poniedziałek, 28 marca 2022

27. Bolesne skutki

 Jak opuścić więzienną celę, której kraty dość dobrze się trzymają?

Na filmach zrobili by wielkie bum, potem pełną potyczek, i szczęśliwych splotów wydarzeń ucieczkę, aby na końcu bohaterowie wybiegli na jakiś dziedziniec i zostali otoczeni przez licznych żołnierzy wroga. 
Jak to wyglądało z nami?
Moc Lance'a jeszcze nie zdążyła wrócić, więc zaproponowałam, że sama spróbuję, ale odmówił. Nie wiadomo co byłabym w stanie zrobić, i wolał nie ryzykować.
Jasnowłosy próbował wystawić drzwi z zawiasów, ale cholerstwa mocno się trzymały.
Postanowiliśmy więc użyć nieco innego fortelu. Nie jest on bardzo cichy, ale chyba lepszy niż wielkie wybuchy.

Lance stanął w rogu pomieszczenia podczas gdy ja zaczęłam swoim, nieco uszkodzonym, butem uderzać o kraty. Dookoła rozchodziło się echo uderzeń.
Strażnik kilka razy krzyknął coś żeby się uspokoić, pogroził, że się przejdzie, aż w końcu nie wytrzymał i usłyszałam jego kroki. 
Przywaliłam jeszcze kilka razy i uciekłam w przeciwległy róg. Lance kiwnął do mnie głową i czekał w gotowości. 
Chwilę później przed naszą celą stanął rudy strażnik. Gdy tylko dostrzegł, że na środku zamiast dwóch więźniów znajdują się puste sznury, wszedł do środka. Był tak zaaferowany naszym zniknięciem, że nie spostrzegł jak Lance go dorwał i jednym chwytem zaczął podduszać do utraty przytomności. 
Potem szybko go związaliśmy na wysokości piersi, a gdy smok dodatkowo pożyczył sobie jego miecz opuściliśmy celę. 

Starając się zachować, jak największą ciszę rozglądaliśmy się za swoimi rzeczami. W sąsiednich celach siedziało kilka osób, dlatego żeby nie robili zbytniego hałasu, daliśmy jednej z nich pęk kluczy - podebrany rudemu. Nie musieliśmy długo czekać aż coraz więcej wychodziło ich na wolność.
Sami w tym czasie dotarliśmy do nieźle oświetlonego pomieszczenia, w którym znajdował się kominek, stojak z bronią po drugiej stronie, a na środku stał stół przy którym siedział drugi ze strażników, a przed nim jakaś plansza - przypominała nieco shogi.
- Pan sobie tutaj gra, a w celach zabawa na całego - odezwałam się. Dostrzegłam również nasze rzeczy rzucone w kąt pomieszczenia, wyglądały jakby zostały przeszukane. Wkurzyłam się, nie lubię jak ktoś robi coś takiego. 
Strażnik słysząc mój głos natychmiast się podniósł i spojrzał w naszą stronę. Nie miał nawet czasu na zareagowanie w jakiś sposób - Lance przywalił mu jednym solidnym ciosem prosto w twarz, co odcięło mu światło. Upadł na ziemię z hukiem, przewalając przy tym stolik.
- Niezły cios - posłałam smokowi uśmiech i brałam swoje rzeczy. 
- Różnie trzeba sobie radzić - również podniósł swój miecz, i kilka innych groźnych przedmiotów. - Musimy być teraz ostrożni. Nie trać czujności, ten popłoch pewnie już wydał naszą ucieczkę. 
Kiwnęłam jedynie głową, że rozumiem i ścisnęłam rękojeść Atarangi. 

Zaczęliśmy szukać wyjścia. Więźniowie, którym pomogliśmy uciec błądzili gdzieniegdzie, inni załatwiali między sobą jakieś porachunki i szarpali się. Spora ich ilość jednak zniknęła, więc musi być stąd jakaś ucieczka. Korytarze wydawały się jednak dużo dłuższe, i zimniejsze niż w rzeczywistości. 
Do czasu aż usłyszeliśmy brzdęk stali i krzyki.
Lance się wychylił by zbadać sytuację. 
- Sporo żołnierzy. Wygląda na to, że jest tam jakiś dziedziniec. Nie obędzie się bez konfrontacji. Uważaj - podniósł swój miecz. 
Nie skomentowałam tego, działałam zadaniowo. Z resztą po tej dziwnej sytuacji w celi, to było w tej chwili najlepsze. Nie mogę się rozpraszać, muszę skupić się na zadaniu. 
Kiwnęłam głową, a potem wszystko działo się szybko. 

Lance ruszył przodem, a ja tuż za nim. Trzymając się blisko siebie wmieszaliśmy się pomiędzy resztę więźniów, którzy odpierali ataki strażników pochodniami, kamieniami czy przypadkowo znalezionymi kawałkami żelastwa - ogółem nie mieli żadnych szans. 
W końcu jednak przyszedł czas, że i nasze miecze zabrzęczały od uderzeń. Nasi towarzysze zostali powaleni, lub na nowo pojmani, a my brnęliśmy naprzód odpierając kolejne ataki. 
Nie myślałam o niczym, to wszystko po prostu jakoś szło. Ze smokiem wzajemnie się ubezpieczaliśmy, czułam czasem jak stykamy się plecami. Szło nam niesamowicie, ale w pewnym momencie zaczęłam się martwić, że jest coś za łatwo. I właśnie w tej samej chwili znaleźliśmy się na środku jakiegoś placu. Dookoła były kamienne budynki, a na tarasach stały całe masy kitsune z łukami wymierzonymi w naszą stronę. Dojrzałam tylko jedno wyjście po prawej, ale równie dobrze obstawione. 
Zrobiło się filmowo, a przede wszystkim niebezpiecznie. 
Smok przywarł do mnie plecami, a w tym samym momencie drzwi na jedynym z balkonów się otworzyły. Na zewnątrz wyszedł Tenjin w otoczeniu straży.

- Sporego bałaganu mi narobiliście, nie podoba mi się to - donośny głos odbił się echem od zimnych murów. Król stanął przy metalowej barierce, a jego armia nas otoczyła. - Myśleliście, że tak łatwo wam pójdzie? Sądziliście, że dam uciec takim cennym okazom?!
- Nie masz żadnego usprawiedliwienia dla tego porwania! - Pomimo sporej odległości zaczęłam się z nim mierzyć wzrokiem. Na jego twarzy nie było widać żadnych emocji, a we mnie się aż gotowało. Gdybym tylko mogła rozszarpałabym go na strzępy. 
- Mylisz się. Straż uprowadziła moją żonę, zrobiła jej pranie mózgu i nie chce oddać. Jako odpowiedzialny król, muszę oddać swojemu ludowi królową, albo ją pomścić! - na koniec uderzył laską o podłoże, a ta błysnęła jasnym światłem.
- Naprawdę jesteś tak naiwny, i myślisz, że coś ugrasz? - tym razem to Lance zabrał głos. - W całej Eldaryi nikt nie darzy cię szacunkiem, wątpię by twoi właśni poddani go do ciebie mieli. Słuchają twoich rozkazów tylko dlatego, że muszą.
- Cisza! Straże! Aresztować ich! - wściekły wskazał na nas palcem, a żołnierze zaczęli się zbliżać. Przebiegłam po nich wzrokiem ściskając mocniej rękojeść swojego miecza. Na twarzach mieli pozakładane lisie maski, nie mogłam dostrzec ich wyrazu, ale krok był zdecydowany. 
Kółko wokół nas robiło się coraz mniejsze..

Potem wszystko działo się szybko.
Kilkoro zaatakowało chcąc nas obezwładnić, więc odparliśmy atak.  Z każdą chwilą dołączali jednak kolejni, przez co wychodziło nam to coraz słabiej. Zaczęliśmy przegrywać, a dodatkowo zostaliśmy rozdzieleni.
Lance gdzieś zniknął, nie dawałam już rady. 
Rozluźniłam palce chcąc puścić miecz. 
Wtedy usłyszałam ogromny wrzask razem z potężnym, znajomym rykiem. Natychmiast się odwróciłam, zaciskając swoją dłoń, i dostrzegłam niebieskookiego w swojej smoczej formie. Cudownie!

Obdysiańczyk zaczął machać ogonem i pluć ogniem na naszych przeciwników, odrzucał ich jednego po drugim. Nie marnowałam czasu, ruszyłam w jego stronę wykorzystując chwilowe zamieszanie wśród armii Tenjina.
Słyszałam, jak król coś krzyczy żeby nas powstrzymać, próbował wydawać rozkazy. Część żołnierzy rzuciła się z powrotem w moją stronę, ale Lance spostrzegł to i zaczął zmiatać ich swoim ogonem. 
Bez problemu znalazłam się przy nim, i wygrzebując z odmętów swoje zapasy sprawności wdrapałam na niego. Pomógł mi nieco skrzydłem, a gdy tylko znalazłam się na grzbiecie nie czekał długo.
- Trzymaj się mocno! - krzyknął, by po chwili zacząć wznosić się w powietrze. Mocno do niego przyległam.
Z każdym momentem znajdowaliśmy się coraz wyżej, wystarczy tylko osiągnąć wysokość większą niż mury i będziemy mogli wrócić na łódź, do swoich. Nie było to większym wyzwaniem. Tenjin nie przemyślał sprawy, że smok może mu uciec drogą powietrzną, a groty strzał, którymi strzelali łucznicy odbijały się od twardych łusek Lance'a.

Wylecieliśmy, a ja usiadłam prosto i się rozejrzałam. Dookoła była śnieżna pustynia, zero punktu odniesienia, poza czymś co przypominało jakiś obóz treningowy, może koszary. Na murach błysnęło mi coś jednak i przyprawiło o dreszcze. 
- Będą strzelać ogniem! Dasz radę przyśpieszyć?! - zerknęłam na pysk smoka. Z nozdrza wyleciał mu niebieski płomień, a ruchy skrzydeł stały się mocniejsze. Ciągle oglądałam się za siebie, i w sumie bardzo dobrze, że to robiłam. - Z twojej prawej! - krzyknęłam gdy w naszą stronę leciał płomienny pocisk. Lance niemal natychmiast zareagował ufając moim słowom i odbił w bok, aby kula minęła nas bez szwanku. 
- Będę się wznosił wyżej, uważaj! - poinformował, a zaraz za słowami poszły czyny. Przytuliłam się nie chcąc przypadkiem bawić w spadający meteor. Kątem oka dostrzegłam jedynie, jak kolejne pociski niecelnie nas mijają. Uciekliśmy. 

Smok ustabilizował swój lot, a ja zaczęłam się gapić w dół mając nadzieję.. 
W sumie na co, to nie wiem. Nie miałam pojęcia, gdzie jesteśmy i nie wiedziałam czy mój obecny środek transportu wie. 
- To chyba nasi - odezwał się nagle. - Po mojej prawej..
Wychyliłam się zaraz i spojrzałam, a Lance nieco obniżył lot. 
- Takiej bandy cudaków nie da się pomylić - uśmiechnęłam się pod nosem. 
Grupa zmierzała w stronę, z której lecieliśmy. Nie mam pojęcia po co, ale to raczej nie wróżyło nic dobrego. 

Lance zaczął się zniżać, co dostrzegła jedna z mrówek w czerwonych fatałaszkach - Mathieu. Widziałam jak skacze, trochę jakby robił pajacyki - machał rękami i nogami na wszystkie strony. Zatrzymali się, a mi nie podobała się liczba - było ich za mało. Włącznie z Edgarem nasza załoga to siedem osób, a tu były tylko trzy.
- Coś tu nie gra - mruknęłam, a smokiem wstrząsnęło. Krzyknęłam zaskoczona i się obejrzałam podczas, gdy bestia po prostu zaczęła spadać w dół. Machał jednym skrzydłem, a drugim jakby nie mógł, podczas gdy spory kawałek za nami maszerował Tenjin ze swoją armią. Chociaż maszerował to nieodpowiednie słowo - jechali na jakiś wielkich chowańcach przypominających z daleka białe niedźwiedzie. Król był na samym przodzie, machał swoją laską i rzucał w nas pociskami, które już miałam okazję zobaczyć. 
Nie dane mi było wszystkiego dobrze przeanalizować. Poczułam, że Lance się przechyla i mnie z siebie zrzuca. Z mojego gardła wydobył się paniczny krzyk, i kolejny gdy chwycił mnie łapami, a potem jakby otulił jednym skrzydłem. 
Parę sekund później słyszałam huk, poczułam uderzenie, a biały puch pomimo osłony nieco  zaatakował moją twarz.

Powoli wydostałam się z góry śniegu, jaka mnie przykryła. Całe szczęście pozostali do nas dobiegli, i Nevra pomógł mi się odkopać. 
W dole obok dostrzegłam Lance'a, który w okropnym grymasie bólu trzymał się za bark - musiał oberwać. 
Gdy wampir upewnił się, że ze mną w porządku razem z Mathieu podbiegli do niego.
- Wybity bark, trzeba to nastawić - mruknęła Koori, która jako pierwsza była przy smoku.
- Działajcie, nie mamy czasu - poszkodowany mruknął przez zaciśnięte zęby, i spoglądał na towarzystwo. 
- Będzie bolało - Nevra zaraz go złapał i bez zwłoki szybko wstawił kość na miejsce. Lance jedynie wrzasnął krótko nie powstrzymując się. 
- Reszta kości cała? A ty Anastazja?- Mathieu podniósł się zerkając na nas obu.
- Ze mną w porządku. Osłonił mnie - pokręciłam głową i napotkałam wzrok niebieskookiego. Nic więcej nie powiedziałam, jedynie uśmiechnęłam się nieco w niemym podziękowaniu. Chyba zrozumiał ponieważ odwzajemnił uśmiech i zaczął się podnosić. 
- Może lepiej nie dyskutujmy tu dłużej, bo zaraz nas dopadną. Powinniśmy stąd uciekać.
- Nie sądzę byśmy dali radę tak szybko biec, a ty nie powinieneś ryzykować - spojrzałam w stronę, z której nadchodził Tenjin. Był doskonale widoczny, chociaż dalej niż widać było to z góry. 
- Wszystko już jest na miejscu, dam radę. Będę odpoczywał, jak będziemy bezpieczni.
- Zgadzam się z Anastazją, ale i popieram Lance'a. Nie mamy z nimi szans, to za dużo.. - Koori nerwowo wstrząsnęła ogonami.
- Jesteś pewien, że dasz radę?- Nevra spojrzał na niebieskookiego. 
- Tylko ostrzegajcie przed pociskami - poruszył kilka razy ramieniem wyraźnie się krzywiąc.
Nie podoba mi się to.

Lance się przemienił, a zaraz potem ja i Koori wdrapałyśmy się na jego grzbiet. Kitsune objęła mnie w pasie i się przytuliła. Smok wzruszył kilka razy skrzydłem.
- Na pewno dasz radę? - zerknęłam na jego pysk. 
- Z gorszych kłopotów wychodziłem - poprawił się i podreptał w miejscu. Powoli zaczął się wznosić łapiąc Nevrę i Mathieu w swoje szpony. 
Panowie byli odwróceni tyłem do kierunku lodu, i robili za coś w rodzaju żywych kierunkowskazów. Jeśli będzie leciał pocisk z lewej - krzyczy człowiek, z prawej - wampir. Gdyby nie sytuacja, byłoby to zabawne.
Powoli znajdowaliśmy się coraz wyżej. Widziałam i czułam, jak ciężko mu to przychodzi. Przez najbliższe dni powinien chodzić co najmniej na temblaku, a tu już taki wysiłek. Komu ty chcesz zaimponować?!

Starając się nie wpaść w panikę zapytałam Koori o sytuację za nami. Zanim jednak zdążyła mi odpowiedzieć usłyszałyśmy krzyk Mathieu, a zaraz z nim Lance odbił w przeciwną stronę.

Z relacji dziewczyny nie powinniśmy być tak daleko, i jeśli przyśpieszymy zaraz im uciekniemy, ale był problem - Lance próbował, ale gdy mocniej uderzył skrzydłem miało się wrażenie jakby nogi krzesła się pod tobą łamały, ale tylko z jednej strony. Musiało go potwornie boleć. 
Szczerze zrobiło mi się go w tej chwili szkoda.

Po paru złamanych krzesłach, unikach i chwilach strachu, i  ogromnego bólu Obsydiańczyka, dostrzegliśmy statek. Od jakiegoś czasu mieliśmy spokój, udało nam się uciec wystarczająco daleko. Teraz musimy jak najszybciej odpłynąć, jak najdalej. 

Wylądowaliśmy.
Moje stopy spotkały się z ziemią, a raczej pokrywającym ją śniegiem. 
Lance niemal natychmiast zmienił swoją formę, i chwycił się za bolący bark.
- Chodź, dam ci coś przeciwbólowego - Koori go zaraz ciągnęła pod pokład. W tym czasie nasza reszta dołączyła do Leiftana, który czekał na nas na statku, i przygotowywaliśmy łajbę do podróży. 
Wszystko działo się w ekspresowym tempie, i równie szybko zaczęliśmy się oddalać od Genkaku. Kamień spadł mi z serca i spojrzałam na Nevrę. W końcu mogłam zapytać o to, co mi nie pasowało.
- Gdzie Edgar? Tak się boi, że się schował? - na moje pytanie wampir się nieco zmieszał. Dostrzegłam również, że obecny Mathieu i Leiftan zrobili dziwne miny. - Chłopaki? Wszystko w porządku? 
- Przykro mi, ale Edgar nie żyje..

czwartek, 24 marca 2022

26. Katharsis

 Ciemność i ciepło, chociaż może powinnam powiedzieć, mniejsze zimno otulało moje obolałe ciało. Niemiłosiernie bolała mnie głowa, a do tego coś strasznie wrzynało mi się w plecy. Nie byłam w stanie się ruszyć. 

Jęknęłam cicho i powoli otworzyłam oczy. 

Znajdowałam się w dziwnym pomieszczeniu, w którym ściany były z kamienia, podobnie jak podłoga. Dostrzegłam również kraty, które chyba służyły za wyjście. 
Uświadamiając sobie gdzie jestem natychmiast chciałam się podnieść, ale oplatające mnie liny skutecznie to uniemożliwiły. Dodatkowo usłyszałam za plecami niezadowolony warkot. 
- W końcu się ocknęłaś - rozpoznałam ten głos. Spojrzałam przez ramię i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. 
- Co ty tu robisz? I gdzie my tak właściwie jesteśmy? - Lance westchnął ciężko i powoli zaczął podnosić się do siadu. Leżeliśmy na boku w dość niewygodnej pozycji, więc sama podążyłam jego śladem, co we dwójkę było dużo łatwiejsze i skuteczne. 
- Jesteśmy więźniami Tenjina - zaczął się ruszać jakby chcąc poluzować więzy. Nie będzie to łatwe ponieważ mamy skrępowane dłonie, kostki i jesteśmy do siebie przywiązani na wysokości klatki piersiowej, dość grubym sznurem. 
- Ja to rozumiem, jestem skazana na nieszczęścia, ale ty.. Jakim cudem? - powędrowałam wzrokiem po naszej celi. 
Nie było tu dosłownie nic. Surowe ściany, gdzie na jednej z nich wisiał kinkiet z lampą, wejście w postaci krat i małe okienko niemal pod sufitem - również zaopatrzone w kraty. Światła było więc tu bardzo mało.
- Udało nam się uciec, jak zaczął się ten cały śnieżny pokaz. Wziąłem chłopaków na grzbiet i odlecieliśmy. W końcu reszta dotarła, ale bez ciebie. - W jego tonie było coś takiego, że mogłabym przysiąc, że wywrócił oczami, albo się skrzywił. Wolałam jednak dać mu kontynuować. Chciałam wiedzieć, co się działo. - Koori wpadła w panikę, że cię zgubiła. Do tego Nevra niepotrzebnie dał się ponieść. W każdym razie ruszyłem cię szukać. Jak amator dałem się podejść i oto jestem - wzruszył ramionami, przez co elementy jego zbroi boleśnie wbijały mi się w ramię. 
- No dobra, ale z twoimi umiejętnościami.. Przecież już dawno mógłbyś nas obu uwolnić - poruszyłam lekko bolącym barkiem. - I nie wbijaj mi się tak bardzo w plecy, to trochę boli.
- Wybacz - zastygł w bezruchu. - A co do uwolnienia.. Próbowałem już kilka razy, ale jest pewien problem. Pamiętasz zaklęcie Miiko, które rzuciła po tym jak mnie schwytano? Wygląda na to, że tu też jest im znane. W chwili obecnej nie bardzo jestem w stanie coś zrobić. 
- Czyli jesteśmy skazani na ich łaskę?
- Póki czar nie przestanie działać. No chyba, że jakoś inaczej uda nam się pozbyć tego sznura. 
Kiwnęłam głową, chociaż wiem, że nic mu po tym - w końcu mnie nie widzi. 
- Byłeś przytomny i wiesz mniej więcej gdzie jesteśmy, czy podobnie jak ja..?
- Obudziłem się, jak tylko mnie tu wrzucili. Nie wiem wiele więcej niż ty. Tylko tyle, że naszą broń zaniósł gdzieś niedaleko i skręcił w lewo. Niedługo później przynieśli ciebie i oto co mamy. Uprzedzając twoje pytanie, jest dość późno. Do łodzi dotarliśmy po zmroku, więc nie zdziwiłbym się jakby zaraz zaczynało wychodzić słońce. 
- Rozumiem.

Po wymianie kilku zdań zapadła cisza. Obu nas martwiła obecna sytuacja. Nie mam pojęcia o czym myślał smok , ale ja rozglądałam się po naszej celi szukając chociaż najdrobniejszego szczegółu, czegokolwiek co może nam jakoś pomóc. Niestety na marne. 
Ściany z kamienia może nie są równe, ale żeby przeciąć sznur to raczej za mało.

Spojrzałam na swoje nadgarstki, może uda mi się poluzować więzy. Zaczęłam nimi ruszać, pocierać o siebie przedramionami, próbować rozciągnąć sznur, nawet spróbowałam zębami atakować supeł. Przy tym wszystkim chyba się za mocno zaczęłam kręcić, ponieważ mój towarzysz się odezwał po dłuższej chwili. 
- Co ty wyprawiasz? 
- Próbuję uwolnić swoje dłonie, a ty? - spojrzałam przez ramię. Można powiedzieć, że spotkaliśmy się oko w oko, ponieważ głowa smoka znalazła się z tej samej strony, a nasze twarze nieco zetknęły. - Nie chcę marnować czasu, aż zaklęcie przestanie na ciebie działać. 
- Poranisz się przy tym albo uszkodzisz, a jak przyjdzie czas prawdziwej ucieczki będzie problem.
- Z gorszych tarapatów wychodziłam - odwróciłam głowę wracając do swoich rąk wzrokiem. - I to większość zawdzięczałam tobie, a jakoś dałam radę. 
- Pamiętam to nieco inaczej - prychnął. - Zwykle ktoś ci pomagał, ratował tyłek. Sama byś sobie nie poradziła. 
- Nie jestem przecież aż taką ofiarą losu - spojrzałam na swoje nadgarstki, na których pojawiły się czerwone ślady. 
- Nie porównuj dzisiejszej Anastazji, do tej którą byłaś kiedyś. W każdym zachodzą jakieś zmiany. Kiedyś odwaga i brak doświadczenia, a dziś masz go zdecydowanie więcej. Nie mówię o technicznych umiejętnościach, bo te będziesz zdobywała całe życie, ale w sytuacji prawdziwego boju.. 
- Nie będę się czuła pewniej - przerwałam mu. - Każda wymiana ciosów z kimś, kto naprawdę chce zrobić krzywdę, to chyba nie jest coś do czego będę mogła przywyknąć. 
- Z każdą kolejną potyczką twoja pewność siebie będzie rosła. Spojrzysz rywalowi prosto w oczy nawet jeśli ten ktoś skrzywdzi ci kogoś bliskiego, i będziesz w stanie mu się za to odegrać. Może teraz tak myślisz, ale czuję, że nie raz sama siebie zaskoczysz. Z resztą kiedyś ci się już to zdarzyło..
- To tylko przebłyski - przymknęłam oczy odchylając głowę do tyłu. Oparłam ją lekko o Lance'a, ale nie wykręcał się. Dla nas obu pozycja była niewygodna i uciążliwa. Chciałabym się może położyć na chwilę, ale pewnie szybko będę chciała znowu wstać i tylko wkurzę tym swojego towarzysza. Mam nadzieję, że szybko uda nam się stąd uciec - już nie ważne jakim sposobem, czy drogą.

- Na statku mówiłaś szczerze? - nagle ciszę przerwał głos smoka. Otworzyłam oczy i zmarszczyłam brwi. O co mu chodzi? - Wtedy gdy mówiłaś o akceptacji.. Czy byłaś szczera, że zaczynasz się do mnie przekonywać? - poczułam ruch za sobą, chyba próbował zerknąć na mnie.
- Cóż.. - wypuściłam powietrze. Nie chcę palnąć głupoty, ale nie ma co go okłamywać. - Huang Hua mnie o to prosiła, żebym pogodziła się z faktami, ale.. 
- Jesteś oddana przyjaciołom, nawet tym nieobecnym - wtrącił. - To mnie w tobie dziwiło, wiesz? Szybko się zaaklimatyzowałaś, pogodziłaś z losem, a potem byłaś w stanie oddać życie za to miejsce. 
- Co miałam innego zrobić skoro i tak wszyscy mnie zapomnieli, i nie mam jak wrócić na Ziemię? Może nie pogodziłam się z losem, ale przez to, jak szybko wszystko się działo, musiałam też szybko przywyknąć do otoczenia. Zacząć nowe życie - więzy na moich rękach nie powstrzymywały w żaden sposób moich głupich palców i zaczęłam je odruchowo wyginać. Da się nad tym zapanować? Jakieś wskazówki?  
- Popsułem tobie i Nevrze plany? 
- Co? Jakie plany? - aż mnie dreszcze przeszły. Musimy o tym rozmawiać? Nie mam ochoty.
- Byliście razem, a z boku wygląda to na poważną przeszłość. Słyszałem też, że chodził pod kryształ. Z resztą nie on jedyny.. 
- Nie wiem czy on miał jakieś zamiary - westchnęłam ciężko. - Może mnie wręcz uratowała ta sytuacja. Patrząc na niego mam wrażenie, że nigdy nie był w stanie się zmienić. Ten wieczny podrywacz i zabawiaka chyba nigdy by nie zniknął.
- Sama nie myślałaś poważniej o tym wszystkim? Podobno, jak się jest zakochanym snuje się różne plany - jego ton zabrzmiał nieco dziwniej, do tego głos jakby stracił na sile.
- Nie myślałam o czymś takim. Wtedy ważniejsze było, czy w ogóle będzie coś za kilka miesięcy, tygodni, następnego dnia. 
- A teraz?
- Teraz jestem sama, nie mam z kim snuć wielkich planów na przyszłość. Marzę jedynie, aby wszystko się uspokoiło, żebym mogła spokojnie usiąść i odpocząć. Bez Straży nad głową, bez walk, po prostu w ciszy..
- Brzmi jakbyś już miała dosyć, a ledwo wróciłaś.
- Tak jest - teraz to ja spróbowałam spojrzeć na niego. - Czuję, że jeszcze mnie tu coś czeka, że to nie wszystko co Eldarya dla mnie przygotowała. Nie będę się kłóciła z przeznaczeniem. Mam tylko nadzieję, że tym razem nie stracę kolejnych lat i jak już uda mi się z tym uporać, to będę mogła opuścić Kwaterę Główną i osadzić się gdzieś, gdzie sama będę chciała. 
- I to wszystko sama? Zdajesz sobie sprawę, że najpewniej szybko zginiesz? - cicho się zaśmiał.
- Skąd ta pewność? Skoro świat się tak zmienia, to może wtedy już jakoś będzie to wszystko pogodzone?
- No dobrze, ale co dalej? Co będziesz robiła? Poza Strażą nie masz przyjaciół czy znajomych. Z tego co wiem, to nie masz nawet chowańca, prawda? - odwrócił głowę, a ja swojej nie zabierałam, znowu nasz wzrok się zetknął.
- Nie mam, ale jest ich cała masa, która chciałaby mieć kogoś, kto będzie karmił i rozpieszczał. To najmniejszy problem - pokazałam mu krótko język. - Taki jesteś mądry, a sam co? Próbujesz teraz odpokutować swoje winy, rozumiem. Staram się to dostrzegać i słuchać słów twojego brata, a nie Huang Hua, i nie być taka ostra, ale.. Chcesz być tylko żołnierzem na posyłki? Naprawdę? Zero własnego zdania, przekonań, wizji na życie, na świat?
- O co chodzi z moim bratem? To nie pierwszy raz, jak o nim wspominasz. Wiesz coś o Valkyonie, czego ja nie wiem? - szybko podłapał temat.
- Masz zamiar teraz zignorować moje pytania?- prychnęłam uciekając wzrokiem. 
- Odpowiem ci na nie, ale wyjaśnij mi najpierw. Powiedz o co chodzi - zabrzmiał trochę surowo. Dobra, sam tego chciałeś.
- Miałam z nim kontakt, a przynajmniej tak mi się wydaje - zaczęłam. - Myślałam, że to był zwykły sen, ale często się powtarza, i z każdym kolejnym razem przekonuję się bardziej, że to może być moje wspomnienie. 
- Co widzisz w tym śnie? - czułam za plecami delikatny ruch.
- Valkyona - przyciągnęłam do siebie kolana. Chciałam się o nie oprzeć, ale to było niemożliwe, więc skubałam nogawkę swoich spodni.  - Wszystko dzieje się w jego ulubionym miejscu, przy Stuletniej Wiśni. Stoi tam i na mnie patrzy, ale jest niezbyt wyraźny. Jakby obecny był jego duch, a nie ciało. Wiesz.. Jego postać przypomina trochę Fafnira, tyle że w ludzkiej formie. - Czułam jak w moich oczach zaczynają się zbierać łzy. Tylko tego mi brakowało, żebym się tu teraz popłakała. Zamrugałam kilka razy aby to powstrzymać i kontynuowałam, Lance milczał cały ten czas. - W tych snach zawsze mówi, że jest pogodzony ze swoim losem, że czuje spokój. Przepowiednia dotyczyła was obu, ale tylko on ją zrozumiał. Wierzył, że znajdziesz równowagę i odkupisz swoje winy. Do końca miał cię za swojego brata, nie wyrzekł się ciebie. Prosi mnie żebym nie była dla ciebie zbyt surowa, jeśli spotkamy się ponownie. Był przekonany, że dam radę - nie wytrzymałam, strumienie łez zaczęły lecieć po moich polikach. - I to wszystko, przynajmniej z rzeczy dotyczących ciebie. Czasem się budzę szybciej, czasem później, i wizja bywa porwana, ale zawsze mówi to samo. Zawsze jest dla ciebie wyrozumiały..
Po moich słowach zapadła cisza. 
Smok w jej czasie ani drgnął, moje słowa może jakoś na niego wpłynęły. Nie miałam tego jak zobaczyć. 
Sama natomiast starałam się powstrzymywać kolejne łzy. Na wspomnienie złotookiego ściska mnie w żołądku. To się chyba nigdy nie zmieni, ponieważ był świetnym przyjacielem, a dziś nie ma po nim żadnego fizycznego śladu. Nie wiem gdzie go pochowali, co stało się z Floppy, czy rzeczywiście odszedł spokojny. Pominięty bohater..

- Chciałbym wiedzieć, że naprawdę mi wybaczyłeś - usłyszałam szept Lance'a. Był tak cichy, a jednocześnie naładowany bólem, że przeszedł mnie dreszcz. 
- Jedyne miejsce, które mogłoby nam obu pomóc ukoić swoje wątpliwości zniknęło - wtrąciłam krótko zerkając na towarzysza przez ramię.
- W końcu odnajdę Memorię, nie odpuszczę.
- Jakim cudem? Podobno nie ma po niej żadnych śladów.
- Straż jej nawet nie szuka - mruknął. - Huang Hua uznała, że są teraz ważniejsze rzeczy. Odpuściła poszukiwania miejsca, które może być najcenniejsze w całej Eldaryi. - Czułam, że nie podoba mu się ta decyzja. Chociaż to może najłagodniejsze z określeń.
- Zrezygnowała ze smoczej wiedzy? Przecież to nie ma sensu.
- Próbowałem uzmysłowić im to samo, ale nie miałem sojuszników. To było krótko po moim powrocie do straży.
- Czyli szukasz jej na własną rękę? 
- Tak, chociaż nie powinienem - wypuścił głośno powietrze. - Dostałem jasne zadania i ograniczenia, ale są faeries, które nie zwracają na to uwagi. Wynająłem kilku, którzy szukają wyspy, wymieniamy się informacjami. 
- Z jakimi rezultatami? - utkwiłam wzrok w swoim bucie. 
- Słabymi. Za parę dni powinienem dostać nowe informacje. Liczę, że będą lepsze niż poprzednio. 
- Gdybym mogła jakoś pomóc, zrobić cokolwiek.. Powiedz. - Mówiłam szczerze. Jeśli będzie trzeba wstawie się i winę za wszystko wezmę na siebie. Informacja, że Huang Hua zrezygnowała z tych poszukiwań jest rozczarowująca. Przecież nikt z członków Lśniącej Straży nie posiada takiej wiedzy, jaka kryje się na tej małej wyspie. Nikt z nas nie zna tak doskonale historii tego świata. Nie mają zielonego pojęcia o przeszłości i przyszłości, a rezygnują z tak cennego miejsca. 
- Chcesz brać udział w czymś wbrew prawu? - zabrzmiało to jak kpina. 
- Chcę brać udział w czymś słusznym, czymś co i tak powinno mieć miejsce - spojrzałam przez ramię. Lance również był odwrócony w moją stronę. 
- Dobrze. W takim razie jesteśmy wspólnikami - kącik jego ust poszedł delikatnie w górę. 
- A można wiedzieć, w jakiej sprawie? Niestety przyszedłem za późno - do naszej rozmowy wtrącił się trzeci głos.

Miałam ochotę kopnąć go między nogi, rzucić o ścianę i zrobić sobie z niego manekina do ćwiczeń z mieczem. 
Zapytacie pewnie, na kogo mogłabym się tak zdenerwować?
Nikogo innego, jak naszego durnego gospodarza - króla Tenjina, pfu!

Niespodziewanie wszedł do naszej celi w towarzystwie dwóch ochroniarzy, i starszego kitsune. Ten ostatni, podpierając się drewnianą laską zaraz stanął naprzeciw smoka. Słyszałam jedynie, jak coś mruczał, być może używał zaklęcia.
W tym czasie blondyn kucnął przede mną z wrednym uśmieszkiem na twarzy.
- Warto było się tak do mnie odzywać? - złapał mnie boleśnie za podbródek. Szybko wyrwałam głowę i odwróciłam ją w bok by na niego nie patrzeć. 
- Po co ta cała szopka? Powiedz od razu czego chcesz od naszej dwójki, a nie będziesz grał w idiotyczne gierki - mruknęłam. Starałam się dostrzec co z Lancem, ale widziałam jedynie jasną poświatę przez moment. 
- Z szacunkiem do korony - Tenjin siłą odwrócił w swoją stronę moja twarz i trzymał boleśnie. 
- Korony, która nie należy do ciebie, a do Koori - splunęłam mu w twarz. Odskoczył wściekły i wytarł ją szybko.
- Jak śmiesz, szmato?! - jego laska błysnęła jasnym płomieniem. 
- Tylko ją tknij, a się z tobą policzę! - Lance się poruszył i siłą zmienił naszą pozycję. Teraz oboje byliśmy bokiem do władcy i mogliśmy na niego spojrzeć. 
- A co mi zrobisz? Według mojego podwładnego - wskazał na starca - jesteś w tej chwili ciągle słaby i bezużyteczny. 
- Radzę ci go nie lekceważyć, nawet z chwilowym zanikiem jego mocy - wtrąciłam. 
Tenjin spojrzał w moją stronę. Na jego twarzy pojawił się obrzydliwy uśmieszek.
- Nie lekceważę, cukiereczku. Jestem na niego odpowiednio przygotowany, bo na ciebie nie muszę. Jesteś zbyt słaba by w jakikolwiek sposób zagrozić mi, czy moim żołnierzom. 
- Skoro tak sądzisz, przecież nie będę podważać twojego braku autorytetu - wywróciłam oczami. Lance cicho prychnął, a do blondaska jakby nie dotarły wszystkie moje słowa, wyprostował się dumnie. 
- Mógłbym was tu teraz zabić, ale mam lepszy pomysł.
- Potrzebujesz karty przetargowej - tym razem to Lance zabrał głos. - My za Koori..
- Mała poprawka - pochylił się do niego. - Jedno z was zostanie moją zabaweczką, drugiego wymienię na swoją żonę. Pozostaje wam zgadywać, kto będzie na którym miejscu - puścił oczko i zaczął wychodzić. Reszta świty zniknęła za rogiem razem z nim, a strażnik zamknął kraty. 
Zacisnęłam wściekła pięści i kopnęłam w ścianę, którą miałam na wyciągnięcie nogi.
- Spokojnie, właśnie o to mu chodziło - smok zaczął mnie ciągnąć do tyłu.
- Wiem, ale wątpię by tylko tego chciał. Pewnie już posłał kogoś na statek, lepiej żeby nie przyszły im głupoty do głowy.. 
- Tym bym się nie martwił, będą rozsądni. 
Westchnęłam ciężko i zamykając oczy odchyliłam głowę do tyłu. Natknęłam się na smoka, a ponieważ nie wyglądało jakby miało mu to w tej chwili przeszkadzać na moment się tak oparłam. Nawet jego kolczaste naramienniki przestały mi w tej chwili przeszkadzać. 
Musiałam się wyciszyć i zacząć spokojnie myśleć. 
Najlepiej by było jakbym była w stanie obudzić swoje moce i nas stąd wydostać. 

- Chciałbym odpokutować swoje winy, i jedynie przydać się Kwaterze, nie liczę na nic więcej. 
- C-Co? - otworzyłam oczy, jak nagle obudzona i się rozejrzałam. - Przepraszam, ale odcięłam się na chwilę. O czym ty mówisz? 
- Pytałaś o moje plany na przyszłość. Odpowiadam.
- Naprawdę chcesz teraz do tego wracać? - spojrzałam przez ramię.
- Przerwał nam rozmowę. Ty opowiedziałaś o czymś, co zapewne nie jest dla ciebie wygodne. Dla mnie moja przyszłość to równie ciężki temat.
- Zostałeś wypuszczony z więzienia, wygląda dużo jaśniej, niż jakbyś w nim pozostał. 
- Masz rację, ale mimo to wielu wie kim byłem, nie zapomną tego. Sam także muszę z tym żyć.. 
- Jak ci to wychodzi póki co? 
- Chyba nie najlepiej, ponieważ Karuto ciągle eksperymentuje z moim jedzeniem - cicho się zaśmiał, chociaż było to raczej gorzkie. Faktycznie kucharz pomimo neutralnego zachowania bezpośredniego, wyraża w ten sposób swój żal do smoka. - Rozumiem go, tak samo, jak rozumiem ciebie. I to chyba na odkupieniu u twojej osoby mi najbardziej zależy, chociaż to może złe słowo.. - poczułam delikatne szarpnięcie do tyłu, jakby się zgarbił. - Wiem, że pewnie mi się to nie uda, nie liczę na nic specjalnego. Chcę ci jednak udowodnić, że nie jestem już tym potworem sprzed siedmiu lat.
- Dlaczego akurat mi? Nie powinieneś przede wszystkim sobie? - wtrąciłam. 
- Ponieważ nikt lepiej nie zauważy jeśli coś pominąłem. W ciągu tych lat nie wyzbyłem się całkowicie siebie. Zmieniłem podejście do jednych rzeczy, tych ważniejszych, ale część została. Jestem spokojniejszy, popracowałem nad tym, ale ciągle mnie irytują różne rzeczy, a to już nie przychodzi tak łatwo. Podejrzewam, że jakby ktoś użył na mnie tego wszystkiego, to Ashkore mógłby wrócić chociaż na moment..
- Właśnie..- zerknęłam przez ramię. - Dlaczego cała Kwatera używa imienia Ash, jeśli chodzi o wojnę? Kto to wymyślił? 
- Huang Hua - Lance również spojrzał prostując się. - Uznała, że tak będzie lepiej. Nie chciała aby dzieciaki uczyły się nienawiści do mnie od swoich bliskich. Tak, jak starsi wiedzą o kogo chodzi, tak im ta wiedza ma nie być przekazywana. 
- Niby logiczna, ale jednak cenzura - pokręciłam głową. 
- Nie wiem czy do końca zrozumiałem to określenie, ale morze trochę słuszna. Publiczny lincz to nie jest najlepsze, co społeczeństwa wymyśliły przez wieki. 
- Jak, w takim razie, wyglądały twoje początki, po wyjściu z więzienia? - zaczęłam skubać nogawkę swoich spodni. Przypadkiem dotknęłam swojej nagiej skóry pod nimi i przeszedł mnie dreszcz. Szczerze nie zdawałam sobie do tej pory sprawy, jak bardzo zimno tu jest. O wiele cieplej niż na dworze, ale temperatura nie rozpieszczała. Żebym tylko nie złapała tu jakiegoś choróbska z tego wszystkiego.
- Jak się domyślasz było wielu przeciwników tej decyzji, ale wszyscy ufają Huang Hua. Zdarzyło się, że ktoś mnie zaczepił na rynku czy w schronisku, ale robiłem swoje. Nie prosiłem się o to, za swoje czyny powinienem zgnić w tej klatce, ale skoro uznała, że jestem potrzebny..
- Skąd to ślepe zaufanie? - zapytałam zawieszając wzrok w martwym punkcie. Zastanawia mnie fakt, że wszyscy tak bardzo ufają fenghuang i nie chcą jej kwestionować.
- Słucham?
- Do naszej liderki. Dlaczego tak bardzo za nią jesteś?
- Ponieważ zobaczyła moją zmianę, chce mojej pomocy, i pierwsza mi zaufała po tym wszystkim. To dziwne? 
- Jeśli chodzi o mnie, to mam pewne wątpliwości. 
- Rozumiem, i mam nadzieję, że znikną gdy dłużej zaobserwujesz jej pracę. Ona też zmieniła się od tamtych dni. Przez jakiś czas była jedną z najczęściej odwiedzających.. - urwał nagle. - Czy ty i Leiftan..? Jak to wyglądało, jak byliście w Krysztale? Pamiętasz cokolwiek?
Jego nagła zmiana tematu mnie zaskoczyła
- Chciałabym, ale nic z tego - przejechałam dłonią po bucie, jakoś tak odruchowo. Na pięcie poczułam coś w rodzaju metalowego podkucia. Blaszka? Dlaczego wcześniej nie zwróciłaś na nią uwagi, debilko? Zaczęłam przy niej grzebać równocześnie nie ignorując rozmówcy. Wolę nie zapeszać. - To wszystko było jak sen. Pamiętam jedynie, że złapałam Leiftana za dłoń i razem weszliśmy. Potem było światło, a dosłownie chwilę później ból po spotkaniu z twardym podłożem, znowu światło, a na koniec budzę się w przychodni. 
- Czyli masz sporą lukę w życiorysie.. 
- Żeby to pierwszą. Moje życie na Ziemi przepadło, a tutaj nie ma żadnego znaczenia to czego się uczyłam tam. To kolejny ubytek..
- Nigdy nie wiadomo, kiedy życie może nas zaskoczyć - odpowiedział, a ja już prawie urwałam blaszkę. Cholerstwo dobrze się trzyma.
- Może masz rację - szarpnęłam nieco mocniej, i natychmiast pożałowałam. Co prawda blaszkę urwałam, ale głupia rozcięłam sobie dłoń i jęknęłam z bólu.
- Co ty tam wyprawiasz? Czuje, że się ciągle kręcisz - Lance w końcu zwrócił uwagę.
- Zaraz będziemy wolni, jeśli Wyrocznia ciągle czuwa - ignorując lecącą krew, podniosłam kawałek metalu. Nie obyło się bez problemów, ale w końcu zaczęłam trzeć nią linę na swojej piersi.
- Obawiam się, że nie ma jej już tam, gdzie ostatnio - wtrącił. - Nikt ci nie mówił?
- O czym mieli mówić?- rzuciłam jedynie krótko, wolałam skupić się na sznurze. 
- Ty i Leiftan zniknęliście w krysztale, a po Kwaterze kręci się mała dziewczynka. Nazwali ją Ophelią, ale w rzeczywistości nikt nie wie kim jest, skąd się wzięła, do nikogo się nie odzywa. Pojawia się i znika, ale jej energia..
- Co z nią nie tak? - ku mojej radości zaczęłam widzieć efekty swojego wysiłku. 
- Sam nie byłem wystarczająco blisko, aby to poczuć, ale podobno przypomina właśnie Wyrocznię. Między innymi dlatego mnie ciekawi, czy coś pamiętasz pobytu w krysztale. Może wasza dwójka znałaby kilka odpowiedzi.
- Niestety - zacisnęłam mocno wargi. Jeszcze tylko trochę. - Możesz spróbować szarpnąć ją kilka razy? Może się zerwie.. 
Jak na zawołanie, Lance zaczął się wiercić i napinać. Nie było to dla mnie zbyt przyjemne, ale skoro jest już naruszona, to może prędzej czy później się uda. 

Pękła! Po dobrych kilkunastu minutach tarcia, krwawicy i wiercenia, w końcu mogliśmy się od siebie odsunąć, by następnie wzajemnie uwolnić swoje dłonie. 
- Dobrze sobie poradziłaś - niebieskooki spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem. 
- Ktoś musiał nam uratować tyłki, skoro ty dałeś ciała - puściłam oczko uśmiechając się zadowolona. Byłam z siebie szczerze dumna w tej chwili. 
- Nie mów, że nie podobała ci się nasza rozmowa. Przecież było całkiem przyjemnie. 
- Przede wszystkim było dziwnie - pomasowałam nadgarstki i podeszłam do krat, by się nieco rozejrzeć. - Jestem skołowana, a to też nie najlepszy moment żeby myśleć o tym wszystkim. 
- Jeśli cię to peszy, to możemy o niej zapomnieć - czułam, że Lance stanął tuż za mną. - Byłem jednak całkowicie szczery..



piątek, 18 marca 2022

25. Zamieć

 Zbiegliśmy na dół niemal w ekspresowym tempie. Po drodze Lance wyjaśnił mi krótko, że widział ludzi Tenjina zmierzających w stronę budynku. Im niżej jednak byliśmy tym bardziej docierały do nas dźwięki uderzającej stali, odgłosy walki. 

Gdy dotarliśmy na miejsce dojrzałam Nevrę i Mathieu odpierających ataki grupy Kitsune. Koori stała za to z boku i osłaniała Leiftana i Edgara.
Zdziwiona podbiegłam do nich, a Lance dołączył do walczących. 
- Dobrze, że jesteście. Musimy się stąd ewakuować - Leiftan odezwał się pierwszy. Jego ton był jakby nasączony pretensją. Zignorowałam to. 
- Przecież mamy jeszcze trochę czasu. Co oni tu robią? - zerknęłam na kitsune wyciągając swój miecz. 
- Widocznie zmienili plany - zaciskała szczękę, była wściekła. Na siebie, że tego nie przewidziała, czy Tenjina, który postanowił przejść do czynu? 
- Na zewnątrz może czekać ich dużo więcej. Lance ich dostrzegł z góry - poinformowałam.
- To chyba niedobrze, prawda? - głos Edgara drżał, tak jak i sama jego postać ze strachu.
- Poradzimy sobie - zacisnęłam mocniej dłonie na rękojeści. W tym samym czasie ostatni przeciwnik naszych towarzyszy został rozbrojony i powalony. 
Wzrok Nevry zaraz padł w naszą stronę. 
- Bierzcie torby i uciekamy. Nie rozdzielać się, trzymać blisko. Jakby jednak do tego doszło, spotkamy się na statku. Bez brawury. 
Jedynie przytaknęliśmy i wzięliśmy swoje rzeczy. Edgar cały czas trzymał się blisko mnie i Koori. To nie będzie łatwe.

Przygotowani na wszystko, w zwartym szyku, opuściliśmy budynek.
Tak jak można było się spodziewać - Tenjin i jego ludzie już tam na nas czekali. Król nie powiedział słowa. Jedynie kiwnął lekko głową, a grupa jego ludzi ruszyła w naszą stronę. Reszta oddziału pozostała w tyle. 
Lance, Nevra i Mathieu wyskoczyli naprzód. Chciałam do nich dołączyć, ale Nevra mnie powstrzymał.
- Tak jak w planie. Doceniam, ale skoro już musimy wziąć Edgara ze sobą, to ty i Koori zostajecie z tyłu i go pilnujecie - spojrzał krótko. 
- Chcieliście go tu zostawić?!
- To nie jest najlepszy moment na takie rozmowy. Ruchy! Osłaniamy was!

Odskoczyłam, aby z bronią na wierzchu dołączyć do Koori. Rozejrzałyśmy się za drogą ucieczki. Była, ale żeby do niej dotrzeć może być problem jeśli nasi przeciwnicy się zorientują. 
- Przydałaby się odrobina magii - szepnęłam spoglądając na swoje dłonie. 
- Albo potężny smok - Koori pociągnęła mnie lekko za ramię. Nie zauważyłam jej. 
Lance nie ma teraz sposobności się przemienić. Może to nie zajmie wiele czasu, ale w takiej sytuacji liczy się każda sekunda. 

Nagle przed nami pojawiło się dwoje wojowników. Natychmiast nasza czwórka się zatrzymała. Kitsune i ja stanęłyśmy na przodzie, gotowe do walki. 
Nie czekałyśmy długo, zaatakowali natychmiast.
Odparłam pierwszy mocny atak, potem kolejny. Starałam nie skupiać się na technice, a działać machinalnie. Patrząc prosto na przeciwnika. Jest dobrze dopóki jego broń mnie nie zrani, albo nie zabije. 
Nie mam pojęcia, jak radziła sobie Koori, ale gdzieś z boku dochodził do mnie jej głos - ciągle walczyła. 

Niespodziewanie wokół swoich dłoni dostrzegłam ślad iskry. Skoro się pojawiły, trzeba to wykorzystać. Uciekłam kilka kroków w tył. W momencie, gdy przeciwnik biegł w moją stronę starałam skupić się na energii będącej gdzieś we mnie. Mimo malejącego z każdą sekundą odstępu, i ogromnego stresu, jaki w tej chwili mnie męczył - udało się. Moje dłonie zaczęły świecić jasnym światłem. 
- Koori, uważaj! - krzyknęłam jedynie, i upuszczając swój miecz wystawiłam obie dłonie przed siebie. Dwa strumienie światła uderzyły w żołnierzy, odrzucając ich na kilka metrów. Zaraz po tym blask zniknął. Miałyśmy szczęście. 
- Niezła robota. Możesz tak na większą skalę? - Kitsune podbiegła do mnie. Szybko podniosłam miecz i rozejrzałam się.
- Niestety, chyba nie. Do tarczy potrzebowałam skupienia. To mogła być jednorazowa akcja - dostrzegłam, że wcale nie oddaliłyśmy się od chłopców tak bardzo. 
Nawet byliśmy otoczeni, nie było szans na ucieczkę. 
Nevra chyba też to dostrzegł. Zaczęli zbliżać się w naszą stronę, a atak niespodziewanie ustał. 
Dlaczego? Ponieważ Tenjin w towarzystwie dziesięciu swoich strażników wyszedł na przód. Na jego twarzy gościł drwiący uśmieszek. 
- Moja żona zostanie przy mnie, to puszczę was wolno. Wystarczy, że ją tu zostawicie - przeleciał wzrokiem po naszej grupie, by na koniec zatrzymać się na Koori i intensywnie w nią wpatrywać. Pociągnęłam ją delikatnie za nadgarstek i przysłoniłam. 
- Nigdzie z tobą nie pójdzie! Jest członkinią Straży Eel!
- I co? Zabroni mi taka marna istota, której się raz poszczęściło? - spojrzał na mnie z kpiną. - Podczas gdy wy marnowaliście czas na ziemskie bzdety, ja zasięgnąłem informacji. I nie podoba mi się to, jak Huang Hua pogrywa sobie z Genkaku, jak pogrywa sobie ze mną. - Latarenka przy jego lasce błysnęła. 
- Nikt sobie z tobą nie pogrywa. Misja miała cel badawczy, pokojowy - Nevra zabrał głos. Zwrócił na siebie uwagę władcy.
- I właśnie dlatego jesteś w towarzystwie smoka, i dwóch daemonów?! A nie! Aengeli, które są czczone na waszej ziemi, jak bogowie! W towarzystwie, podobno, najsilniejszych ras, jakie istniały na tym świecie!
- To nie skończy się dobrze - usłyszałam za sobą szept Edgara, który kompletnie zniknął gdzieś za naszą grupą. 
- Myślicie, że pozwolę, aby taka zniewaga przeszła bez echa?! - Tenjin kontynuował swój wywód, a raczej wrzaski. Jego głos niósł się po całej okolicy. - Nasze neutralne stosunki dyplomatyczne, przestały mieć rację bytu! - Jego wzrok padł na Lance'a. Ostatni ze smoków, oczywiste, że będzie chciał go pierwszego wyeliminować. Jest najsilniejszy z nas. 

Poczułam straszny ucisk w żołądku. Chciałam coś zrobić, ale nie wiedziałam co. Jeśli wybiegnę przed szereg - oberwę, a to będzie tak samo zła sytuacja, jeśli to Lance zostanie poważnie uszkodzony. 
Wtedy dostrzegłam pikujące w dół cztery ogromne Draflayele, które natychmiast ruszyły w stronę króla. Widząc to, wściekły zaczął kierować w nie pociski uformowane z własnej magii. Stworzenia skutecznie je omijały, i pojawiało ich się coraz więcej - pomagały nam. 
- Ruchy, musimy to wykorzystać - Nevra rzucił, a Lance w tym samym momencie zmienił swoją formę i zionął niebieskim płomieniem przed armię Tenjina, odgradzając ich tym samym od nas.
Nie uszło to uwadze, króla który pozostawił chowańce swojej straży i skupił się na nas. Wyglądało to jakby skupiał całą swoją energię, którą posiadał, by po chwili skierować w nas jakieś zaklęcie. 
Niespodziewanie na drodze magii Tenjina pojawił się, będący mniejszy od pozostałych, draflayel, który oberwał i wylądował tuż przed Lancem. Obie z Koori cicho pisnęłyśmy wystraszone. Smok spojrzał na chowańca, który się nieco dymił. Przy jego paszczy pojawił się płomień - wściekł się. Powodzenia królu. 

Podczas gdy Lance ruszył z impetem w stronę kitsune, wraz z Koori podbiegłyśmy do zwierzęcia.
- Jeszcze żyje - dziewczyna ostrożnie zaczęła go oglądać. - Musimy zabrać go na statek.
- Idźcie. Poradzimy sobie. Spotkamy się na miejscu - Nevra stanął nieco bliżej. 
- Mówiłeś żeby się nie rozdzielać - Edgar postanowił mu to wypomnieć. Nie najlepszy moment. 
- Nie ważne co mówiłem. Ruszajcie - spojrzał ostro na człowieka. 

Nie miałyśmy wyboru. Razem z Leiftanem, Edgarem i rannym chowańcem zaczęłyśmy uciekać, a drogę torowali nam Mathieu, Nevra i Lance - głównie ten ostatni, swoimi płomieniami w towarzystwie wściekłego ryku. 
Sam zabił mojego chowańca, który obronił Leiftana przed atakiem. Tym razem to między innymi o niego chodziło, a może właśnie głównie o niego. 
Czułam się fatalnie, że uciekam, a nie walczę - zdecydowanie wolałabym im pomóc, ale nie będę marnować czasu na dyskusje. 
Udało nam się i z każdą chwilą byłyśmy dalej. Niestety na złość wszystkim zaczął padać śnieg. Chociaż może powinnam powiedzieć, że rozpętała się zamieć, ponieważ biały puch spadał w ogromnej ilości i towarzyszył mu straszliwy wiatr.
Przez to wszystko odgłosy walki stawały się coraz mniej słyszalne, a droga przed nami przestawała być widoczna. 
Koori, jako nasz przewodnik szła pierwsza, Edgar za nią - trzymając jeden z jej ogonów, a Leiftan z ręką na ramieniu człowieka. Sama zaś złapałam blondyna i staraliśmy się maszerować przed siebie. 
Warunki wydawały się idealne do zniknięcia, ale także bardzo niebezpieczne. 

W parę sekund, każde z nas przypominało bałwany, a maszerowaliśmy już dobrych kilka minut. Twarz coraz bardziej drętwiała mi z zimna, a sił brakowało. Do tego zaczęłam się bać o chłopaków przez co co chwilę próbowałam się rozglądać, za co dostawałam burę od Leiftana - bo przecież i tak ich nie dojrzę. 
Co, jak co, ale płomienie Lance'a były przez dłuższy czas dość dobrze widoczne. Gdybym znowu je dostrzegła byłabym pewniejsza, że walczą, ewentualnie ewakuują się stamtąd - w każdym razie żyją, a to lepsze niż nie wiedzieć nic. 

Gubiąc się tak w swoich myślach, nawet nie wiem kiedy zabrałam dłoń z ramienia blondyna i po prostu szłam patrząc w ziemię. Niespodziewanie dorwało mnie kichnięcie, po którym zorientowałam się, że w pobliżu ich nie ma. Przynajmniej nikogo nie widziałam. 
- No to super - jęknęłam i zaczęłam się obracać w miejscu szukając śladów na śniegu, ale te zostały już przykryte. Nawet te, które sama zrobiłam kompletnie zniknęły, w efekcie czego po kilku obrotach nie miałam pojęcia dokąd iść. Zostałam sama pośrodku niczego, a temperatura wcale nie rosła i czułam jakbym zaraz mogła się poważnie odmrozić. - Leiftan! Koori! Edgar! - spróbowałam ich wołać, chociaż wiem, że takie wysiłki na marne. Świst wiatru wystarczająco mnie zagłuszał. 


Nagle zrobiło się ciemno.




wtorek, 15 marca 2022

24. Ta ludzka część

 Biuro, siedziba jakiejś korporacji, kolejne biuro. 

Wędrowaliśmy kolejną godzinę - ja, Edgar i Koori, której nasz człowiek jako jedynej się nie bał. Nazwał ją nawet uroczą.
Według jego relacji nikogo więcej w budynku nie ma, ale sam nie miał pojęcia, jak budynek znalazł się w Eldaryi. W pewnym momencie poczuł jakby trzęsienie ziemi, a że był w pokoju socjalnym to schował się pod stolikiem, a i tak coś spadło mu na głowę i ogłuszyło. Obudził się gdy było po wszystkim i zastał, co zastał - śnieg, górski krajobraz i zimno. 

Opowiadając mu gdzie jest, bałam się, że dostanie ataku paniki, ale było nieco inaczej. Wypierał wszystkie otaczające go fakty, szczypał się i próbował wybudzić. Dopiero Koori ze swoimi ogonami, jakoś przekonała go, że może to być prawda. 
Nie mieliśmy jednak więcej czasu na pogaduszki, ponieważ czas nam uciekał. Nevra zarządził przeszukanie budynku. On poszedł z Lancem, a Leiftan z Mathieu. Mojej osobie za to kazał mieć oko na kolejnego człowieka, i w trakcie powierzonego zadania, jak najwięcej informacji z niego wyciągnąć. 
Wampir mu nie ufał. Sądził, że może kłamać - że Tenjin go zostawił dla nas, jako coś w rodzaju przynęty. Sama w to nie wierzyłam, mężczyzna wyglądał na przerażonego tym gdzie jest, a co do takiego rodzaju strachu to chyba mogę się najlepiej wypowiedzieć.

W każdym razie za dużo z niego nie wyciągnęłam. Edgar to normalny mężczyzna, który mieszkał w mieście, pracował na infolinii jednej z firm, i uwielbiał typowe zajęcia mieszczucha oraz wygodne życie. Biedaczek pobladł przerażony, że już nigdy nie skorzysta z internetu, nie obejrzy kolejnych odcinków ulubionego serialu, czy nie wstąpi do Starbucksa. Życie na wsi było dla niego koszmarem, więc co dopiero w Eldaryi? Słuchając go strasznie irytowała mnie jego płytkość - ja też taka byłam? 
Koori chętnie wypytywała szatyna o ziemię, a on o ten świat, i nawet się rozpogodził. Nie chodził już taki przerażony, można było dostrzec czasem uśmiech - zwłaszcza gdy temat dotyczył chowańców. Ogoniasta też wydawała się w lepszym humorze - w końcu jej myśli uciekły w inną stronę, ale zmęczenie ciągle rysowało się na jej twarzy. 
- Może powinniśmy zrobić chwilę przerwy? Ona nie wygląda najlepiej - sprawdzaliśmy kolejne pomieszczenie, a Edgar kiwnął w stronę kitsune, która od dłuższej chwili stała przy oknie i wpatrywała się w widok za nim.
- Nie mamy na to czasu - westchnęłam. - Koori to silna dziewczyna, wytrzyma jeszcze chwilę. Prawda Koori? - powoli się do niej zbliżyłam. Gdy tylko stanęłam obok podskoczyła wystraszona i złapała za swoją torbę, jej wzrok był przerażający, jakby obłąkany. - Wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? 
- Dlaczego pytasz? Też masz o nie problem? Nevra mówił żebyście dali spokój - nie rozumiałam o czym mówiła, dopóki nie przytuliła swojej torby. No przecież, kryształy! Leiftan nie miał dobrego zdania, co do ich posiadania przez nią. Tylko przed chwilą było dobrze, co się nagle zmieniło?
- Martwię się o ciebie, słabo wyglądasz.. - starałam się brzmieć spokojnie. 
- Czuje się wyśmienicie. Nie masz się czym martwić - zaczęła mnie mijać. Spróbowałam ją zatrzymać kładąc dłoń na ramieniu. Natychmiast mnie odepchnęła. - Zostaw mnie! - Jej ogony zaczęły złowrogo falować, a laska błysnęła światłem.
- Dziewczyny? Wszystko w porządku? - Edgar zbliżył się do naszej dwójki. Wzrok Koori szybko na nim spoczął.
- Koori, spokojnie! Niczego od ciebie nie chcemy - wyglądała, jak szalona, a jej wzrok zaczął wędrować pomiędzy naszą dwójką. 
- Nie oddam im wam! - krzyknęła nagle i zaczęła uciekać. Edgar spróbował ją zatrzymać, ale zanim ją złapał wrzasnął z przerażenia, a odskakując upadł na tyłek. Dziewczyna zniknęła za drzwiami, a ja natychmiast do niego podbiegłam. 
- Zostaw mnie! Zostaw! Nie zabijajcie mnie! - krzyczał i rzucał się po podłodze. Nie lubię tego robić, ale musiałam użyć siły i spoliczkować go aby trzeźwo spojrzał na moją osobę.
- To tylko ja, Anastazja. Nie bój się.. - pokazałam mu puste dłonie. Po chwili się uspokoił. 
- Potwór, ogromny potwór. Chciał mnie zabić, gdzie on jest? - rozejrzał się po pomieszczeniu. 
- Nie było żadnego potwora. Koori musiała użyć na tobie swojej mocy..
- Ale dlaczego? Przecież nic jej nie zrobiłem - skulił się, jakby naprawdę było mu przykro z tego powodu. 
- Te ziemie są pełne dla niej przykrych wspomnień, musiała pęknąć. Jestem pewna, że wszystko się wyjaśni - wyciągnęłam dłoń i pomogłam mu się podnieść.

Nie szukaliśmy dziewczyny, przynajmniej nie specjalnie. Mogła być dosłownie wszędzie. Budynek był ogromny, ale też przeszukiwany i mogła się natknąć na kogoś z naszej grupy - a przynajmniej miałam taką szczerą nadzieję. 
Razem z Edgarem kontynuowaliśmy sprawdzanie piętra.
- Tam pracowałem! - po wyjściu z klatki schodowej, szatyn szybko ruszył w stronę drzwi. Stanął jednak, jak wryty, gdy tylko je otworzył. - Trochę inaczej pamiętam to miejsce..
Natychmiast podeszłam, i spojrzałam na to co on. 
Przed nami znajdował się kolejny portal, a po drugiej stronie było widać pokój - wyglądał, jak dla nastolatka.
- Ziemia.. - wyrwało mi się. Już miałam okazję widzieć niespodziewany portal, ale tutaj.. Po drugiej stronie nie było lasu, a typowy ziemski pokój. Taki, jak każdy mógłby mieć. Biurko, na którym stał komputer,  plakaty na szafie, rzucony w kąt szkolny plecak. Widok tak bliski i znajomy, a właśnie umiejscowiony we framudze drzwi. 
Serce podeszło mi do gardła, a wzrok wędrował po iskrzącej powłoce portalu - zupełnie jak ostatnim razem. 
- Dom! Wrócę do domu! - mój towarzysz zaczął skakać z radości i niebezpiecznie zbliżył się do przejścia. Szybko złapałam go za ramię i odciągnęłam.
- Nie zbliżaj się do niego, może być niebezpieczny. 
- Sama mówiłaś, że te portale łączą nasze światy - spochmurniał. 
- Łączą, ale nie muszą być bezpiecznym przejściem. Uwierz, że chciałabym aby tak było, ale to niebezpieczne.. 
- A jeśli ten jest dobry? Sprawdźmy to - poleciał do sąsiedniego pomieszczenia i wrócił z książką. - Jeśli ona przejdzie na drugą stronę to my też będziemy mogli - szybkim ruchem rzucił przedmiot w taflę portalu. Natychmiast otoczyły go iskry i słychać było dźwięk, jakby doszło do spięcia. Zdążyłam jedynie krzyknąć, na zatrzymanie akcji było za późno. 
- Nie możesz robić takich rzeczy! A gdyby portal wybuchnął, albo zaczął nas wciągać?! Filmów nie oglądałeś?! - uniosłam się i odsunęłam go jak najdalej od drzwi. 
- To tylko filmy! Nic się nie stało! Widzisz?!
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak dziwne rzeczy tu się mogą dziać. Nie ruszaj się stąd - zmuszona sytuacją pogroziłam mu nożem i powoli zbliżyłam się do portalu. Chyba skutecznie go nastraszyłam, ponieważ ani drgnął. Sama natomiast stanęłam naprzeciw drzwi i spojrzałam na pokój. Książka, którą Edgar przed chwilą tam rzucił wylądowała na ziemi, wyglądała na całą. 
Nieco się zbliżyłam chcąc bardziej przyjrzeć widokowi. 
- Anastazja! - nagle znalazł się przy mnie Leiftan i szybkim ruchem odciągnął, jak ja przed chwilą szatyna. - Zwariowałaś? - spojrzał na mnie wyraźnie wystraszony. Mathieu stał kilka kroków dalej i się przyglądał zdezorientowany. 
- Co jest? O co wam chodzi? - odsunęłam się od blondyna i poprawiłam.
- Czułem twoje emocje, były strasznie silne. Nie czułem czegoś podobnego wcześniej, wystraszyłem się, a gdy przybiegliśmy chciałaś wejść do portalu..
- Nie chciałam do niego wejść - spojrzałam po towarzystwie. - Może to tak wyglądało, ale tylko mu się przyglądałam. 
- Stałaś bardzo blisko - Mathieu podszedł i bardzo niechętnie zerknął w przejście.
- Dobrze, to teraz nie jest ważne -westchnęłam ciężko. - Musimy poinformować Lance'a i Nevrę o tym co znaleźliśmy.
- Pójdę ich poszukać, to nie jest dla mnie przyjemny widok - brunet zgłosił się na ochotnika i zaczął oddalać.
- Mathieu! Jakbyś widział Koori to spróbuj ją przyprowadzić - szybko go dogoniłam. Spojrzał zdezorientowany. - Dostała czegoś w rodzaju ataku, nie mam pojęcia dokąd uciekła. - Wyjaśniłam mu krótko. Przytaknął głową i uciekł.

Nie musieliśmy długo czekać, a smok i wampir pojawili się. Brakowało tylko Koori i Mathieu, ale widocznie musiał jej dalej szukać. 
Nevra zaraz podszedł do portalu i mu się przyjrzał. 
- Jest taki jak w Tenpu - Lance stanął obok niego. Leiftan pilnował Edgara, a ja byłam tuż za chłopakami. 
- Widzicie książkę na podłodze? Przeleciała na drugą stronę - odezwałam się, a niezadowolony wzrok obojga od razu padł w moją stronę. - To nie ja. Nie zdążyłam go powstrzymać. Czy to ja zawsze muszę być za najgłupszą brana? - prychnęłam zaplatając ręce na piersi. 
Smok westchnął ciężko i wrócił wzrokiem do portalu.
- Jak to wyglądało? Nic wam się nie stało?
- Nie. Zaskwierczało, pojawiło się parę iskier. Dokładnie nie widziałam, bo musiałam go odciągnąć, ale książka pojawiła się po drugiej stronie. 
- To dobry znak, prawda? Będę mógł wrócić na ziemię - Edgar odezwał się z optymizmem. 
- Niekoniecznie - Nevra szybko sprowadził go na ziemię. - Nie wiemy czy zawartość książki nie zmieniła się, może to być też tylko jej kopia. Nic nie wiemy, to może nie być bezpieczne.
- Musimy go zbadać - Lance wyjął nóż powietrzy, który miałam okazję już widzieć. 
- Zajmij się tym z Anastazją. Leiftanie pilnuj go, a ja pójdę sprawdzić co z Koori i Mathieu - Nevra zaczął się oddalać. Mogliśmy jedynie przytaknąć i wziąć się do roboty.

- Tym razem spróbujesz? - Lance wyciągnął fiolkę i spojrzał na mnie. Ostatnim razem dałam mu się bawić nożem, ale teraz.. Szczerze chciałabym nauczyć się czegoś nowego.
- Daj go, ciągle nie będą się trafiały okazje - lekko uśmiechnięta wyciągnęłam dłoń, w której po chwili znalazło się ostrze.
- Widziałaś ostatnio. Tnij brzegi, ale równocześnie nie bezpośrednio portal. Ja złapię próbkę - zbliżył moją dłoń do światła. Trochę ciężko było się na nim skupić, zamiast na widoku po drugiej stronie. - Poprowadzić twoją dłoń? 
- N-Nie.. - wstrząsnęłam głową. - Już działam - mój wzrok padł z powrotem na nóż i powoli przesunęłam nim przez błyszczącą powłokę. Okropny dreszcz przeszedł moje ciało, gdy nie poczułam nic - żadnego oporu. Ta świadomość, że właśnie coś przecinasz, a równocześnie widzisz jedynie delikatne iskry i nic więcej nie czujesz, była strasznie dziwna. Równocześnie przyjemna, i straszna.
Starałam się skupić jedynie na swoim zadaniu, gdy Lance znalazł się za mną, a jego wielkie ręce przeszły tuż obok i złapał odstający fragment maany do szklanego naczynia. Równocześnie zaczął narastać we mnie gniew, ale nie miałam do tego zbytnio powodów. Nie należał on również do mnie.. 
Leiftan? Czy on myśli, że..?
Dureń. Dureń nad durniami. Rozprasza mnie tylko tymi swoimi nerwami.
Warknęłam cicho, a ręka mi się przez to nieco osunęła. 
- Uważaj - Lance szybko zareagował i zatrzymał ją zanim ostrze przecięło taflę portalu. - Mamy już wszystko, można go schować - delikatnie pokierował moją ręką i odsunął ją. Nie protestowałam, przez blondyna straciłam swoje skupienie, więc dobrze, że smok był w pobliżu.

Niebieskooki się odsunął zamykając fiolkę, a ja oddałam mu nóż. Zaraz jak go przejął spojrzałam poważnie na Leiftana, który chyba wyczuł, że wiem i się nieco skrzywił. 
- To co teraz? Nevra ciągle nie wrócił - szybko znalazł temat zastępczy. Zerknęłam na smoka, chwilowo on tu dowodzi. 
- Poszukamy ich. Ja i An pójdziemy na górę, przy okazji sprawdzimy piętro, a wy idźcie na dół. Tylko ostrożnie, znajdziemy was - pochował wszystko i wydał rozkazy. Towarzystwo nie wyglądało na zadowolone, ale nie mieli wiele do gadania i się rozdzieliliśmy. 

Razem ze smokiem ruszyliśmy długim korytarzem w stronę schodów na górę. Żadne z nas się nie odzywało, nie mieliśmy takiej potrzeby. Musimy tylko znaleźć Nevrę, ewentualnie Mathieu i Koori i wracamy do pozostałych.
Edgar i Leiftan już dawno byli na dole, nasza dwójka miała lekki poślizg, ponieważ smok postanowił rzucić jakieś zaklęcie w okolicach portalu. Nie mam pojęcia co miało robić, a brzmiało w starym języku, więc tym bardziej jego treść pozostanie dla mnie zagadką. Może mogłabym spróbować się go nauczyć? Muszę pogrzebać w bibliotece za tą wiedzą.

Już mieliśmy wchodzić na górę, gdy obok zabrzmiał krótki, ale charakterystyczny, cichy dzwoneczek. Lance natychmiast odskoczył odsuwając mnie i wyciągając swój miecz. Mój wzrok za to skupił się jedynie na metalowych drzwiach windy, które właśnie się otwierały.
Po chwili zobaczyliśmy pustą kabinę. 
Powoli wysunęłam się zza smoka by zajrzeć do środka. 
Zatrzymał mnie łapiąc za nadgarstek. 
- Nic nam nie grozi - spojrzałam zaraz. - Tylko zerknę do środka, nie będę tam wchodzić - zabrałam rękę i podeszłam bliżej. 
W środku nie było nic specjalnego. Lustro, przyciski, jakaś rurka do chwycenia się. Zwyczajna winda, jak wiele innych.
- Co to takiego? - Lance postanowił się zbliżyć i stanął obok. W tym samym momencie drzwi się zamknęły. - Gdy z Nevrą otworzyliśmy podobne widzieliśmy tylko liny idące przez nicość, metalowe liny.
- Bo ona się na nich trzyma - zerknęłam na niego. - Wiesz, ludzie nie chodzą z parteru na trzydzieste piętro po schodach, używają raczej windy. Mniej się przy tym męczą, i trwa to dużo krócej. I to jest właśnie taka winda.. 
- Jakim cudem z dołu na górę się tym przemieszczacie? - marszczył czoło przyglądając się guzikowi na panelu. 
- Dokładnie nie wiem, jak to teraz działa. To taki dźwig. Wchodzisz do środka, naciskasz guzik, podobny do tego, na który patrzysz tyle że z numerem piętra i po chwili machina rusza. 
- A ty jesteś uwięziona w takim małym pomieszczeniu? 
- Tak jakby - jego pytanie mnie rozbawiło, przez co nie mogłam powstrzymać uśmiechu wkradającego się na moją twarz. - Na przykład teraz Leiftan i Edgar schodzą na dół, pewnie pójdą na parter prędzej czy później. Zamiast iść po schodach, weszliby do środka, wybrali zero i znaleźli by się tam dużo szybciej. W normalnych warunkach to bezpieczne, przynajmniej zwykle, ale tutaj nie ryzykowałabym jej używaniem.
- Dlaczego? - jego wzrok padł na mnie. 
- Ponieważ to nie jest jakaś pierwsza z wind, to nowoczesne urządzenie, które tak jak większość na ziemi, działa na prąd. Jest elektryczne.. 
- Podobnie, jak te światła - wtrącił, na co przytaknęłam. - Czyli nie powinno działać..
- Dokładnie, a skoro nie wiemy jakim cudem działa, to nie wiemy czy jest bezpieczna. 
- Rozumiem - odsunął się. - Ziemia jest strasznie dziwna - ruszył z powrotem w stronę schodów. Zaraz poszłam za nim.
- Nie jest dziwna. Jest.. Nowocześniejsza? Urodziłeś się tutaj, w Eldaryi nie ma pewnie czegoś co by cię mogło zaskoczyć, dla mnie tak jest z Ziemią. Wszelkie wynalazki były na co dzień, co chwilę pojawiały się jakieś nowe i nikogo to nie dziwiło. Porównując te dwa światy, powiedziałabym, że Eldarya jest jak z innej, odległej już dość epoki niż świat w którym żyłam.
- Uważasz, że jesteśmy zacofani? 
- Nie. Nie to miałam na myśli. Wy się rozwinęliście w inną stronę dzięki posiadanej magii, a ludzie poszli innym sposobem. Oba są skuteczne, ale zastanawiam się czy ten ziemski nie skuteczniejszy. 
- Zdajesz sobie sprawę, jak to brzmi?- zerknął na mnie przez ramię.
Wzruszyłam ramionami. 
- Odkąd się obudziłam, wydostałam z kryształu, takie porównania coraz częściej się u mnie pojawiają. Nie wiem czy są dobre czy błędne, ale wcześniej nie miałam na to zbytnio czasu. Za dużo się działo.. - weszliśmy na ostatnie piętro i rozejrzałam się. Była tu tylko jedna para drzwi po prawej i lewej stronie. - Wygląda na to, że nie będziemy mieli za dużo do badania. Na końcu jest już tylko wyjście na dach. 
- Pójdziemy tam, rozejrzymy się po okolicy - Lance ruszył do drzwi po prawej. 
Po przekroczeniu ich, na chwilę zapomniałam, jak się oddycha. 
Weszliśmy bowiem do luksusowego mieszkania. Nowoczesny salon z barkiem, zapewne pełnym alkoholi, przestronna kuchnia. Było tu drogo, nie ma co ukrywać. Do tego widok musiał być stąd kiedyś oszałamiający, teraz był to jedynie śnieg i góry - co samo w sobie jest piękne, chociaż może w inny okolicznościach. 
Moją uwagę jednak przykuło coś innego, coś co stało przy oknie, pięknie wyeksponowane. Piękny biały fortepian, wokół którego leżały porozrzucane kartki z zapisami nutowymi. Zbliżając się do niego dostrzegłam również leżącą na ziemi gitarę, a na kanapie saksofon. 
- To chyba mieszkanie muzyka.. - drżącą dłonią przejechałam po białym instrumencie. 
- To źle czy dobrze? - Lance rozglądając się poszedł w głąb mieszkania.
- Wątpię by było tu coś interesującego, przynajmniej dla straży - jak zahipnotyzowana usiadłam na ławie przy fortepianie i podniosłam jedną z kartek. Pomiędzy kolejnymi linijkami znajdował się fragment tekstu, ale nie znałam tego utworu. Na kolejnym skrawku papieru były liczne skreślenia i poprawki. Eldarya pokrzyżowała plany jakiegoś zespołu? Być może. 
Odłożyłam czyjeś zapiski i spojrzałam na klawisze. Po tylu latach, czy ciągle bym potrafiła? 
Nie pozostaje mi nic innego, jak spróbować. 

Delikatnie przejechałam palcem po klawiszach, a po pomieszczeniu rozniósł się dźwięk. Brzmiał, jak powrót do korzeni - do momentu, w którym pierwszy raz usiadłam u dziadka na kolanach, a on układał prawidłowo moje palce i tłumaczył o co w tym wszystkim chodzi. Do czasów, gdy rodzina pomimo swojej kłótni była blisko. Do tej części historii, która została przerwana i porzucona, jak niedokończone opowiadanie
Ciągle się wahając zaczęłam naciskać kolejno klawisze, oswajać się z instrumentem.
Zaczęłam od zwyczajnej Gamy, a nim się obejrzałam dźwięki dookoła zmieniły się. Machinalnie przeszłam do utworu Sandess and Sorrow, który zawsze jakoś mnie ruszał.

Poczułam dłoń na poliku i natychmiast oderwałam swój wzrok od klawiszy. Napotkałam niebieskie oczy smoka, który stał obok i ścierał kciukiem z mojej twarzy łzę, która bez mojej wiedzy i pozwolenia wydostała się na zewnątrz.
Momentalnie zrobiło mi się głupio i przestałam grać, a Lance zabrał swoją dłoń. 
- Powinniśmy iść dalej - uciekł wzrokiem i się cofnął. 
Co się przed chwilą stało? 

Opuściliśmy pomieszczenie właściwie bez wymiany słowa. Sytuacja była dla mnie zbyt niezręczna, smok chyba również żałował tego co zrobił. Nie ma również co się rozpraszać takimi rzeczami, jeśli będziemy chcieli porozmawiać, to prędzej czy później do tego dojdzie - mam nadzieję.

Ciężko było mi zostawić za sobą fortepian, ale dałam radę. Ostatnimi drzwiami, również okazało się mieszkanie. Było nieco inaczej urządzone, ale było czuć w powietrzu bogactwo. Po szybkim sprawdzeniu, nie znaleźliśmy nic ciekawego - a przynajmniej nic tak ciekawego, jak portal czy inne dziwactwa z powiązaniami Ziemia-Eldarya. Nie mówiąc już o tym, że cały budynek nim był, ale pomińmy to. 
Na koniec został nam dach. Lance ruszył przodem, a ja tuż za nim. Szczerze to tego miejsca obawiałam się najbardziej. Ponieważ, to właśnie tutaj wszystkie Draflayele o gigantycznych rozmiarach były na wyciągnięcie ręki. Wewnątrz budynku widziało się jedynie ich fragmenty, albo jak przelatują, ale tutaj.. 
W tym miejscu była ich cała masa. 

Gdy zimne powietrze uderzyło moją twarz, a mroźny wiatr przeczesał włosy opatuliłam się tylko bardziej i rozejrzałam po okolicy. 
Kolejny dzień powoli uciekał, powinniśmy zaraz stąd się wynosić. 

Śladem Lance'a podeszłam bliżej krawędzi. Smok przyglądał się jednemu z chowańców, co nie uszło mojej uwadze. Jego twarz była napięta, a wzrok wbity w stworzenie, które również śledziło wzrokiem jasnowłosego. Po chwili Draflayel usiadł naprzeciw smoka, na barierce zabezpieczającej. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, aż niebieskooki powoli wyciągnął dłoń w jego stronę. 
Stworzenie nie uciekło, a wręcz zbliżyło swój łeb. Lance niezdarnie go po nim pogłaskał.

Obserwowałam wszystko w ciszy, do momentu, w którym Lance nie postanowił jej przerwać. 
- Skrzywdziłem wiele istnień. Strażników, cywili, ale także chowańce.. - zaczął a jego wzrok nie uciekł w bok nawet na moment. Nie odpowiadałam, jeśli ma potrzebę, niech mówi. - Na Memorii powstrzymywałaś mnie, a mimo to wiele z nich ucierpiało. Teraz widząc je tak duże, tu przed sobą.. - urwał i zabrał dłoń z łba zwierzęcia, a ten w tym samym momencie wstrząsnął skrzydłami i wzbił się w powietrze. - Przez niektórych są uważane za duchowe stworzenia smoków, za ich reinkarnację. - Zadarł wzrok w niebo podążając nim za uciekinierem, zrobiłam to samo.
- Nawet je przypominają - wtrąciłam. Lance westchnął głośno. - Boisz się, że mogłeś krzywdzić przodków, których kiedyś chciałeś przywrócić? - zerknęłam na niego. Jakby to wyczuwając lekko kiwnął głową, nie odpowiadając. 
- A czasu nie cofnę, i tego nie naprawię. Nie ważne, jak bardzo bym chciał. 
- To może przygarnij jakiegoś, zaopiekuj się nim - jego czoło się zmarszczyło, a wzrok padł nieco niżej, kompletnie na wprost. - Może to pozwoliło by ci..
- Cholera! - warknął nagle i biegiem ruszył w stronę zejścia. Rozejrzałam się nic nie rozumiejąc. - Chodź! Mamy towarzystwo!


środa, 2 marca 2022

23. Tak wygląda piekło?

 Po tym, jak sytuacja się uspokoiła nasza grupa nie zwlekała dłużej.

Zebraliśmy swoje rzeczy i natychmiast ruszyliśmy w stronę budynku. Każdego z nas męczyła sprawa Tenjina i jego gróźb. Koori mówiła, że to tylko takie jego gadanie, ale Nevra wolał żebyśmy uwinęli się jak najszybciej i nie sprawdzali tego.

Pierwsze co mnie uderzyło po przekroczeniu progu, to normalność, z którą dawno nie miałam styczności - typowa ziemska normalność. Ogromny, zniszczony hol, a w głębi coś w rodzaju recepcji. 
Od razu odłożyłam swoją torbę i powoli wchodziłam głębiej.
Po lewej stronie od wejścia stało kilka czerwonych kanap i drewnianych stolików, dalej było kilka wind i ciemny korytarz. Po prawej prezentowało się podobnie - wygodne siedzenia, i kolejne stoliki.
Czyżby lobby jakiegoś hotelu? A może coś w rodzaju budynku z przestrzeniami pod wynajem? Naprawdę ciężko było mi to określić. 
Stąpałam dalej po śniegu, który licznymi potłuczonymi oknami dostał się do środka i znajdował w każdej części pomieszczenia chociaż w niewielkiej ilości. Nagle przede mną spadło na ziemię małe szkiełko. Natychmiast zadarłam wzrok i odskoczyłam do tyłu. Sufitu ledwo trzymał się ogromny żyrandol, zawierający właśnie takie elementy. Szklane, drobne elemenciki zwisały z niego tworząc kiedyś ładną kompozycję. Dlaczego kiedyś? Bo teraz krzywo zwisał, i w każdej chwili mógł zlecieć z hukiem. Nie prezentował się zbyt pewnie. 
Szeroko ominęłam ewentualny punkt upadku i znalazłam się przy drewnianej ladzie. Stał na niej ekran komputera i telefon stacjonarny. Za nią szafka ze sporą ilością szufladek i szafek, a obok tablica z licznymi wieszakami na klucze. Wychylając dojrzałam na podłodze masę porozrzucanych papierów i różnych drobnych przedmiotów. 
Ciekawość zwyciężyła i przeszłam na drugą stronę, aby poprzeglądać co to jest.

Było tam kilka kopert z różnymi nazwiskami, jak i otwartych, czystych i całkowicie pustych, jakiś stłuczony kubek, kilka kompletów kluczy. Naprawdę różności. 
Podniosłam się na nogi i spojrzałam na ośnieżoną klawiaturę komputera. Czuję jakbym wieki nie miała z tym styczności. Delikatnie przejechałam po jej klawiszach, które wprawione w drgania delikatnie zastukały. Uśmiech wkradł się na moją twarz.
Zerknęłam krótko na telefon i powoli podniosłam jego słuchawkę. Przyłożyłam ją do ucha, z dziecięcą nadzieją, że ktoś się odezwie. Kto będąc małym przygłupem nigdy tego nie robił?
Ku mojemu zdziwieniu nie było w niej absolutnej ciszy, chociaż z braku prądu tak właśnie powinno być. Słyszałam delikatne warczenie, jakby energia ciągle przepływała między kabelkami. Jak to możliwe? Czyżby wszechobecna maana w Eldaryi, wpływała na ziemskie urządzenia? Trzeba to sprawdzić. 
Zaczęłam powoli naciskać przyciski numeru alarmowego. Jeden, drugi..
- Anastazja! - zanim nacisnęłam ostatni Nevra krzyknął. Podniosłam wzrok, kiwał abym podeszła. Westchnęłam ciężko i ruszyłam w ich stronę.
- Co tam robiłaś? - Lance zaczął mi się bacznie przyglądać. 
- Ciekawość. Chciałam zobaczyć, co tam jest.. - usiadłam na jednym z foteli. Dostrzegłam, że stolik, który stał tu przed chwilą został rozwalony i przygotowany do ogniska. 
- Nie oddalajcie się, a przynajmniej nie samotnie. Lepiej trzymać się w grupie - Nevra przeleciał po wszystkich wzrokiem. - Nie powinniśmy marnować czasu, i od razu sprawdzić chociaż część budynku. Wiem, że jesteście wykończeni, ale im szybciej nam zejdzie tym lepiej. Ja i Mathieu pójdziemy na drugie piętro, Leiftan i Koori na pierwsze, a Lance i Anastazja sprawdzą tutaj każdy kąt. W nocy będziemy mieli warty po dwie osoby, a od rana weźmiemy się do sprawdzania każdego piętra. Jakieś pytania?
Pokręciliśmy głową. Nie ma co dyskutować. Każdy z nas marzy jedynie od odpoczynku. Szybko zaliczymy co mamy i będzie na to chwila.

Po chwili każdy z nas rozchodził się w swoją stronę. 
Kolejny raz zostałam sama ze smokiem, ale nie narzekałam. Zawsze mogło być gorzej, i mógł być to Nevra. Brr..

Lance od razu ruszył przed siebie, a ja kawałeczek za nim. Zanim jednak straciliśmy recepcję z zasięgu wzroku szybko do niej podbiegłam i chwyciłam pęk kluczy. Leżał na ziemi obok zbitego kubka. Kto wie, może się przyda. 
- Co ty robisz? - smok spojrzał na mnie nieco krytycznie.
- Widzisz to?- zadzwoniłam trzymanymi kluczami. Miały przy sobie uroczy brelok z Pikachu. - Możemy trafić na zamknięte pomieszczenia. Chyba lepiej je otworzyć niż włazić na kopa. 
- Marnujemy czas. Chodź lepiej  - pokręcił głową i zaczął odchodzić.
Zaraz go dogoniłam.
- Nie uwierzę jeśli mi powiesz, że mielibyśmy coś pominąć. Poza tym, jeśli ktoś by tu był to robienie spektakularnego wejścia smoka nie jest zbyt miłym przywitaniem.
- Czego robienie? - spojrzał na mnie.
- Wejścia smoka, ludzie używają tego zwrotu. Chodzi o zaskoczenie, wywołanie sensacji pojawiając się gdzieś. Z tego co wiem, to nie ma to nic wspólnego z twoją rasą - wzruszyłam ramionami i odeszłam na bok. Pierwsze drzwi.
Powoli chwyciłam klamkę i lekko je pchnęłam.
- Może lepiej ja będę szedł przodem - Lance położył dłoń na moim ramieniu i chciał mnie odsunąć.
- To tylko męska łazienka - kiwnęłam na trójkąt przymocowany do drewna. 
- To nie ma znaczenia. Nie ryzykuj - nie dał za wygraną i jako pierwszy wszedł do środka. 
Idąc za nim czułam się niezręcznie. Wchodzenie do męskiej toalety nie było dla mnie nigdy zbyt komfortowe. I nie, że miałam tu jakoś wiele okazji. Po prostu jeszcze w szkole przez dwa miesiące damska była w remoncie, i wszyscy musieli korzystać z jednej. Smród papierosów, idiotyczne napisy na ścianach, rolki papieru w pisuarach, albo trafienie na kogoś akurat załatwiającego swoje potrzeby przy nim. Można było się dorobić porządnej traumy. 
Tutaj łazienka prezentowała się jednak trochę lepiej - był porządek. Śnieg oszczędził to miejsce, lustra nad zlewem były całe, a w kabinach nie znalazłam żadnego bohomaza.
- Pusto - zamknęłam za sobą drzwi do oddzielonego kibelka. Zadarłam jednak wzrok na sufit marszcząc czoło. Znajdująca się tu lampa błyskała od czasu do czasu jasnym światłem. - Tak nie powinno być.. 
- Co masz na myśli? - Lance cofnął się stojąc już w wyjściu pomieszczenia.
- Wygląda na to, że w budynku jest prąd, elektryczność.  - Kiwnęłam głową, podążył wzrokiem do sufitu. 
- Co to jest ta cała elek.. No to co powiedziałaś? - zmarszczył lekko czoło.
- Rodzaj energii, którą ludzie wytwarzają do uruchamiania większości urządzeń i sprzętu.
- Macie na ziemi magię? - jego wzrok padł na mnie.
- To nie do końca tak, ale mogłoby się wydawać. Ciężko to tak na szybko wytłumaczyć komuś, kto nie zna tamtego świata.
Przytaknął.
- To migające światło powinno nas martwić?
- Powinniśmy uważać. Nie ma tu źródła prądu, a więc nie powinno się tak dziać. Może maana jakoś działa na urządzenia, ponieważ w słuchawce telefonu też słyszałam przepływ energii, ale to może być niebezpieczne. 
- Mało z tego rozumiem, ale może porozmawiamy o tym z Nevrą za chwilę. Chodźmy dalej.. 

Po opuszczeniu męskiej toalety sprawdziliśmy jeszcze damską i kilka innych pomieszczeń, które były różnego rodzaju składzikami, aż w końcu trafiło na jakieś biuro, a nawet gabinet dentystyczny. 
Ciężko mi było wytłumaczyć, że to wcale nie jest sala tortur. Przecież niektóre narzędzia Ewelein wyglądają dużo straszniej.

W każdym razie, poza bałaganem i śniegiem nie znaleźliśmy nic specjalnego. Wędrowaliśmy po parterze, uważając na każdy kąt i szczegół, aż nie było czego badać. Lance zatrzymał się na końcu korytarza i zerknął na mnie.
- Wracajmy. Może reszta widziała coś ciekawszego - powoli ruszył w drogę powrotną. Ja jednak zostałam rozglądając się nieco. Było coraz ciemniej.
- Może zajrzymy tam? - kiwnęłam na masywne drzwi będące w pobliżu. 
- Próbowałem, ani drgną. Sama mówiłaś żeby nie robić tego.. No żebym nie wchodził. - Przez moment wydawał się zmieszany. Uśmiechnęłam się na to nieco z automatu. 
- Nie musimy się włamywać - zakręciłam kluczami na palcu i podeszłam do zamka. - Możliwe, że któryś z nich je otwiera. 
Zaczęłam po kolei sprawdzać każdy z kluczy.
- Nie jestem przekonany - stanął obok i się przyglądał. 
- A jeśli Tenjin trzyma tam swoją armię, i w nocy wyjdą nas pozabijać?
Zapytałam z nutką ironii, ale wcale bym się nie zdziwiła, gdyby postąpił w tak tchórzliwy sposób.

Lance jedynie ciężko westchnął i już nic nie powiedział. Uważnie obserwował, jak się męczę i z każdym nie pasującym do zamka kluczem, coraz bardziej się niecierpliwię. Czasem wyrwało mi się niezbyt ładne słówko, za które na pewno dostałabym dawno burę od dziadka, ale smoka chyba to trochę bawiło.

- Jest! - w końcu udało mi się odblokować drzwi. Spojrzałam z zadowoleniem na jasnowłosego i się dumnie wyprostowałam. - Panowie przodem - szarmancko się ukłoniłam, po gentelmeńsku i wskazałam na wrota. Uniósł brew, i patrzył, jak na głupią, ale chwycił klamkę i ostrożnie je otworzył. Oboje pozostaliśmy w stanie pogotowia. 
Żadne z nas nie spodziewało się jednak tego, co nastąpiło po chwili.

Gdy tylko Lance otworzył drzwi runęła na nas cała masa śniegu. Zaskoczeni i przytłoczeni jego ilością, nie mogliśmy wiele zdziałać. Lawina białego puchu pchnęła nas do tyłu i powaliła. Słyszałam, jak wyzywa, a potem straciłam świat z zasięgu wzroku. Zostałam zakopana.

- Już nigdy nie pozwolę na realizowanie twoich pomysłów. Straciliśmy czas, a nic wartego uwagi tam nie było - wracaliśmy do lobby, a Lance całą drogę wyzywał i narzekał. Cały czas pokrywał nas gdzieniegdzie śnieg, który co chwilę, któreś z nas z siebie zrzucało.
- Przecież nie mogłam wiedzieć, że lodowy smok zostanie powalony przez zaspę. Nie wyżywaj się na mnie - warknęłam wyprzedzając go.
- Robisz to specjalnie? Na złość? Zamiast ich unikać, to przyciągasz kłopoty..
- Raz się zdarzyło, wielkie halo - założyłam ręce. Nie miałam ochoty na dyskusje. Drwi odkąd tylko wyciągnął mnie spod śniegu. Co mu się Ashkore załączył, czy jak?

- Czemu wyglądacie, jak bałwany? - gdy tylko dotarliśmy na miejsce dopadł nas Mathieu.
- Poplotkujesz z nim potem o tym.. - machnęłam ręką i szybko usiadłam przy rozpalonym już ognisku. Potrzebowałam rozgrzewki.
- Mieliście najbliżej, a wróciliście ostatni. Stało cię coś? Jakieś komplikacje? - Nevra zaczął nas mierzyć wzrokiem. 
- Miałam ochotę na igraszki w śniegu, ale Lance nie był zadowolony - prychnęłam, na co jego mina się zaraz zmieniła, a Koori się cicho śmiać zaczęła. Smokowi nie bardzo było do śmiechu.
- Nie słuchaj jej. Po prostu spadła na nas spora zaspa. Wszystko w porządku.. 
 - Skoro tak - wampir poprawił się na swoim miejscu i spojrzał prosto w ogień. - Odpocznijcie. Podzielimy się na pary i będziemy trzymać warty. Ktoś jako pierwszy na ochotnika? - rozejrzał się po grupce. Leiftan i Koori podnieśli swoje dłonie w tym samym czasie. - To chyba sami się skazaliście na swoje towarzystwo - wampir spojrzał po nich krótko. Jedynie wzruszyli ramionami. - W takim razie po was będę ja i Anastazja, a potem Lance i Mathieu. 
Brunet niemal podskoczył ze szczęścia. 
Sama nic nie powiedziałam. Zwyczajnie wzięłam swoją torbę i położyłam się na niej.
Wpatrując się w ognisko, i nie przejmując niczym wokół, zasnęłam. 

Obudziło mnie delikatne szturchanie w ramię. 
Nie mam pojęcia ile spałam, ale zdecydowanie za krótko. Dodatkowo, gdy w końcu leniwie podniosłam powieki ujrzałam przed sobą ponurą twarz Nevry.
- Nasza kolej - szepnął i się odsunął. 
Powoli wstając do siadu rozejrzałam się dookoła. Ciągle bardzo chciało mi się spać, ale obowiązek to obowiązek. Przeciągnęłam się i usiadłam bliżej ogniska. Wampir ciągle mnie obserwował. 
- Mam coś na twarzy? - zapytałam nie podnosząc na niego wzroku. Skupiłam się na swoich dłoniach w pobliżu płomieni, i tym aby ich przypadkiem w nie nie wsadzić. 
- Zmęczenie, to na pewno - odpowiedział. - Zastanawiam się nad twoimi mocami. Dałaś całkiem mocny pokaz.. 
- Przypadkiem - wtrąciłam. - To nie efekt ćwiczeń, a bardziej emocji. Pozostaję bezużyteczna, jak zawsze.
- Masz zamiar mi teraz wypominać jeden błąd do końca życia? To nie jest dobry moment żeby się kłócić - warknął, na co spojrzałam krótko w jego stronę.
- Na rozmowy również. Nie powinniśmy zwracać na siebie uwagi.
- Mam doskonałe zmysły, prócz nas nikogo nie ma w pobliżu - wzruszył ramionami. 
Zostawiłam to bez komentarza i z torby wyjęłam kawałek chleba, który zaczęłam skubać.
Pomiędzy nami zapanowała ciężka cisza.
Nie miałam zamiaru jej przełamywać. Jedynie nasłuchiwałam i rozglądałam się po przerażająco ciemnym holu. Światło płomieni dodawało całemu otoczeniu jeszcze więcej mroku, niż można by się spodziewać. 

-  Z Lancem też nie tak dawno, nie miałaś ochoty rozmawiać - mój towarzysz postanowił zburzyć cały porządek i zaczął paplać jęzorem. Ciśnienie mi chyba skoczyło. - Zastanawiam się, jak to możliwe, że nagle zaczęliście gruchać na pokładzie, jak dwa Lovigisy*..
- Może na wspólnej misji wybuchł między nami płomienny romans? Przecież trudna sytuacja, zbliża, a Eldarya znów się sypie - prychnęłam. Nevra zacisnął pięść i starał się ją schować, ale nie był wystarczająco szybki.
- Nie mogłabyś być tak głupia - starał się brzmieć spokojnie.
- Nie? Przecież między nami już tak było. Może nie umiem się uczyć na błędach? Poza tym, wszyscy kazaliście pogodzić mi się z jego obecnością w straży.
- Pogodzić, a nie od razu..
- A co ci do tego? Ty i ja to przeszłość. Byłeś błędem, którego nie chcę powtarzać, zajmij się lepiej swoimi panienkami i daj mi spokój. Jesteś jednym z członków straży, i póki muszę będę cię jakoś znosić, ale nie próbuj ode mnie wyciągać informacji, które cię nie dotyczą. 
- Cicho! - nagle zabrzmiał agresywnie. 
- Sam zacząłeś ten temat - spojrzałam na niego.  Wyglądał jakby nasłuchiwał. 
Momentalnie zamilkłam. 
Przez idiotę, mogliśmy nie dostrzec wroga.
- Ktoś się tam kręci, słyszę jak depcze szkło - szepnął. Spróbowałam dojrzeć coś w tych ciemnościach, ale nie byłam w stanie. Wtedy Nevra nagle się podniósł - Cholera, ucieka.
Ruszył biegiem przed siebie, niewiele myśląc pobiegłam za nim. 

Krążyliśmy po korytarzach dobre dwadzieścia minut, ale nikogo nie znaleźliśmy. Nevrze urwał się trop, nic nie słyszeliśmy. Pustka. W tamtym momencie zapomnieliśmy o naszej potyczce, i współpracowaliśmy. Nie mogliśmy jednak marnować zbyt wiele czasu. Słońce zaczęło wychodzić, a jeśli był to jakiś szpieg Tenjina, to możemy mieć tu za chwilę towarzystwo.
Po sprawdzeniu ostatnich zakamarków wróciliśmy do reszty. Widok, jaki tam zastaliśmy nie mało nas zaskoczył.

- Obudziłem się, a was nie było. Pomyślałem, że musiało się coś stać, więc z Lancem zaczęliśmy szukać - Mathieu momentalnie zaczął tłumaczyć wszystko wampirowi. Sama również uważnie słuchałam, ale mój wzrok był wlepiony w człowieka, który siedział w kącie i trząsł się ze strachu. Zmarznięty i przerażony mężczyzna, jakieś trzydzieści, w porywach do trzydziestu pięciu lat - szatyn, chyba ciemne oczy, dość marnej budowy. Okrywał się kocem, a po całym naszym towarzystwie wędrował wzrokiem. Jedyną postacią, której unikał był Lance, ale wyjaśnienia bruneta szybko ujawniły dlaczego. 
Podczas, gdy ja i Nevra błądziliśmy korytarzami, oni przepatrywali najbliższe kąty. Okazało się, że człowiek zwyczajnie wrócił - może zachęcony widokiem ciepłego ogniska, a Lance go złapał i nastraszył. Od razu wzięli go za szpiega, zanim zorientowali się z kim mają styczność.
- Nie ma to jak delikatność - wyrwało mi się, i powoli ruszyłam w stronę mężczyzny. Towarzystwo zamilkło, i czułam jak zaczynają się gapić w moją stronę.
Chcę pomóc, to raczej nic dziwnego.
Zatrzymałam się i kucnęłam przed ziemianinem.
- Nie bój się, oni tylko zgrywają takich groźnych - wysiliłam się na lekki uśmiech. Cała jego uwaga spoczęła teraz na mojej osobie. Niestety w tym samym czasie usłyszałam za sobą zgrzyt wyciąganego z pochwy ostrza. - I nie użyją na tobie żadnych z tych narzędzi, ponieważ sami nie rozumieją, co tu się dzieje - specjalnie powiedziałam to głośniej, aby dotarło do wszystkich z tyłu. Nie zwracałam już na nich większej uwagi po tym. - Jestem Anastazja, a ty jak masz na imię? Rozumiesz mnie?
Niepewnie przytaknął głową. Sekundy później usłyszeliśmy strasznie zachrypnięty głos.
- Edgar.. 
- Miło mi cię poznać Edgarze. Naprawdę możesz mi zaufać - uniosłam ręce do góry, a następnie odpięłam Atarangi i odłożyłam je na bok. - Widzisz? Pozbyłam się broni. Chcę tylko porozmawiać.
- Czy ja umarłem? Tak wygląda piekło? Jest zimne, a wy jesteście od diabła? Będziecie mnie torturować? - brzmiał jakby naprawdę w to wierzył. 
- Nie, to nie piekło, ale w to ludzie też raczej mało wierzą - do naszej rozmowy wtrącił się Mathieu, który znalazł się obok mnie. Edgar spojrzał na niego natychmiast, a gdyby tylko mógł to zniknąłby w tej ścianie.  - Spokojnie, Ana ma rację. Nie mam zamiaru cię krzywdzić - posłał mu uśmiech. - Jestem Mathieu, człowiek, podobnie jak ty i Anastazja.
- Jak to podobnie? O czym ty mówisz? - mężczyzna pobladł jeszcze bardziej. Brawo geniuszu! 
- Spokojnie. Byłam kiedyś w twojej sytuacji, i doskonale rozumiem co czujesz, ale w przeciwieństwie do tamtych czasów, nikt od razu cię do więzienia zamykał nie będzie - chciałam załagodzić sprawę, a chyba ją tylko pogorszyłam. Do tego usłyszałam za sobą rozbawione prychnięcie, i jestem przekonana, że to Lance. - Tylko nie mdlej! Wszystko ci wytłumaczymy, ale powiedz.. Czy są tu jeszcze inni ludzie?

_______________________________
*chowańce z eventu walentynkowego 2017, zakochańce, takie papużki nierozłączki ♥






Popularne