poniedziałek, 31 stycznia 2022

19. Szczery uśmiech

 Płaszcz jest, kurtka jest, szalik i grube ubrania - wszystko na miejscu. 

Spakowałam swoją torbę trochę za wcześnie, ale i tak ją będę sprawdzała pewnie z dwadzieścia razy.
Mam dziś w miarę luźny dzień. Po wczorajszym spotkaniu umówiłam się z Jamonem na trening po południu, ale mając jeszcze trochę czasu postanowiłam przygotować swoje rzeczy. Najwyżej poleżą w kącie pokoju i poczekają na podróż. Nic im się przecież nie stanie. 

Jak tylko skończyłam pakowanie, wzięłam swój miecz i ruszyłam w stronę Wiśni. Ogr już tam na mnie czekał i szeroko się uśmiechnął. Przywitałam się z nim, i bez zbędnych ogródek przeszliśmy do treningu. Potrzebuję tego, a zdecydowanie wolę zrobić to z nim niż ze smokiem, który ciągle znajduje się na mojej czarnej liście.
Początkowo Jamon kazał mi tylko atakować, a on się będzie bronić. Biłam go więc tak przez kilka minut, ale nie było to to, czego oczekiwałam. Poprosiłam go więc o pojedynek z prawdziwego zdarzenia. Chciałam się z nim zmierzyć, aby szczerze ocenił moje umiejętności. Niechętnie się na to zgodził.

Zaczęłam wymachiwać Atarangi w stronę przeciwnika, jednocześnie analizując każdy jego ruch.
Jest ogromny i silny, więc nie ważne jak mocno uderzę - nie zrobi to na nim wrażenia. Muszę być od niego szybsza i sprytniejsza. Nie mogę też zapominać, że jego doświadczenie jest ogromne i doskonale wie czego może się po mnie spodziewać.
Niezbyt przyjemna sytuacja. 
Jamon atakował, a ja starałam się uskakiwać i blokować jego ciosy. Zaczęłam powoli odczytywać jego schemat i szybkim ruchem wyminęłam kolejny jego cios wymierzając własny. W ostatniej chwili się odsunął i spojrzał na mnie zaskoczony, po czym się uśmiechnął.

Nasza wymiana ciosów trwała jeszcze dobrą chwilę.
Przerwał ją gwizd, który usłyszałam i straciłam koncentracje, w efekcie czego ogr z łatwością mnie wywalił na tyłek. Spojrzałam na winnego całemu temu nieszczęściu.
Kilka metrów od nas stała Karenn i Chrome.
- No, no, było nieźle - wampirzyca puściła mi oczko wyciągając zza pasa ostrze. - Teraz zobaczmy, jak pójdzie ci ze mną.
Stanęła naprzeciw mnie z cwaniackim uśmieszkiem. Jamon najwidoczniej chciał to zobaczyć i usiadł na jednej z pobliskich ławek. 
- Zdecydowanie odradzam. Nie pchaj się w to - dowódca Straży Cienia podszedł i wyciągnął w moją stronę dłoń abym mogła wstać. Przyjęłam ją i powoli się podniosłam ciągle zerkając na dziewczynę. Tuptała w miejscu zniecierpliwiona. 
- No dalej, przecież cię nie uszkodzę - śmiała się.
- Tego właśnie się obawiam. Wolałabym nie skończyć znów na kozetce u Ewelein - wzdrygnęłam się na samą myśl.
- Obiecuję, że będę delikatna - odrzuciła swoją kitę do tyłu i ruszyła z atakiem. Ledwo udało mi się uskoczyć jej z drogi.

Starałam się, wierzcie mi, jak bardzo chciałam chociaż raz zagrozić swojej rywalce. Nie miałam jednak najmniejszych szans. Wcale nie obchodziła się ze mną łagodnie. Zadawała cios za ciosem, a moje zgrabnie neutralizowała lub unikała. Byłam zdecydowanie zbyt powolna w porównaniu do niej - wręcz fatalna.
W końcu zmęczona poleciałam na tyłek i położyłam się na trawie zamykając oczy.
- Dość! Poddaje się! - puściłam swój miecz. - Wygrałaś, jesteś najlepszą wojowniczką w całej Eldaryi.
Moje słowa najwyraźniej rozbawiły Jamona, ponieważ usłyszałam jego śmiech. Nie byłam jednak w stanie spojrzeć. Zbyt bardzo bolała mnie d.. Właściwie to nie ma partii ciała, która by mnie w tej chwili nie bolała.
- I to jest ta słynna Aengel, wielka wybawicielka tego świata? - do moich uszu dotarł jeszcze jeden śmiech. Leniwie przekręciłam głowę w bok. W pobliżu stał Mathieu, Koori i Adalric, cała trójka z rozbawieniem przyglądała się moim zwłokom.
- Ostrzegałem ją, ale nie miała zbyt wielkiego wyboru - Chrome stanął w mojej obronie. Uwielbiam cię wilczku, pamiętaj o tym! - Muszę jednak przyznać, że przyjemnie się patrzyło, jak obrywa od Karenn - roześmiał się. No to przestałam cię lubić. Nie jesteśmy już przyjaciółmi. Koniec. Oddawaj mi tą kiełbasę z rejsu na Ziemie Kapp, ale to już!
- Może kto inny powinien dać twojej dziewczynie nauczkę? - Mathieu wyciągnął swój miecz i machając nim ruszył w stronę wampirzycy. Widząc do czego to dąży leniwie się podniosłam i usiadłam na ziemi pod drzewem. Obok mnie usadowiła się kitsune.
- Powodzenia marny człowieczku - Karenn przyjęła postawę obronną. - Nie masz ze mną najmniejszych szans - uśmiechnęła się i zaczęła nacierać na bruneta. - Skończysz, jak twoja poprzedniczka.
Mathieu natychmiast zareagował i zatrzymał jej ostrze odskakując. Podziwiałam ich płynną wymianę ciosów. Wampirzyca się nim bawiła - był niecierpliwy, co szybko wykorzystywała. Zadawał mocne i agresywne ciosy, które sprawnie unikała lub wymijała, a gdy się zmęczył zręcznie go powaliła i przyłożyła nóż do gardła. Przegrał.
- To kto następny? - spojrzała zaraz po wszystkich po kolei. Mathieu w tym czasie podnosił się niezadowolony. 
- Żądam rewanżu - wystawił miecz w jej stronę. - Nie poddam się tak łatwo.

Przewidywalnie brunet przegrał ten pojedynek, jak i następne cztery. Cały czas wstawał i próbował podejść wampirzycę innym sposobem, ale ciągle z tym samym efektem - lądował tyłkiem na trawie. 
Dopiero gdy Karenn znudziło się obijanie człowieka wyzwała na pojedynek sylfa. Muszę przyznać, że wyglądało to dość ciekawie przez brak nóg u Adalrica. Nie był mistrzem oręża, jak jego przeciwniczka, ale się starał.
Niestety każdy pojedynek z różowowłosą kończył się tak samo. Nawet Koori dała się namówić na potyczkę, a nie wyglądała jakby była w dobrym humorze, i odniosła porażkę. 
- Karenn już dosyć, teraz ktoś inny pokazać dobrą walka - Jamon spojrzał na dziewczynę pomagając ogoniastej podnieść się z ziemi.
- Ja to bym chętnie zobaczył, jak dwójka naszych ludzi da sobie radę stając przeciwko sobie - Chrome puścił mi oczko. Nie lubię cię, już to mówiłam, prawda? 
- Chętnie podejmę wyzwanie - Mathieu zaraz się podniósł i stanął naprzeciw mnie. - Rzuciłbym rękawicę, ale mam nadzieję, że i bez niej podejmiesz wyzwanie - wyciągnął w moją stronę dłoń.
Westchnęłam ciężko i ją chwyciłam. 
- Tylko raz. Wystarczająco obolała już jestem - podniosłam się i stanęliśmy naprzeciw siebie. 
- Panie i panowie, przed nami niesamowity pojedynek! - Karenn postanowiła się pobawić w speakerkę stojąc pomiędzy nami i rozkładając szeroko ręce. - Wybawczyni Eldaryi, ostatnia z Aengeli, niesamowita Anastazja zmierzy się z Mathieu, pogromcą Musarose i zdobywcą niewieścich serc!
Na słowa o chłopaku towarzystwo wybuchło śmiechem, a on cały poczerwieniał.
- Ej! Nie wiedziałem, co to, jasne? Byłem tu tylko kilka dni!
Wampirzyca zignorowała jego słowa i odskoczyła dają znam znać, że możemy zaczynać. Natychmiast skupiłam swój wzrok na chłopaku. Zamachnął kilka razy mieczem, mrucząc coś pod nosem. Chyba starał się wyglądać groźnie. Oboje mierzyliśmy się wzrokiem i krążyliśmy analizując gdzie i kiedy zadać pierwszy ruch.
Mathieu chyba się w końcu zniecierpliwił i ruszył na mnie z szarżą. Szybko zablokowałam cios i odepchnęłam go od siebie, ale nie przestał napierać. Wykorzystywał moją marną siłę i zmuszał jedynie do obrony. Muszę w końcu zaryzykować, nie mogę mu się dać przytłoczyć. Z każdym ruchem jego zmęczenie wzrasta, a ciosy tracą na precyzyjności. To moja okazja.
Szybko uskoczyłam przed kolejnym machnięciem jego miecza i zaatakowałam. W ostatniej chwili uniknął mojego ciosu. Uśmiechnęłam się pod nosem, coraz lepiej się w tym czuję, a wibrujący w mojej dłoni miecz tylko to podkręca.

Jak naładowana świeżą energią zaczęłam napierać na chłopaka, teraz to on był zmuszony do obrony. Zmęczenie dopadało go coraz bardziej, jego postura się zmieniła. Wycelowałam swój miecz z statecznym atakiem.
- Co ja ci mówiłem na temat postawy? To cię naraża na szybki cios - usłyszałam w tym samym czasie, w którym mój miecz wędrował w stronę przeciwnika. Straciłam przez to uwagę, co szybko wykorzystał i wytrącił mi Atarangi z ręki. Chwilę później jego miecz był pod moją brodą.
- Przegrałaś - uśmiechnął się od ucha do ucha. Warknęłam niezadowolona i odwróciłam głowę. Do naszej wesołej gromadki dołączyła właśnie Huang Hua z Nevrą i Lancem przy boku. Ten drugi stał z założonymi rękoma i wyglądał na zadowolonego, to przez niego przegrałam. 
- Przeszkadzamy? - fenghuang posłała nam delikatny uśmiech. 
- Skąd, zapraszamy. Zrobiliśmy sobie mały turniej - Mathieu potargał mnie po włosach i podał mój miecz. Starałam się za bardzo nie krzywić. Szło mi tak dobrze, musieli przyjść akurat teraz? 
- I jak idzie? - Nevra zaczął przyglądać się naszej dwójce. Szybko odwróciłam wzrok, aby na niego nie patrzeć. 
- Póki co Anastazja dostaje srogie lanie - roześmiał się wilkołak. - Chociaż pod koniec szło jej całkiem nieźle.
- Ana zrobić duże postępy. Wracać jej stara forma. - Jamon, przyjacielu! Chociaż ty mnie tu wspierasz. 
- I tak póki co, to ja jestem tu niepokonana - Karenn podniosła się i dumnie wypięła pierś. 
- Mogę się założyć, że brat dałby sobie z tobą szybko radę - rzuciłam krótko wracając na miejsce obok Koori. Miałam olewać wampira, ale lepiej wspomnieć o nim niż o smoku. Pojedynek rodzeństwa wydaje mi się trochę ciekawszy. 
- Zaraz możemy to sprawdzić - Nevra uśmiechnął się i wyjął swoją broń. Wampirzyca stanęła naprzeciw. 
- Między tymi papierami zardzewiałeś. Nie pójdzie ci tak łatwo.

Zaczęli potyczkę. Ich wymiana ciosów była płynna i wyrównana, dobrze się to oglądało. Karenn zrobiła już wcześniej na mnie wrażenie swoimi umiejętnościami, ale teraz przy zestawieniu jej z bratem - doświadczonym wojownikiem, również prezentowała się bardzo dobrze.
Ciemnowłosy wyglądał jednak jakby się nią trochę bawił, robił nadzieję na możliwość pokonania go.
I faktycznie, gdy miała w zamiarze kolejny atak, kilkoma sprawnymi ruchami obezwładnił ją i przystawił ostrze do gardła. 
Rozległy się brawa.
- Niepokonana w końcu została pokonana - roześmiał się Mathieu. 
- Jednak nie jest tak źle z twoją formą - dziewczyna rzuciła kąśliwą uwagę w stronę brata i usiadła obok Chrome'a. 
- Nie jestem jeszcze taki stary - zaśmiał się i rozejrzał. - To kto następny? 
- Nie mam najmniejszych szans, ale chcę spróbować - wilkołak podniósł się i stanął przed (prawie)szwagrem.
- Chcesz sobie narobić wstydu przy mojej siostrze? - wampir przyjął pozycję.
- Raczej wspierać ją w naszej wspólnej porażce - roześmiał się, i zaczęli walkę.

Jak przystało na szefa straży, Chrome radził sobie całkiem nieźle. Parę razy nawet zagroził Nevrze, ale niestety nie zyskał dłuższej przewagi. Wymieniali ciosy tak długo, aż wampir się nie znudził i zwyczajnie zakończył pojedynek z fatalnym wynikiem dla wilczka.

Całe nasze towarzystwo przyglądało się wszystkiemu z zapartym tchem. Huang Hua była widocznie zadowolona, a na jej ustach gościł szeroki uśmiech. Jedynie Lance i Koori wyróżniali się na naszym tle. Smok stał niewzruszony i się wszystkiemu przyglądał z założonymi rękoma, a kitsune podpierała brodę na ręce i była ciągle ponura. Spróbowałam ją zagadać, ale machnęła ręką i kazała się nie przejmować. Nie naciskałam, jak będzie chciała to z kimś porozmawia, i niekoniecznie muszę być to ja.

Po porażce naszego uroczego wilkołaka, chęcią walki wykazał się również Mathieu, którego rozłożenie na ziemi zajęło zaledwie ułamek czasu, jaki Nevra musiał poświęcić na Chrome'a lub swoją siostrę. Brunet jęknął głośno i wracał na swoje miejsce.
- Skoro żadne z nas nie jest w stanie, to niech Lance cię załatwi - spojrzał na smoka i uśmiechnął się zadowolony. Wzrok wszystkich, a także mój, padł w tamtym kierunku.
- Nie wiem czy to najlepszy pomysł - pokręcił niechętnie głową. 
- Oj nie marudź, co ci szkodzi? Dwóch szefów zrobi pokaz dla marnych podwładnych - próbował go przekonać. Kątem oka dostrzegłam, jak Chrome się niespokojnie poruszył, ale Karenn szybko go uspokoiła. Pewnie go to trochę dotknęło.
- To może być całkiem ciekawe widowisko - Huang Hua odezwała się pierwszy raz od dłuższego czasu i rzuciła spojrzenie w stronę Obsydiańczyka. Ten ciężko westchnął i niechętnie się zgodził. Wyjął swój miecz i stanął naprzeciw Nevry. Mathieu zaczął się cieszyć, jak dziecko.

Walka się rozpoczęła.

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę kibicowała Lance'owi to bym w życiu nie uwierzyła, a jednak właśnie to miało teraz miejsce.
Jego pojedynek z Nevrą trwał już dobrą chwilę. Wymieniali cios za ciosem, a brzdęk metalu rozchodził się po okolicy. Na twarzach obu mężczyzn było widać pełne skupienie. Raz za razem unikali i zadawali uderzenia. Wampir wyglądał na pewnego siebie, ale moim zdaniem to Lance nadawał tempo potyczce.
Nawet nie zdałam sobie sprawy kiedy zaczęłam uważnie obserwować każdy najmniejszy ruch smoka. Co innego z nim ćwiczyć, uczyć się od niego, a widzieć go w walce. Siedem lat temu na jego twarzy widniał tylko gniew, czysta agresja, a każdy atak dążył do śmierci przeciwnika. Teraz było inaczej - miał jedynie doprowadzić do poddania, powalenia. Nie odrywał wzroku od przeciwnika, śledził każde zamachnięcie, każdy krok.
Podkuliłam nogi i przytuliłam kolana. Zaczęłam zaciskać kciuki mając nadzieję, że nikt tego nie zauważy. 

Nagle Lance wytrącił Nevrze miecz z dłoni. Wampir krótko za nim spojrzał. Ostrze leżało tuż przy moich stopach. Miał niestety kawałek aby je sięgnąć. Szybko wyciągnął sztylet i zablokował cios smoka. Powinien się poddać, a jednak dalej brnie.
Ogromny miecz kontra większy nóż. W takiej sytuacji pojedynek powinien szybko zostać rozstrzygnięty. Mimo to dyskretnie przesunęłam broń krwiopijcy dalej. Dostrzegła to Koori, która się nawet lekko uśmiechnęła, ale nic nie powiedziała.
Ledwo wróciłam wzrokiem do walczących, a smok przystawiał broń do grdyki Nevry.

Mathieu natychmiast wyrwał się z brawami.
- To było niesamowite! - ekscytował się, ale wzrok zwycięzcy zamiast na nim spoczął na mojej osobie.
- Teraz twojej kolej Anastazja - usłyszałam, a na jego ustach pojawił się uśmieszek. - Czysty pojedynek jeden na jeden. - Przez chwilę miałam wrażenie, że słowo czysty jakoś tak bardziej podkreślił. Miałam omamy, a może dostrzegł mógł mały fortel? Nie mam pojęcia.
- Przecież mógłbyś mnie rozłożyć bez najmniejszego problemu - skrzywiłam się.
- Mimo to - kiwnął abym podeszła.
Zawahałam się i krótko rozejrzałam.
Zbyt długo mi to zajęło. Karenn się podniosła i pociągnęła mnie za rękę abym wstała.
- Panie i panowie, Panalulu i inne stwory chodzące po tych ziemiach, przed wami pojedynek, jaki mogli zobaczyć nieliczni! - postawiła mnie naprzeciw jasnowłosego. Spojrzałam na niego, był zadowolony. - Przed wami starcie ostatnich ze swych ras! Niesamowita aengel Anastazja i potężny smok Lance!
Po tych słowach szybko uskoczyła. Nie wiem co dzisiaj piła lub jadła, ale zdecydowanie nie zadziałało to na nią dobrze. 

Przybrałam odpowiednią pozycję. Starałam się odwzorować ją co do milimetra, jak uczył mnie zarówno Lance, jak i Jamon.
Obje wystawiliśmy miecze. 
Uśmiechał się i nie zaatakował pierwszy. Chciał żebym ja to zrobiła.
Nie mając dłuższej ochoty na nasz kontakt wzrokowy zadałam cios. Szybko go zablokował znajdując się bliżej mnie.
- Oby tobie nie zwinął ktoś miecza - szepnął i puścił mi oczko. Uśmiech na jego twarzy również zmienił swój wydźwięk, wydawał się dużo szczerszy niż dosłownie chwilę temu. Doznałam chwilowego szoku. Smok mnie odepchnął i ledwo złapałam równowagę. Dopiero wtedy udało mi się otrząsnąć.
Nie daj mu się omamić. Robi to specjalnie żebyś przegrała. Do boju Ana!

Wstrząsnęłam lekko głową odganiając głupie myśli i ruszyłam z kolejnym atakiem. Metal zabrzęczał. Miecz drżał w moich rękach podczas wymieniania z przeciwnikiem kolejnych, płynnych ciosów. W tle usłyszałam, jak Mathieu krzyczy, że zaczyna przyjmować zakłady, ale nie przejmowałam się tym. Skupiłam swój wzrok na Lancie. 
To nie był szczyt jego możliwości, doskonale to wiem, ale chcąc pokazać się z jak najlepszej strony nacierałam nie zwracając uwagi na otoczenie, i przemęczone dzisiejszym wysiłkiem mięśnie.
Czułam na sobie wzrok dosłownie każdego, kto znajdował się w otoczeniu Wiśni. Najbardziej skupione było jednak to lodowate spojrzenie smoka.
Starałam się je ignorować, jednak za każdym razem gdy nasze miecze się krzyżowały i byliśmy dość blisko nie byłam w stanie się powstrzymać. Jak kretynka zerkałam na jego twarz. On również wtedy patrzył. Jego oczy błyszczały, a na ustach gościł delikatny uśmieszek. 
Przez takie tracenie uwagi przegrałam. Po zablokowaniu kolejnego ciosu, Lance zbliżył się jeszcze bardziej i podciął moje nogi swoją. 
Boleśnie wylądowałam na tyłku a on wystawił swój miecz w moją stronę.

______________________________________________

Jakie wrażenia?
Tu znajdziecie ankietę, w której możecie poobstawiać pomiędzy chłopcami w starciu na broń białą.
 Chętnie poznam waszą opinię.
Jak będzie zainteresowanie, może częściej będą się one pojawiały :D

https://forms.gle/kTAqefk5PjLPPmGY6

gle/kTAqefk5PjLPPmGY6



niedziela, 30 stycznia 2022

18. Bezsilny

 Od feralnej sytuacji w przychodni minął tydzień. 

Przez ten czas moja rana się zdążyła zagoić dzięki cudownym maściom Ewelein. Nie ćwiczyłam, a Lance'a widziałam tylko przelotnie. Nie czułam się dobrze w jego towarzystwie. Tamtego dnia elfka podeszła i uratowała mnie z opresji, on zresztą jej oddał wszystko i sam szybko uciekł. Myślę, że dla nas obu było to dziwne. 
Nevrze podziękowałam. Zrobiłam to szybko. Wychodził z biblioteki, a ja szłam po jakąś książkę dla zabicia czasu. Rzuciłam krótką formułkę i natychmiast uciekłam, nie chciałam wdawać się w dyskusje. Nie zatrzymywał mnie, ale potem kilka razy chciał porozmawiać. Ja swojego zdania nie zmieniłam.
Wampir i smok znaleźli się na mojej liście osób do unikania, przynajmniej na jakiś czas.

Dni głownie spędzałam na spokojnej rekonwalescencji. Siedziałam pod Wiśnią, czytałam w pokoju, albo wygłaszałam monologi ku niebu na urwisku.

W Kwaterze było dość spokojnie. Huang Hua wszystkim ogłosiła, że samotne wycieczki do lasu są póki co zabronione - musiała niestety wspomnieć przy tym o ataku na mnie, oraz zarządziła codzienne patrole. Jakby zabezpieczeń było mało, Straż Cienia miała niemal cały czas nadzorować las, sprawdzać czy nic podejrzanego się w nim nie dzieje. Nie działo się nic. Żadnych nowych łusek, czy rannych chowańców. Absolutna cisza. 

Jednak znając moje szczęście, i talent do przyciągania problemów - nie potrwa to długo. Rano Ewelein oznajmiła, że jest ze mną wszystko w porządku i mam świetne, jak na mnie, wyniki i nie muszę już codziennie jej odwiedzać. Niestety musiałam to przez cały ten czas robić, ponieważ rana się trochę paprała, i czasem miałam wyższą temperaturę, ale wszystko dało się uspokoić. 

Wreszcie mogę wrócić do treningów. Chciałam również przejść do tej drugiej jego części. Próbowałam kilka razy sama w swoim pokoju, ale poza iskrami albo światłem nie byłam w stanie nic innego zrobić. Doskonale jednak pamiętam, jak buchałam energią i unosiłam się na skrzydłach te siedem lat temu. Jak to ponownie uruchomić? Odpowiedź zna tylko jedna osoba, dlatego zaraz po obiedzie zaczęłam szukać go po całej Kwaterze. 
I wiecie co? Nie było go nigdzie, a zajrzałam do każdej możliwej dziury. Nawet pytałam przypadkowych przechodniów, ale nikt go nie widział. Strażnicy przy bramie jedynie coś wspomnieli, że chciał wyjść, ale ostatecznie zrezygnował i wrócił się w stronę budynku. 
Gdzie do cholery jest? Przecież nie rozpłynął się w powietrzu!

Wściekła kopnęłam przypadkowy kamyk. 
Zaczęłam się zastanawiać, czy na pewno wszędzie byłam, czy szukałam dokładnie. Pokój sprawdzałam, znów wskazał mi go Mathieu, który rozbawiony moimi ciągłymi poszukiwaniami po prostu wytłumaczył mi szybko, który do kogo należy i miałam z głowy. Pukałam do drzwi Leiftana dłuższą chwilę, ale nikt nie otwierał, nie odzywał się. Raczej by mnie tak nie ignorował, prawda?
Ostatnie miejsce, do jakiego bym poszła..
Kryształowa Sala!
Tylko tam mnie jeszcze nie było, i w sumie od powrotu do żywych unikałam tego miejsca. Nie przywołuje miłych wspomnień, a też jako obiekt kultu ściąga za dużą uwagę. Gdybym nagle zaczęła tam bywać alb wywołało by to strach, że znowu coś strasznego może się stać, albo przeciwnie - wywołało by zbyt wielką nadzieję i oczekiwania. Żaden z tych scenariuszy nie jest dobry. Zwłaszcza w sytuacji, w jakiej teraz jesteśmy i nic z niej nie rozumiemy. 

Ruszyłam w stronę pomieszczenia. Nieco się zawahałam, ale powoli przekroczyłam jego próg i rozejrzałam się.
W końcu go znalazłam. Siedział naprzeciw kryształu i wyglądał jakby medytował. Powoli zbliżyłam się i starając zachować panującą wokół ciszę usiadłam obok niego. Byliśmy tu tylko on i ja. W sumie, jak przez cały ten okres wegetacji..
- Zastanawiałem się czemu jesteś taka zdenerwowana, ale po spokoju jaki właśnie cię opanował, domyślam się że chodziło o mnie - usłyszałam głos blondyna. Gdy na niego spojrzałam przyglądał mi się z delikatnym uśmiechem.
- Masz rację. Szukałam cię - przytaknęłam. - I nie będę ukrywać, że fakt iż twoje wyczulenie jest tak intensywne trochę mnie martwi.
Spojrzał na kryształ, uczyniłam to samo.
- Ty moich nie czujesz? - na jego pytanie westchnęłam ciężko. 
- Czułam, przed wyjazdem do Tenpu. Tam już nie.. - machinalnie zaczęłam wyginać palce. 
- A teraz? - nie odrywał wzroku od obiektu przed sobą. - Staram się nad tym wszystkim panować, dlatego pytam.. 
- Nic. Po to ta medytacja? - położyłam mu dłoń na ramieniu. Spiął się i zerknął na mnie. 
- Nie chcę żebyś czuła się niekomfortowo. Wystarczająco krzywd ci wyrządziłem.
Był przybity, widziałam to i czułam. Musiał właśnie stracić nad sobą panowanie.
- Potem starałeś się to naprawić, to najważniejsze. Nie da się tego zapomnieć, mam ci to za złe, ale nie odrzuca mnie twoja osoba - starałam się go pocieszyć. Czy moje słowa były prawdą?  Po części tak, nie chcę żeby Leiftan przez to się odcinał od wszystkich. W przeciwieństwie do smoka zaczął żałować swoich czynów zanim było za późno, i starał się.
- Obrzydzenia do siebie samego nie da się tak łatwo pozbyć - zabrzmiał strasznie ponuro, aż przeszedł mi po plecach nieprzyjemny dreszcz. - Skończmy o mnie. Dlaczego mnie szukałaś? 
Spojrzał szybko ucinając temat. Zabrałam dłoń i powoli się podniosłam na nogi. Zrobił to samo. 
- Wiem, że chcesz się trzymać od tego wszystkiego z daleka, ale jesteś moją jedyną nadzieją. Nie panuję nad sobą, zabiłam chowańca, a w każdej chwili mogę skrzywdzić kogokolwiek. Naprawdę tego nie chcę - nie odrywałam od niego wzroku, on również przyglądał się smutnymi oczami. - Chociaż mi wytłumacz, cokolwiek. Nie chcę żeby to się powtórzyło.
- Lance miał cie uczyć - wtrącił.
- To smok. Moje moce się przy nim pojawiają, ale przez emocje, nie z panowania. Wolałabym aby pomógł mi ktoś taki, jak ja.. - spuściłam głowę spoglądając w swoje stopy. To może naiwne, już odmawiał i może zrobić to ponownie. Na co więc liczę? Powinnam się postawić na jego miejscu, ale nie potrafię - tak jak inni nie potrafią na moim. 
- Anastazjo, nawet gdybym chciał to nie mogę - odezwał się po dłuższej chwili ciszy. Podniosłam wzrok, a w środku czułam rozpacz i wściekłość równocześnie. Emocje się we mnie plątały. Nie rozróżniałam swoich od jego, a może oboje odczuwaliśmy w tej chwili to samo? - Powiem ci coś, ale chciałbym żebyś zachowała to w tajemnicy. Huang Hua nic nie wie, wolałbym tego nie rozgłaszać na całą Eldaryę.
- Obiecuję - położyłam dłoń na sercu.
- Nie chcę należeć do straży i walczyć, to się zgadza. Nie chcę przypadkiem znów stać się zagrożeniem. Może to dlatego, a może to dalszy ciąg mojej pokuty, ale.. - odwrócił się ode mnie w stronę kryształu. - Moje moce zniknęły. Czuję pustkę i jestem bezsilny. Medytuję próbując to w sobie odnaleźć, ale nic mi z tego nie wychodzi. Chciałbym ci jakoś pomóc. Wiem, że jesteś mną rozczarowana, jednak nie jestem w stanie. To powyżej moich obecnych możliwości. 
Jego słowa mną wstrząsnęły, ale równocześnie wszystko tłumaczyły. 
Nie panując nad sobą, przytuliłam go. Wzdrygnął się, ale nie uciekł. Nawet się poprawił i mnie objął. Zrobiłam to po prostu odruchowo.
- Nikomu nie powiem - szepnęłam. - Chociaż nie sądzę, że twoje moce cię opuściły - próbowałam na niego zerknąć, ale chował we mnie swoją twarz. Czułam się trochę dziwnie w tej sytuacji, ale wiem że tego potrzebuje. - Blokujesz się z powodu wyrzutów sumienia. Może moglibyśmy sobie pomóc wzajemnie. Przemyśl to.. 
Blondyn odsunął się ode mnie.
- Dziękuję An, ja..- przerwał i spojrzał w stronę wejścia. Zmarszczył brwi niezadowolony, więc podążyłam za jego wzrokiem. 
Westchnęłam ciężko. 
Grupka faery weszła do pomieszczenia, a nasz widok stanęła jak oniemiała. 
- Chyba będzie lepiej, jak się stąd ewakuujemy - zerknęłam na towarzysza. Jedynie przytaknął. 

Szybko ruszyliśmy do drzwi. Leiftan zignorował przybyłych, i uciekł jak najszybciej. Ja natomiast posłałam im słaby uśmiech i wyszłam. 
Aengel czekał na mnie na korytarzu. 
Ledwie do niego podeszłam, a do naszych uszu dotarł donośny głos.
- Nareszcie jesteście! Wszędzie was szukałem! - podbiegł do nas Mathieu. 
- Coś się stało? - spojrzałam na chłopaka, wyglądał na zamachanego. 
- Huang Hua wzywa nas wszystkich, waszą dwójkę też, do Sali Obrad. Szukam was od godziny, pewnie już zaczęli - skrzywił się. 

Bez zbędnego gadania całą trójką ruszyliśmy na miejsce.

W pomieszczeniu wszyscy już na nas czekali. Oprócz stałej obsady zebrań Lśniącej Straży, była tam również Koori, która tak jak i nasza trójka nie miała tu za bardzo czego szukać. 

Przywitaliśmy się i zajęliśmy miejsca. Huang Hua od razu przeszła do rzeczy. 
- Nie będę krążyć gdzieś dookoła tematu. Straż czeka misja, do której chcę zaangażować większą grupę. Podobnie, jak ostatnio - rzuciła krótkie spojrzenie w stronę Lance'a. Smok siedział spokojnie. Jego mina nic nie mówiła. Fenghuang kontynuowała. - Tak, jak w rejonach Tenpu, tak i w innych częściach naszego świata dzieją się niepokojące rzeczy. 
- W jednym z miejsc pojawiło się coś dziwnego - Nevra zabrał głos i spojrzał na mnie podsuwając mi jakiś rysunek. Wzięłam go do ręki i spojrzałam, a przez moje ramię spojrzał Mathieu siedzący obok. 
- Przecież to.. - zaczął brunet, ale szok chyba nie dał mu dokończyć. 
- Wieżowiec. Skąd ludzki budynek w Eldaryi? - spojrzałam na liderkę. 
- Tego właśnie nie wiemy. Pojawił się jakiś czas temu w Genkaku, a z władcą nie jest łatwo się dogadać.
- Bo to palant - wtrąciła Koori. Wyglądała na rozgniewaną, a jej puchate ogony nerwowo falowały.
- Zapewne - Huang Hua nie komentowała słów kitsune. - Udało nam się jednak wynegocjować z nim możliwość zbadania budynku.
- Do tego przyda ci się dwójka ludzi - tym razem ja zabrałam głos. Kobieta przytaknęła.
- Musicie sprawdzić jak on się tu znalazł, co jest w środku i czy nie ma tam nikogo więcej. Nevra będzie z wami, jako mój przedstawiciel. Koori, jako że znasz to miejsce doskonale, będziesz przewodnikiem.
Dziewczyna przytaknęła.
- Lance również się z wami wybiera - kontynuowała. 
- A ja po co tu jestem? - wtrącił się Leiftan. Faktycznie. Jego obecność tutaj jest dość zastanawiająca. Fenghuang cicho westchnęła i spojrzała prosto na niego. 
- Wiem, że nie chcesz brać udziału w życiu straży, ale chciałabym abyś również wyruszył. Zajmiesz się nawigowaniem. Jeśli chcesz możesz zostać, potem porozmawiamy w cztery oczy.
Blondyn przytaknął. Nie mogłam się powstrzymać żeby zerknąć na Nevrę - tak jak myślałam jego mina była krzywa. Mam nadzieję, że w trakcie misji nie wybuchnie w naszej grupie żaden wewnętrzny konflikt.
- Kiedy mamy wyruszyć? - Mathieu pokręcił się na miejscu zniecierpliwiony. Wzrok Huang Hua padł na niego. Uśmiechnęła się widząc jego entuzjazm.
- Przygotowania są w trakcie. Najpóźniej za dwa dni..

Spotkanie trwało jeszcze chwilę. Koori krótko opowiedziała, czego się możemy tam spodziewać i jak lepiej przygotować na dłuższe przebywanie w tamtym miejscu.
Z jej słów wywnioskowałam, że jest tam głownie śnieg, śnieg i masa śniegu. Mam już ciepłe ubrania w zapasie, więc jedyne co mi zostało to je spakować.
Będę musiała także poćwiczyć. 
Nie wnikała w szczegóły, chyba wszyscy prócz mnie je znali, ale władca Genkaku może nam sprawić problemy.
Jedno jest pewne.
Jutro mnie czeka pracowity dzień jeśli nie chcę być wrzodem na tyłku.





piątek, 28 stycznia 2022

17. Rany

 


Palący ból przeszywał moje ciało. Nie rozumiałam co się dzieje, nie wiedziałam gdzie jestem. Dookoła panowała pustka. Jedynie jasne niebieskie światełko migało gdzieś w oddali. Próbowałam się do niego zbliżyć, ale im bardziej się starałam tym dalej ono było, a jego blask słabł. 
Przestałam i zamknęłam oczy. Kolejna ciemność, światełko zniknęło. Pojawił się natomiast niepokój, który rósł z każdą chwilą. Strach.
Do moich uszu doszedł cichy dźwięk melodii. Znałam ją, nie byłam jednak w stanie rozpoznać tych dźwięków. Otworzyłam oczy i zaczęłam w panice się rozglądać.
Towarzyszył mi tylko jasny punkcik z daleka. Zawiesiłam na nim wzrok, melodia w moich uszach nabrała na sile. 
Wzięłam głęboki wdech i ponownie spróbowałam się do niego zbliżyć. Tym razem się udawało. Z każdym pokonywanym krokiem światło było bliżej mnie, a melodia stawała się coraz bardziej rozpoznawalna.
- Jestem uwięziony w twoim sercu, nie zważając na ułamane części* - usłyszałam głos. Do kogo należy? Nie mam pojęcia. Zrobiłam kolejny krok w stronę światła. Wtedy silna dłoń złapała mnie za ramię i odciągnęła.
Spojrzałam na nią.
Moim oczom ukazał się jedyne czarny zarys sylwetki, jakby z czarnego dymu. Nic nie mówiła. Nie miała oczu ani ust. Człowiek z ciemnej mgły. Spróbowałam się wyrwać, ale złapał mnie za oba ramiona. Czułam, jak jego ręce się na mnie zaciskają.
- Anastazja! Wracaj do nas! - do moich uszu dotarł kolejny głos. Kobiecy i zdenerwowany. Spojrzałam prosto na postać przed sobą. Zaczęła powoli znikać, a gdy kompletnie się ulotniła dostrzegłam kolejny świetlisty punkt.
Obejrzałam się za siebie. Miałam przed sobą dwie drogi. Jedną niebieską, a drugą z czystej bieli.
Biała wysyłała ciepło, czułam, że właśnie tam powinnam ruszyć, ale z drugiej strony kusiła mnie melodia fortepianu i ten głos.. 

Na chybił trafił. Niech los zdecyduje gdzie pójdę. 
Zacisnęłam oczy i okręciłam się kilka razy. Gdy odzyskałam równowagę ruszyłam przed siebie. Prosto do białego światła.

- Budzi się. Chyba odzyskuje świadomość.
- A co jeśli znowu zaczniesz ją tracić?
- Nie zacznę. Nie umrze. Nie na mojej warcie..
Rozgorączkowane głosy dochodziły do moich uszu. Powoli zaczęłam otwierać oczy, ale światło było zbyt ostre. Chciałam zasłonić je ręką. Próbując ją podnieś poczułam okropny ból i czyjeś dłonie na sobie.
- Nie ruszaj się. Powoli.. - Ewelein. Tak, to musi być ona. Ta troska i władczość, jaką potrafi zawrzeć w swoich słowach.
Spróbowałam jeszcze raz, wolniej. 

Byłam w lecznicy, ale kompletnie nie rozumiem dlaczego. Powoli przekręciłam głowę. Nade mną stała Huang Hua i wspomniana wcześniej elfka. Obie przyglądały mi się zmartwione, fenghuang miała załzawione oczy. 
Dlaczego?
- Co się stało? Dlaczego tu jestem? - spróbowałam się podnieść, ale znów poczułam ból w okolicy ramienia. Spojrzałam tam. Miałam okropne ilości przekrwionego bandażu. Na ten widok od razu się rozbudziłam, a oczy rozszerzyły do granic możliwości. - Ewe.. Co to?
- Opatrunek.. - czule odgarnęła mi włosy z czoła. - Byłaś z Nevrą w lesie, nic nie pamiętasz? 
Musiałam dać sobie chwilę. 
- Ja.. Tak.. Pokłóciliśmy się.. - szczegóły powoli zaczęły do mnie docierać. Wszystko wracało. Widziałam Nevrę z jakąś dziewczyną, a potem wygarnęłam mu trochę za dużo. Nie powinnam była tak się przed nim obnażać. - Chowańce.. - złapałam się za ramię, które zabolało na samo to wspomnienie. 
- Co się tam stało? - tym razem to liderka zabrała głos. - Nevra przyniósł cię zakrwawioną, mało dało się zrozumieć z jego słów. 
Usiadła na brzegu mojego łóżka i położyła swoją dłoń na mojej. Nie zabrałam jej i westchnęłam ciężko.
- Nie chcę wnikać o co poszło, to zbyt prywatne - zaczęłam, na co dziewczyny przytaknęły. Obie wiedziały, co między nami było, a najwyższy czas sobie to i owo wyjaśnić. - W każdym razie po naszej wymianie słów nie miałam ochoty na niego patrzeć. I tak nie znaleźliśmy nic co by mogło nas zmartwić, nawet żadnych śladów, więc zawróciłam. Chciałam jak najszybciej opuścić las.
- To było nieodpowiedzialne - mruknęła Ewe. Nie skomentowałam tego.
- Byłam już praktycznie na skraju lasu, gdy przede mną pojawił się Warrifang. Chwilę mierzyliśmy się wzrokiem, jakbyśmy oboje byli zaskoczeni tym spotkaniem - pomasowałam ranę, nieprzyjemnie uwierała. - W pewnym momencie postanowił się na mnie rzucić, a ja.. Nie panowałam nad tym. Fala jasnego światła go ode mnie odrzuciła. Wystrzeliła ze mnie, nawet nie wiem kiedy.
- To by tłumaczyło.. - Huang Hua urwała w pół zdania. Wyglądała na zaniepokojoną. - Później ci powiem, kontynuuj.. 
- Potem wszystko działo się szybko. Pojawił się kolejny i na mnie skoczył. Tym razem nie zdążyłam zareagować. To ostatnie co pamiętam.
- Miałaś dużo szczęścia, że Nevra był w pobliżu. Dosłownie centymetr dalej by cię złapał i nie miałabym kogo ratować. Wykrwawiłabyś się - pielęgniarka nie spuszczała ze mnie wzroku.
- Potem mu podziękuję - westchnęłam ciężko. Mimo, że bardzo mi się to nie podoba, to zawdzięczam mu życie. - Huang Hua, co miałaś na myśli przed chwilą? Co tłumaczyło?
Kobieta skrzywiła się lekko.
- Nie będę cię okłamywać. Zabiłaś tego Warrifanga. Nevra pozbył się jednego, ale drugi leżał martwy. 
Na jej słowa łzy naszły mi do oczu. Zabiłam chowańca, który nie był nic winien. To przecież nie jego wina, tylko moja, może kryształu.
- Jestem m-morderczynią..- nie hamowałam się, strumienie łez zaczęły powoli płynąć po moich polikach. 
- Spokojnie Ana. Nie panowałaś nad tym, a musiałaś się bronić - Huang Hua ścisnęła moją dłoń. Chciała mi dodać otuchy, ale nie działało. Nigdy nikogo bym nie skrzywdziła. W czasie wojny starałam się jedynie ranić przeciwników, a co tu mówić o zwierzętach. Ich morderców miałam zawsze za najgorsze kreatury, a teraz stałam się jedną z nich. 
- Chciałabym zostać sama - spojrzałam na nie. Nie wyglądały na przekonane. - Proszę.. 

Dziewczyny niechętnie opuściły pomieszczenie, a ja zasłaniając oczy przedramieniem sprawnej ręki po prostu pękłam. Musiałam to wyrzucić z siebie teraz.
Zabiłam Warrifanga, moja dominująca ręka będzie przez najbliższe dni niesprawna, a Nevra usłyszał prawie wszystko czego nie powinien. 
Idiotka! - uderzyłam ręką o materac, tak mocno, że po drugiej stronie poczułam ból. Syknęłam cicho i zacisnęłam oczy. 

Nawet nie wiem kiedy, zmęczona zasnęłam. 

♥ 

Obudziłam się po kilku godzinach, według relacji Ewelein, a obok siedział Karuto. Biedaczek zmartwił się, przyniósł mi nawet porządne jedzenie abym nabrała sił. Miałam nie mały problem przy tym, jakoś lewa ręka nigdy nie była moją ulubioną, ale udało się i zjadłam.
Podziękowałam swojemu ukochanemu kucharzowi. Upewnił się, że wszystko ze mną dobrze, trochę pokrzyczał, że byłam bardzo nieodpowiedzialna i wrócił do swoich obowiązków. Nie miałam mu za złe. Chyba nie byłabym w stanie się na niego gniewać.

- Ewelein, ale ja naprawdę poradzę sobie sama. Tylko mi ją usztywnij - jęczałam. Od dobrych dwudziestu minut próbowałam przekonać elfkę, że dobrze się czuję i mogę opuścić lecznicę. Nie przepadam za tym miejscem, a bardzo często byłam na nie skazana.
- Nie chce żebyś znowu krwawiła albo narzekała na ból. Nie mogę ci dawać tyle środków przeciwbólowych.
- Obiecuję, że będę grzeczna. I tak ominął mnie cały dzień. Nie chcę tu spędzać nocy - posłałam jej najsłodsze spojrzenie, jakie byłam w stanie z siebie wykrzesać. 
- Dobra - westchnęła. - Ale idziesz prosto do pokoju. Żadnych nocnych spacerków po ogrodach, Kwaterze, a zwłaszcza poza mury. Czy to jasne?
- Tak jest! - uśmiechnęłam się szeroko.
Chwilę później elfka zrobiła mi coś, co przypominało temblak żebym nie ruszała ręką. Kazała też przyjść jutro na zmianę opatrunku i uważać na ranę.
Szczęśliwa mogłam opuścić przychodnię.

Pierwsze co mi przyszło na myśl po przekroczeniu progu, to podziękowania dla wampira. Owszem, wkurzył mnie, ale muszę to zrobić. 
Ruszyłam najpierw w stronę biblioteki, czasem lubił tam przesiadywać. Niestety nie tym razem. Nie było tam żywej duszy. 
Następny trop - Sala Obrad. Delikatnie zapukałam do drzwi i je uchyliłam. W środku zastałam Huang Hua i Feng Zifu.
- Przepraszam, ja tylko szukam Nevry - odezwałam się. Mężczyzna lekko się uśmiechnął i spojrzał na swoją towarzyszkę. 
- Był tu przed chwilą, opowiadał mi o dzisiejszym poranku. Odesłałam go do pokoju żeby odpoczął.. - usłyszałam z jej ust, za co podziękowałam i powoli się wycofałam.
Pokój Nevry..
Byłam tam tylko raz, głównie to u mnie się spotykaliśmy. Wiem jedynie, gdzie kiedyś leżał. Czy ciągle znajduje się w tym samym miejscu? Będę musiała zgadywać.

Biorąc głęboki wdech powoli ruszyłam korytarzem. Rozglądałam się i nasłuchiwałam, ale nic mi nie przychodziło do głowy. Nie miałam pojęcia, do których drzwi zapukać, a naprawdę nie chciałam zakłócić spokoju nikomu innemu.
- Stało się coś? - usłyszałam z lewej strony. Odwróciłam głowę, a przede mną malował się delikatny uśmiech Mathieu.
- Wiesz może, który to pokój Nevry? 
Zdziwił się. Może pomyślał, że..? Nie. Chyba tak nisko mnie nie ocenia, co?
- Tak..- speszony potargał swoje włosy. - Właściwie to stoisz przed jego drzwiami. Nie nastawiaj się jednak, że go zastaniesz. Widziałem, jak wychodził w stronę schroniska.
Te słowa spadły na mnie, jak kubeł zimnej wody. No tak, pewnie mało kiedy można go tu zastać.
- No cóż, złapię go jutro - westchnęłam ciężko. - Mimo wszystko dziękuję - zaczęłam mijać chłopaka.
- Anastazja.. - usłyszałam jeszcze dlatego zatrzymałam się i zerknęłam przez ramię. - Słyszałem o Warrifangu. Dobrze, że nic ci nie jest.. - był speszony. Mimo wszystko muszę przyznać, że wyglądało to nawet uroczo. 
Uśmiechnęłam się do niego serdecznie.
- Trochę odpocznę od treningów z Lancem, zawsze mogło być gorzej - starałam się brzmieć wesoło, i chyba mi wyszło, bo Mathieu szeroko się uśmiechnął i kiwnął głową po czym zaczął odchodzić. Ja natomiast ruszyłam do swojego pokoju.
Ciągle męczyły mnie słowa Huang Hua - to ja zabiłam tego chowańca. Muszę wziąć się za trenowanie swoich mocy, jak tylko zagoi się moja rana. Nie chcę aby przypadkiem ucierpiał, któryś z moich przyjaciół, czy sojuszników.

Po dotarciu do pokoju od razu się położyłam. Wydawałoby się, że spałam dziś wystarczająco, ale nie musiałam czekać długo na sen. Tylko te koszmary.. 


Krew. Cholera jasna!
Miałam wziąć szybki prysznic i iść do Ewelein, a idiotka za bardzo się wygięłam i rozdrażniłam swoją ranę, w efekcie czego krew się ze mnie lała. Nie zdejmowałam bandażu, po prostu przesiąkł.
Szybko ubrałam swoje ubrania. Pod sweter włożyłam zwinięty ręcznik aby tamował krew i szybkim krokiem ruszyłam w stronę przychodni. Było jeszcze wcześnie, ale miałam nadzieję, że Ewe już będzie na miejscu.
Przeliczyłam się.
Co prawda drzwi były otwarte, ale w środku nikogo nie zastałam. Warknęłam pod nosem i zaczęłam szukać bandaży. Nie mogę przecież tak chodzić. Jeśli nie z jej pomocą, to dam radę sobie sama. 
Podeszłam do jednej z szafek i otworzyłam szufladę.
- A ty co robisz? - usłyszałam za plecami, na co podskoczyłam. Natychmiast zamknęłam mebel i odwróciłam się przodem. Przy drzwiach stał Lance i mi się przyglądał. 
- Szukałam opatrunków.. - wzruszyłam ramionami, co wywołało ból. 
Smok zmarszczył brwi i podszedł nieco bliżej.
- Dlatego podskoczyłaś, jak przyłapana na złych uczynkach? - delikatnie uniósł brew.
- Ewelein nie ma, a miałam przyjść na zmianę opatrunku - czułam się, jak dzieciak przyłapany na kradzieży słodyczy w kuchni. Nie raz zdarzyło mi się uciekać przed babcią, która bardziej w żartach niż faktycznie, groziła mi ścierką za podkradanie ciastek. Teraz jednak musiał wejść on. - Nie mogłam czekać.. - spojrzałam na swoje ramię. Materiał swetra zaczął się czerwienić. - Cholera.. 
Niespodziewanie Lance podszedł i odsłonił materiał zaczepiając palcami moją skórę. Jego dłonie były lodowate. 
- Usiądź, ja ci pomogę - spojrzał na mnie poważnie. - I bez dyskusji. Ewelein dopiero zeszła do stołówki, trochę jej to zajmie.
Zacisnęłam zęby. Nie miałam dużego wyboru, jeśli nie chcę się wykrwawić to musze przyjąć jego pomoc. Grzecznie usiadłam na znajdującym się w pomieszczeniu łóżku. 
W tym czasie Lance zaczął przeszukiwać szafki wyżej, od tych które ja sprawdzałam. Wyciągnął bandaże i jakiś pojemnik.
- Zdejmij sweter, będzie mi przeszkadzał - zerknął krótko. Pobladłam. Mam się przy nim rozbierać?! - Spokojnie, nie będę się gapił. - Jakby odgadł moje myśli i szykował sobie wszystko co mu będzie potrzebne.
Niechętnie zdjęłam sweter. Pod spodem miałam prosty stanik, ale tak czy siak sytuacja nie była dla mnie komfortowa dlatego starałam się osłonić zdjętym materiałem. Smok wtedy podszedł i zaczął delikatnie zdejmować mój przemoknięty opatrunek. Skrzywiłam się gdy zobaczyłam dużą, paskudną ranę.
- Porządnie cię ugryzł.. - Lance się jej chwilę przyglądał. Poczułam się jeszcze gorzej i uciekałam wzrokiem, odwróciłam głowę w drugą stronę. Moim jedynym ratunkiem byłby tu teraz atak paniki, a jak na złość nie przyszedł. 
Poczułam delikatne ruchy. Jasnowłosy zaczął zmywać krew, która zdążyła polecieć. Nie spodziewałam się po nim takiej subtelności, ale jednak miała miejsce. W pewnym momencie jego skóra ponownie zetknęła się z moją. Dostałam gęsiej skórki.
- Masz strasznie zimne dłonie.. - szybciej powiedziałam niż pomyślałam. 
- Czego się spodziewałaś po lodowym smoku? - prychnął rozbawiony. Usłyszałam, jak otwiera pudełko. Zerknęłam kątem oka. Wąchał jego zawartość, jakby upewniając się, że wziął odpowiednie. - To chyba to, krem na przyśpieszenie gojenia - wytłumaczył szybko. Przytaknęłam głową. - Teraz może być bardzo zimno - uśmiechnął się trochę niepokojąco. Moment później syknęłam gdy papka dotknęła mojej rany. Równocześnie chłód przeszedł po moim ciele, machinalnie przycisnęłam sweterek do siebie, co jedną ręką było kłopotliwe.
Starałam się wytrzymać. 

W końcu przyszedł czas na opatrunek. Tu już było gorzej, musiałby mnie za dużo dotykać. Gdy tylko zaczął zatrzymałam go. Chciałam ograniczyć ten kontakt do minimum, dlatego zdecydowałam się puścić sweter i pomagać mu wolną ręką. Szło to nieco wolniej, ale jednak musiał sięgać jedynie koniec bandażu. 
Niestety będąc przy tym trochę za blisko. Dawno nie czułam się tak zażenowana. Nie pałaliśmy do siebie sympatią, a cała ta sytuacja była.. Żenująca, bo jaka inna? 
- Lance? Anastazja? Co wy tu robicie? - nagle do pomieszczenia weszła Ewelein. Momentalnie zrobiłam się na twarzy cała czerwona i spojrzałam w jej stronę.
- Ymm.. Nie było cię, pomaga mi zmienić bandaż.. 
Brawo idiotko. Brawo.


___________________________________

* www.tekstowo.pl/piosenka,palaye_royale,clockwork.html



16. Aniołku

 Pojedyncze dźwięki wychodziły spod moich palców. Dotykałam klawiszy powoli i niepewnie. Musiałam przyswoić melodię, nauczyć się jej, poczuć..

Chani rzuciła mi wyzwanie i chcę mu podołać.

Zerknęłam na dziewczynę krótko. Drobna blondynka wpatrywała się we mnie z serdecznym uśmiechem. Nie odzywała się, siedziała grzecznie w fotelu i obserwowała. 
Początkowo miałyśmy się wspólnie uczyć, miała być tu cała nasza paczka. Niestety towarzystwo się wykruszyło, coś im wypadło i nie mogli przyjść. W efekcie zostałyśmy same.

Spotkałyśmy się wcześniej na mieście, zjadłyśmy obiad, a potem przyszłyśmy do mnie - a raczej do domu moich rodziców.
Dzięki zarobkom ojca nie mieliśmy na co narzekać, a więc i nasze miejsce zamieszkania było imponujące. 
Z opowieści wiem, że rodzice kupili go krótko po ślubie - podniszczony pałacyk na obrzeżach miasta. Wyremontowali go i wprowadzili się. 
Jest tu duży salon, słoneczna kuchnia, gabinet ojca i cztery sypialnie - dwie zajmuję ja i rodzice, a pozostałe były przeznaczone dla gości. Rzadko w nich ktoś bywał, praktycznie stały puste. 
Sama najbardziej cieszyłam się z jednego pomieszczenia. Bardzo ciężko było mi przekonać ojca do zaadaptowania go w ten sposób, ale mama mi trochę pomogła. O co chodzi? Swój pokój przeniosłam na poddasze. Nie podobało się to ojcu, nie pasowało mu to do jego wizerunku, ale sama go wyremontowałam i się wszystkim zajęłam. Dałam radę. Pewnie jesteście ciekawi po co to wszystko..
Potrzebowałam miejsca do ćwiczeń. Instrument w salonie służył raczej jako ozdoba do pochwalenia się znajomym, rodzicom przeszkadzało gdy dłuższy czas przy nim siedziałam. Wyciszyłam więc swój stary pokój odpowiednimi materiałami, nawet wymieniłam drzwi i zrobiłam sobie tam miejsce do ćwiczeń.
To był taki buntowniczy wiek, byłam pełna determinacji. Po szkole paprałam się w tym wszystkim, męczyłam. Ojciec przez cały tydzień chodził zdenerwowany na mnie i mamę, która mnie wspierała - nawet najęła jakiegoś pana, który sporo mi pomógł. Wtedy miałyśmy jeszcze całkiem niezły kontakt, później się coś popsuło.

Ostatecznie w domu było dwóch przedstawicieli mojego ukochanego instrumentu, co było sporym problemem. Na początku chciałam aby przenieść tu ten z salonu, ale ojciec próbował mi zrobić na złość i nie pozwalał na to. Jak to ujął - muszę się nauczyć, że nie wszystko w życiu idzie jak sobie wymarzę. Byłam tego świadoma, ale również bardzo zmotywowana. 
Niemal całe swoje kieszonkowe odkładałam przez miesiące. Nie będę wdawać się w szczegóły, jak to wyglądało, i tak w efekcie końcowym to dziadkowie sprezentowali mi na urodziny jakiś używany. Pokochałam ich przez to jeszcze bardziej. Moja samotnia była gotowa. 

W trakcie oficjalnych lekcji grałam z Filipem - nauczycielem, w salonie, tak samo było podczas nieobecności rodziców. Gdy jednak miałam kogo zirytować zamykałam się i odcinałam. 

Obecnie w pomieszczeniu prócz instrumentu znajduje się wygodna kanapa, jakiś mały stolik i dwa wygodne fotele, z czego jeden zajmowała moja przyjaciółka. 

Chani była niesamowicie podekscytowana widokiem, tego jak mieszkam. Duży ogród, i cały ten pełny przepychu dom. Mojej mamie w pewnym momencie zaczęło odbijać od pieniędzy, mi może kiedyś też, ale znakomitym hamulcem okazały się wizyty u dziadków. Dzięki nim zdecydowałam się na znalezienie pracy, a wkrótce wyniesienie się od rodziców.

- Dobra. To teraz zagraj to płynnie. Chcę usłyszeć efekt końcowy - dziewczyna stanęła  przy mnie uśmiechnięta od ucha do ucha. - Ta piosenka mi całkiem do ciebie pasuje, wiesz?
- Szczerze to pierwszy raz ją słyszę, ale podoba mi się - roześmiałam się zerkając na nią.
- Cieszę się, że poszerzam twoje horyzonty muzyczne - puściła oczko. - Inaczej skoczyłabyś na tym jednym miernym zespole, i całe życie miała zmarnowane.
Nie mogłam powstrzymać śmiechu.
- Dobra. Tylko niech pani nie będzie zbyt surowa. Dopiero się uczę - poprawiłam nuty i zaczęłam grać. Utwór był dość żywy, czasem się pomyliłam, ale Chani zdawała się na to nie zwracać uwagi. Zaczęła się bujać, a nawet śpiewać.  Starałam się nie dekoncentrować jej radością, ale słabo mi wychodziło.
Gdy skończyłam utwór blondynka dała mi szybko znak żebym zagrała jeszcze raz. Nie miałam serca jej odmówić. Piosenka mi się podobała, wpadła mi w ucho.
- Dziewczyno, musisz być tym, kogo będzie potrzebować najbliższy dzień!* -  niemal krzycząc tekst piosenki usiadła obok mnie i objęła ramieniem. Starałam jej się wtórować.
- Musisz dokonać wyboru, jeśli muzyka cię pochłania. I podnieś głos za każdym razem, gdy oni starają się ciebie uciszyć - wszystko brzmiało fatalnie. Dwie wariatki fałszujące w niebogłosy, i te mylące mi się co chwilę nuty.

Dobrze bawiłyśmy się jeszcze chwilę. Chani zaczęła wybierać jakieś znane hity, które grałam i razem śpiewałyśmy. A zdaje się, że miałyśmy zająć się nauką. Nieźle nam szło, nie ma co.

Chwile wspólnej radości przerwał niespodziewany gość w pomieszczeniu. Nie zdziwiła mnie jego mina, mój ojciec nigdy nie wyglądał na zadowolonego. 
Natychmiast przestałam grać, obie momentalnie się uspokoiłyśmy. 
Krótko przywitał moją towarzyszkę, tak dla formalności i zarządził żebym za nim poszła. 
Nie poprosił, po prostu rozkazał. Przeprosiłam dziewczynę i ruszyłam za nim.

Wylądowaliśmy w jego gabinecie, gdzie zaraz usiadł za biurkiem i wskazał na fotel naprzeciw. Nigdy nie lubiłam tego miejsca. Jest takie zimne i surowe, trochę jak on. 
- Stało się coś? - spojrzałam prosto na niego. Nie bałam się tego robić, ale nie czułam też się przy nim tak swobodnie, jak powinnam. To w jego obecności nabyłam tego nerwowego wykręcania palców. 
- Mama mi powiedziała, że masz zamiar jechać na weekend do.. - zawiesił się na chwilę, więc dokończyłam za niego.
- Do dziadków. Tak.  
- Nie możesz jechać - wypalił i podniósł się po czym stanął w oknie i patrzył na ogród. Miał tu doskonały widok na altankę, w której mama lubiła przesiadywać ze swoimi szurniętymi znajomymi i plotkować.
- Jak to nie mogę? Jestem już umówiona z dziadkiem, w zeszłym tygodniu też mi to uniemożliwiłeś - starałam się brzmieć spokojnie. 
- Będę miał ważnych gości. Możliwość podpisania korzystnej umowy - nawet na mnie nie zerknął.
- A co ja mam z tym wspólnego?
- Pan Kobayashi to bardzo rodzinny człowiek. Ceni te wartości i zwraca na nie uwagi nawet w biznesie.
- Czyli mamy zgrywać przed nim szczęśliwą rodzinkę - prychnęłam. - Nie ma mowy. Nie wezmę udziału w tym cyrku - zaczęłam się podnosić. Fotel delikatnie szurnął, gdy to zrobiłam. Wtedy ojciec spojrzał w moją stronę.
- Powiedziałem - warknął. - Pojedziesz za tydzień. Teraz masz zostać w domu.
- Tydzień temu mówiłeś to samo! - nie wytrzymałam. - Podobno miała przyjechać jakaś kuzynka mamy zza granicy, a nie przyjechał nikt! Cały weekend wciskaliście mi kit, że lada moment będzie! Nie jestem dzieckiem, a ty okłamuj sobie tego ryżojada sam z mamą! Mnie w to nie mieszaj! - ruszyłam do drzwi. Właśnie podpaliłam lont, a zaraz nastąpi eksplozja.
Trzy..
Dwa..
Jeden.. 
- Anastazja! - Mówiłam. Ledwo chwyciłam klamkę, a wydarł się. - Póki co mieszkasz pod moim dachem, a tu obowiązują pewne zasady! Nigdzie nie pojedziesz, czy ci się to podoba czy nie! - uderzył ręką w biurko na co lekko podskoczyłam. - Marsz do siebie! I nie sprowadzaj tutaj więcej takich dziwadeł! Znajdź sobie w końcu porządnych znajomych!
- Powiedział ten, który sam nie jest normalny!  - odbiłam piłeczkę i uciekłam trzaskając drzwiami. 

Do Chani wróciłam roztrzęsiona. Zawsze tak było po kłótni z ojcem, a ostatnio one się zdecydowanie nasiliły. Nie rozumiałam dlaczego, nie robiłam nic bardziej specjalnego niż zwykle. 

Dziewczyna starała się mnie pocieszyć, przytuliła mnie i głaskała po głowie, ale nie dawało to zbyt wiele. Jedyną osobą, która potrafiła zabrać ze mnie całe nerwy, był mój dziadek. Niestety był w tej chwili daleko. 
Tak bardzo marzyłam kiedyś aby przenieśli się bliżej. Nie patrzyli na to przychylnie, jak to mówią - starych drzew się nie przesadza. 

Delikatnie się uspokajając przeprosiłam przyjaciółkę, mówiąc że chcę zostać sama. Nie naciskała, doskonale rozumiała. Nie raz żaliłam się, że nie jest u mnie kolorowo, jak się wydaje. Jedynie poprosiła żebym zadzwoniła i powiedziała, że już lepiej albo jakbym potrzebowała się wygadać i nie miała komu. Uścisnęłam ja mocno i odprowadziłam do drzwi. 
Znów zostałam sama. 

Musiałam zadzwonić do dziadka i przeprosić, że w tym tygodniu znowu mnie nie będzie. Nie przyszło mi to łatwo. Z każdym słowem czułam, jak pod moimi powiekami zbierają się łzy.
Nie jestem już dzieckiem, ale prawda jest taka, że póki stąd nie ucieknę tak to będzie wyglądało. A ucieczka stąd też nie jest łatwa..
- Spokojnie Aniołku, w końcu i tak się spotkamy - brzmiał głos mężczyzny w słuchawce. - Moja niespodzianka nie ma terminu ważności. Możemy ci ją z babcią zaprezentować w każdej chwili. Nie ma co się kłócić z ojcem.
- Powinien w końcu dać mi spokój. Jestem w stanie podejmować samodzielnie decyzje, a mam wrażenie, że im starsza jestem tym większy ma z tym problem..
- Gdybym to ja był na jego miejscu, pewnie chodziłoby o strach, że kiedyś wyfruniesz mi z gniazda, ale tu niestety winą jest nasza relacja - westchnął ciężko. - Będę musiał ci wszystko opowiedzieć ze szczegółami. Jesteś silną dziewczyną, wytrzymasz, a potem może być tylko lepiej. Zobaczymy się za tydzień.. 






wtorek, 25 stycznia 2022

15. Dodatkowa satysfakcja

 Słońce nad Ziemiami Eel powoli uniosło się na nieboskłonie. Stworzenia, kwiaty i faery budziły się wraz z nim do życia. Wśród nich był również on - wampir o ciemnych włosach, i z uwodzicielskim uśmiechem.

Czekał go dzisiaj ciężki dzień dlatego zebrał się wcześnie, ogarnął i na szybko coś zjadł. 
Wychodząc ze stołówki spotkał ją, tę która mu dziś zdecydowanie nie ułatwi zadania.
Wziął głęboki wdech i podszedł do niej. Skrzywiła się lekko, jak tylko go zauważyła. 
- Gotowa na wycieczkę? - starał się brzmieć swobodnie, ale jemu również nie było przyjemnie. Miał świadomość, że jest na niego zła, że ją zranił. Pragnął jednak dziś to naprawić, przynajmniej spróbować.
- Chciałabym tylko zjeść coś zanim pójdziemy, żeby nie zemdleć po drodze - odpowiedziała unikając jego wzroku. Zacisnął pięść za plecami i przytaknął.
- Poczekam na ciebie przy bramie. Zjedz spokojnie.. 

Zaraz po jego słowach uciekła. Odprowadził ją wzrokiem, ale Anastazja nawet przez chwilę nie zwolniła czy zerknęła przez ramię. Po prostu poszła.
Sam również zaraz się zebrał. 

Po drodze wstąpił do Huang Chu, aby wziąć - tak w razie czego - ostrze i kilka probówek. Nigdy nie wiadomo, może się przydadzą. 
Zaraz potem ruszył w stronę murów. W głowie układał sobie setki scenariuszy, jak dobrać odpowiednio słowa, i jak zareaguje na nie Ana. Żaden z nich nie podobał mu się. Dziewczyna zmieniła się od przybycia tutaj, sytuacja również uległa zmianie. Nie będzie tak łatwo naprawić ich stosunków między sobą.

Nagle poczuł szarpnięcie za ramię w stronę Wiśniowego Drzewa. Przeklął cicho, dał się zaskoczyć jak dzieciak na szkoleniu. 
Zaraz spojrzał na winowajcę. Była nim,  a raczej nią, urocza blondynka - Yugito. Młoda elfka o ciemnych oczach, niewielkim wzroście i dorodnych kształtach. Matka natura nie żałowała jej w partiach atrakcyjnych dla mężczyzn, musiał to przyznać.
Dziewczyna nie była zadowolona i pchnęła go na mur, nawet nie stawiał oporu - wiedział o co chodzi.
- Wystawiłeś mnie. Nie lubię, jak się mnie wystawia - warknęła krzyżując ręce pod biustem, który odkryty był dość sporym dekoltem. 
Westchnął ciężko.
- Mieliśmy wczoraj ważne spotkanie. Praca z Chromem mi się przedłużyła..
- Aż tak długo? Zdarzało ci się przychodzić w środku nocy - mruknęła marszcząc nos.
- Nie miałem siły, wybacz - posłał jej jeden ze swoich specjalnych uśmiechów. Szybko zaczęła wymiękać. Nie byli parą, po prostu od czasu do czasu spotykali się dla wzajemnego zaspokojenia swoich potrzeb. Zarówno ona, jak i on wiedzieli, że nie są w swoim życiu jedynymi takimi - nazwijmy to - partnerami. Czuli się jednak najlepiej w swoim towarzystwie, dobrze się bawili, dlatego też i najczęściej spotykali.
- Dziś przyjdziesz? - delikatnie przejechała palcami po jego żuchwie i trzepotała zalotnie rzęsami. - Nawet bardzo późno, albo nad ranem. Mam dla ciebie przygotowaną niespodziankę - mruknęła i bezceremonialnie go pocałowała. Mruknął i złapał ją w talii. Nie przepadał za publicznymi czułości, ale byli tu sami. Pozwolił sobie na chwilę namiętności.
Teraz to Yugito była pod ścianą. Przejął dowodzenie.
Nie na długo..

Zapach, który do niego dotarł zadziałał jak kubeł zimnej wody. Natychmiast odsunął się od blondynki i rozejrzał. Niestety nikogo już nie było.
Zacisnął pięść.
- Widzimy się wieczorem - krótko rzucił w stronę zdezorientowanej elfki i uciekł. Ruszył w stronę bramy. W końcu byli umówieni, powinna tam być.
Nie zastał jej jednak. Zapytał dwóch strażników będących w pobliżu. W odpowiedzi usłyszał, że Anastazja była tu chwilę temu. Stała jakby na kogoś czekając, a potem zniknęła na moment. Z relacji wynikało, że krótko przed przybyciem Nevry wróciła rozdygotana i wyszła poza mury.
- Kretynka, poszła do lasu sama - warknął i natychmiast wybiegł. 
Nie trwało to długo zanim ją znalazł. Siedziała na jednym z kamieni przy wejściu do lasu. Odetchnął z ulgą i spowalniając krok podszedł. Dziewczyna się podniosła zerkając jedynie krótko. 
Płakała, nie teraz. Musiała próbować to zatuszować, ale znał ją dobrze. Przed chwilą po jej polikach leciały łzy. Nie podobało mu się to. Będzie jeszcze trudniej. 
- Długo cię nie było, a zdaje się, że to ty miałeś czekać.. - w końcu się odezwała. Cicho i nie patrząc na niego, ale zrobiła to.
- Coś mnie zatrzymało. Przepraszam - odpowiedział spokojnie. - Pamiętam jednak doskonale, jak mówiłem, że będę czekał pod bramą.
- Nie przychodziłeś, więc wyszłam. Musisz się czepiać szczegółów? Lepiej chodźmy i nie marnujmy czasu - nieco zawarczała i ruszyła przed siebie.
Wzdychając jedynie ruszył tuż obok niej.

Maszerowali dobrą godzinę, a z każdym krokiem byli głębiej. Przez cały ten czas żadne z nich nie powiedziało słowa, co niesamowicie irytowało mężczyznę  - nie tak to miało wyglądać. 
Anastazja była całkowicie pochłonięta swoim zadaniem, szukała śladów ludzi, czegokolwiek co by wyjaśniło obecność łusek i rannego chowańca. Całkowicie ignorowała obecność wampira.
Gdy weszli do jednego z zagajników nie wytrzymał.
- Możemy w końcu porozmawiać? - stanął tuż przed dziewczyną przez co i ona była zmuszona się zatrzymać, aby na niego nie wpaść. Spojrzała jednak jedynie na niego przelotem i zaczęła wymijać. Podniosło mu to ciśnienie i złapał ją za nadgarstek. - Anastazja, oboje wiemy, że mamy o czym rozmawiać.
- Tyle, że ja nie mam ochoty na rozmowę z tobą - odpowiedziała i wyrwała dłoń. Nie trzymał mocno, nie chciał jej zrobić krzywdy, stąd nie miała z tym większego problemu. 
- Nie zachowuj się jak dziecko. Nie możesz tego unikać przez całe życie - spojrzał za nią. Zatrzymała się, ale nie odwróciła.
- To co było między nami, było dawno. Ułożyłeś już sobie życie. Przynajmniej chcesz żeby to tak wyglądało, nie mieszaj mnie do tego i daj spokojnie przetrawić wszystkie te zmiany, które mnie ominęły - brzmiała spokojnie, ale jej ramiona lekko drżały. To wszystko musiało być dla niej niesamowicie trudne.
- Nie chodzi tylko o nas. Wiem, że na to potrzebujesz czasu. Chce cię przeprosić za to co usłyszałaś, a nie powinnaś.
Anastazja momentalnie się odwróciła. Gdyby mogło, jej spojrzenie natychmiast by go zabiło. Była wściekła, i nawet tego nie ukrywała.
- Nie przepraszaj mnie za coś czego nie żałujesz - warknęła. - Powiedziałeś co myślałeś, bo nie spostrzegłeś mojej obecności. I to przy nim! Przy osobie, która skrzywdziła mnie tyle razy! Przy kimś, przez kogo mam ciągłe koszmary i ataki paniki! - z jej oczu zaczęły płynąć łzy. Nie to jednak go teraz wystraszyło. Wokół jej dłoni pojawiło się jasne światło, zaczęły iskrzyć. 
- Spokojnie. Usiądźmy i porozmawiajmy.. - powoli zaczął się do niej zbliżać. Chciał ją uspokoić, aby ta sytuacja nie wywołała jakiejś katastrofy. Ciągle nie mają pojęcia, jakie możliwości daje moc Aengela. 
- Nie chce z tobą rozmawiać Nevra! - mocno go odepchnęła. - Żadne z was nie rozumie mojego położenia! Nie potrafi postawić się na moim miejscu! Pojawiłam się w obcym miejscu, straciłam wszystko, a na koniec poświęciłam kawał życia ratując wam wszystkim tyłki! A co zastaję po powrocie? Wampir, którego darzyłam uczuciem, jest kretynem, a ten który zabił tak wielu i próbował mnie, jest na wolności! - Wybuchła, a brunet nie był w stanie powiedzieć słowa. Po prostu ją obserwował i słuchał. - Już nawet nie chodzi o jego pokutę, żal.. - spuściła głowę i zacisnęła pięści. Iskry będące przed chwilą przy jej dłoniach zniknęły. - Wszyscy chcą abym się natychmiast przystosowała. Nie jestem w stanie. Cały czas trawię to wszystko, bo dla mnie nie działo się to tak dawno temu. A co do ciebie.. - podniosła wzrok na mężczyznę. Oczy miała podpuchnięte, a poliki czerwone i mokre od łez. - Jesteś już dla mnie nikim Nevro. Istniej sobie gdzieś obok, ale się do mnie nie zbliżaj. Nie ma znaczenia, co sobie wtedy myślałeś. Powiedziałeś to. Proponując Lance'owi wspólny wyjazd chciałam ci utrzeć nosa, ale wiesz co? Miał rację. Nie będę ćwiczyć i się doskonalić żeby ci utrzeć nosa. Zrobię to dla siebie. Będę niezależna i silna, a gdy tylko będę mogła opuszczę to miejsce. Twoja mina będzie dla mnie tylko dodatkową satysfakcją. - Szybkim ruchem przetarła poliki i zawróciła w stronę wyjścia z lasu. - Niczego tu nie ma. Chcesz to szukaj dalej, ale ja wracam do Kwatery.

Anastazja odeszła, a Nevra stał w jednym miejscu. Patrzył w miejsce, gdzie zniknęła mu z oczu. Czuł się, jak kretyn. Nie tego oczekiwał z tego wyjścia, nie zawierał tego żaden ze scenariuszy. 
Jednak czy poszło tak źle?
Usłyszał wszystko, co leży jej na duszy, co ją męczy. Wyrzuciła to z siebie, a to najlepsze co mogła zrobić. Przykro mu było jednak, że jest w niej tyle nienawiści w jego stronę. Nie spodziewał się, że jej żal jest tak ogromny.

Chwilę zajęło mu dojście do siebie, ale gdy tylko to zrobił ruszył śladami ciemnowłosej. Jej słowa cały czas chodziły mu po głowie. Nie może jednak teraz na nią naciskać. Niech dojdzie do siebie, wtedy pójdzie i spróbuje jeszcze raz to wszystko wyjaśnić. Z taką wiedzą inaczej dobierze słowa, a wtedy, kto wie.. Może uda im się dojść do porozumienia.

Nagle do jego uszu doszedł przeraźliwy krzyk. Rozpoznał ten głos. Anastazja.

Natychmiast przyśpieszył. Biegł ile sił w nogach, nie patrzył na boki. Na nic innego nie zwracał uwagi.
Myślał tylko o jednym. Musi przy niej być zanim będzie za późno.

Gdy dotarł...







14. Daj mi spokój!

Przyjemne ciepło otulało moje ciało, czułam się tak błogo i przyjemnie. Jedynym mankamentem było dość twarde podłoże, na którym leżałam. I ten piasek, od czasu do czasu atakujący moją twarz.
Byłam na wpół świadoma, i dopiero po chwili dotarło do mnie, że coś nie gra. Natychmiast otworzyłam oczy i podniosłam się do siadu. W tym samym momencie złapał mnie okropny ból głowy. Złapałam się za nią i skrzywiona rozejrzałam po okolicy.
Leżałam na kocu, jeszcze chwilę temu przykryta grubym okryciem, które miałam na sobie w trakcie lotu. Bagaże leżały na swoim miejscu, a ognisko delikatnie się tliło. Nigdzie nie widziałam natomiast Lance'a.

Próbowałam sobie przypomnieć, co się działo wieczorem.
Mój wzrok padł na butelki stojące w pobliżu. Nadeszła kolejna fala bólu w okolicach skroni i padłam na plecy.
Wszystko zaczęło się układać, a to nie poprawiało mojego samopoczucia. Nie pamiętam wszystkiego, jedynie urywki. Jestem jednak pewna, że zgodziłam się sama spróbować przyniesionego trunku. Nie pamiętam tylko, jak poszłam spać i kiedy. Dodatkowo nie ma mojego towarzysza. Co się działo?
Zakryłam twarz odcinając promieniom słońca dręczenie moich biednych oczu. Czułam się fatalnie. Nigdy nie miałam głowy do alkoholu, a ten tutaj był skuteczniejszy, niż ten na Ziemi. Zwłaszcza jeśli chce się kogoś szybko załatwić..

Umierałam tak kilka minut, gdy do moich uszu dotarły zbliżające się w moją stronę dźwięki. Zerknęłam przez palce. Widząc Lance'a zaczęłam powoli się podnosić. Zapewne wyglądałam tragicznie, ale nie przejmowałam się w tym mimo rozbawionego uśmieszku, jaki towarzyszył na twarzy smokowi. 
- Trzymaj - podał mi manierkę. Chwyciłam ją i dla pewności powąchałam zanim wzięłam łyka. - Czysta woda, nie bój się.. - westchnął ciężko. Zauważyłam, że w jednej z dłoni trzyma kiść jakiś owoców.
- To nasze śniadanie? - odezwałam się i natychmiast pożałowałam. Mój głos brzmiał okropnie. Zachrypnięty, zmęczony, jak u pijaczka spod sklepu, który swoje w życiu już wypił. Jasnowłosy zerknął na mnie i przytaknął.
- Wczoraj zjedliśmy co mieliśmy, musimy się trochę pożywić i ruszamy.
Kiwnęłam głową, że rozumiem i wstałam na nogi. 
Wiem, że to nie bardzo ma znaczenie, ponieważ wiatr zaraz znowu mnie potarga i chwilę temu nie zwracałam na to uwagi, ale zebrałam włosy i je związałam w niedbałego koka. Przemyłam również ręce i twarz w wodach morza po czym wróciłam na miejsce.
W tym czasie Lance przepołowił swoje zbiory. Z czystej ciekawości zapytałam, skąd je ma. W odpowiedzi wspomniał coś o rosnących tu krzewach.
Niepewnie wzięłam jednego z owoców w dłonie. Mieścił się w nich idealnie. Na wierzchniej skórce było coś twardego, w ognistym kolorze, przypominało twarde rybie łuski. Musiałam się tego pozbyć. Przekroiłam owoc na cztery części. Po co się męczyć z obieraniem? W środku był czysty, soczysty miąższ. Wgryzłam się, a słodki smak dotarł do moich kubków smakowych.

Posiłek minął nam w ciszy. Nie miałam odwagi zapytać o wczorajszy wieczór, mimo że czasem czułam na sobie wzrok smoka. Po prostu zjadłam i sprzątałam ślady naszego bytowania na plaży. Lance mi trochę pomógł. 
Parę minut później zmienił się w swoją drugą formę, a po zapakowaniu (z nie małymi problemami) naszych bagaży na jego grzbiet, znaleźliśmy się w powietrzu. Żadne z nas nie przedłużało, chcieliśmy znaleźć się, jak najszybciej na Ziemiach Eel.

Mdliło mnie, czułam jakbym zaraz miała umrzeć, ale miałam za swoje. Głupota jest szkodliwa, i muszę swoje odpokutować. Nie chciałam zarzygać smokowi karku, więc wygodnie się ułożyłam i zamknęłam oczy. 
I nie, to nie było przytulenie, jasne? Po prostu nie chciałam spaść, więc mocno się go złapałam przylegając tyle ile mogłam. Chcę aby to było jasne.

Nie mam pojęcia ile lecieliśmy, czy Lance coś do mnie mówił, a może mijaliśmy jakieś piękne widoki. To wszystko mnie ominęło, zwyczajnie spałam na grzbiecie smoka, a gdy otworzyłam oczy widziałam z daleka znajomą plażę.
Skąpana w blasku zachodzącego słońca wyglądała cudownie. Magia stała się dla mnie już niemal codziennością, ale ciągle potrafiło mnie tu coś zaskoczyć. Tak było i z tym widokiem, był niesamowity. 
Na mojej twarzy automatycznie pojawił się szeroki uśmiech i przeciągnęłam się lekko. Zwróciłam tym na siebie uwagę smoka. 
- Śpiąca królewna się obudziła? - przekręcił lekko łeb i na mnie spojrzał. 
- Brakowało ci mojego towarzystwa? - zerknęłam na niego i rozpięłam górę swojej kurtki, było trochę za ciepło.
- Szczerze to zapomniałem, że mam cię na grzbiecie - roześmiał się krótko i spojrzał w dół. - Już na nas czekają. Zaraz będziemy lądować.. 
Przytaknęłam jedynie głową, mimo że mnie nie widział. Mając nadmiar odwagi w organizmie spróbowałam nawet zerknąć na plażę, ale ciągle byliśmy bardzo wysoko. Momentalnie zakręciło mi się w głowie. Szybko zacisnęłam oczy i starałam się nie spaść. Lance coś warknął i się przechylił aby mi w tym pomóc. Zacisnęłam dłonie na jednym z jego kolców.
Po chwili czułam, jak nasza pozycja się zmienia. 
Zaczęliśmy powoli schodzić w dół. 

Otworzyłam oczy, gdy stanął na ziemi.

Rozejrzałam się dookoła, w naszą stronę zmierzała Ewelein, Huang Hua i roześmiany, jak dziecko Mathieu. Szybko zeszłam z grzbietu bestii i stanęłam na własnych nogach. Lance zaraz po tym przybrał swoją ludzką formę, a nasze torby upadły na ziemię. 
Kątem oka zerknęłam na niego i w tym samym momencie znalazłam się w czyiś ramionach. Spojrzałam zaskoczona na osobę, która mnie zaatakowała - była nią moja ukochana elfka.
Uśmiechnęłam się i również ją lekko ścisnęłam. 
- Też mi ciebie brakowało Ewe..- szepnęłam, a kobieta powoli się odsunęła z szerokim uśmiechem. 
- Dobrze, że wróciliście cali i zdrowi - na krótko odwróciła wzrok w stronę Lance'a przy którym był brunet, który ekscytował się tym co przed chwilą widział. Widocznie nie miał wcześniej okazji widzieć drugiej formy swojego wzoru. Ugh, fatalnie to brzmi. - Szczerze bałam się co może wyjść z tej waszej wspólnej wyprawy - wróciła do mnie. 
Westchnęłam cicho.
- Ja w sumie też, ale nie było tak źle - posłałam jej uspokajający uśmiech i zerknęłam na liderkę, która się zbliżyła. - Huang Hua..
- Dobrze, że jesteś - uśmiechnęła się serdecznie.
- Sama nas ściągnęłaś. Stało się coś? - Czułam się trochę niezręcznie. Kiedyś byłyśmy blisko, ale teraz mam jej wiele za złe i nasze stosunki są dość chłodne. Mam wrażenie, że ona czuje podobnie.
- Wszystko wam opowiemy na zebraniu, spokojnie. Najpierw odpocznijcie..
Kiwnęłam głową.

Nie czekając dłużej Lance i Mathieu wzięli nasze torby i ruszyliśmy w stronę Kwatery Głównej. Im bliżej bramy byliśmy tym lepiej się czułam, brakowało mi tego miejsca. Przyglądając się murom i wieżyczkom nieświadomie zwolniłam, w efekcie czego znalazłam się trochę w tyle. 
Nie przeszkadzało mi to do momentu, w którym Huang Hua nie znalazła się obok mnie. Naprawdę nie mam teraz siły na rozmowy. Ból głowy mi przeszedł, ale jedyne o czym teraz marzę to znaleźć się w swoim pokoju i położyć spać.
- Nie będę cię długo męczyć - odezwała się przez co na nią spojrzałam. - Po prostu nie chcę żeby między nami było niezręcznie. Wiem, że masz inne podejście niż ja, ale to nie powinno przeszkadzać w naszej komunikacji. Zależy mi na tobie..  - wyglądała na skruszoną. 
- Postaram się aby było, jak mówisz - zabrzmiało to ostrzej niż chciałam. - Przepraszam, jestem zmęczona. Powiem tylko, że te ostatnie dni.. 
- Pomogły ci - wtrąciła, na co przytaknęłam.
- Może jeszcze tego nie akceptuję, ale staram się. Mimo absurdu całej tej sytuacji..

Huang Hua zdecydowanie się rozpogodziła po tej krótkiej wymianie zdań, ale na mnie nie zrobiło to większego wrażenia. Chciałam mieć spokój i go dostałam.

Zaraz po tym, gdy przekroczyliśmy bramę Kwatery powitał mnie uśmiech Jamona, który rozmawiał z kilkoma strażnikami. Odpowiedziałam mu tym samym, na pewno będziemy mieli okazję jeszcze porozmawiać. 

Docierając dalej, do Sali Drzwi odebrałam swoje rzeczy z rąk Mathieu i ruszyłam do siebie. Nasza grupa się rozdzieliła. Huang Hua kazała nam odpocząć, a zebranie miało się odbyć jutro w południe.
Odetchnęłam na wieść, że w końcu będę miała chwilę samotności i ruszyłam do swojego pokoju.
Wszystko było w nim, tak jak zostawiłam to w dniu wyjazdu. 
Torby odłożyłam na bok, jutro będzie czas żeby je rozpakować i poprać to co powinnam. 

Szybko zgarnęłam z szafki świeży ręcznik i koszulę do spania. Czas na porządny prysznic. Brakowało mi tego. Nie, że nie myłam się tyle czasu, ale warunki były tak spartańskie, że robiłam to jak najszybciej byle zrobić. Teraz muszę się zrelaksować, i odprężyć. Zmyć z siebie nadmiar tych wszystkich emocji. 
Opuściłam pokój i ruszyłam w stronę łazienek. 
Szybko dotarłam na miejsce i zamknęłam się w jednej z nich. Brakowało by tylko żeby ktoś mi wlazł gdy będę naga.

Dziesięć minut, piętnaście, a może trzydzieści.. 
Szczerze nie mam pojęcia ile to wszystko mi zajęło. Długo stałam i pozwalałam aby woda po prostu na mnie leciała, nie myślałam o niczym - po prostu tego potrzebowałam.
Gdy wszystkiego się z siebie pozbyłam - byłam czysta i pachnąca, ubrałam swoją białą koszulę na ramiączkach. Jej krój był najprostszy z możliwych, a długością sięgała do kolan. Jedynie w okolicach biustu były jakieś złotawe zdobienia. W każdym razie, nie przykładałam do tego zbytniej uwagi.
Ubrałam się, rozczesałam mokre włosy i wracałam do pokoju obładowana swoimi rzeczami. 

Przekonana, że zaraz będę leżała w swoim wygodnym łóżku nie za bardzo patrzyłam przed siebie. Po prostu maszerowałam pilnując aby niczego po drodze nie zgubić. 
Do momentu, gdy nie wpadłam na coś twardego i nie odbiło mnie tak, że poleciałam z jękiem na tyłek. 
Podniosłam skrzywiona wzrok.
- Nic ci nie jest? - nade mną stał Lance. Zmarszczyłam czoło i rozejrzałam się. Drzwi do pokoju w pobliżu były otwarte. Czyżby tu mieszkał? Przed wyjazdem słyszałam stąd dziwne hałasy, do tego.. Na Wyrocznię. - Anastazja? Żyjesz? - pomachał mi przed twarzą na co się ocknęłam i wróciłam wzrokiem do niego.
- T-Tak.. Zagapiłam się.. - zaczęłam zbierać swoje rzeczy i podnosić się. Smok cały czas się na mnie patrzył, jakby mnie prześwietlał. Dreszcz przeszedł mi po kręgosłupie. 
Mieszkamy przez ścianę, to od niego dochodziły te dziwne hałasy. Zastanawia mnie, czy słyszał, jak wygłaszam monologi do jego brata siedząc w oknie? Nasłuchał by się niezbyt przyjemnych rzeczy.
- Lepiej uważaj i się połóż, słabo wyglądasz - zaczął mnie mijać. Przytaknęłam odruchowo głową i szybko uciekłam do pokoju.

Padłam twarzą w poduszkę i miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Za dużo smoka w mojej okolicy, zdecydowanie potrzebuję od niego odpoczynku. Oby Huang Hua nie miała żadnego nowego pomysłu na wspólne spędzanie czasu. 

Nie mam pojęcia kiedy zasnęłam. Spało mi się jednak przyjemnie i wygodnie. Nie miałam również żadnych snów, zwyczajna pustka i cisza. Nie zaryzykuje stwierdzeniem, że spałam jak dziecko, ponieważ tak właśnie było.
Obudziłam się dość wcześnie. Później niż zwykle, ale nie aż tak żebym biegiem musiała się zbierać. Na spokojnie wstałam, ubrałam się i zeszłam na śniadanie.

Karuto ciepło mnie przywitał, a nawet uścisnął. Zaraz potem zajęłam miejsce, a kucharz przyniósł mi talerz pełen dobroci. Bez gadania wzięłam się za jedzenie.
W trakcie mojego posiłku, na stołówce pojawili się również Chrome i Karenn. Dosiedli się abyśmy razem zjedli swoje pyszności. W międzyczasie trochę porozmawialiśmy. Wampirzyca wypytywała mnie o rejony, w których byłam, a także jak zniosłam podróż i towarzystwo smoka, na którego niedawno tak bardzo narzekałam. O ile w pierwszym temacie jej opowiedziałam co widziałam, i jak tam jest, tak drugi urwałam, że jakoś to się udało. Wilkołak za to pochłaniał talerz za talerzem i nas jedynie słuchał. Nie mówił zbyt wiele, a na moje pytanie o powód nagłego przerwania misji, ominął temat, mówiąc że dowiem się wszystkiego na nadchodzącym zebraniu. Nie naciskałam i w spokoju skończyłam swoje po czym dziękując im za towarzystwo, szybko się ulotniłam.

Mając jeszcze trochę czasu do zebrania postanowiłam się przejść. Nie chcąc się na nikogo natknąć wyszłam poza mury, i udałam się w kierunku urwiska. Fakt, ostatnim razem znalazł się tu również Lance, ale sądzę, że teraz ma ważniejsze rzeczy na głowie. 
Wygodnie położyłam się pośród bujnych traw, a nogi spuściłam w dół. Po prostu obserwowałam niebo, wyciszałam się. Nie chciałam myśleć o niczym, o nikim. Wystarczą mi skręty kiszek, które czuję na myśl o nadchodzącym spotkaniu. Skoro wezwali nas z tak daleka, w trybie natychmiastowym, to musi być to coś poważnego.

Poza murami spędziłam cały czas wolny, który miałam. Gdy nadszedł odpowiedni moment ruszyłam do Sali Obrad. Dotarłam trochę przedwcześnie - w pomieszczeniu była jedynie Huang Hua i Feng Zifu, gorzej być nie mogło. Przywitałam się dla zasady i  grzecznie zajęłam to samo miejsce, jak na ostatnim spotkaniu, w którym brałam udział. 
Niedługo po mnie do pomieszczenia przyszedł Nevra. Spojrzeliśmy na siebie wzajemnie, ale żadne się nie odezwało. Ja nie miałam najmniejszej ochoty, a on.. Cóż, jego powody mało mnie interesują, ale krzywił się jak dziecko zmuszone do zjedzenia brukselki. 
Podczas gdy wampir szeptał coś z fenghuang, dołączyła reszta członków Lśniącej Straży. Widok Jamona i Chrome'a poprawił mi nieco humor, ale tak szybko, jak poszedł on w górę tak i spadł z pojawieniem się smoka. Do tego siedział w bardzo nieprzyjemnym dla mnie miejscu. 
Po cholerę przylazłeś tak późno? I mało miejsca jest? Taaa.. Siwy usiadł niemal naprzeciw. 
Niezadowolona podparłam brodę na ręce i spojrzałam w stronę liderki. 
Z dwojga złego, ten widok będzie mniej irytujący. Przynajmniej na nią nie dostanę ataku paniki czy coś.. 

- No dobrze, skoro wszyscy już jesteście to przejdźmy od razu do konkretów - Huang Hua zajęła jako ostatnia swoje miejsce i przeleciała wzrokiem po wszystkich zebranych. - Na początek dziękuję, że tak szybko zareagowaliście, i przylecieliście niemal natychmiast. - Posłała delikatny uśmiech w stronę Lance'a na co ten jedynie kiwnął głową bez cienia grymasu na twarzy. Na mnie również zerknęła, ale postanowiłam póki co jedynie słuchać i się przyglądać. Poniekąd podobnie do swojego -ha tfu! - szefa. - Nie będę ukrywała, że chodzi o ciebie Anastazjo. - I teraz wszyscy gapili się na mnie, no pięknie. 
Przez presję otoczenia usiadłam prosto, przez co zobaczyłam na twarzy Feng Zifu jakby cień małego zadowolenia. 
- Coś zrobiłam o czym nie wiem? - rozejrzałam się krótko po zgromadzonych. Nevra znowu musiał zajadać się brukselką, ale odpowiedział na moje pytanie.
- Jeśli to ty porozrzucałaś te przedmioty po lesie to owszem - na stole położył kilka błyszczących przedmiotów. Już miałam się nieco podnieść by im przyjrzeć gdy wilkołak pstryknął jeden z nich palcem, a ten przyturlał się do mnie. Podziękowałam mu lekkim uśmiechem i wzięłam ową rzecz do ręki.
Krew jakby natychmiast przestała płynąć w moich żyłach. Właśnie miałam w dłoni łuskę po naboju. 
- Macie świadomość co to jest? - z przerażeniem spojrzałam na wampira, a następnie na Huang Hua.
- Poprosiliśmy Mathieu, aby nam to wytłumaczył - kobieta odpowiedziała z grymasem na twarzy. - Dlatego chcieliśmy żebyś wróciła. Jeśli to ma jakiś związek z anomaliami spowodowanymi waszym wejściem do kryształu, a zwłaszcza twoim, to powinnaś tu być.
- A dzięki raportowi złożonemu przez Lance'a, wiemy teraz o co może chodzić - głos znów zabrał jednooki dupek. Fenghuang przytaknęła.
- Jeśli u nas również powstała taka dziura pomiędzy światami, bo nie możemy tego nazwać pełnoprawnym portalem póki co, to możemy mieć problem.. 
- Dla ścisłości, to już mamy pewność - Huang Chu przerwała swojej siostrze. - Dzięki dostarczonej próbce wiemy, że to bardzo niestabilny portal. Może działa w jedną stronę, a może wcale. Mamy styczność z czymś czego do końca nie rozumiemy, i skorzystanie z niego wiąże się z ogromnym ryzykiem. 
- Nie chciałbym żeby nasze lasy nagle zalała fala.. Jak to ujęliście? - Chrome zerknął w papiery, które miał ze sobą. - Śmieci. Dobrze rozumiem? Tenpu zalewają ziemskie śmieci? - spojrzał na mnie.
Zaczęłam czuć się niezręcznie ponieważ razem z nim i reszta spojrzała w tę stronę.
- Tak mi to wyglądało. To były głównie elektroodpady, i to uszkodzone. Raczej nikt tego nie trzyma w domu, i to w takich ilościach. A macie broń, z której to wystrzelono? - teraz to ich miny zrobiły się nieciekawe, jak moja sekundy temu.
- Nie, znaleźliśmy tylko to - wilkołak wstrząsnął zmieszany swoim futrzanym uchem.
- To nieco dziwne. Pojedyncze łuski by tak po prostu sobie nie leżały. Musiały zostać wystrzelone.
- Był też ranny chowaniec - Ewelein zabrzmiała dość ponuro. - Żyje, ale z jego rany wyciągnęłam coś dziwnego.
- Pewnie pocisk.. - mruknęłam patrząc w dłonie, które nie słuchając mnie zaczęły wyginać wzajemnie swoje palce. - To znaczy, że albo broń dostała się do Eldaryi i jakiś ciekawy faery zrobił, co zrobił przypadkiem, albo.. - słowa nie były w stanie przejść mi przez gardło.
- Ciągle sprawdzamy, czy nikt nic nie wie, ale cisza na ten temat - Chrome zaczął się zaraz usprawiedliwiać. - Sądzę, że jakby ktoś to znalazł to byśmy wiedzieli. Chyba, że trafiło na Purrala.. 
Jego warczący ton nawet mnie nie zdziwił. Ten rudzielec jest specyficzny, i trzeba uważać w jego towarzystwie. Teraz martwi mnie jednak coś dużo gorszego.
- Co jeśli człowiek z bronią dostałby się do Eldaryi?- mój wzrok padł na Huang Hua. Jej mina mówiła wszystko, brała to pod uwagę.
- To by nie wróżyło nic dobrego. Straże wzmocniliśmy zaraz po znalezieniu tych.. Przedmiotów. Wasze informacje rzucają jednak na to trochę inne światło.
- Chwilę temu rozmawialiśmy i Straż Cienia ma stale przeszukiwać las - Nevra wymienił spojrzenia z Chromem.
- Chciałabym pomóc. Jeśli jest tam więcej ziemskich przedmiotów.. 
- Nie zabronię ci iść. Chciałabym również do tego zaangażować Mathieu - fenghuang zerknęła krótko na lidera Cienia.
- Jeśli pozwolisz Chrome, chciałbym jutro pójść od rana do lasu i osobiście zobaczyć co tam się dzieje - Oczywiście i ten musiał wtrącić swoje dwa grosze. Nie jesteś już szefem szpiegów, pogódź się z tym! - Domyślam się, że ty również chciałabyś tam iść, i to jak najprędzej - jego wzrok padł na mnie. Błagam nie. - Nie mam nic przeciwko jeśli chcesz mi towarzyszyć.
- Świetnie! - Huang Hua wyrwała się zanim zdążyłam zareagować. - W takim razie najpierw pójdzie wasza dwójka, a potem już daję wolną rękę. Jednak zaznaczam żeby wykorzystywać naszych dwoje ludzi i ich wiedzę, której my nie posiadamy.

Ze spotkania wyszłam bardzo niezadowolona. Zwyczajnie wściekła. Dość że nie mogłam zaprzeczyć pójścia na wycieczkę do lasu w towarzystwie skretyniałego wampira, to Huang Hua znów wyglądała na zachwyconą, że jestem postawiona pod ścianą i nie mam drogi ucieczki.
To kiedyś wybuchnie. Obiecuję.




Popularne