piątek, 5 listopada 2021

8. Jesteś moją karą

 Idą smok, człowiek i coś na wzór elfa przez wieś.. 

Brzmi, jak początek idiotycznego kawału. Z resztą nawet nie jestem pewna czym jest Berius, ale jakoś głupio mi zapytać. 
W każdym razie zaraz po posprzątaniu nasza grupa rozproszyła się na wszystkie strony. Razem z chłopakami ruszyłam w stronę placu, który miałam okazję widzieć już z samego rana. Droga wcale nie była trudna, był widoczny z daleka. Niestety po stoiskach niewiele już zostało. Większość sprzedawców się już zebrała, pozostali nieliczni - w tym staruszka, od której mam wisiorek. W momencie, w którym spojrzałam w jej stronę jej głowa zwróciła się akurat w naszym kierunku. Posłałam kobiecie delikatny uśmiech ze skinieniem głową, odwzajemniła gest, a my szliśmy dalej. 

Tak jak mówił nasz przewodnik, którego od wczoraj żadne z nas nie widziało na oczy, ratusz był na wyciągnięcie ręki, a do tego oznaczony widoczną kamienną tabliczką.
Gdy tylko przekroczyliśmy jego próg powitała nas pulchna kobieta o rudych włosach, bladej skórze i ciemnych oczach. Lance się do niej zbliżył i powiedział po co tu jesteśmy, nie musieliśmy długo czekać a przyszedł do nas burmistrz. 
Szczerze to o mało nie wybuchłam śmiechem widząc jak rozmawia z naszym dowódcą, Berius chyba miał ten sam problem ponieważ był cały czerwony na twarzy. Co nas tak bawiło? Kolosalna różnica wzrostu. Smok miał, śmiało można powiedzieć, coś około dwóch metrów wzrostu podczas gdy jego rozmówca chyba nawet nie sięgał metra. Sięgał mu niewiele ponad kolana. Musiał wejść na specjalne schodki żeby nie wyglądało to tak tragicznie, jak na początku. Pewnie jest przyzwyczajony.
Tylko po Obsydianczyku nie było widać rozbawienia, od razu przeszedł do rzeczy. W przeciwieństwie do mnie na targu, nie bał się powiedzieć o moim pochodzeniu. Karzeł zrobił duże oczy i zaczął mi się uważnie przyglądać. Starałam się zachowywać naturalnie, ale czułam się bardzo niezręcznie i nawet zaczęłam wyginać te cholerne palce.
- No dobrze.. - zamlaskał mężczyzna i schodził ze swojego podwyższenia. - Chodźcie za mną. Wszystko co mieszkańcy znajdują i przynoszą jest trzymane pod kluczem. Jeśli będziecie chcieli to zabrać, nie będę ukrywał, odetchnę z ulgą. - Powoli ruszył przed siebie, a nasza grupka deptała mu po pietach. 

Wędrowaliśmy wąskim korytarzem, które zdobiły portrety. Każda z przedstawianych postaci była inna, kompletnie niepodobna, łączyła ich tylko broszka na ubraniach. Niskorosły idący przed nami miał taką samą, więc to muszą być jego poprzednicy. Większość z nich to byli mężczyźni, tylko jeden obraz przedstawiał kobietę, i to ostatni, przy drzwiach które burmistrz musiał otworzyć z wielu kłódek. Miałam dzięki temu czas aby przeczytać krótką notkę pod ramą. 
To co było tam napisane zmroziło mi krew w żyłach, a po ciele przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Jasnowłosa pełniła urząd zaledwie dziesięć dni i została zamordowana. Zabił ją człowiek, który właśnie był w pobliżu - Lance. Według informacji na tabliczce zginęła od przebicia mieczem, bo nie chciała wpuścić zamaskowanego mężczyzny do tutejszych piwnic zawierających cenne artefakty.
Poczułam rosnącą we mnie wściekłość, a wraz z nią ogromny gorąc pojawił się w moim ciele. Moje dłonie zaczęły iskrzyć i drżeć. Atak paniki? Ten był jakiś inny. Spojrzałam na smoka i napotkałam jego wzrok, który szybko spoczął na moich dłoniach. Początkowo zmarszczył brwi, ale szybko zrozumiał gdy krótko zerknęłam na podobiznę jego ofiary.
- Anastazja.. Proszę, uspokój się - zaczął się zbliżać. - To nie jest dobry moment. - Był spokojny, zbyt spokojny. Od moich dłoni biło coraz mocniejsze światło, nie panowałam nad tym. Znowu widziałam w nim potwora i mordercę. Kompletnie wyleciały mi z głowy jego słowa o zmianie, zapomniałam o zapewnieniach Huang Hua, był tylko jego mrok. - Ana.. - stanął przede mną, odruchowo się cofnęłam. - Oddychaj głęboko, załatwimy co mamy załatwić i porozmawiamy - wyciągnął w moją stronę rękę. Znów zrobiłam krok w tył i wpadłam na ścianę. Smok mnie dosięgnął i złapał za ramiona, czułam się przerażona. Patrzył na mnie tymi błękitnymi oczami i coś mówił, ale przestałam go słyszeć. Rozejrzałam się dookoła. Zarówno Berius i burmistrz patrzyli na nas, nie rozumieli co się dzieje. Wróciłam wzrokiem do Lance'a, jego usta ciągle się ruszały, ale do mnie nie dochodził żaden dźwięk. Poza jednym.. 
Zaczęłam słyszeć tą straszną melodię z dzisiejszego snu. Zaczęłam drżeć, a moje ciało przeszył ból, ten sam który już czułam - jakby tysiące igieł na raz wbijało się przez moją skórę. Trzęsącymi się dłońmi złapałam swoją twarz, moje światło zniknęło, a złość zamieniła się w panikę. 
Nagle straciłam grunt pod nogami. Lance wziął mnie na ręce i wynosił na zewnątrz. Nie miałam sił by panikować. Oparłam swoją głowę o jego ramię, poddałam się.

Po krótkiej chwili znaleźliśmy się na zewnątrz. Posadził mnie za budynkiem na zielonej trawie i kucnął przede mną. Wędrowałam tylko po nim wzrokiem nie mogąc nic powiedzieć, cały czas dygotałam. Poczułam jego dłonie na swoich polikach, nie podoba mi się to, do tego patrzył mi prosto w oczy. Mój oddech był niespokojny, musze się uspokoić. Panuj nad sobą Anastazja!
Opuściłam powieki. Zrób to co ostatnio, przypomnij sobie dziadka, myśl o tych pięknych melodiach których cię uczył.

Nie mam pojęcia ile minęło. Sekundy, może długie minuty. Nie słyszałam melodii wydobywającej się z pianina, nie widziałam ukochanego staruszka. Była tylko cisza i ciemność. Gdy powoli otworzyłam oczy widziałam Lance'a. Ciągle trzymał swoje dłonie na mojej twarzy i się wpatrywał. Przejął się? Nie wiem, ale tak to wyglądało. Zauważając, że jest lepiej szybko zabrał ręce.
- Dobrze się czujesz?- cały czas wlepiał we mnie gały. Zażenowana spuściłam głowę nie odpowiadając. Co mam powiedzieć? Chciałam być użyteczna, a właśnie odstawiłam najgorszą akcję jaką tylko mogłam. Kto wie, co pomyślał sobie nasz gospodarz. Nie chcę aby straż wpadła w konflikt z mojej winy, a mimo to nie pomagam. - Anastazja.. Spójrz na mnie. - Pokręciłam głową, nie mogę. - Posłuchaj, rozumiem o co chodzi. Rozpoznaje ją.. - ciężko westchnął i wygodnie usiadł obok, co dostrzegłam kątem oka. - I pamiętam doskonale, jak to wyglądało. Zabiłem ją jeszcze przed twoim przybyciem do Eldaryi. Ukrywałem się w tych górach przez jakiś czas, słyszałem plotki.. Według nich Tenpu miało być w posiadaniu czegoś co bardzo mogło mi pomóc wtedy w realizacji planu. Włamałem się, ale stanęła mi na drodze. Nie miałem pojęcia co tam robiła. Było sporo strażników i każdego bez problemu ogłuszyłem, ale z nią było inaczej.. - Podniosłam na niego wzrok. Wpatrywał się przed siebie i zaciskał pięść. - Nie mam pojęcia czy wiedziała, że przyjdę, może przeczuwała. Stała przed drzwiami i pierwsza rzuciła się w moją stronę. Zaczęliśmy walczyć, bawiłem się nią, dawałem czasem złudne wrażenie. W końcu się znudziłem, chciałem jak najszybciej przekroczyć te cholerne drzwi, wziąć co trzeba i uciec. Naskoczyłem na nią z mieczem w ręku, ale.. Może nie uwierzysz - rzucił mi krótkie spojrzenie. - Potknąłem się. Wyrżnąłem w ścianę i zakręciło mi się w głowie. Próbowała wykorzystać okazję i chciała mnie zabić. Tylko nieco podniosłem swoje ostrze, a ona się na nie nadziała. - Jego dłoń aż zbielała od zacisku, cały się spiął.
- Nie musisz mi tego opowiadać.. - położyłam dłoń na jego ramieniu. Drgnął i spojrzał na mnie. - Nie panowałam tam nad sobą, po prostu nagle mnie coś chwyciło. Przepraszam za problem, naprawdę nie chce być ciężarem. Zrozumiem jeśli..
- Nie - przerwał mi. - Nie odeśle cię do domku. Wzajemnie jesteśmy swoim kłopotem. Ja u ciebie wywołuje takie ataki, jak ten przed chwilą, a ty.. - zawiesił się. Naprawdę nie owijał w bawełnę, to jednocześnie godne podziwu i przerażające. - Doskonale wiesz co mi przypominasz. Chciałbym o tym zapomnieć, ale muszę to przejść. Więzienie nie jest najlepszą karą za to co zrobiłem. Ty nią jesteś. - Powiedział to tak pewnym głosem. Jego słowa odbijały się przez chwilę echem w mojej głowie. Jestem jego karą. Powinnam czuć satysfakcję, ale czuje się.. Źle?

Za budynkiem spędziliśmy jeszcze kilka minut. Już żadne z nas nic nie mówiło. Ja miałam szansę odetchnąć i uspokoić myśli, a Lance by rozluźnić mięśnie. 
Dopiero w drodze powrotnej do budynku zdecydował się przerwać ciszę. Musieliśmy coś wymyślić na usprawiedliwienie mojego ataku. Zasugerowałam klaustrofobię, lęk przed ciasnymi zamkniętymi pomieszczeniami. Chwile się zastanawiał, ale ostatecznie zgodził się na mój pomysł, w końcu korytarz był dość ciasny. 

Szybko dotarliśmy do Beriusa i karłowatego burmistrza. Stali tam gdzie ich zostawiliśmy, a drzwi były otwarte. Trzymałam się trochę z tyłu i dałam smokowi mówić. Przeprosił i wcisnął bajeczkę o moim lęku. Nie wiem czy uwierzyli, ale mało mnie to interesowało. Wolałam skupić się na zadaniu i starałam nie zerkać na portret kobiety. Lepiej żeby to się nie powtórzyło. 
Po szybkich grzecznościach weszliśmy do graciarni - trafniej nie da się nazwać tego pomieszczenia. Po prawej stronie stała duża szafa owinięta ciężkim łańcuchem, a przed nami były kupki jak na wysypisku. Całe pomieszczenie trochę je przypominało, a najgorsze, że wszystkie te przedmioty rozpoznawałam.
- Skąd macie to wszystko? - Berius zbliżył się do będącego najbliżej pękniętego telewizora. Chyba go wąchał i natychmiast się odsunął.
- Co jakiś czas pojawiają się w środku lasu. Za każdym razem w tym samym miejscu - odpowiedział otwierając kłódkę na szafie i metal upadł na ziemię z okropnym łomotem. - Tutaj mamy mniejsze przedmioty. Wszystko jest do waszej dyspozycji. Ja muszę wracać do obowiązków, przyślę do was kogoś.
Przeleciał wzrokiem po pomieszczeniu i wyszedł. 
Nie czekałam, aż ktoś przyjdzie na jego miejsce. Zaczęłam przechadzać się między kupkami i przyglądać tym śmieciom. 

- Nie widzę tu nic groźnego. To wygląda jak wysypisko śmieci albo złomowisko z Ziemi - po obejściu tego wszystkiego kilka razy zatrzymałam się przed telewizorem i zerknęłam na bruneta. - To urządzenie wyświetla obrazy, filmy. Ludzie spędzają przed nim wolny czas. To telewizor - położyłam dłoń na ekranie. - Zapewne popsuty.
- Reszta tych rzeczy też nie wygląda jakby była w dobrym stanie - Lance podniósł coś z ziemi. Gdy odwrócił się w moją stronę rozpoznałam w przedmiocie spalone żelazko. 
- Masz rację. To wszystko kojarzy mi się ze złomowiskiem - ze sterty sprzętu wygrzebałam myszkę do komputera. - Chociaż może bardziej wysypisko elektro śmieci. Nie wiem czy jakiś złomiarz kupił cokolwiek z tego.
- To źle czy dobrze? - niebieskie tęczówki zawiesiły się na mnie przez chwilę. 
- Obawiam się, że to fatalna wiadomość - westchnęłam i zbliżyłam się do szafy. - Czy to możliwe żeby otworzył się jakiś portal?
- Ostatnio dzieją się dziwne rzeczy, nie możemy tego wykluczyć - smok odłożył co trzymał i stanął za mną. - Dlaczego pytasz?
- Ponieważ jeśli ludzie się zorientują wykorzystają sytuację i wyrzucą tu wszystkie śmieci jakie znajdą. Eldarya zostanie zasypana ziemskimi odpadkami - zabrzmiało ponuro, nawet bardzo, ale taka jest rzeczywistość. Ziemianie nawet kosmosu nie zostawili w czystości.
Chłopcy już się nie odzywali. Musiałam zasiać w ich głowach niezły chaos. Podczas gdy tutaj wszyscy są pogodni i dbają o otoczenie, świat będący bardzo blisko jest kompletnie przeciwny i niszczy wszystko na swojej drodze.

Przeglądanie tego wszystkiego trwało w nieskończoność. Dodatkowo dostałam notes i musiałam wszystko spisać. Zaczęłam od szafy, w której znalazłam dwa telefony komórkowe, laptopy, a nawet drukarki. Na szczęście panowie się zlitowali i zaczęli pomagać. Musiałam im wszystko przy okazji tłumaczyć, a nawet literować, ale i tak w trzech ukończymy szybciej niż gdybym sama miała to wszystko robić. Potem przepisze się nasze listy w jedną i będzie wszystko wiadomo.

Od wyjścia burmistrza minęły pewnie jakieś dwie godziny, tak na oko licząc. Nie było tu ani okna ani zegarka, a przy pracy czas szybko biegnie. W każdym razie nikt na jego miejsce się nie pojawił. Może to była tylko wymówka, bo nie chciał z nami siedzieć, a może zapomniał. Nie ważne. Przynajmniej nikt się nie pchał pod nogami i sprawnie nam szło. 

Po skończonym liczeniu i spisywaniu odetchnęłam z ulgą. Ilość tego wszystkiego była przerażająca. Stare pralki, komputery, telewizory i wszystko co każdy przeciętny człowiek ma w swoim domu. Moje wątpliwości dotyczące miejsca ich pochodzenia znikały z każdym pojawiającym się zniszczonym sprzętem. 
Kilka razy wymknęło mi się marudzenie, a nawet przeklinanie na winnych temu wszystkiemu. Moi towarzysze nie bardzo rozumieli o co chodzi, dlatego opisałam im krótko z czym mamy do czynienia.
Lance był szczególnie zainteresowany falą śmieci, która może zalać ten świat jeśli ludzie odkryją taką możliwość. Nie miałam wyboru, a też nie chciałam tego ukrywać. Jest mi wstyd, ale nie wyrzeknę się swojego pochodzenia, tak jak smok nie cofnie czasu i nie wymaże swoich czynów sprzed siedmiu lat.
Opowiedziałam mu o licznych wysypiskach na Ziemi, o tym jak ludzie nie chcąc płacić za wyrzucanie niepotrzebnych rzeczy wywożą je nawet do lasu i zanieczyszczają środowisko, nie pominęłam też przestępców przewożących zanieczyszczeń z jednego kraju do drugiego czy brudnych plaż, ponieważ z oceanów i mórz wypływają nieczystości. Oboje wyglądali na zaskoczonych, ale to tak bardzo ludzkie. 
- Gdybym była na Ziemi i usłyszała w telewizji o kolejnym nielegalnym składzie odpadów, nie zdziwiłabym się. Nikt by się nie zdziwił. Możemy potępiać i wyzywać, ale w rzeczywistości przeciwstawne działania są na tak małą skalę, że nijak nie pomagają - zakończyłam swoją wypowiedź i kopnęłam klawiaturę idąc w stronę drzwi. - Może chodźmy już. Ten obraz jest zbyt przytłaczający. 
- Masz rację. Po tym co mówiłaś też nie czuję się tu komfortowo - Berius podniósł się z podłogi i zerknął na Lance'a. - Idziesz?
- Tak, tak.. - wyrwaliśmy go z zadumy. Od jakiegoś czasu stał przed szafą i przyglądał się jej zawartości. Powoli się odwrócił od niej i dołączył do nas. 
Opuściliśmy pomieszczenie.

Nie zdążyliśmy przejść dwóch metrów i przed nami wyrósł Martin, nasz przewodnik, który zapadł się wczoraj pod ziemię. 
- Już wyszliście? - Wyglądał na zmachanego. - Wybaczcie spóźnienie, miałem kilka zajęć, a burmistrz mówił, że się nie śpieszy.. - zrobił minę jak zbity pies. 
- Właśnie skończyliśmy, chcieliśmy trochę odsapnąć - zerknęłam po chłopakach. Zgodnie przytaknęli.
- Rozumiem.. - podrapał się po głowie. - To ja pozamykam i zapraszam was na pożywny posiłek. Stawiam. Wasi przyjaciele są już w karczmie. 
Berius klasnął w dłonie i zadowolony nimi potarł.
- Darmowej strawie nie powiem nie. 
- Świetnie. To poczekajcie tu chwilę - uśmiechnął się szeroko i poleciał zamknąć pomieszczenie. 

Wchodząc do karczmy nie dało się przeoczyć wnętrza wykończonego drewnem i solidnych stołów oraz ław, na których leżały, bardziej dla ozdoby, ciepłe koce, a w wielu miejscach były świece nadające klimat całemu lokalowi. Gdybyśmy byli na Ziemi na ścianach wisiały by wypchane głowy i poroża różnych zwierząt, ale tutaj były to głownie zioła i rysunki oraz obrazy przyrody.
Dookoła było słychać gwar i śmiechy, a szczególnie głośno zachowywali się nasi towarzysze podróży, którzy siedzieli w kącie pomieszczenia. Na ich stole stało dużo jedzenia oraz liczne naczynia po piwie i innym alkoholu. Dobrze się bawili, a dostrzegając naszą obecność Gorlas wstał i głośno zapraszał do zabawy. Byłam nieco zaskoczona, to pierwszy raz gdy się odezwał w mojej obecności, a do tego był tak radosny i szczęśliwy jak dziecko.
Śmiało ruszyliśmy w ich stronę i zajęliśmy wolne miejsca. W tym czasie Martin nas na chwilę zostawił, deklarując doniesienie świeżego jedzenia i kolejnej partii do picia. 
Przeleciałam szybko wzrokiem po towarzystwie. Żadne z nich nie miało za sobą tylko jednego piwa, wyglądali na nieco wstawionych i zaczepiali się wzajemnie. Nawet dostrzegłam jak Lance się lekko uśmiecha i bierze jeden kufel aby następnie wychylić jego zawartość wprost do swojego gardła.
To nie mój styl. Nigdy nie lubiłam tego typu spotkań, ale może to dobry moment by zyskać nowe znajomości. Jedno piwo jeszcze nikogo nie zabiło.

Gdy tylko Martin doniósł kolejny prowiant poczęstowałam się napitkiem oraz skubnęłam pieczeni. Uważnie się przyglądał mojej reakcji i nie mogłam zaprzeczyć, smakowało naprawdę wyśmienicie. Nie mam pojęcia co to jest, i może lepiej żebym nie wiedziała, ale w smaku dało się wyczuć słodycz przechodzącą w ostrawy posmak jakiegoś owocu lub warzywa. Uśmiechnęłam się szeroko i kiwnęłam głową.
- Jest naprawdę wyśmienite, a muszę przyznać, że nie bardzo ci wierzyłam.
Chłopak się roześmiał. 
- Nigdy nie kłamię jeśli chodzi o jedzenie i uczucia. Tego możesz być pewna - puścił mi oczko na co jedynie pokręciłam głową. Nawet nie wzięłam jeszcze łyku piwa, a nastrój mi się udzielił.

Pijąc i jedząc zaczęliśmy się bawić i rozmawiać. Nawet Nemora nie patrzyła na mnie morderczym wzrokiem, a Torin się szeroko uśmiechał. Wyglądało na to, że Lance wyluzował, ale nie dochodziło między nami do interakcji. Chyba oboje unikaliśmy spojrzeń w swoją stronę po tym co powiedział za ratuszem. W trakcie inwentaryzacji ludzkich odpadków wyglądało to nieco inaczej - obowiązki, ale teraz to był nasz czas wolny.
Nie przejmując się obecnością smoka siedzącego naprzeciw wdałam się w rozmowę z Martinem. Opowiedział mi trochę o tutejszych, ich pozytywnym podejściu do przyjezdnych i swojej pracy. Okazuje się, że mimo ojca kowala on poszedł inną ścieżką. Pracował w porcie i zajmował się papierkową robotą. Za każdym razem gdy cumuje jakaś łódź albo ktoś przybywa do Tempu on zajmuje się wszelkimi formularzami. Naszym przypadkiem również musiał się zająć, ale burmistrz podobno poprosił go aby osobiście zajął się naszą grupą i był do dyspozycji. Nie wnikałam w powody, może ich zwyczajnie nie było.
W przeciwieństwie do milczenia Gorlasa. Z trudem zwierzył się, że jest strasznie nieśmiały dlatego woli przebywać sam niż palnąć jakąś głupotę i potem umierać ze wstydu przez cały tydzień. Aby śmiało z kimś rozmawiać i się śmiać potrzebny mu jest alkohol, bo i tak potem niczego nie będzie pamiętał albo sporo dni znajomości, a to ostatnie jest naprawdę trudno osiągnąć nie rozmawiając. Jednak jestem w stanie go zrozumieć. Sama będąc dzieckiem uciekałam od innych. Z czasem to się zmieniało, ale nie byłam zwierzem imprez. 
Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, to dopiero tutaj, w Eldaryi udało mi się wytrzymać w centrum uwagi. Wybrana przez wyrocznię, jedna z ostatnich aengeli, wybawicielka..
To wszystko się za mną ciągło siedem lat temu i prędko nie zniknie, może nawet wcale. 
Przede wszystkim nie raz mówiłam publicznie, wszyscy słuchali co mówię, panikowałam, wyzwałam i próbowałam pomóc. Nigdy nie zapomnę momentu, w którym wyrzuciłam z siebie wszystko co leżało mi na sercu. Wtedy gdy cała Kwatera pogrążyła się we śnie, a razem z Karenn i Alajeą wypuściłyśmy jej siostrę, chciałyśmy ją ratować.
Nie wiem kiedy był taki mój przełom, nie dokładnie. Natomiast dokładnie pamiętam wszystkie te stresujące momenty, w których mimo wszystko dałam radę powiedzieć co myślałam i chciałam. Czasem mnie wysłuchano, innym razem chciano zabić, ale mogłam być dumna z tego, że podołałam.
Myślę, że i na Gorlasa kiedyś przyjdzie taki moment.

Do domku wracaliśmy późnym wieczorem. Chociaż wracaliśmy to chyba za dużo powiedziane, część z nas została w karczmie. Próbowali przekonywać abyśmy nie odchodzili, bo zaraz zaczną się tańce i będzie jeszcze lepsza zabawa, ale nie miałam ochoty. W efekcie szłam w towarzystwie Lance'a i Torina, którzy o czymś dyskutowali idąc przodem. 
Trzymając się z tyłu miałam okazję podziwiać widoki i pooddychać świeżym powietrzem. W karczmie nie było go za wiele, przy innych stołach goście palili jakieś fajki, które nie pachniały zbyt przyjemnie.
Na szczęście nie zataczałam się. Obyło się bez dużego picia. Męczyłam przez wieczór jedno piwo i dużo rozmawiałam. Dobrze się bawiłam, ale trzeba odpocząć. Nie sądzę aby kac wczorajszej nocy był wystarczającym usprawiedliwieniem dla mojego trenera jeśli weźmiemy się jutro za ćwiczenie. O ile w ogóle się weźmiemy. Mieliśmy to zrobić dzisiaj, ale widać jak nam wyszło. Spędziliśmy sporo czasu w zamkniętym pomieszczeniu, a potem daliśmy się zatrzymać na zabawie. 
Nie żeby mi to przeszkadzało, ale naprawdę potrzebuję lekcji. Im szybciej się z tym uwinę, tym lepiej. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne