wtorek, 18 stycznia 2022

13. Terapia

Byliśmy w powietrzu i lecieliśmy nad bezkresnymi wodami Eldaryi.
Zastanawiacie się, jak do tego doszło?
Przełamałam się, chociaż było cholernie ciężko.
Zaraz po tym, jak odzyskałam przytomność i z Lancem ruszyliśmy na zewnątrz, dorwała mnie Idalia. Wyglądałam słabo i nawet się tak trochę czułam, ale nie mogłam dłużej tego powstrzymywać. Dała mi jakieś specyfiki i spakowaną odrobinę jedzenia, a smoka zobowiązała do przerwy w podróży. 
Chwilę później miałam styczność z tą samą sceną, przez którą zemdlałam. Obsydiańczyk zmienił swoją formę, a Berius z Torinem stali tuż przy mnie, tak w razie jakbym znowu chciała stracić przytomność. 

Zaparłam się i nie chciałam na to pozwolić. Wpatrywałam się w pojawiające się skrzydła, ogon, lodowe kolce na grzbiecie, we wszystko..
Na koniec skupiłam się na łbie i oczach bestii. Na niebieskich tęczówkach, które jako jedyne nie uległy zmianie i przypominały, kto tak naprawdę stoi przede mną. Czy to poprawiało sytuację? Absolutnie nie. Ręce zaczęły mi drżeć dlatego zacisnęłam je w pięści. Przecież już leciałam na smoku, a teraz powinno być spokojniej, przecież nikt mnie nie będzie próbował zabić. Wysokość? Samolot pewnie leci wyżej, nie ma się czego bać. 
Zmuszając się do tego typu myśli powoli ruszyłam w stronę Lance'a, który uważnie obserwował każdy mój ruch. Sama czułam, jak mocno roztrzęsiona byłam. 
Został mi ostatni metr, a wtedy ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Po prostu stanęłam i nie byłam w stanie się ruszyć. Oddech znowu zaczął mi uciekać, w oczach pojawiły się łzy, a razem z nimi jeden obraz - padającego na posadzkę Kryształowej Sali ciała Valkyona. Próbowałam to od siebie odciągnąć, ale z każdą chwilą było tylko gorzej. Zacisnęłam mocno oczy, bezskutecznie. 

Wtedy poczułam trącenie z prawej strony. Wystraszona podskoczyłam i odwróciłam głowę, a obok mnie było skrzydło. Jasne, potężne i zapewne bardzo silne skrzydło smoka.
Co najdziwniejsze, to wraz z jego trąceniem moje dreszcze zniknęły. 
Wróciłam wzrokiem do łba bestii. 
Lance zbliżył go do mnie, naprawdę bardzo blisko. 
Pamiętam, że siedem lat temu mówił w tej formie. Dlaczego więc milczał teraz? Wolałam nie wnikać, nie chciałam znów psuć naszych planów. 

Moja dłoń powoli zbliżyła się do niego, bym po chwili poczuła pod palcami delikatny chłód jego twardych łusek. Dziwny dreszcz przeszedł mi po kręgosłupie, z resztą smok też się na to poruszył. Nie dziwie się, sytuacja była nietypowa - on w swojej prawdziwej formie przed moimi oczami, były morderca i moja największa trauma, a teraz stoję przy nim i jak gdyby nigdy nic trzymam dłoń na jego łbie. 
Delikatnie przejechałam po jednym z kolców zdobiących jego czaszkę. Przez moje ciało ponownie przeszły dreszcze, i natychmiast ją cofnęłam, a razem z dłonią resztę ciała. 
Spojrzałam na grzbiet bestii, wzięłam głęboki wdech i zaczęłam się wspinać. 
Dłonie cały czas mi lekko drżały, co nie pomagało. Musiał to chyba dojrzeć Berius, który szybko podbiegł i mi pomógł. 

Jak tylko znalazłam się na swoim miejscu, chłopcy wpakowali bagaże, które powiązali odpowiednio linami. Ich zdaniem powinny się dobrze trzymać. 
Przytaknęłam głową i poklepałam Lance'a, jak konia po szyi.
- Możemy lecieć..
- Tylko nie zemdlej, i trzymaj się mocno - w końcu się odezwał. Brzmiał na rozbawionego, ale nie miałam czasu aby się nad tym rozdrabniać. Natychmiast rozłożył skrzydła i zaczął się wznosić w powietrze.
W pierwszej chwili pisnęłam i mocno się go złapałam. Przylepiłam się zaciskając oczy dopóki nie poczułam, że przestał nabierać wysokości.
Gdy się powoli odsuwałam widziałam jedynie chmury i krajobraz gór, za którym przebijały jasne wody. Nie miałam odwagi by zerknąć w dół, za bardzo się bałam.

Wszystko ciągło się dla mnie, jakby trwało nieskończoność. Lance spokojnie leciał w ciszy. Jedyne dźwięki jakie do mnie dochodziły to świst wiatru, ewentualnie ruchy jego skrzydeł. 

W końcu się zdecydowałam. Po kilku godzinach nudnego wpatrywania się przed siebie, odważyłam się zerknąć w inną stronę. Odwróciłam powoli głowę na jedno, a potem drugie skrzydło smoka. Dookoła nas była już jedynie woda, nic innego, a słońce znajdowało się coraz wyżej. Wylecieliśmy przed południem, więc jakoś dało się ustalić porę dnia, ale co do kierunków miałam początkowy problem. 
Dopiero po chwili spokojnego rozglądania się ogarnęłam strony świata. 
Położyłam dłoń na klatce piersiowej. Serce cały czas mi mocno biło, ale na szczęście miałam spokojny oddech. Zaczęłam się też pewniej czuć na grzbiecie Lance'a. Już tak mocno się go nie trzymałam, nawet zdecydowałam się trochę poprawić swoją pozycję. Leciał spokojnie, nie robił beczek, nie popisywał się, mogłam wyluzować.

Nagle moje myśli, jakby automatycznie wróciły do wspomnień mojego ostatniego lotu. Na grzbiecie Valkyona, w tamtym czasie.. 
Wszystko wyglądało inaczej. 
Byłam pod wrażeniem jego rozmiarów, i siły, tak jak i teraz nie da się tego ukryć. Smocze formy tych mężczyzn są naprawdę imponujące, ale tak jak nie można od nich odebrać wzroku, nie można przestać się obawiać. 
Złotooki w przeciwieństwie do brata, przez wiele lat chował swoją naturę wewnątrz i nie był do niej już tak przyzwyczajony. Tam się kryło niebezpieczeństwo. 
U Lance'a natomiast jego wtajemniczenie było, i jest przerażające. Świadomość mocy, jaką dysponuje, tej niszczycielskiej siły, której siedem lat temu nie wahał się używać.  
Jeśli faktycznie ma wyrzuty sumienia, to naprawdę nie jestem sobie w stanie wyobrazić tego bólu, jaki musi czuć. Przecież gdyby do niego dotarło niewiele wcześniej, a nie w momencie morderstwa na bracie, mogłoby być dużo lepiej. Wszystko mogłoby się potoczyć inaczej. Ich moc, tak wspaniała, mogłaby uczynić tyle dobra dla tego świata. Ja bym nie musiała tracić czasu, a kto wie.. Może już bym miała w pełni ułożone, szczęśliwe życie? Byłabym godną członkinią Straży Cienia, wytrenowaną pod okiem Nevry, Ezarel nie opuścił by Ziem Eel, a Miiko nie musiałaby rezygnować ze stanowiska, Huang Hua..
- Anastazja! - z rozmyślania wyrwał mnie nagle ostrzejszy ton mojego towarzysza. 
- C-Co?- Jakże inteligentnie dziewczyno, no nie ma co.
- Pytałem, jak się trzymasz. Lecimy już trochę czasu.
- Aa.. - łapiąc się dobrze przechyliłam się nieco by zerknąć na jego łeb. - Po prostu się zamyśliłam. Jest lepiej niż na początku, daję radę. 
- Nie zgubiliśmy bagażu?- i tym pytaniem sprowadził mnie na ziemię. Gwałtownie się odwróciłam by spojrzeć za torbami. Mało brakowało, a bym spadła gdyby nie jego czujność i szybki manewr w powietrzu. Na szczęście nasze rzeczy, jak i ja cały czas byliśmy na grzbiecie smoka, o czym zaraz go poinformowałam.
- To teraz złap się mocno - oznajmił nagle. 
- Co? Po co? - wystraszona zaraz przylgnęłam do niego, jak przy starcie. Z jedyną różnicą, że wtedy bałam się patrzeć, a teraz uważnie wszystko obserwowałam.

I to był okropny błąd.
Nie wiem, co mu odbiło. Chciał poszaleć? Popisać się? 
W każdym razie złożył skrzydła i zaczęliśmy spadać w dół, a on kręcił się wokół własnej osi. Nie panowałam nad tym, z moich ust uciekł paniczny krzyk. Byłam przerażona. Lecieliśmy coraz niżej, powierzchnia wody wydawała się tak bliska. Bardzo nie chciałam tego wiedzieć i przeżywać, a równocześnie nie byłam w stanie zamknąć oczu. 
Gdy wydawało się, że zaraz będę miała zimną kąpiel w Eldaryiskich wodach Lance nagle rozłożył skrzydła i poderwał nas do góry. Jedynie zmoczył swoje kończyny, których kontakt z wodą wywołał lekkie ochlapanie mnie wodą. Na szczęście, nie była to fala tsunami, a pojedyncze krople spadły na moją twarz i grube okrycie. Całe szczęście, że je miałam, ponieważ temperatura nie była zbyt przyjemna.
Spojrzałam w stronę łba i mocno przywaliłam w jego cielsko. 
- Chciałeś żebym zeszła na zawał?! Nigdy więcej tak nie rób! - obłożyłam go pięściami jeszcze kilka razy. 
W odpowiedzi usłyszałam głośny śmiech.
- Przecież bym cię nie zgubił, spokojnie - w miarę możliwości zerknął na mnie. - Przynajmniej będziemy mieli jakieś atrakcje po drodze, prawda? - Wydawało mi się, że mrugnął, ale nie mogłabym sobie dać za to uciąć nawet palca. W każdym razie wyglądał jakby był w bardzo dobrym humorze. I użył moich własnych słów przeciwko mnie! 
- Żadnych powietrznych akrobacji więcej - mruknęłam i poprawiłam się. - Miałam pokonać strachy, a nie nabawiać się nowych. 
- Dobra, dobra. Jeszcze sama będziesz chciała - zaśmiał się ostatni raz i wyrównując lot leciał już dalej spokojnie przed siebie. Ja za to próbowałam uspokoić swoje nerwy i drżące ręce.

Kolejna godzina lotu za nami. Słońce, które jeszcze nie tak dawno temu raziło nasze oczy, już uciekało. Powoli chyliło się ku zachodowi. 
Lance w pewnym momencie uznał, że jak tylko będzie w pobliżu jakaś wysepka to wyląduje, ponieważ potrzebuje przerwy. Powiedział to trochę za późno, ponieważ ewentualne przystanki minęliśmy dobre półgodziny wcześniej, ale wolałam nie zwracać mu na to uwagi i się rozglądałam. 
W końcu naszym oczom ukazała się samotna wyspa pośrodku niczego. Dostrzegliśmy ją niemal równocześnie. Od razu złapałam się mocniej, a smok podszedł do lądowania.

Przed nami malował się obraz opuszczonego, zarośniętego miejsca. Nie była ona wielka, raczej zaliczyłabym ją do małych wysepek. Znalazło się na niej jednak wystarczająco miejsca, aby wyrosło na niej coś na wzór lasu, gaju. 
- Obyśmy nie mieli tam nieprzyjemnego towarzystwa - wyrwało mi się. 
- O to się nie martw. Dobrze znam to miejsce - odpowiedział mój towarzysz, a po chwili stanął na brzegu.
Nie czekając dłużej zeszłam z jego grzbietu i upadłam kolanami na piasek. Ląd! Ukochany ląd!
Musiałam wyglądać śmiesznie, ale tak właśnie było. Gdy tylko moje ciało wylądowało na ziemi, zacisnęłam dłonie na piasku, szczęśliwa, że jestem cała. 
- Jeszcze ją pocałuj czy coś - Lance przeszedł obok mnie w swojej ludzkie formie i rzucił nasze torby kawałek dalej. Powoli się podniosłam i zbliżyłam do bagaży. 
- Wolę ściskać piasek niż klaskać, jak idiota, albo całować podłoże - wzdrygnęłam się na samą myśl. Nie mam pojęcia, po co niektórzy to robią po przelocie samolotem. Kompletna głupota. Smok spojrzał na mnie nie rozumiejąc. Westchnęłam ciężko. - Na Ziemi mamy samoloty. Podniebny transport. Można powiedzieć, że to takie metalowe smoki, które zabierają do środka pełno ludzi i przenoszą ich z miejsca na miejsce - wyjaśniłam krótko. 
- Czyli ludzie potrafią latać? - uniósł brew. 
- Można tak powiedzieć - pokiwałam głową. - Używając do tego właśnie samolotów, helikopterów, balonów czy jeszcze paru innych sprzętów. 
- Yhym.. - mruknął pod nosem. Musiałam mu trochę namieszać w głowie. Przecież to oczywiste, że nie wie o czym ja mówię, a sama nie za bardzo mam pojęcie, jak to wszystko wytłumaczyć. Inaczej jest rozmawiać z kimś wtajemniczonym, a zupełnie inaczej z kompletną niewiedzą. - Pójdę się rozejrzeć i przyniosę trochę drewna. Rozpalimy ognisko i coś zjemy.. - zaczął odchodzić. - Wyciągnij ważniejsze rzeczy - jeszcze krótko na mnie zerknął i zniknął pomiędzy drzewami. 

Zostając sama na plaży czułam lekki niepokój. Z jednej strony, wiem, że raczej nic mi nie zagraża, ale z drugiej.. 
Żeby nie rozmyślać nad czarnymi scenariuszami zaraz wzięłam się za poszukiwanie jedzenia, które gdzieś miałam spakowane, co poszło mi dość sprawnie. 
Oprócz tego wyjęłam jeden z kocy, który rozłożyłam na piasku, aby było wygodniej. Sama pozbyłam się za to kurtki z ramion. Może pod niebem była mi potrzebna, ale teraz było zdecydowanie za ciepło w niej. Ciepłe futro zamieniłam na proste okrycie.
Ponieważ Lance jeszcze nie wrócił sama wzięłam się za przygotowanie ogniska. Zebrałam suche trawy i kilka mniejszych patyków. Nie wchodziłam między drzewa, ale rozejrzałam się za smokiem. Już dobrych kilka minut nie było go widać, a nawet słychać żadnego łamania gałązek. Trochę to niepokojące.
Postanowiłam dać mu jeszcze chwilę, i dopiero zacząć ewentualnie szukać. 
Usiadłam na piasku i wzięłam się za przygotowywanie ognia. Wykopałam niewielki dołek, a do środka włożyłam suchą trawę. Następnie jeden z grubszych kawałków drewna z pomocą swojego noża (Przepraszam Jamonie!) rozdzieliłam na pół i zaczęłam trzeć go kolejnym. Szczerze nie miałam pojęcia, czy mi się uda. Pomysł ukradłam z filmu Cast Away z Tomem Hanksem. Nie będę ukrywać, przed pojawieniem się w Eldaryi byłam jego fanką i nie przegapiłam żadnej produkcji, w której brał udział. Nie spodziewałam się, że ta scena tak zapadnie mi w pamięci, i będzie przydatna.
Odstawmy jednak moje preferencje filmowe na bok.

Szybko okazało się, że to co tak fajnie wyglądało na szklanym ekranie, nie jest tak proste w rzeczywistości. Nieźle się umęczyłam i nabawiłam sporej ilości odcisków na dłoniach zanim udało mi się wywołać dymienie. 
W końcu, ku mojej wielkiej satysfakcji i dumy z samej siebie, udało mi się. Z radością uniosłam ręce w górę. 
- Rządzisz Ana! -na moich ustach zagościł szeroki uśmiech, a trawa zaczęła palić się żywym ogniem.
- Nie spodziewałem się po tobie takich umiejętności - usłyszałam nad sobą, a zaraz potem w ogniu wylądowało kilka kawałków drewna. Zaraz podniosłam wzrok.
- Już myślałam, że się zgubiłeś.. 
- Mówiłem, że znam to miejsce - usiadł naprzeciw i szturchnął lekko ogień patykiem. - Chciałem coś sprawdzić. 
- Było uprzedzić - wyprostowałam się i położyłam w pobliży ogniska jedzenie. Mieliśmy parę kiełbasek, kawałek pieczywa i kilka owoców. Do zregenerowania odrobiny sił powinno starczyć.
- Martwiłaś się o mnie? - zaraz się poczęstował owocem, i czułam jak gapi się w moją stronę. Sama zaś wzięłam jedną kiełbaskę i nadziałam na kijaszek by podpiec ją nad ogniem.
- Gdybyś zginął to musiałabym martwić się, jak wrócę do Kwatery Głównej - spojrzałam na niego krótko. Słońce powoli znikało za horyzontem przez co widziałam jego zarys i odbijające się w oczach płomienie ogniska. - A gdybyś był ranny i potrzebował pomocy.. Zapewne też byś był skazany na śmierć - wzruszyłam ramionami i wgryzłam się w podgrzany kawałek mięsa. 
Lance prychnął rozbawiony.
- Czyli byś mi nie pomogła?
- Tego nie powiedziałam. Po prostu nie jestem lekarzem i nie znam się na pomocy.
- Ale na rozpalaniu ogniska z niczego już tak - wziął ze mnie przykład i zaczął grzać swoje jedzenie na patyku.
- Takie rzeczy jest łatwiej przyswoić. Ratowanie życia to dużo większa odpowiedzialność, a ja bym pewnie znowu wpadła w panikę i nic by z tego nie wyszło..

Dalsza część posiłku minęła nam dość spokojnie. Skusiłam się jednie na jeszcze jedną kiełbaskę, a resztę podsunęłam smokowi. W końcu to on tu potrzebuje najwięcej siły, a ja też nie byłam jakoś specjalnie głodna. Wytrzymam resztę drogi do Ziem Eel, tak jak jest. Coś marudził, że powinnam zjeść więcej, ale uparcie stałam przy swoim, więc w końcu dał spokój. 
Niestety gdy skończyliśmy swój posiłek, na niebie było już ciemno.
- Latałeś już takie odcinki po nocy?- zerknęłam na towarzysza sprzątając resztki po naszym posiłku.
- Nie będziemy teraz lecieć. Lepiej będzie, jak przeczekamy do rana - powoli podniósł się z piasku. - Oboje wypoczniemy, a jutro wieczorem powinniśmy być na miejscu.. - Powiedział to tak spokojnie, a mi momentalnie zrobiło się słabo. Nie żeby to był mój pierwszy nocleg pod chmurką, ale towarzystwo wtedy było znacznie przyjemniejsze.  - Nie bój się. Nic ci nie zrobię - wywrócił oczami i wziął kawałek patyka. - Nie ruszaj się stąd. Za moment będę - podpalił go, a następnie szepnął coś czego nie zrozumiałam, i płomień był jakby żywszy. Zrobił sobie pochodnię.
- Znowu zostanę sama na nie wiadomo, jak długo? - założyłam ręce patrząc, jak idzie w stronę drzew. Żadna z jego wizji pobytu tutaj mi nie odpowiada. 
- Pięć minut, nie dłużej.. - i zniknął pomiędzy zaroślami. 
Jęknęłam głośno i upadłam tyłkiem na koc, który leżał wystarczająco blisko ognia aby biło na mnie ciepło.
- I jak tu nie zwariować? - spojrzałam w niebo kładąc się na wznak. Było takie czyste i przejrzyste, a każda z gwiazd doskonale widoczna. 

Zaczęłam wpatrywać się w bezchmurną przestrzeń przed sobą. Dziadek uczył mnie kiedyś konstelacji, które możemy dostrzec nocą, ale nie byłam ich w stanie teraz rozpoznać. Niewiele pamiętałam, a i to co jakoś łączyło mi się przed oczami, nie przypominało żadnej z nich. Czyżby to była jedna z rzeczy, które różnią nasze światy? Po powrocie przyda się trochę o tym poczytać. Skoro nazwałam już to miejsce swoim domem, to powinnam wiedzieć więcej niż to ile zdzierają Purrekos na targu, albo gdzie zebrać kwaśne źdźbło. 
Nie żebym na Ziemi znała każdy szczegół, z każdego miejsca na świecie, ale dzięki szkole, podróżom i zainteresowaniom zawsze wiedziało się więcej. Tutaj natomiast jestem już tyle czasu, a wiem tyle co zobaczyłam, przekonałam się na własnej skórze, albo usłyszałam strzępki informacji. Zapewne pierwsze lepsze dziecko ze Schroniska mogłoby mnie zagiąć w teście wiedzy na temat tego świata. 
Niby nie ma się co dziwić, ponieważ nie urodziłam się tutaj. Czuję jednak, że faery mają co do mnie jakieś wygórowane oczekiwania, po tym co się stało siedem lat temu. Przynajmniej, takie czasem odnoszę wrażenie, gdy mijam kogoś w Kwaterze.

Moje rozmyślania przerwał brzdęk szkła, na który natychmiastowo się podniosłam i rozejrzałam. 
W moją stronę szedł Lance i niósł w swoich dłoniach cztery butelki, co nie powiem było dla mnie sporym zdziwieniem.
- Skąd ty to masz i co to takiego? - podążałam za nim wzrokiem, a ten usiadł obok mnie na kocu.
- Mówiłem ci, że znam to miejsce, prawda? - butelki z ciemnego szkła znalazły się między nami. - W czasach gdy się ukrywałem, miałem kilka kryjówek. Ta wyspa to jedna z nich.. - zaczął zdejmować swój pas, w efekcie czego się rozbroił ponieważ cały jego sprzęt zaległ kawałeczek dalej. - Można powiedzieć, że był tu swego rodzaju schowek. 
- Chcesz powiedzieć, że masz tu jakieś lokum, a męczymy się na plaży? - uniosłam brew. Moje poczucie niezręczności z każdą chwilą rosło. Dosyć, że usiadł tuż obok, to jeszcze zaczął się czuć zbyt swobodnie. Tajemnica tego miejsca, również mi nie pomagała. 
- Nie nazwałbym tego lokum - westchnął posyłając mi krótkie spojrzenie i biorąc jedną z butelek. - To raczej dół w ziemi, w którym ukrywaliśmy prowiant. Ja wolałem coś do jedzenia, ewentualnie przydatnego, a kilku moich towarzyszy.. No cóż.. - wyciągnął korek, a następnie powąchał zawartość, po czym wyciągnął rękę w moją stronę. - Lepszego wina w życiu nie piłaś. To ci mogę zaręczyć.
- Nie wiem czy to jest najlepszy pomysł. Mieliśmy odpocząć przed podróżą.. - Nie przyjęłam od niego trunku. 
- Nikt nie każe ci się upijać - patrzył prosto na mnie. - Tylko spróbuj. Może przestaniesz się tak denerwować - lekko uniósł kącik. 
Niepewnie chwyciłam butelkę i pod baczną obserwacją smoka powąchałam jej zawartość. W sumie pachniało, jak każde wino - alkoholem. Przynajmniej w mojej opinii każdy trunek pachnie dokładnie tak samo, nie ważne z czego jest. To chyba po prostu przez to, że nie za bardzo za nim przepadam. 
Zdanie zmieniłam dopiero po spróbowaniu. Gdy wzięłam łyka poczułam subtelny smak jakiś owoców, a moc kompletnie gdzieś pod tym wszystkim ginęła.
- Muszę ci przyznać rację - zerknęłam na towarzysza i chciałam mu oddać butelkę. - Jest całkiem smaczne.. 
- Niech będzie twoja, w razie jakbyś miała ochotę na więcej - otworzył drugą i wziął zdecydowanie większego łyka ode mnie. 
Zapowiada się ciekawie. 

I było ciekawie. Z każdym łykiem trunku czuliśmy się coraz swobodniej. Z początku miałam, co do tego lekkie obawy, ale wino było naprawdę bardzo dobre. 
Niestety nie doceniłam jego mocy i dość szybko lekko mi uderzyło do głowy. Spojrzałam na jasnowłosego.
- Jak to wyglądało? Gdy się ukrywałeś? - wypaliłam. Jeśli się wkurzy, zawsze mogę wszystko zwalić na alkohol, którym mnie poczęstował.
Smok spojrzał na mnie nieco zaskoczony.
- O co dokładniej pytasz? 
- Kryjówki to jedno. Pewnie miałeś ich całą masę - ścisnęłam butelkę udami i podpierając się za plecami na dłoniach zadarłam wzrok ku niebu. - Chodzi mi raczej, o to, jak ci się żyło. Niczego ci nie brakowało? 
Po tym pytaniu dłuższą chwilę milczał. Nie wiem czy moje pytanie go zmieszało, czy nie miał ochoty na nie zwyczajnie odpowiadać. Sama również nie miałam odwagi na niego zerknąć.
W końcu się odezwał.
- Wtedy moją jedyną myślą była absurdalna chęć zemsty. Dużo myślałem nad różnymi scenariuszami. Żyłem z tego co ukradłem, albo ukradli moi sojusznicy i przynieśli. Dobrze wiesz, że miałem ich dość sporo. - Kątem oka dostrzegłam, jak pochylił się do ogniska i dorzucił do niego drewna. - Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak często byłem w kwaterze i nawet ten blondynek nie był w stanie mnie dostrzec - wyprostowałam się i spojrzałam na niego, na jego twarzy gościł delikatny uśmiech. 
- Czyli nawet z nim się bawiłeś w kotka i myszkę? - Na moje słowa zmarszczył brwi. - To taki ziemski zwrot, chodzi o to, że się z nim droczyłeś, zwodziłeś..
Przytaknął.
- Po twoim pojawieniu się nasze relacje zaczęły się pogarszać. Chciałem mu trochę zagrać na nosie. I muszę przyznać, że często mi w tym pomagałaś - rzucił mi krótkie spojrzenie. 
- Kojarzę, że byłeś niemal wszędzie, gdzie wyruszałam z misją. Po co?
- Dla rozrywki - wzruszył ramionami. - Każdy jej potrzebuje, a chowając się po niezbyt przyjemnych miejscach nie ma się jej za wiele. Dopiero, jak wychodziło twoje powiązanie z Wyrocznią myślałem, jak to wykorzystać. Oczywiście aniołek się rzucał - wyrwało mu się prychnięcie. - A ty czemu mi ufałaś?
Teraz to on mnie miał. Skrzywiłam się i wzięłam łyka trunku na odwagę. 
- W przeciwieństwie do straży, nie okłamywałeś mnie. Wypuściłeś z więzienia, nie wiem z jakich powodów, ale to zrobiłeś. Oni nawet nie chcieli ze mną rozmawiać. Uznałam cię za sojusznika.
- Zdajesz sobie sprawę, że czasem byłaś wspólnikiem przestępcy?
- Zdaję. Tyle, że to ten przestępca mi wspomniał o portalach, uprzedził przed eliksirem.. - spojrzałam w swoje dłonie. Lekko drżały, a odruchowo zaczęłam wyginać palce. Nie dobrze. - Zdanie zaczęłam zmieniać dopiero później, ale chyba wiemy oboje, dlaczego.
Kiwnął na to głową.
- Lepiej do tego nie wracajmy, żebyś mi nie zaczęła tu panikować.
- Czuje się dobrze - wtrąciłam. - To odruch. W stresie nad tym nie panuję. I uprzedzając twoje pytanie.. Tak, sytuacja taka jest - zmieniłam swoją pozycję i siedziałam po turecku obok smoka. - Parę dni temu miałam ochotę udusić cię gołymi rękami.
- A teraz? - spojrzał rozbawiony.
- Teraz wiem, że nie dałabym rady. Nie umiałabym zamordować.. - wzięłam kolejny łyk wina, a moje powieki robiły się coraz cięższe.
- To jak ty sobie dawałaś radę na polu walki?
- Raniłam. Nie pamiętam, abym kogoś zabiła..
- Yhym.. - mruknął. - Chyba masz dosyć - zaczął mi zabierać butelkę. Nawet nie protestowałam. Czułam, jak siły mnie opuszczają. 

Nawet nie pamiętam, kiedy zrobiło się ciemno.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne