lat temu miała fioła na punkcie Nevry, z którym się spotykałam, do tego uratowałam świat, a teraz wróciłam i pewnie go odzyskam. Stąd jej niechęć do mnie. Jego zdaniem. Jeśli to prawda, to bierz go sobie. Jest beznadziejnym przypadkiem gbura.
Na temat Torina nie dowiedziałam się nic poza faktem, że on i Lance całkiem nieźle się dogadują. Z jakiś względów mnie to nie zdziwiło. Jego mina przypomina tą, którą widziałam za każdym razem na twarzy smoka.
A jak już o nim mowa..
Raczej nie rozmawialiśmy. Nasz jedyny kontakt to czasem wzrokowy w trakcie posiłku. Na początku miały zajmować się tym dziewczyny, ale nie miały do tego talentu. A jako, że ja miałam dosyć bezczynnego siedzenia to zaczęłam pichcić.
Przeciwieństwie do kuchni Karuto, moja powinna mu smakować - sól i pieprz sypałam łagodnie.
Niestety nie wiedziałam czy smakowało. Nie miał w zwyczaju mówić nad jedzeniem. W przeciwieństwie do reszty towarzystwa gaworzącego między sobą, my pozostawaliśmy w ciszy.
Mogłaby to uznać za całkiem przyjemne, ale wymieniłabym pewien szczegół w otoczeniu.
♥
- Ćwiczyć? Tutaj? - zrobiłam wielkie oczy. Lance podszedł do mnie w środku dnia i zaproponował trening na pokładzie pod wzrokiem wszystkich obecnych.
- A mamy coś innego do roboty? Zawsze to jakieś spożytkowanie czasu - wzruszył ramionami. - Poza tym widziałem twoje dłonie.. Od kiedy się to dzieje? Często iskrzą?
Widział? Kiedy?
Owszem zdarzyło mi się jeszcze kilka razy aby małe światełka pojawiały się na dosłownie moment, ale byłam zwykle sama. Czasem pojawiały się pomimo woli, gdy moje myśli szły w różne tematy. Głównie w trakcie rozliczania z przeszłością. Dosłownie raz zrobiłam to przed snem, całkowicie świadomie. Wydawało mi się wtedy, że śpi.
Westchnęłam ciężko i oparłam się lekko tyłem o beczkę po słodkiej wodzie. On stał przede mną i nie odrywał wzroku.
- Od początku podróży - zaplotłam ręce na piersi uciekając wzrokiem. - Pierwszy raz po naszej rozmowie na dziobie. Pojawiły się gdy odchodziłeś..
Nie wiem czemu, ale zrobiło mi się głupio. Kompletnie tego nie rozumiem. Nie powinno. Pogodziłam się już z faktem jego wolności, nawet zaczęłam rozumieć Huang Hua, ale nigdy nie zapomnę kim jest i kim był. Nie wybaczę mu, a zwłaszcza nie będę w stanie polubić. Dlaczego więc się tak czuję? Ogarnij się dziewczyno.
- Jak to się stało? Zdenerwowałaś się? Ruszyłem wrażliwy punkt? - wydawał się bardzo zainteresowany. - Jeśli mamy je rozwijać to nie możesz przede mną nic ukrywać, nie ważne jak bardzo ci się to będzie nie podobać. Muszę znać każdą twoją emocję, wiedzieć o uczuciach. To wszystko odegra dużą rolę w naszych treningach.
- Wiem - przerwałam mu. - Znaczy, domyślam się. Powinieneś jednak wiedzieć, że nie będę umiała się przed tobą otworzyć - spojrzałam mu prosto w twarz. Chciał coś powiedzieć, ale nie dałam sobie przerwać. - Słyszałam co mówiłeś. Po prostu potrzebuję czasu. Wszyscy dookoła mieli na to lata, których ja nie miałam. Straciłam je, a do tego wszystkiego ciągle dręczą mnie koszmary. Pojawiają się co noc. Widzę poległych przyjaciół i ciebie niszczącego kryształ. Tak, temat który poruszyłeś na dziobie, ten na samym końcu, ruszył mnie. Byłam w lesie i wszystko słyszałam, a doskonale wiesz ile byłam w stanie dla niego wtedy zrobić.
Żeś mu strzeliła mowę. Powinnaś być z siebie dumna kobitko.
Lance prychnął, był.. rozbawiony?
- Ktoś tu mówił, że nie będzie w stanie się przede mną otworzyć - na jego twarzy gościł drwiący uśmieszek. - Ale teraz chyba wszystko rozumiem. Gdy walczyliśmy też byłaś naładowała emocjami, to one tobą sterowały. Nie kierowałaś się rozumem, a mogłaś zginąć - postanowił oprzeć się obok mnie.
- Nie do końca masz rację. - Cholerne palce, znowu zaczęłam je wyginać. - Gdy złożyłeś ultimatum dotyczące Leiftana miałam nad czym myśleć. Od jego życia zależało też wtedy moje. Nie wiem, może nadal tak jest..
- Co masz na myśli? Jesteś od niego zależna?
Wyrwało mi się westchnienie i podeszłam do burty podpierając się na niej. Czułam jak wodził za mną wzrokiem.
- Moje bezpośrednie powiązanie z Wyrocznią i kryształem jest dziwne. Rozbijając kryształ podpisałeś wyrok na moje życie - posłałam mu krótkie spojrzenie. Ciągle stał w tym samym miejscu i przyglądał mi się. Słuchał. - Umarłam, a przynajmniej umierałam. Byłam w czyśćcu, włóczyłam się. Nie mogłam nic zrobić. Ewelein też próbowała wszelkich sposobów, ale nic nie działało. Moje przebudzenie było cudem. Dopiero gdy prawda o Leiftanie wyszła na jaw dowiedziałam się dlaczego żyję. On..
- Związał wasze dusze - wtrącił się. Nic nie dodając przytaknęłam. - Teraz rozumiem. Tak czy siak byś zginęła. Nie ważne jaką byś podjęła wtedy decyzję.
- Trochę miałam, mieliśmy szczęścia, że mógł to zrobić. Byłam wiele razy w łapach śmierci. Za jednym z nich ocalił mnie swoją krwią. Inaczej wszystko by ci się udało. - Moje dłonie się uspokoiły, a wzrok zawędrował do jasnowłosego. Zaciskał nieco za mocno dłoń na rękojeści swojego miecza. Nie podobało mu się to co słyszał.
- Po waszym pobycie w krysztale.. Czy to ciągle działa?
Chłodny dreszcz przeszedł mi po plecach.
- Nie mam pojęcia, ale dzieją się dziwne rzeczy - odgarnęłam włosy za ucho wracając do podziwiania fal. - Zdarza się, że czuję emocje, które nie należą do mnie. Leiftan jest zawsze wtedy w pobliżu. Myślisz, że to możliwe? Ciągle jesteśmy związani?
Dłuższą chwilę milczał, a we mnie narastał niepokój. Wolałam nawet na niego nie zerkać. Czasem jedno spojrzenie jest warte wszystkiego. Nie chciałam zobaczyć wyroku.
- To możliwe, ale będziemy musieli się upewnić - nagle znalazł się obok mnie. Drgnęłam wystraszona i przeniosłam wzrok w jego stronę. Patrzył w dal, ale najważniejsze - na jego twarzy nie widziałam wyroku. - Szkoda, że Huang Hua mnie o tym nie poinformowała. Powinienem był wiedzieć.
- Może zataja więcej rzeczy - wyrwało mi się. Smok zerknął kątem oka. - Nie udawaj, że nie widziałeś. Była przeszczęśliwa, zrobi wiele żebyśmy zaczęli się dogadywać. Ukrywanie informacji przed nami wzajemnie? Przecież to zmusza do rozmowy.
- Mhm.. To mówisz, że się nie dogadujemy?- nagle na jego twarzy znów zagościł ten głupi uśmieszek. Szybko się odwróciłam plecami i założyłam ręce.
- To była jednorazowa akcja. Nie wyobrażaj sobie - starałam się brzmieć jak najbardziej poważnie. Chyba mi nie wyszło, albo tylko dolałam oliwy do ognia, bo wybuchł śmiechem. Ratunku.
♥
Sztorm. Właśnie on nas dorwał gdy zdecydowałam się na trening z Lancem. Ściemniło się, a na pokładzie nie było nikogo poza Torinem za sterem. Idealna pora, zero gapiów. Nie chcę być poniżana, a na pewno nie przy świadkach. Dosyć już mi się zdarzało, w tym czy poprzednim życiu.
Wiatr był straszny, a dodatkowa ulewa nie polepszała sytuacji. Każdy starał się dać z siebie wszystko byle ratować łajbę i nasze życia. Lance zachowywał kompletny spokój. Jedyne krzyki jakie z siebie wydawał to rozkazy ponieważ pomiędzy grzmotami nasza komunikacja wyglądała dość słabo.
Wszystko trwało jakieś dwie godziny, a wydawało się nieskończonością. Niestety nie wyszli z tego cało. Zostało uszkodzonych parę elementów, które nie wpływały na podróż, ale utrata żagla zdecydowanie nie pomoże nam dotrzeć w zakładanym czasie.
Lance wyglądał na wściekłego, a znając skutki jego złości wolałam trzymać się z daleka. Wolałabym nie skończyć przywiązana do masztu.
Ostatecznie postanowiliśmy poczekać z działaniem do rana. Po ciemku i tak nasze starania mogłyby nie przynieść chcianych efektów.
Na dole byłam pierwsza. Pozostałym się chyba niezbyt śpieszyło.
Będąc sama wygodnie się rozłożyłam w swoim hamaku i przymknęłam oczy. Za dużo wszystkiego na raz. Morfeusz zaczął mnie chwytać w swoje objęcia, gdy usłyszałam straszny trzask i siarczyste przekleństwo. Podskoczyłam natychmiastowo otwierając oczy. W słabym świetle lampy dostrzegłam postać. Nie dało się go pomylić z nikim innym na statku. Wysoki, dobrze zbudowany, i ten kucyk.. Lance.
Zdecydowanie za dużo go wokół mnie. Sama się wkopałam żeby z nim ruszyć, ale chyba nie do końca byłam świadoma z czym się to wiąże. Chcę zrobić na złość Nevrze, utrzeć mu nowa - zrobię wszystko żeby pożałował swoich słów, ale czy to dobra motywacja? Może on ma rację? Nie powinnam się na tym skupiać. Muszę myśleć o sobie. Bądź samolubna chociaż przez chwilę.
- Anastazja? - drgnęłam na dźwięk swojego imienia. Zauważył mnie i stał przodem w moją stronę. Na domiar złego wydały mnie moje własne dłonie. Właśnie wokół nich latały iskierki, nieco większe niż ostatnio. Smok powoli ruszył w moją stronę. Usiadł na hamaku obok i chwycił moją dłoń by się jej przyjrzeć. Nie przestawała rzucać światłem. Ja natomiast natychmiast się spięłam. Jego dotyk był delikatny, ale również zimny. - Zrobiłaś to świadomie? - palcami drugiej dłoni jakby próbował dotknąć jednej z iskierek.
Pokręciłam przecząco głową.
- Jak zrobiłeś tu swoje efektowne wejście smoka to się trochę wystraszyłam - mój głos brzmiał dość cicho. - Wolałam się nie odzywać, ale moje myśli zawędrowały na zły tor i oto efekt..
- Przypomniała ci się nasza ostatnia podróż statkiem? - powoli puścił moją dłoń, a jego błękitne tęczówki wpatrywały się we mnie. W tym migoczącym świetle bijącym od moich dłoni wyglądały jakoś tak.. ciekawie. Tak, to jest dobre słowo. Tylko czemu zrobiło mi się jeszcze cieplej niż jest? A to uczucie jest tak podobne do..
Spojrzałam na dłonie. Światło, które od nich biło było zdecydowanie mocniejsze niż przed chwilą. Speszona opuściłam wzrok i próbowałam je schować.
- T-To nie o tym myślałam.. - pokręciłam energicznie głową.
- Ale teraz.. Przypomniałem ci? Nie chciałem wywołać w tobie paniki - westchnął ciężko i się odchylił, a po chwili leżał.
- Nie przejmuj się. Chociaż dowiaduje się więcej o swoich mocach. - I nie są to rzeczy, które mnie cieszą. Nie mogę reagować w ten sposób.
- Jutro się tym zajmiemy, jak uporamy z problemem.
♥
Czy sytuacja była łatwa? Nie. Czy udało się ją rozwiązać? Owszem, ale nie obyło się bez wyzywania. Zapas mieliśmy tylko jeden, więc jeśli sytuacja się powtórzy Lance będzie musiał ciągnąć nas do portu w swojej smoczej formie.
Przez chwilę nawet to rozważał, a Berius tylko go dopingował. Okazałam się jedynym głosem rozsądku. Serio ludzie? Serio? To towarzystwo jest załamujące.
Gdy oni kończyli wszystko mocować, ja zajęłam się posiłkiem. Trochę to wszystko trwało, dobra strawa powinna zregenerować siły. Przygotowałam gulasz z warzywami - na mój gust smaczny.
Każdy dostał swoją porcję i zaczęliśmy wcinać. Panowała absolutna cisza. Chyba wszyscy byli zbyt wykończeni aby ktokolwiek coś powiedział. Błogi spokój postanowiła przerwać Nemora.
- Wiemy, kto będzie czekał na nas z obiadem. My zajmiemy się ważnymi sprawami, a ty coś upichcisz, prawda? I tak do niczego się raczej nie przydasz - patrzyła mi prosto w twarz i drwiła. Patrzyła na mnie z taką satysfakcją, że może mi dopiec.
- Tak. Zapewne jesteś specjalistką od ziemskich przedmiotów i bez problemu odróżnisz mikrofalówkę od reklamówki, albo ciągnik od czołgu - prychnęłam wracając wzrokiem do swojego talerza. Ona się jednak nie poddawała. Szkoda.
- A co to za filozofia? Mikro..cośtam jest dużo większe od czołgu. Nie trudno się pomylić - poplułam się. No dobra, prawie. Spojrzałam na jej bardzo pewną minę i nie mogłam powstrzymać śmiechu.
- Przykro mi złotko, ale pudło. Mikrofalówka to urządzenie do podgrzewania jedzenia, i w przeciwieństwie do czołgu nie sieje spustoszenia - puściłam dziewczynie oczko. Jej twarz momentalnie zrobiła się purpurowa. - Reklamówka za to to taki pojemnik, plastikowy worek na zakupy, a ciągnik.. Cóż, to nieco bardziej skomplikowane. Jest przydatny przy uprawach. Musiałybyśmy się umówić na douczki - usłyszałam prychnięcie Lance'a. Może byłam niezbyt uprzejma, ale flądra sama się o to prosiła. I tak nie sądzę żeby to było jakieś agresywne. Nie mam takiej wprawy.
- Coś czuję, że właśnie ty sobie zafundowałaś pichcenie obiadków - rozbawiony Berius spojrzał na nią. Nic nie odpyskowała, połknęła język i siedziała już do końca cicho.
- Czym jest czołg? - po jedzeniu niespodziewanie zbliżył się do mnie Torin. Zajęta sprzątaniem zerknęłam na niego krótko. - Mówiłaś coś o sianiu spustoszenia..
Kiwnęłam lekko głową.
- Ludzie sami na siebie sprowadzają nieszczęścia. Chyba nie było czasu, aby gdzieś w świecie nie było u nas wojny - wyrwało mi się westchnienie. - I nie zawsze jest ona w słusznej sprawie, tak jak siedem lat temu - jedni chcieli zniszczyć świat, a drudzy go uratować. Wyobraź sobie wojnę ponieważ ktoś wierzy w innego Boga niż ty, albo nie uznaje żadnego. Wojna o terytoria, władzę.. - dostrzegłam, że Lance na nas zerka. Chyba się przysłuchiwał podczas gdy Torin bez słowa zaczął mi pomagać. Co jakiś czas kiwnął głową, że rozumie co mówię. - Nie wiem do końca, jak jest tutaj, może też się zdarzają. Wolałabym się jednak nie przekonywać. Wracając do tematu.. Czołgi to ogromne metalowe maszyny, pojazdy. W środku mieści się kilka osób które go obsługują. Jego siła niszczycielska jest zależna od masy i wielu innych parametrów, na których się kompletnie nie znam. Pewnym jest jednak, że gdyby pojawił się tu chociaż jeden z nich to nie mielibyśmy szans. Miecze, łuki i magia przeciw sprzętowi miotającemu pociskami i miażdżącymi wszystko po czym przejedzie. To byłby pogrom.. - wzdrygnęłam się.
- E tam, pewnie nie jest tak źle. Lance by się wzbił w powietrze i pare razy chuchnął, byłoby po wszystkim - wzruszył ramionami odkładając talerze na kupkę.
- Chciałabym aby to było takie łatwe. Nigdy się nie interesowałam armią i bronią, ale technologia na pewno poszła tak do przodu, że pewnie by nie było nawet draśnięcia. Przynajmniej tak mi się wydaje..- spojrzałam na swojego rozmówcę. Wydawał się zamyślony. - Ciężko mi mówić na ten temat. Dawno nie byłam na Ziemi, może Mathieu by skorygował moje słowa..
- Rozumiem - mruknął. - W takim razie lepiej żeby ludzie się tu z tym nie dostali.
Kiwnął do mnie głową i ruszył w stronę steru.
Przyjął to wszystko lepiej niż myślałam, a przynajmniej tak mi się wydaje. Nie było po co go kłamać. Ludzie potrafią być potworami i szkodzić samym sobie. Gdy czegoś chcemy nie patrzymy na konsekwencje, jesteśmy zdolni do wszystkiego.
Poza małymi wyjątkami, które i tak nie są kryształowo czyste, każdy człowiek to potwór.
Moją zawieszkę przerwała ręka na ramieniu. Wzdrygnęłam się. Ostatnio zdecydowanie za często to robię.
- Chyba go trochę wystraszyłaś - do moich uszu dotarł głos mojej największej zmory. - Może wygląda na twardziela, ale jest strasznie miękki.
Odwróciłam się do niego przodem. Zabrał rękę.
- Znam jeszcze kogoś kto chciał wszystkich wykończyć, a znalazł się szczegół wywołujący u niego niemałe emocje - spojrzałam mu prosto w oczy. Doskonale wiedział o czym mówię. Tia..
♥
Lance wybiegł wzburzony. Musze go natychmiast znaleźć. To idealny moment aby zmienił zdanie. Jeszcze wszystko można naprawić.
Ruszyłam przed siebie i zaczęłam przeszukiwać wyspę. Może Memoria nie należy do największych, ale kryjówek na niej pod dostatkiem. Zaglądałam w każdy kąt. Nigdzie go nie widziałam. Dopiero zbliżając się do klifu słyszałam bluzgi i uderzanie metalu o skały. Zaczęłam biec potykając się o własne nogi. Ten idiota wyżywał się na niewinnych draflayelach i raz po raz próbował zabijać je mieczem. Natychmiast skoczyłam przed niego. Jego miecz zatrzymał się tuż przy mojej szyi.
- Czego chcesz?! Zostaw mnie w spokoju! - nie zabrał ostrza, ciągle je tak trzymał. Miałam szczęście, że się zatrzymał, a przecież wcale nie musiał.
- Nigdzie się nie ruszę. Nie pozwolę zabijać ci niewinnych stworzeń. One nic ci nie zrobiły! - mój głos poniósł się po okolicy. Nie chciałam być aż tak głośna. - Uspokój się i przestań zachowywać jak dziecko!
- A kim ty jesteś żeby mnie pouczać? - warknął patrząc mi prosto w oczy. Nie bałam się go. Widziałam że jest wściekły i może stracić panowanie nad sobą w każdej chwili, w jego oczach było też coś jeszcze.. smutek. Chował go, przykrywał całym złem i goryczą jaką znalazł, ale teraz nie dało się go przegapić.
- Według ciebie zwykłym człowiekiem, który nic nie rozumie. Jestem śmieciem nienależącym do tego świata - korzystając z obecnej odwagi złapałam rękojeść jego miecza. Nasze dłonie dzieliła niewielka odległość. Zaczęłam mu go zabierać, ale nie czułam aby protestował. - Straciłam rodzinę, straciłam dosłownie wszystko. W inny sposób, ale strata to strata. Teraz miałeś okazję poznać swoją przeszłość i rodzinę, a zachowujesz się śmiesznie. Zamiast zrozumieć jej postępowanie uciekasz, jak rozpieszczony bachor, który nie dostał zabawki! Zastanów się, czy była by dumna z takiego syna. Co by ci powiedziała? - odrzuciłam jego broń. Paskudny dźwięk uderzającego o skały metalu przeszedł po okolicy.
- Nie mów do mnie jakbyśmy byli podobni - wywarczał, a chwilę później rzucił mną o filar zniszczonej świątyni. Krzyknęłam z bólu leżąc na ziemi. Nie miałam czasu by się pozbierać. Lance podszedł i podniósł mnie chwytając za gardło. Ledwo łapiąc powietrze przyglądałam się mu, a dłońmi próbowałam zabrać jego ręce. Nie miałam szans. Zaczął coraz mocniej ściskać. - Nie znasz mnie ani mojej matki. To wszystko dotyczy twojego życia tylko dlatego, że spodobałaś się jakieś durnej Wyroczni. Masz rację, jesteś nic nie wartym śmieciem - po moich polikach spłynęło kilka łez, które zaczęły wędrować również po jego dłoni. Traciłam oddech, ale nagle puścił i opadłam na kolana. - Słaba zakała nie mająca prawa żyć.
- Brzmi jakbyś mówił o mnie, a tak naprawdę opisujesz samego siebie - wychrypiałam. Jak mam umrzeć to trudno.
Nie czekałam długo na reakcję. Podniósł mnie ponownie na wysokość swojego wzroku. Tym razem jednak nie trzymał mnie za gardło, a ubrania. Słyszałam jak kilka nitek puściło gdy to robił. Starałam się utrzymywać pewną postawę. Nie wiem jak mi wychodziło. Wszystko mnie bolało, a oddech ciągle wracał do normy. Jestem pewna, że na mojej szyi pojawią się siniaki od jego chwytu. Z resztą nie tylko tam..
♥
- Chodźmy lepiej trenować - odezwał się dopiero po chwili mierzenia ze mną wzrokiem. Uśmiechnęłam się zadowolona, trafiłam w jego punkt. Nie, że chcę z nim zadzierać, ale lekkie dogryzanie nikomu nie zaszkodziło.
Smok ruszył przed siebie, zaraz ruszyłam za nim. O dziwo nie szedł w stronę wolnej przestrzeni, a pod pokład. Uniosłam brew, ale nic nie mówiąc również tam zeszłam.
Pomieszczenie wyglądało nieco inaczej niż rano. Hamaki zniknęły, a skrzynie, worki i torby były przysunięte bardziej do ściany. Zrobiło się przestrzennie.
- C-Co tu się stało? - zrobiłam palcem kółko.
- Hmm? - zerknął. - Zdaje się, że nie chciałaś publiczności. Poza tym Nemora bardzo chciała się czymś zająć. Przygotowała nam miejsce, a później rozwiesi wszystkie na nowo. - Stanął przy ścianie w głębi. - Była szczęśliwa, jeśli chcesz wiedzieć. Też będę bardzo zadowolony jeśli zaczniemy. Słyszałem co nieco od Jamona, atakuj - wyciągnął miecz i stanął w gotowości. Potrzebowałam chwili aby się otrząsnąć. Wykorzystał moje osłupienie i zaatakował pierwszy. W ostatniej chwili uniknęłam jego ciosu. - Skup się teraz na mnie! - krzyknął i zaczął nacierać. Szybko wyciągnęłam miecz.
Starałam się odpierać jego ataki i spróbować zaatakować, ale z marnym efektem. Wiem, że to był zaledwie marny procent jego umiejętności. Uważnie obserwował każdy mój ruch i wykonywał proste machnięcia. Wszystko jednak działo się tak płynnie, że byłam bezbronna. Łapiąc zadyszkę zaczęłam już się tylko bronić. W momencie na jego twarzy było widoczne niezadowolenie. Jęknęłam lecąc na ścianę po jego pchnięciu ramieniem.
Nie mogę się tak łatwo dawać. Warknęłam i ruszyłam z impetem. Resztkami sił dawałam z siebie wszystko. Wtedy poczułam klapsa. Tak, klapsa! Zaczął sobie ze mnie drwić i oberwałam w tyłek płaską stroną miecza - o ile jego miecz można nazwać płaskim.
Spojrzałam na niego najbardziej poważnie, jak potrafiłam. Uśmiechnął się tylko wrednie i ponowił czyn. Moje dłonie zaczęły świecić, a sił jakby przybyło. Ruszyłam na niego.
Wyobraźcie sobie scenę, w której sekundy później potykam się i lecę prosto w ścianę. Miecz wyleciał mi z rąk, a umysł przymroczyło. Mój przeciwnik wybuchł śmiechem.
- Słyszałem i widziałem wiele fatalnych przypadków, ale twój to prawdziwy ewenement - usiadł na skrzyni i z uśmieszkiem na twarzy patrzył jak masuję swoje obolałe czoło. Nie miałam siły na pyskówki. Usiadłam na deskach i odchyliłam głowę. - Z Jamonem też działasz tak chaotycznie? Twoja kondycja jest katastrofalna. Czeka nas więcej roboty niż myślałem, ale chociaż pobawiłaś się światełkiem.
- Nie bawiłam się światełkiem - warknęłam zerkając na niego. - Nie życzę sobie takich zagrań z twojej strony. Czy to jasne?
Pokręcił głową.
- Jeśli to jedyny sposób żeby cię pobudził to będę grał nieczysto.
- I każdego w ten sposób uczysz? - zaplotłam ręce na piersi.
- Nie. Przewijało się kilka osób, ale niekoniecznie uczyłem ich od podstaw - schował swój miecz. - Mathieu na przykład ma motywację i szybko łapie, a ty.. Cóż, masz motywację, tyle że niewłaściwą. O reszcie powodów twojej słabości chyba nie muszę mówić. Powinnaś być świadoma - zaczął się podnosić.
- Rozumiem o co ci chodzi. I naprawdę chcę żeby to inaczej wyglądało - również wstawałam. - Postaram się, ale naprawdę.. Nie rób czegoś takiego. Nie będę się czuła wtedy lepiej w twoim towarzystwie.
O dziwo zadziałało. Nie obyło się bez uwag, a niektóre kąsały. Zajęliśmy się jednak treningiem od początku. O ile Jamon przećwiczył ze mną jakieś podstawy, tak musiałam wszystko robić od początku. Przy smoczym trenerze zwyczajnie czułam się głupia i wszystko wyleciało mi z głowy. Nie gadaliśmy, nie próbował się dogadać czy zrozumieć. Wprowadził twardą dyscyplinę. Pokazał okrutną stronę, chociaż może powinnam ją inaczej nazwać. Okrutną chyba w sobie stłumił. Przynajmniej Huang Hua i reszta w to wierzyli. Czy ja również? Minęło mało czasu, ale może dam się przekonać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz