piątek, 5 listopada 2021

4. Użyteczna

 Od mojej pogawędki ze smokiem minęły trzy dni. Przez ten czas nie mieliśmy okazji więcej porozmawiać, ale przestałam go unikać. Miał dużo racji, nie uda nam się tak czy siak. Muszę przywyknąć chociaż niekoniecznie mi się to podoba.

Czasem minęliśmy się na stołówce czy gdzieś na terenie Kwatery Głównej, ale rzucałam mu tylko krótkie spojrzenie i szłam dalej. Miał nie naciskać na mój trening i trzymał się swojego słowa. 
Tego mu nigdy nie można było zarzucić, naprawdę się go trzymał.
Inaczej było z Huang Hua, która się niecierpliwiła i zaczynała coraz częściej mnie zaczepiać i podpytywać. Zrobiła się naprawdę nieznośna, czy mi się tylko wydaje? 

Przez cały ten czas starałam się jakoś przydać i brałam drobniejsze misje, więc w efekcie codziennie spędzałam większość swojego czasu wśród Purrekos. Pomagałam Purriry na zapleczu jej butiku, a Purroy potrzebował pomocy w zbieraniu różnych składników. Trochę się przy nich nabiegałam, ale chyba nabiło mi to u nich kilka punktów sympatii. 

Dziś również spędziłam czas wśród ogoniastych. Purral wydawał się zabiegany i poprosił o pomoc w opiece nad kilkoma chowańcami. Szkoda, że nie ostrzegł o ich ilości. Nie spodziewałam się mieć pod swoją opieką ponad dziesięć pełnych energii rozrabiaków. Przez to wszystko zaledwie w ciągu dwóch godzin wpadłam kilka razy do fontanny, podarłam koszulkę i kompletnie wypompowałam się z sił.
Nie byłam jednak w stanie się na niego gniewać gdy przyszedł je odebrać. Był taki miły i kochany, że palnęłam coś stylu ''żaden problem, chętnie jeszcze kiedyś pomogę''. Niech mnie ktoś strzeli, proszę. 
Zostałam nawet lekko doceniona i w prezencie dostałam wygodne legowisko dla chowańca. Szkoda, że póki co żadnego nie mam, ponieważ ten który mi kiedyś towarzyszył zginął siedem lat temu na polu bitwy. 
Westchnęłam ciężko na wspomnienie mojego Rowtsya, stwora podobnego di wilka obsypanego płatkami róż. Dość, że był ogromnie słodki to śmiało go nazwę ideałem przyjaciela. Uwielbiałam się z nim chwilkę po lenić i miziać jego miękkie futro. 
Poświęcił się aby ratować życie Leiftana. Nie wiem czy jakikolwiek inny chowaniec będzie w stanie mi go zastąpić.

Nie dane mi było dobrze odpocząć. Gdy tylko się przebrałam i coś zjadłam dorwał mnie Purroy. Ledwo wyszłam ze stołówki, serio?
Wręczył mi długą listę i prosił żebym wyrobiła się do wieczora. Widząc ile tego jest szczerze wątpiłam, że mi się uda.

Kierunek las. Pożyczyłam jeszcze duży kosz od Karuto i opuściłam mury. Część z zamówionych towarów znałam i teoretycznie wiedziałam, gdzie mogą być. Nie był to też już pierwszy raz w tym tygodniu, gdy musiałam sobie radzić z szukaniem składników po lesie. 
Dość szybko miałam kilka pęków kwaśnego źdźbła czy parę płomiennych kwiatów. Nie ukrywam, że odczuwałam właśnie pozytywne skutki mojej tygodniowej izolacji i zatopieniu nosa w książce o roślinności. Dzięki temu sprawdzałam przyswojoną wiedzę w praktyce. 

Z każdym kolejnym składnikiem nogi niosły mnie coraz głębiej w las. To chyba nienajlepszy pomysł, zwłaszcza po tym co słyszałam. Podobno niektóre chowańce zaczęły się robić agresywne, a nazwać moje umiejętności marnymi to jakby nic nie powiedzieć na ich temat. Są po prostu fatalne.
Starałam się jednak nie dać ponieść fantazji i ściskając w dłoni rękojeść noża otrzymanego wraz z mieczem od Jamona szłam przed siebie. Może nie służył do zbierania grzybków, ale był tak ostry i ładny, że nie chciałam brać żadnego innego. 

A jak już o grzybach mowa to zbierając nietypowo świecące usłyszałam trzask. Ktoś  lub coś w pobliżu łamie gałęzie, nie podoba mi się. Do tej pory nie spotkało mnie tu nic niezwykłego, nie widziałam nawet żadnego stworzenia, tylko słyszałam jak gruchają sobie gdzieś w oddali. Teraz dźwięk wydawał się nieco bliżej.  
Szybko schowałam się za dużym drzewem, może mnie jakimś cudem nie wywęszy. 
Przylgnęłam do kory, a kosz zostawiłam za krzakiem. Próbowałam się lekko rozejrzeć i dostrzec źródło hałasu. 
Z każdą chwilą coraz szybciej biło mi serce, a łamanie patyków nie ustępowało. 
Głupia! Było uciekać, a teraz coś cie zaatakuje i tyle po wybawicielce świata.  Przeżyłaś walkę ze smokiem, uwięzienie w krysztale, a teraz.. 
Ciekawe, jak osądziłaby to historia. Anastazja, wieli aengel, który uratował nasz świat skończyła pożarta przez Pimpela.
Pokręciłam gwałtownie głową. Sama miałam ochotę się z siebie śmiać, a w tej chwili powinnam zachować jak największą ciszę. 

Kroki były coraz bliżej.. Chwila moment, kroki? Usłyszałam również coś jakby rozmowę, a więc nie jest to jedna osoba. Wychyliłam nieco głowę. Kilka metrów przede mną dostrzegłam Nevrę i Lance'a idącego ramię w ramię. Wykonywali razem misje? Niewykluczone, jeśli Huang Hua chciała wszystkich tak zmuszać do polubienia smoka to mogło być nawet możliwe. Chociaż to dwaj szefowie, no dobra, wysoko postawieni strażnicy,  może to ma coś wspólnego z agresją tutejszych zwierząt? 
Z zamysłu wyrwał mnie głos Nevry. Taki zimny, nawet oschły. Gdyby nie słowa, które powiedział pewnie bym na to nie zwróciła uwagi.
- Nigdy nie była jakoś specjalnie użyteczna. Wiecznie pakowała się w kłopoty. Nie mogę powiedzieć by należała do atutów mojej straży. - Mówił o mnie, byłam tego pewna. Kto inny wiecznie lądował w przychodni? Tyle, że to nie moja wina! Ciekawe, jak on by sobie poradził gdyby nagle trafił na Ziemię. Byłby jeszcze bardziej zagubiony ode mnie, mogę się założyć.
Ku mojemu zaskoczeniu jego rozmówca wziął moją stronę.
- Chyba trochę przesadzasz. Zgadzam się, słyszałem o jej wiecznych wtopach, ale czy ostatecznie nie była najważniejszą częścią straży? - głos Lance'a brzmiał spokojnie. Nie tak jak w trakcie naszej ostatniej rozmowy, ale nie był ani trochę kpiący czy agresywny. Zaskoczył mnie, i to o dziwo pozytywnie. Jak to możliwe, że mój największy wróg wstawia się za mną przed facetem, którego darzyłam (i ciągle darzę) uczuciem? - Nie miała zbyt dobrych warunków do rozwijania, a i tak kilka razy dała mi się we znaki - nie jestem pewna przez odległość,  do tego zasłaniały mi trochę krzaki, ale przez twarz smoka chyba przemknęło coś w rodzaju uśmiechu.
- Krótki przebłysk - wampir wzruszył ramionami. Każde jego słowo bolało mnie coraz bardziej. Naprawdę tak o mnie myślisz Nevro? - Teraz wraca do tego co było, a nawet jest gorzej. Łazi z kąta w kąt i narzeka jak to ciebie nienawidzi, kłóci się z Huang Hua i nie jest ani trochę przydatna. Wcześniej była pełna energii i chociaż chciała działać mimo, że jej to nie wychodziło.  Teraz stała się kluchą, zupełnie jak Leiftan.. 

Więcej nie słyszałam. Zniknęli z mojego zasięgu. Docierały do mnie tylko ciche odgłosy łamanych gałęzi.
Będąc już zupełnie sama zjechałam na tyłek. Spojrzałam beznamiętnie w niebo przysłonięte gałęziami. Nie myślałam o niczym. Spod moich powiek wypływały łzy. Nie spodziewałam się, że kiedyś usłyszę od niego takie słowa. Nie powiedział mi tego nigdy w twarz. Zawsze mnie pocieszał, przytulał, wspierał. Kłamał. Teraz wiem, że wszystko co wtedy robił było kłamstwem. Nigdy nie byłam warta więcej jak zabawka czy mięso armatnie.

Jestem śmieciem..

Do pokoju dotarłam bardzo późnym wieczorem. Nie znalazłam wszystkiego czego chciał Purroy, nie spodobało mu się to, ale chyba dostrzegł moje podkrążone oczy i nie rzucił żadnej kąśliwej uwagi. Podziękował za to co dostał i puścił mnie wolno.
Jak zombie ruszyłam do siebie i zamknęłam drzwi. Chciałam się wziąć za siebie, a jakoś znowu się wywróciłam na pysk.
Zaczęłam myśleć, że Nevra ma rację. Nie byłam i nie jestem nikim specjalnym. Miałam po prostu farta siedem lat temu.

Podjęłam decyzję. Obym tego nie pożałowała.. 

Na stołówce pojawiłam się wraz z jej otwarciem, nikogo to nie dziwiło - nie miało też kogo. Pomogłam nieco satyrowi, a gdy tylko zaczęli się zbierać ludzie chętni na posiłek wzięłam coś dla siebie i zajęłam stolik blisko wyjścia. Dosłownie każdy kto miał zamiar tu wejść musiał mnie minąć. 
Oczywiście nie obyło się od spojrzeć, czego bardzo nie lubiłam, ale miałam cel, a najlepiej jeśli zrobię to od razu - zanim moje chęci uciekną i zastąpi je strach i szloch.

Dłubałam w talerzu jakiś czas. Musiałam przedłużać swój posiłek jak najbardziej. Ciągle się nie pojawiał. Gdzie jesteś? Wczoraj już tu byłeś o tej porze. Lance..

Jak przez ruch czarodziejskiej różdżki smok pojawił się. Gdy tylko mnie mijał podniosłam się. Teraz albo nigdy.
- Lance.. - udało się, odezwałam się do niego. Smok zwrócił nieco zaskoczony wzrok w moją stronę. Tylko nie zacznij się dusić, tylko się nie duś. Spokojnie Ana, będzie dobrze. Przecież od tego nie uciekniesz. Musisz być użyteczna. - J-Ja.. Chcę zacząć z tobą trenować.
Z chwilą wypowiedzenia tych słów poczułam, jak ulatuje ze mnie cały lęk. Na Wyrocznię, zrobiłam pierwszy krok!
Mężczyzna podszedł do mnie nieco. Tak będzie lepiej. Sama nie chciałam żeby wszyscy słuchali o czym rozmawiamy.
Starałam się na niego cały czas patrzeć, ale im dłużej to robiłam tym bardziej wykręcało mi kiszki. Jego spojrzenie prześwietlało mnie dokładnie. Te mrożące krew w żyłach oczy nie uciekały ode mnie nawet na chwilę. Czułam się nieswojo, zaczęłam wyginać palce. Szlag! 
- Dobrze, że się zdecydowałaś - w końcu się odezwał. Ku chwale Eldaryi! - Jest tylko jeden problem.. - Jaki problem? Nie stresuj mnie! Chcesz żebym znowu się osunęła na ziemię?! - Gdybyś zdecydowała się wczoraj to może bym to jakoś odkręcił, ale dziś zapadła decyzja. Wyjeżdżam na jakiś czas za kilka dni. Możemy zacząć dopiero po moim powrocie.. 
Wtedy stało się najgorsze. Szybciej powiedziałam niż pomyślałam.
- Pojadę z tobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne