piątek, 5 listopada 2021

3. Trener

 Niestety nie znalazłam Leiftana. Zaraz gdy opuściłam pokój obrad wpadłam na Jamona i porwał mnie do kuźni. Słyszał, że mam wrócić do treningów i postanowił mi zrobić prezent.

Faktycznie był piękny i idealnie leżał w mojej dłoni.
Ogr stwierdził, że ostrze tak wybitnego wojownika jakim mam być (niby) być zasługuje na nazwę, która zapadnie wszystkim w pamięci, a po mojej śmierci będą o nas krążyć legendy. Po tym ostatnim widocznie się zmieszał. Nie życzył mi szybkiego zgonu, chciał legend. Nie mogłam się powstrzymać przed cichym śmiechem. Rozumiałam go doskonale.

Ostrze nazwałam Atarangi. Nigdy nie byłam pewna znaczenia tego słowa, ale kiedyś je jakoś wybrałam i będąc jeszcze na Ziemi używałam wszędzie jako loginu czy pseudonimu. Dziwnie wracać do tego wszystkiego myślami..

Jamon nie zadawał zbędnych pytań. Był szczęśliwy, że jego prezent przypadł mi do gustu i zawisł przypięty na moim pasie. Zaproponował nawet wspólny trening. Ucieszyłam się, ale obawiałam że będzie miał kłopoty. W końcu Huang Hua wydała mi rozkaz - nie traktowałam tego jako prośbę. 
O wszystkim mu opowiedziałam. Nie chciałam aby miał mi za złe. W odpowiedzi się jedynie uśmiechnął. Zawsze był kochany, stwierdził, że przecież mogę w międzyczasie trenować z innymi i to zaszczyt jeśli on będzie pierwszy.
Jakby się zastanowić to miał rację. Zaraz po tych słowach chwyciłam go za nadgarstek i pociągnęłam w stronę ogrodu. Miałam dodatkową motywację - jeśli nie uda mi się namówić Leiftana (pfu!) to może uda mi się całkiem przypadkiem zadać kilka otarć smokowi już na pierwszym treningu. Wiem, że nie miałabym szans żeby zrobić mu jakąś większą krzywdę, ale taki element zaskoczenia może by mi coś pomógł.

Wzięliśmy się z Jamonem do pracy jak tylko znaleźliśmy spokojne miejsce. Zaczęliśmy od postawy, odpowiedniego trzymania miecza - ze wszystkim zaczynałam od początku. Zanim przeszło do uderzeń drewnianymi mieczami musiałam się trochę namęczyć przy tym.
Z każdym ruchem niechętnie przyznawałam Huang Hua rację - zesztywniałam w tym krysztale. Nie zostało nic z mojej zwinności, wszelkie umiejętności bojowe zniknęły.
Dodatkowo bardzo szybko złapało mnie zmęczenie. Po godzinie intensywnego treningu leżałam na  trawie i ciężko oddychałam. Jamon usiadł obok mnie rozbawiony i ogłosił koniec na dzisiaj.
Byłam mu niezmiernie wdzięczna. Jego krótka lekcja dała mi w kość na tyle, że szukanie Leiftana automatycznie zeszło na dalszy plan.

Do pokoju dotarłam ledwo żywa. Chwyciłam tylko szybko ręcznik i piżamę, a potem skoczyłam pod szybki prysznic. Niestety nie udało mi się przypadkiem trafić na blondyna. Pech chciał, że w drodze do łazienki widziałam Lance'a, ale on mnie nie. Szedł kawałek przede mną korytarzem. Starałam się nie denerwować i jak najszybciej zniknęłam w łazience.
Po zmyciu z siebie brudu całego dnia wróciłam do siebie i padłam na łóżko. 
Przez ten tydzień izolacji od świata nabrałam nawyku siadania w oknie i wygłaszaniem monologu w stronę gwiazd mając nadzieję, że Valkyon to wszystko słyszy. Żaliłam się, czasem trochę powyzywałam. Nawet opowiedziałam mu o szczegółach swojego poprzedniego życia. Wiem, że to było głupie. Pewnie nigdy nie usłyszę żadnej odpowiedzi, ale z braku laku lepiej pogadać do gwiazd niż trzymać w sobie za dużo. 
Dziś nie miałam na to jednak siły. Mając nadzieję, że zrozumie oddałam się w objęcia snu.

Na nogi zerwałam się wraz z pierwszymi promieniami słońca. Chciałam go dorwać od samego rana, może zaspany nie będzie do końca rozumiał i się zgodzi.
Szybko się ubrałam i wyszłam na korytarz.
Panowała niemal idealna cisza. Niemal, ponieważ za jednymi z drzwi słyszałam jakby dźwięki uderzania. Tylko krótko na nie popatrzyłam i ruszyłam przed siebie. Nie moja sprawa. Może to Nevra i jedna z jego kochanek zabawiali się od rana. Nie powinno mnie to interesować. Nie powinno mnie to boleć.

Kierunek stołówka. Karuto właśnie ją otwierał. Cmoknęłam go szybko w polik, jak co rano, i stanęłam obok uśmiechnięta. Satyr posłał mi serdeczne spojrzenie i weszliśmy do środka. Zaproponowałam mu pomoc w porannych obowiązkach, nie protestował - nawet nie miał szans. Szybko wzięliśmy się za ustawianie krzeseł, a następnie myłam i kroiłam składniki potrzebne do pysznych dań szefa kuchni. Byłam zmotywowana i pełna energii, inaczej niż przez ostatnie poranki, w trakcie których przesiadywałam tutaj, co nie uszło jego uwadze. Zapytał,  a ja nie bałam się odpowiedzieć. Pominęłam tylko szczegół. Nie zdradziłam, że Huang Hua chciałaby aby moim katem było paskudne smoczysko. Chwilę na mnie popatrzył i życzył powodzenia.

Kiwnęłam głową i rozejrzałam się krótko po sali. Pojawiali się pierwsi wygłodniali strażnicy, a Karuto zaczął ich obsługiwać. Nagle mój wzrok padł na niego. Siedział w kącie sali, a kopytny tylko kiwnął głową i wracał do mnie. Postanowiłam natychmiast wykorzystać okazję.
- Karuto, mogę zająć się Leifem?- zerknął na mnie lekko zdezorientowany.
- Zająć? Co masz na myśli? - odpowiadał, ale cały czas zajmował się przygotowywaniem kilku posiłków.
- Chciałabym go obsłużyć - przysunęłam się nieco i ściszyłam ton. Lepiej żeby nie doszło to do ciekawskich uszu. - Wiesz, że muszę z nim porozmawiać, a pewnie nie będzie zbytnio do tego chętny w ciągu dnia - zrobiłam najsłodszą minę na jaką było mnie stać. Zgodzi się, na pewno się zgodzi. Po prostu lubiłam go tym łamać. Miał do mnie słabość, a słabe punkty należy wykorzystywać, prawda? 

Dosłownie po kilku minutach szłam z dwoma talerzami pełnymi pysznego jedzenia. Jeden był dla mnie, a drugi dla mojego celu. Z relacji satyra wiedziałam, że Leiftan zawsze brał to samo - coś podobnego do omletu z jakimiś dodatkami, może warto zapamiętać. Sama dałam się ponieść fantazji szefa kuchni co do mojego talerza. Jak za każdym razem musiało być na nim cos wyśmienitego. Nie to teraz mnie najbardziej interesowało.
Byłam coraz bliżej stolika przy którym siedział aengel gdy do pomieszczenia wszedł Lance. Tylko tego tu brakowało. Po moich plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Jego wzrok dodatkowo padł na mnie, a brew poszła ku górze. No co? Nigdy nie widziałeś dziewczyny w białym fartuszku roznoszącą śniadanie?
Szybko odwróciłam wzrok i postawiłam talerz przed Leiftanem. Nie wyglądał na zaskoczonego, musiał zauważyć co się szykuje. Posłałam mu delikatny uśmiech i usiadłam naprzeciw.
- Mogę ci potowarzyszyć? - poprawiłam się lekko i nie odrywałam od niego wzroku.
- Nie będę cię przeganiał, ale chyba się rozczarujesz - od razu wziął się za jedzenie. Również zaczęłam przekąszać. Bądź co bądź wypadało się pożywić przed kolejnym stresującym dniem.

Żadne z nas się nie odezwało. Wcinaliśmy w ciszy, a czasem mój wzrok padł na blondyna. Widząc, że zaczyna kończyć nie mogłam dłużej czekać. Odłożyłam widelec i się wyprostowałam.
- Leiftan, chciałabym cię o coś zapytać.. - odezwałam się spokojnie. Podniósł na mnie wzrok, wyglądał na rozbawionego.
- Czuję, że cię roznosi. Zastanawiałem się tylko jak długo wytrzymasz - przerwał posiłek i skupił się na mnie dając swój długi warkocz do tyłu. Chyba wolałam go w poprzednim wcieleniu. Teraz też wyglądał dobrze, ale tamte dwa małe warkoczyki wyglądały uroczo. Jego wzrok wtedy taki serdeczny, teraz był pełen smutku. Żałuje, to widać, ale nie powinien się z tym sam męczyć. Zawsze był dla mnie wsparciem, chciałabym mu się za to zrewanżować. Mimo tego, że nie był względem mnie bezinteresowny to potrzebowałam kogoś takiego i nie mam mu za złe.
- Chciałabym prosić o pomoc.. - zaczęłam wyginać palce u dłoni schowanych pod stołem. Często mi się to zdarzało. Jak nie krzyczałam, a byłam zdenerwowana to maltretowałam swoje knykcie. Paskudny nawyk. Zaczęłam się nawet czuć speszona przenikającymi mnie zielonymi oczami rozmówcy i spojrzałam w stół. - Czy mógłbyś.. Znaczy.. - Do diabła, weź się w garść kobieto! - Możesz pomóc mi opanować moce? - w końcu wystrzeliłam i zerknęłam na Leiftana. Nie był zaskoczony, od początku wiedział po co przyszłam. - Jesteśmy tej samej rasy, znasz się na niej lepiej niż ktokolwiek by mógł, w czasie walki z Lancem byłeś niesamowity.. - mój ton stał się jakby pewniejszy. Odważyłam się nawet wyciągnąć dłoń i położyć na jego przedramieniu. Westchnął ciężko i położył swoją na mojej.
- Anastazjo.. Nie jestem tym samym Leiftanem, którego znałaś - zaczął. Czułam, że nie spodoba mi się to co powie. W środku czułam też jakby smutek. Nie rozumiałam, nie czułam go tak swobodnie. Był jakiś inny, jakby nie należał do mnie. - Uwierz, że gdyby okoliczności wyglądały inaczej byłbym szczęśliwy mogąc ci pomóc, ale teraz nie mogę. Złożyłem obietnicę. Nie chcę należeć do straży, nie chcę brać udziału w walkach. Potrzebuję czasu na rozprawienie się ze swoją przeszłością - mówił spokojnie. Trochę zbyt spokojnie. We mnie zaczynała narastać złość. Nie chciałam mieć styczności ze smokiem, on nie może mi tego zrobić. Nie może mnie skazać na trening z potworem, który powinien zginąć.
- Błagam, nie rób mi tego - wydukałam. Zaczynałam pękać. Czułam jak szczypią mnie oczy. Proszę tylko nie tutaj. Nie przy tych wszystkich ludziach gromadzących się na śniadanie. Nie w obecności mojego największego wroga. - Jesteś moją jedyną nadzieją. Jeśli mi nie pomożesz będę musiała.. 
- Ćwiczyć z Lancem. Wiem, sam go zaproponowałem - przerwał mi. Ktoś kogo miałam za przyjaciela właśnie wytoczył przeciwko mnie ciężkie działa, po raz kolejny. - Nie podoba ci się to, rozumiem. Huang Hua również była sceptycznie nastawiona, ale wiem co mówię. Ma wiedzę, która dla wielu dawno przepadła. Nie jest mniej doświadczony niż ja. Najlepiej się tobą zaopiekuje - próbował mnie pocieszyć. Chciał nawet ścisnąć moją dłoń, ale gwałtownie ją zabrałam i natychmiast się podniosłam. Czułam, że zwróciłam na siebie uwagę. Nie interesowało mnie to w tej chwili.
- Nic nie rozumiesz! Gdyby to była prawda to byś tak nie postąpił! - trzęsącymi się dłońmi zdjęłam fartuszek i cisnęłam nim na krzesło. - Zdradziłeś mnie po raz kolejny Leiftanie.

Po tych słowach wściekła opuściłam stołówkę. 
Jak on mógł coś takiego zrobić? Tak samo jak ja powinien nie cierpieć Lance'a i trzymać się jak najdalej od niego. Sam mnie pcha w jego stronę? Ma się mną opiekować? Nie bądź śmieszny. Przecież Lance nie oprze się żeby mnie poniżyć, drwić. Zawsze był sku****synem, a tego się tak łatwo nie da z siebie pozbyć. 

Wściekła zawędrowałam aż poza mury K.G. i trafiłam na urwisko znajdujące się nad plażą.
Miałam doskonały widok na spokojne morze, z którym miałam tyle wspomnień. Nie wszystkie były pozytywne, jak zabawa u jego brzegu z Karenn, Chromem i Alajeą, czy kilka randek z Nevrą. To właśnie w trakcie żeglugi przechodziłam swoje najgorsze momenty. Porwana i dręczona przez smoka w drodze na wyspę zamieszkaną przez duchy jego przodków, przeżywanie zdrady Leiftana. Nie można też zapomnieć, że prawie utonęłam przez krótsze działanie syreniego eliksiru.
W tej chwili jednak tafla wody była spokojna, słońce świeciło, a na niebie nie było ani jednej chmurki. Tylko ja i piękny widok przed moimi oczami.

Ciągle nie mogłam zrozumieć dlaczego Leiftan podsunął taki pomysł Huang Hua. Myślałam, że będzie raczej odradzał mi przebywanie w towarzystwie smoka, a ten mnie wręcz skazuje na jego osobę.
Czuje się zdradzona.
Kolejny raz wbił mi sztylet w plecy, ale tym razem zrobił to całkowicie otwarcie i patrząc prosto na mnie.

Padłam na plecy i przymknęłam oczy. Moje nogi nieco zwisały na krawędzi, a poliki miziała wyższa trawa. 
Ciesząc się błogim spokojem przymknęłam oczy.
To się chyba nigdy nie skończy. Jestem skazana na wiecznego pecha. Osoby, którym ufałam - dziś stały się tymi, z którymi ich zestawiałam prawie osiem lat temu.

- Jestem tu niemal osiem lat.. - dotarło do mnie, a oczy się otworzyły. - I co robiłaś przez ten czas? Krzyczałaś, kłóciłaś się o łóżko, dałaś sobą poniewierać. Nie ma co Anastazjo, oaza spokoju z ciebie - prychnęłam i usiadłam. - A teraz jeszcze gadam do siebie - wyrwał mi się jęk i schowałam twarz w dłoniach. Jest ze mną źle, naprawdę bardzo źle. - Pewnie masz mnie za wariatkę - zerknęłam w niebo. - Wybacz, że wczoraj się nie odzywałam. Pewnie i tak widziałeś co się działo. Kolejny raz się na kimś zawiodłam - podkuliłam jedno kolano i się do niego przytuliłam. - Wiesz.. Śniłeś mi się dzisiaj. Ten sen był tak realistyczny, że rano byłam trochę zagubiona. Staliśmy pod wiśnią. Mówiłeś mi, że od poznania przepowiedni byłeś pogodzony ze swoim losem, że będziesz nade mną czuwał. To ostatnie by mi bardzo odpowiadało - uśmiechnęłam się lekko i położyłam polik na kolanie. Gdyby mnie teraz ktoś zobaczył.. - Chciałabym żebyś tu był, byłoby łatwiej. Tak jak wtedy gdy wzajemnie ukrywaliśmy swoje natury - przerwałam dosłownie na moment. Coś zdawało się mnie niepokoić. -  Odnosiłeś się też do Lance'a - przygryzłam paznokieć u kciuka. - Chciałeś żebym łagodnie się z nim obeszła. Nie wierzę, że mógłbyś mu wybaczyć. Dlatego proszę, jeśli Memoria ciągle gdzieś tu jest.. Chciałabym Cię zobaczyć Valkyonie, porozmawiać. - W raz z ostatnimi słowami usłyszałam cichy trzask, coś jak pęknięcie gałązki. Za moimi plecami było jakieś drzewo, ale.. 
Natychmiast się odwróciłam. Widok jaki zastałam w cieniu zmroził mi krew w żyłach. Natychmiast się podniosłam.

- Uwierz, że nie jestem już wrogiem! Wszystko się zmieniło i naprawdę nie mam zamiaru nikogo krzywdzić! Anastazja, uspokój się! - Lance mówił głośno, można to nawet określić stłumionym krzykiem, i trzymał mnie mocno za nadgarstki. Nie mogłam się powstrzymać. Gdy zobaczyłam go w cieniu, tak niedaleko mnie, nie wytrzymałam. Rzuciłam się na niego i zaczęłam okładać pięściami wykrzykując, że jest mordercą i śmieciem, że nie powinno go tu być. 
On zamiast rzucić mną o ziemię, złapać za szyję czy coś w stylu smoka, którego miałam okazję poznać okazał się dziwnie spokojny. Tylko mnie obezwładnił i ciągle powtarzał jak mantrę, że nie jest zagrożeniem. Nie wierzyłam mu. Ból w moim sercu był za duży abym chciała mu wierzyć. Cały czas się szarpałam, a po moich polikach zaczęły spływać łzy. Nie mogłam nad tym wszystkim zapanować. 
W ułamku sekundy mój organizm wymyślił kolejną atrakcję, i zupełnie jak ostatnio na targu zaczęło mnie boleć w klatce a oddech był coraz cięższy. Nie uciekło to uwadze mojej ofiary, o ile mogę tak go nazwać, żaden cios nie zrobił na nim wrażenia. Lance szybko przeniósł swój chwyt z nadgarstków na ramiona i posadził mnie pod drzewem opierając moje plecy o pieniek. 
Nie byłam w stanie protestować, było we mnie coraz mniej sił. Obraz zaczynał się zmazywać. Ledwo docierało do mnie, co mówił.
- Spróbuj się uspokoić, zapomnij o mojej obecności - jego głos był spokojny. Zupełnie inny od tego, który ciągle krążył mi w pamięci. - Anastazja, proszę.. - poczułam jak jego silne dłonie ściskają moją. Błagam zostaw mnie. - Zamknij oczy. Zamknij oczy i wyobraź sobie coś przyjemnego, bezpiecznego. Nie myśl teraz o mnie, skup się na swoich odczuciach..

Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Uspokój się, pf, też mi coś. Zamknęłam jednak oczy, jak prosił. I tak by się to prędzej czy później stało, może lepiej zrobić to na własnych warunkach.

Ciemność, którą widziałam niestety nie pomagała. Chyba zaczęłam się do tego trząść, bo poczułam jak ręce Lance'a przenoszą się na moje ramiona by mnie przytrzymać. Cały czas mówił spokojnie abym próbowała odciągnąć myśli. Dalej Ana, uda ci się. Zapomnij o tym co jest dookoła ciebie. Zapomnij, kto ci właśnie pomaga. Musisz odlecieć aby wylądować bezpiecznie.

- Jesteś naprawdę coraz lepsza, nie ma się czym denerwować. Ten występ to tylko czysta formalność - słyszałam z kąta pokoju. Odwróciłam głowę w jego kierunku. Siedział tam starszy mężczyzna z okularami na nosie, a pod nim gościł serdeczny uśmiech. Jego szafirowe oczy wpatrywały się we mnie z dumą. Cieszyłam się. Uczy mnie od dziecka panowania nad tym instrumentem. Dobrze jest słyszeć z jego ust słowa pochwały.
- Mam najlepszego mistrza na świecie - podniosłam się i ruszyłam w jego kierunku by na poliku złożyć krótki pocałunek.
Uśmiech dziadka się tylko poszerzył i poklepał jedno ze swoich kolan.
- Wiem, że jesteś już prawie dorosła, ale z miłości do swojego ukochanego dziadunia się chyba nie wyrasta, prawda? - zaśmiałam się na to. Nie mogłam mu odmówić. Zajęłam miejsce, ale byłam bardziej na podłokietniku niż jego kolanie. On już ma swoje lata, a ja nie jestem już małą dziewczynką. Nie chciałabym uszkodzić człowieka, którego kocham całym sercem.
Położyłam mu głowę na ramieniu, a ten jak zawsze pogłaskał mnie po włosach.
Uwielbiam to miejsce. Zawsze było tu pełno miłości, spokoju i oczywiście słodyczy, które dziecko ich nie uwielbia. Ojcu nigdy nie podobało się, że spędzam tu wakacje. Miał jakiś długoletni konflikt z dziadkami i się mało widywali.
Przyjeżdżałam i przyjeżdżam tu głownie z mamą, albo teraz już sama. Nikt mnie nie zatrzyma.

Dziadek Ludvik zawsze miał jakąś fantastyczną opowieść dla mnie, a po krótkiej zabawie zaczynaliśmy naukę gry na fortepianie. On sam w młodości zajmował się muzyką, pisał ścieżki dźwiękowe do filmów oraz grał w kilku orkiestrach. Nie musiał mnie namawiać, sama chciałam coś od niego przejąć, czemu nie mogła to być muzyka?
Po kilku lekcjach okazało się, że mam dryg i z każdą wizytą u niego było coraz lepiej. Nawet babci przestało przeszkadzać, że cały czas hałasujemy i przychodziła posłuchać naszej gry na cztery ręce.
Nie będę kłamać, że wszystkiego nauczył mnie właśnie on. 
Naciskałam rodziców i ostatecznie zgodzili się na lekcje z profesjonalistą, ale nie zdradzałam tego. Chciałam mu zrobić przyjemność, a i mnie samej było cieplej na sercu gdy widziałam jego szczęśliwą twarz.


Im starsza byłam tym coraz sprawniej mi szła gra, nauczyłam się wielu kompozycji i często umilałam ludziom czas swoją grą. Przynajmniej nikt się nie skarżył kiedy to robiłam, niezależnie gdzie to miało miejsce. Chyba nawet mojemu ojcu się podobało, a szczerze trudno było trafić w jego gust. Nigdy nie chciał żebym zajmowała się głupotami, a droga jaką szedł dziadek tym dla niego była. Może dlatego fortepian został tylko moim głównym hobby, a kierunek kariery wybrałam taki by tylko tata spojrzał na mnie przychylniej.

Otworzyłam powoli oczy. Mój oddech się uspokoił, moje ciało już nie dygotało, a ból w klatce zniknął. Lance również zabrał ze mnie swoje łapy i kucał wpatrując się w mnie. Nie czułam się za bardzo komfortowo w tej sytuacji.
- Często ci się to zdarza? - zapytał nie odrywając wzroku. Błagam idź sobie.
- To dopiero drugi raz. Znowu na twój widok - zacisnęłam piąstkę. Nie mogę się znowu denerwować. Jesteś na jego łasce An, oddychaj spokojnie. - To pewnie jakiś atak paniki czy coś. Przywołujesz traumatyczne wspomnienia - na to zdanie smok się skrzywił i usiadł na trawie. Czego ty do diabła chcesz ode mnie?!
- Tak traumatyczne, że zwariowałaś i rozmawiasz z chmurami?- Słyszał mnie! Na Wyrocznie, słyszał co mówiłam! Nie mogłam trafić na Nevrę, albo jakiegoś przypadkowego przechodnia?! Dlaczego to musiał być on?! - Nie chciałem podsłuchiwać.. - westchnął. Co, teraz będziesz mi czytał w myślach? NIE LUBIE CIE, IDŹ SOBIE. No i czego nie idziesz?! - Można powiedzieć, że zajęłaś moje miejsce. Lubię tu przyjść gdy mam trochę czasu. - Jego miejsce? Że niby urwisko? To chyba jakieś jaja..
- Muszę sobie jakoś radzić, a nie macie tu terapeuty. - W końcu się odezwałaś, zuch dziewczyna. - A miejsce nie ma nigdzie znaków ostrzegawczych ''uwaga niebezpieczny smok kręci się po okolicy''.
Rozbawiłam go? Jestem pewna, że widziałam jak przez jego twarz przemknął uśmiech. Tylko tego brakowało. Czy ja już czasem nie wspominałam, że przyciągam pecha? Nie? To wspominam.
- Nie denerwuj się. Będziesz chciała to o tym porozmawiamy - kiwnął w stronę urwiska, chyba ma na myśli mój monolog.
- Nie mam się czego wstydzić. Dziele się tylko swoimi przemyśleniami z twoim bratem - zaplotłam ręce na piersi. To wspomnienie go ewidentnie ruszało.
- Uwierz mi, że tego żałuję, każdego dnia, o każdej porze dnia i nocy - jego twarz była skierowana w trawę. Wstydził się mojego spojrzenia? - Huang Hua powinna była Cię uprzedzić.. - nagle zmienił temat i spojrzał prosto na mnie. Szybko się pozbierał, albo naprawdę bardzo mocno nie chce o tym rozmawiać. - Nie byłem przekonany do jej pomysłu, ale jej zaufałem tak jak ona mnie. Nie będę na siłę próbował Cię przekonać, że nie jestem potworem, którym byłem. Chciałabym żebyś sama się o tym przekonała. Nie musisz uciekać. Naprawdę nie chcę robić nikomu krzywdy. Wiem też, że jestem teraz twoim przełożonym. Nie uciekniemy od tego faktu. Wolałbym też uniknąć problemów jakie mają Huang Chu i Mathieu - zaczął się podnosić wzdychając ciężko. - Nie będę ci się narzucał w związku z tym co ci wczoraj powiedziała Huang Hua. Wolę abyś sama podjęła decyzję, ale chyba wiesz, że każdy dzień się liczy. - Dlaczego nie mogę nic powiedzieć? On jest zdecydowanie za spokojny. Czuje się przez niego dziwnie, a żadne słowa nie są w stanie wyjść z moich ust. Bacznie go obserwowałam. Wiedział o wszystkim i był wyrozumiały. Nieprawdopodobne. Powoli zaczął się oddalać. Będąc już dobry kawałek dalej zerknął na mnie, wydawał się.. smutny. - Gdyby słowa mojego brata z twojego snu były prawdą, zrzuciłyby mi z serca trochę ciężaru.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne