środa, 24 sierpnia 2022

34. Cykl treningowy

 Trening mocy, trening aengela, trening z Leiftanem - te trzy frazy chodziły mi od wczoraj po głowie bez przerwy. W nocy z podekscytowania nie byłam w stanie za dużo spać. Zasnęłam bardzo późno i obudziłam się równo z pierwszymi, leniwymi promieniami słońca wychylającymi się zza horyzontu. 

W efekcie tego wszystkiego, jako jedna z pierwszych zjadłam swoje śniadanie i popędziłam do ogrodu. Mieliśmy się spotkać przy Stuletniej Wiśni, ale blondyn był jeszcze nieobecny. Widocznie było za wcześnie.
Towarzystwo posągów nie było tym, w którym się czułam najlepiej dlatego przeszłam na drugą stronę i usiadłam przy fontannie. 

Usiadłam tak by mieć dobry widok na ścieżkę i przypadkiem nie przegapić nadchodzącego aengela. W międzyczasie dołączyła do mnie Dafne, która ułożyła się na moich nogach i domagała uwagi. Zaczęłam ją zaczepiać nie mając nic innego do roboty.
Czas powoli płynął, a po chłopaku nie było śladu. Zapomniał? 
- Chyba będziemy musiały go poszukać - zerknęłam na chowańca, ściągając ją ze swoich nóg. Nie była zadowolona, ale przeciągnęła się podczas gdy sama się podniosłam, a potem ruszyła tuż za mną. 
Ruszyłyśmy w stronę Wiśni, ale nikogo tam nie było. Pomyliłam miejsca? Niemożliwe.. 
W razie czego może lepiej to sprawdzić.

Rozglądając się dookoła zaczęłam spacerować po ogrodzie - bezskutecznie. Przez cały ten czas młoda Minaloo biegała wokół mnie, czasem domagała się uwagi, i pomagała mi w poszukiwaniach.
- Myślisz, że zaspał? - potargałam zwierzaka po łepku, na co nim wstrząsnęła i biegiem ruszyła w stronę bramy. - Hej! Tam nie idziemy! - zaraz za nią ruszyłam. Skubana była bardzo szybka. Opuściła mury Kwatery Głównej z prędkością światła i zmierzała w stronę równiny. 
Dostałam ostrej zadyszki, ale udało mi się w końcu rzucić na ziemię i dostać ją w swoje ręce. Upadek był bolesny i wyrywała się, ale trudno. Wolę by nie chodziła sama poza mury - przynajmniej gdy jestem tego świadoma.
- Nie rób mi tego więcej - spojrzałam na nią ostro na co skuliła się. Nie czułam się z tym dobrze, ale lepiej jeśli będzie mnie chociaż odrobinę słuchać. - Nie chcę się martwić - cmoknęłam ją w łepek i się podnosiłam.
- Anastazja? - na dźwięk tego głosu podskoczyłam, że prawie znów doszło do twardego lądowania na ziemi. W ostatniej chwili złapałam równowagę i się rozejrzałam. Pod jednym z drzew w okolicy nory siedział nie kto inny, jak Leiftan.
- Co ty tu robisz? Nie mieliśmy spotkać się przy Wiśni? - zaraz do niego podeszłam. Miał przymknięte oczy, ale lekko się uśmiechał. 
- Wybacz, musiałem stracić rachubę czasu.. - otworzył oczy, gdy stanęłam tuż przed nim. -Chciałem trochę pomedytować przed naszym spotkaniem. Dużo się spóźniałem? 
- Troszkę.. - skupiłam na nim swoje spojrzenie. Czułam od niego błogie odprężenie i całkowity spokój. - Często tak medytujesz? 
- Odkąd tylko opuściliśmy kryształ, pomaga mi to. Próbowałaś kiedyś?
Pokręciłam głową.
- Nigdy. Takie nieruchome siedzenie, buczenie czegoś pod nosem.. Nie przemawia to do mnie - skrzywiłam się. Fakt faktem, że nie widziałam tego nigdy na żywo - takiej prawdziwej medytacji. W końcu filmy nie zawsze mówią prawdę, racja? 
- Buczenie? - Leiftan uniósł brew. - Nie wiem, jak to robią Ziemianie, ale na pewno nie tak samo. Jeśli chcesz mogę ci pokazać, aengele odkryły niesamowite techniki.
- Medytacji? No nie wiem.. 
- To może ci pomóc w naszym treningu - na nowo zamknął oczy. Albo mnie podszedł, bo mnie tak zna, albo rzeczywiście w tym coś jest.
- No dobrze. Spróbuję - zajęłam miejsce naprzeciw niego, i przyjęłam najwygodniejszą pozycję, jaką byłam w stanie.
- Poprowadzę cię. Myślę, że łącząca nas więź może to ułatwić. Zamknij oczy i wsłuchaj się, oddychaj spokojnie. - Posłuchałam go i zaraz opuściłam powieki. Przed moimi oczami pojawiła się całkowita ciemność. - Wycisz się, poczuj to, co ja czuję. 
Mam się skupić na jego uczuciach? Emocjach? Na sercu, czy umyśle? Nie mam z tym dobrych skojarzeń. Kiedyś weszłam do głowy Miiko, i nie było to najprzyjemniejsze z uczuć. 
- Nie martw się niczym. Chodzi jedynie o to, żebyś zrozumiała, jak powinnaś się poczuć. O nic więcej.. 
Zaufałam mu. Powoli wypuściłam powietrze i skierowałam swoją uwagę na to, co jestem w stanie uchwycić z emocji Leiftana. Wydawał się idealnie spokojny, jakby nic go nie mogło ruszyć, niczym zamarzniętej tafli jeziora. 
Z każdą chwilą zaczęłam czuć, jakbym się do niego zbliżała, a równocześnie nie ruszałam się ani trochę. Coraz bardziej dochodziło do mnie to, co chciał mi przekazać. 
- Dobrze, chodźmy dalej. To dopiero początek, pierwszy etap.. - jego głos odbijał się w mojej głowie i prowadził mnie dalej. - To tylko powierzchnia. Pod nią jest świat taki, jaki jest. Taki, jakim możemy tylko my go zobaczyć. Poczuj to pod swoim lodem. Poczuj pod nim świat tętniący życiem. Zanurkuj w nim, przejdź na drugą stronę. 
Kolejny raz wypuściłam powietrze. Nie myśl o tym, znajdź to. Nie zaprzątaj sobie myśli. Jesteś na powierzchni. Odszukaj świat, o którym mówił Leiftan..

On ma rację. Pod spodem coś się porusza, drga..
Muszę zbliżyć się jeszcze bardziej. Chcę zobaczyć dokładnie to, co on widzi. 
- Słuchaj świata, otwórz się na niego. Daj mu się pokazać..
Nagle poczułam, jak coś mnie chłonie. Poddałam się temu. Zupełnie jakby wir energii ciągnął mnie pod powierzchnię. 
Przed moimi oczami pojawił się obraz. Zupełnie jakby niespodziewanie moje powieki się podniosły. Przede mną była Eldarya, poznawałam ją. Wydawała się jednak obdarta z zewnętrznej warstwy. Niczym zupełnie nowy, nieznany świat. Maana była wszędzie, jest wszystkim. Nieustannie drży i wiruje w swoich nieskończonych przepływach.
Wszystko rysowało się w odcieniach błękitu, wyglądało tak niesamowicie, niczym w najciekawszym ze snów.
- To co widzisz, to rzeczywistość - obecność Leiftana przypomniała mi, że wcale nie śnię. - To właśnie esencja tego świata. Każdy z nas jest jego częścią, należymy do niego..
W tym momencie to poczułam. Pierwszy raz odkąd pojawiłam się w Eldaryi naprawdę czuję, że jestem z nią faktycznie z nią związana. Wcześniejsze momenty były niczym w porównaniu z tym, co ma miejsce właśnie teraz.

- Wracajmy. To twój pierwszy raz, nie powinnaś pozostawać w tym stanie zbyt długo. - Pozwoliłam by Leiftan mnie prowadził. Cały wirujący świat zaniknął, znów pojawiła się ciemność. Zaczęło mi brakować widoku, który przecież dopiero poznałam. - Możesz otworzyć oczy. Uważaj żeby słońce cię nie oślepiło..
Powoli podniosłam powieki i ujrzałam przed sobą uśmiechniętego blondyna. Czułam się doskonale wypoczęta, zrelaksowana - tym razem to były naprawdę moje uczucia, a nie chłopaka przede mną. 
- Jak się czujesz? 
- To było.. Nawet nie wiem, co powiedzieć - rozejrzałam się po okolicy. Czy liczyłam na ujrzenie Maany? Może delikatnie, ale wokół nie dostrzegłam żadnych jej śladów. - Nie sądziłam, że medytacja może być tak niesamowita.
- Mówiłem. Nasz poziom zgłębienia się w świat, który nas otacza jest zupełnie inny, niż u całej reszty.
- Całkowicie realny, a tak bardzo nie do uwierzenia - Dafne, która do tej pory przyglądała się nam z boku podeszła i położyła mi swój pyszczek na nodze. Pomiziałam ją po nim nie mogąc powstrzymać delikatnego uśmiechu wkradającego się na moje usta. 

- Ana, zanim przejdziemy do trudniejszych części treningu, powinniśmy porozmawiać - aengel zabrał głos, a na jego twarzy nie dostrzegłam zadowolenia, które mu przed chwilą towarzyszyło. Krzywił się. - Chciałbym jednak żebyś zachowała to wszystko dla siebie. 
Przytaknęłam. 
- Nic mi z tego nie przyjdzie jeśli rozpowiem kogoś sekret. Obiecuję. Coś się stało? - wbiłam w niego swoje spojrzenie.
- Huang Hua wie jako jedyna, ale ponieważ mam ci pomóc, też powinnaś być świadoma - wypuścił ciężko powietrze. Nie odzywałam się, nie chciałam mu przerywać. - Chodzi o to, że będę mógł ci pomóc tylko zrozumieć, wizualizować pewne rzeczy, prowadzić. Nie będę mógł pokazać ci nic bardziej wyjątkowego, niż to co przed chwilą widziałaś. I nie chodzi tu tylko o moją niechęć do używania mocy, czy chęci odpoczynku od tego wszystkiego. Sprawa jest dużo poważniejsza.. 
- Zaczynasz mnie martwić - zmarszczyłam czoło. Dokąd zmierza? 
- Przepraszam, nie taki miałem zamysł. Uwierz mi, że gdybym tylko musiał cię bronić nie zawahałbym się użyć najmroczniejszej z energii. Problem tkwi w tym, że zwyczajnie nie mogę. Moje moce zniknęły, nie czuję ich. Łudziłem się, że medytacja mi pomoże, ciągle z resztą próbuję, ale nic się nie zmienia. 
- Dlaczego nie powiedziałeś mi od razu?  Wiesz, jak mnie denerwowała twoja odmowa? - złapałam go za dłoń by zwrócić na siebie uwagę. Przez cały ten czas raczej unikał mojego spojrzenia, ale teraz podniósł wzrok. 
- Naprawdę nie chcę walczyć, jeśli nic mnie do tego nie zmusi. Bałem się, że tkwiący we mnie daemon zacznie przejmować kontrolę, ale skoro nie widać śladu po żadnej z mojej części..
- Na pewno to gdzieś w tobie jest. Nie wierzę, że cała potężna moc, którą władałeś tak zwyczajnie zniknęła. Może zwyczajnie się blokujesz? Właśnie przez ten strach, o którym wspomniałeś. 
- Może. Huang Hua mówiła mi coś podobnego - zerknął na mojego chowańca i ją krótko zaczepił. - Nie martwcie się. Nie jestem tak do końca bezużyteczny - po chwili ciszy podniósł na mnie wzrok i zaczął wstawać. - Wszystko ci wytłumaczę. Chociaż wydaje mi się, że przy następnym spotkaniu. Z tego co pamiętam masz zaraz zajęcia z Huang Chu, lepiej żebyś się nie spóźniła. 

Faktycznie. Razem z Leiftanem zebraliśmy się z powrotem do Kwatery Głównej w samą porę. Ledwo przekroczyłam drzwi, a dostrzegłam biegnącego do laboratorium Mathieu, który swoją drogą ciągle wyglądał strasznie. Jego nos nie był przestawiony czy złamany, ale podobno lekko pęknięty i porządnie stłuczony. Nie celowałam w ten sposób, i nie chciałam nikomu zrobić krzywdy, ale jednak coś nie wyszło. 

Szybko pożegnałam blondyna i ruszyłam w ślad za człowiekiem. Do pomieszczenia wpadłam niemal tuż po nim. Na miejscu były już dziewczyny, które najwyraźniej czekały na naszą dwójkę.
- Rozumiem, że na Ziemi takie zachowania są tolerowaną normą? - Huang Chu z założonymi rękoma spojrzała w naszą stronę. 
- Przepraszam. Byłam z Leiftanem i trochę mi uciekł czas.. - spojrzałam na nią najbardziej przybitym wzrokiem, na jaki było mnie stać.
- Ja znowu rozmawiałem z.. - Mathieu zaczął się tłumaczyć, ale szefowa mu przerwała. 
- Nie marnuj już mojego czasu. Weźmy się do roboty.. - nawet na niego nie spojrzała odwracając się do stołu. Oby nie było tak cały czas. 

Zaczęliśmy nasze zajęcia, a bardziej egzaminowanie. Jako, że Koori często tu urzędowała i miała bardzo dobrą wiedzę w kwestii alchemii została wydzielona przez Huang Chu na jej pomoc. Miała zająć się Karenn, która coś tam wiedziała żyjąc tu tyle czasu, i Mathieu na którego siostra Huang Hua zwyczajnie nie mogła patrzeć. 
W efekcie całą trójką przeszli do pomieszczenia obok i tam mogli zająć się sobą, podczas gdy liderka Straży Absyntu skupiła całą swoją uwagę na mnie. 

Na początek pokazywała mi różne rośliny, płyny i zawiesiny oraz kazała powiedzieć z czym mam styczność. O ile różne kwiaty i zioła byłam w stanie rozpoznać, lektura księgi się przydała, tak przy pozostałych rzeczach nie wiedziałam kompletnie nic.
- Niewiele o tobie wiem. Miałaś jakąś styczność z alchemią? Coś może robiłaś? - spojrzała na mnie podchodząc do jednej z szafek. Uważnie ją obserwowałam, nie chciałam przypadkiem czegoś przegapić. 
- Mogłam zapomnieć inne, ale w pamięci mi zapadły dwa przypadki. Przy jednym z nich prawie umarłam, a po drugim cała rodzina o mnie zapomniała - wyrwało mi się westchnięcie.
- Masz na myśli eliksir zapomnienia? - Przytaknęłam jedynie w odpowiedzi. - A ten drugi? Co nim było? 
- Z Chromem utknęliśmy na Wybrzeżu Jaspisu, po tym jak Lance, znaczy Ashkore ukradł naszą łódź - skrzywiłam się. Dla mnie jedno i to samo, ale niech będzie. - Musieliśmy jakoś wrócić, więc zmieniliśmy się w syreny.
- To cię prawie zabiło? - uniosła brew wyraźnie zdziwiona. 
- Czas jego trwania był  mnie nieco inny niż u niego. Utonęłabym gdyby Nevra mnie wtedy nie wyłowił..
- Miałaś dużo szczęścia. W nieszczęściu - skrzywiła się nieco, stawiając przede mną kilka fiolek i buteleczek. - Nie martw się, nie będziemy uczyć się zbędnych rzeczy. Nie należysz do mojej straży, ale powinnaś znać kilka podstawowych przepisów i substancji. To może być dla ciebie bardzo przydatne. 

Huang Chu okazała się cierpliwą, a także pełną pasji wykładowczynią. O wszystkim mi spokojnie opowiadała i demonstrowała, a ponieważ przyszłam raczej średnio przygotowana użyczyła mi kilka kartek i dała robić notatki. Później zajmę się znalezieniem jakiegoś notesu do tych wszystkich mikstur.
Prócz przedstawienia kilku przepisów na bomby dymne czy błyskowe, opowiedziała mi kilka anegdotek. Poza zebraniami wydawała się naprawdę przyjemną osobą jeśli nic, ani nikt, jej nie denerwował. Nie da się ukryć, że do wszystkiego podchodziła bardzo poważnie i często mnie karciła, jeśli zaczęłam za dużo wypytywać, na temat nie związany z danym płynem. Nie miałam jednak na co narzekać. W końcu obie wykonywałyśmy poniekąd swoje obowiązki.

Jeśli chodzi o pozostałą trójkę to nie mam pojęcia, jak im szło, ale zza drzwi nie dochodziły żadne krzyki czy dźwięki tłuczonego szkła, więc prawdopodobnie było spokojnie, jak u nas. Przynajmniej według ich możliwości.

- To koniec na dzisiaj. Jesteś wolna - szefowa zerknęła na mnie sprzątając swoje miejsce pracy. - Z kim jutro się widzisz? 
- Na pewno Leiftanem, a potem chyba z Nevrą. Będzie ciężki dzień.. - zbierałam swoje notatki. 
- Jeśli Karenn do was dołączy to możliwe - uśmiechnęła się pod nosem. - Niczym się nie martw i odpocznij. 
- Najpierw może powtórzę materiał - zamachnęłam kartkami idąc do wyjścia. - Do zobaczenia.. 

Opuściłam laboratorium i dałam się prosto w stronę swojego pokoju. Chciałam odłożyć zapiski w bezpiecznym miejscu - ich przepisaniem zajmę się przed snem, w końcu nie powinno mi to zająć dużo czasu. 
Zanim się jednak za to wezmę muszę zjeść coś porządnego i poszukać Dafne. Została gdzieś w ogrodzie gdy wracaliśmy z Leiftanem, a wolałabym mieć ją blisko. 
Ku mojemu zdziwieniu znalazłam ją szybciej, niż myślałam..

- W końcu jesteś - Lance stał pod drzwiami mojego pokoju, a skulony wilczek siedział przy jego nogach. Gdy tylko mnie zobaczyła natychmiast od niego uciekła i zaczęła skakać wokół mnie radośnie. 
- Coś się stało? - zdezorientowana ją zaczepiłam i spojrzałam na smoka. 
- Prawie ją upiekli w kuźni - jego wzrok powędrował do chowańca, który natychmiast się uspokoił i schował za moimi nogami. 
- Jak to upiekli? O czym ty mówisz? 
- Schowała się w jednym z wygaszonych pieców. Dawno nie był używany, ale dziś sytuacja się nieco zmieniła - skrzywił się i spojrzał na mnie. - Obyło się bez uszczerbku na jej zdrowiu, ale Valerian trochę się uniósł.. 
- I ją wystraszył - westchnęłam dokańczając za niego. - Dzięki, że ją przyprowadziłeś. Postaram się jej bardziej pilnować. 
Kiwnął głową w odpowiedzi i zaczął odchodzić. 
- Mam jeszcze trochę na głowie. Widzimy się na treningu - zerknął na mnie przelotem, po czym zniknął. 
Sama wzięłam młodą Minaloo na ręce i weszłam do pokoju.
- Musisz być ostrożniejsza, nie chcę żebyś władowała się w kłopoty - postawiłam ją na ziemi, po czym zajęłam przeszukiwać swoje szafki licząc, że znajdę jakiś zeszyt. Nie było nic co by się nadawało, ale zawsze można sprawdzić, prawda? 

Nastał nowy dzień. Poprzedniego wieczora przeliczyłam się jeśli chodziło o moje zasoby energii i nic nie przepisałam. Jedynie zjadłam coś dobrego w towarzystwie Karuto, a potem kilka razy przeczytałam swoje notatki i zasnęłam z głową Dafne na brzuchu. 
Nie mam pojęcia czy padłam z nudów, czy może rzeczywiście coś ze mnie wyssało całą energię, jakoś wcześniej nie czułam takiego zmęczenia. 
W każdym razie, będę musiała się zawziąć i znaleźć chociaż godzinę na zabrudzenie stron w zeszycie, który udało mi się dostać tuż przed zamknięciem straganów. Dzień mi zleciał bardzo szybko, nawet nie wiem kiedy. Mam nadzieję, że przez wszystkie te lekcje, nie będzie tak codziennie.

Dzisiejszego poranka znów byłam umówiona z Leiftanem. Tym razem mieliśmy dokładnie ustalony czas i miejsce - siódma rano, pod Wiśnią. Obiecał, że tym razem nie będę musiała go szukać. 

Do ogrodu dotarłam chwilę przed czasem i usiadłam na pobliskiej ławce. Dafne była razem ze mną, nie pozwalałam jej odejść nawet na krok. Starałam się zachować spokój, ale fakt że mogło jej się coś stać trochę mnie zdenerwował. 
- Jak myślisz, co będziemy dzisiaj robić? - spojrzałam na nią i pogłaskałam po łepku. Jedynie mnie obserwowała swoimi dużymi oczami, siedząc przy moich nogach. 
To pytanie krążyło mi po głowie od wczoraj. Jak Leiftan ma zamiar mnie czegoś nauczyć, skoro sam nie może używać swoich? Dlaczego tak jest? Coś z tego wyjdzie? A może to tylko marna wymówka, żeby dotrzymać danego sobie słowa? Nie sądzę jednak by w tak poważnej sprawie był zdolny kłamać - nie przede mną czy Huang Hua. Jednak zdarzyło mu się to już w przeszłości..
Nie! Stop Anastazjo! Za dużo myślisz i zaczynasz wymyślać idiotyczne teorie. Skoro powiedział, że może mi pomóc, to z pewnością tak jest. 
- Przestań wmawiać sobie bzdury - mruknęłam pod nosem i uszczypnęłam się w rękę. Nie zabolało, jak to zwykle, gdy samemu sobie coś próbujesz zrobić, a szkoda. 
- Wszystko w porządku? - nade mną pojawił się lekki cień. Podniosłam głowę i ujrzałam nieco zmartwioną twarz Leiftana. 
- Chciałam przestać o czymś myśleć - uniosłam lekko kąciki i się podniosłam. 
- Na pewno? Jeśli to dla ciebie za wcześnie, albo masz coś na głowie, to możemy przełożyć to na później. 
- Nie ma potrzeby. Ze wszystkich treningów, ten jest obecnie dla mnie najważniejszy - wyprostowałam się i spojrzałam mu prosto w oczy. Nie kłamałam. Na opanowaniu tej mocy zależy mi najbardziej. 

Oboje znaleźliśmy się pod Wiśnią i usiedliśmy. Nie wiem po co, ale aengel kazał mi usiąść, i sam zrobił to samo.
- Zanim zaczniemy chciałbym ci wyjaśnić kilka spraw, które mogą okazać się pomocne. Zaraz po tym przejdziemy do reszty - spojrzał na mnie uważnym wzrokiem. Jedynie przytaknęłam na jego słowa. - Sam dawno nie czułem światła aengeli, ale dzięki łączącej nas więzi mogę cię dobrze poprowadzić, i może odkryjesz w sobie jakieś nowe umiejętności. Zacznijmy od tego, że cała ta moc to nie jest błogosławieństwo, nic jej tobie nie zsyła, nie dostajesz jej. Ona jest tobą, jest w tobie. Gdy ich nie kontrolujesz możesz mieć wrażenie, że robią to co im się żywnie podoba. Czasem może ci się nawet wydawać, że to nie ty ich używasz. Jest to całkowicie błędne. Ono pochodzi wyłącznie z ciebie, to ty nim manipulujesz. Recz w tym, że możesz to robić podświadomie, odruchowo. To jak z nogami, o których nie myślisz, a chodzisz, albo z dłońmi którymi zwyczajnie coś chwytasz. Rozumiesz? 
Jedynie znów kiwnęłam głową. Wszystko wydaje się jasne.
- W tej chwili używasz tej mocy do dwóch rzeczy, wzniesienia tarczy, lub wystrzelenia promienia światła, którym możesz atakować. Możliwości są tu jednak tak wielkie, że jedyne co cię ogranicza to twoja wyobraźnia. Tak naprawdę możesz z nimi robić absolutnie wszystko. Chwytać przedmioty, rysować formy, osoby.. - uśmiech wkradł mi się na samą myśl, o tych wszystkich rzeczach. Wiedziałam, czułam, że to światło jest niesamowite, ale nie spodziewałam się, że może być tak nieograniczone. - Tak jak wspominałem, najbardziej ograniczająca jest wyobraźnia. Posiadasz dobrą zdolność do wyczuwania obecności światła, żeby z nim pracować. Dlatego nie masz problemów z tworzeniem tarczy. To prosta forma, która nie sprawia ci problemów. To twoja niepewność, spowodowana brakiem pełni kontroli, przeszkadza ci czasem ją utrzymać w pełni.
- Jak dotąd wszystko rozumiem - poprawiłam się nieco i przytuliłam kolano. - Mam tylko jedno pytanie. Co ze skrzydłami? Pamiętam, jak siedem lat temu na nich latałam, ty też je miałeś. Jak je wywołać? Wydają się skomplikowaną formą, żeby stworzyć je z całej tej energii samemu. 
- Nimi się nie martw. W tej sprawie wystarczy po prostu twój instynkt aengela. Żeby biegać nie musisz wiedzieć, jak działają twoje nogi. Podobnie z lataniem, to po prostu wyjdzie.
- Skoro tak - wyrwało mi się westchnięcie. - To nieco rozczarowujące, ale chyba muszę to zwyczajnie przetrawić. 
- Miałem podobnie, gdy sam doświadczałem tego wszystkiego - uśmiechnął się serdecznie. - Gotowa na przejście do praktyki?
- Głupie pytanie - zaraz wyskoczyłam na nogi i patrzyłam na niego wyczekująco. Nieco mniej energicznie, ale również się podniósł i stanął naprzeciw mnie. 
- Pamiętasz, jak wczoraj się połączyliśmy? Powinniśmy znów spróbować, ale nie wchodząc w stan transu. Postaraj się na mnie otworzyć tak bardzo, jak to tylko możliwe. Musisz się rozluźnić, odrzucić postawę obronną. Nie potrzebujesz się nawet specjalnie skupiać.. - uważnie mnie obserwował. Słuchając jego słów wypuściłam całe powietrze ze swoich płuc i miarkowałam oddech. Starałam się odtworzyć uczucie podobne do tego wczorajszego. - Dobrze. Możesz się postarać uaktywnić swoje światło aengeli? Niech pojawi się w twoich dłoniach. 
Światło, ono jest gdzieś w tobie. Poczuj to ciepło.
Wystawiłam ręce przed siebie i starałam się o tym nie myśleć. Muszę to zwyczajnie zrobić. To tak, jak z ruszaniem ręką czy nogą - automatycznie.

Po chwili w moich dłoniach pojawiło się jasne światło, a przez ciało przeszło dobrze mi znane, przyjemne ciepło. 
Dostrzegłam, że oczy Leiftana nieco szerzej się otworzyły. Nie spodziewał się, że pójdzie mi tak szybko? 
- Idealnie. Spróbuj teraz całe światło skupić przed sobą i uformuj z niego kulę. Pozwól jej oderwać się od twoich rąk, niech unosi się w powietrzu. Staraj się o tym nie myśleć. 
Przytaknęłam głową i oddychając spokojnie starałam się, jak najbardziej odprężyć. Swój wzrok zadarłam nieco ku górze - na błękitne niebo, aby moje myśli nie błądziły w kierunku kuli. 
Wkrótce poczułam przy sobie pewien rodzaj obecności, jaki towarzyszył mi wczoraj, to Leiftan. 
- Spójrz, udało ci się - usłyszałam, a mój wzrok zaraz powędrował ku dłoniom. Dwa płomienie właśnie łączyły się w jedno. Zrobiłam to! - Świetnie. Możesz teraz manipulować jej wielkością, spróbuj ją nieco powiększyć. 
Nie czułam, że w nią ingeruję. Równo ze słowami blondyna obiekt przede mną powiększył się. Kula skwierczała i wydawała się tętnić własnym życiem, ale równocześnie była mi posłuszna. Mogłam z nią zrobić co chciałam. 
- O to właśnie chodziło. Teraz spróbujemy zmienić jej kształt. Pamiętasz? Jedynie wyobraźnia..
- Mam zrobić coś konkretnego? - zerknęłam na niego. Prócz Leiftana dostrzegłam również zarys trzeciej osoby stojącej kawałek dalej i przyglądającej się nam. 
- Niestety muszę wam przerwać - damski głos zaraz się odezwał. Aengel spojrzał za siebie, a moja energia powoli zniknęła. 
Zbliżyła się do nas Karenn. 
- Coś się stało? 
- Nie, nic takiego. Nevra mnie prosił żebym przyszła po ciebie - skrzywiła się zerkając w moją stronę. - Plany się trochę zmieniły i musiał przesunąć twoje lekcje na trochę wcześniejszą porę.
- Naprawdę muszę? To jest chyba moje najważniejsze ze wszystkich zajęć. - Nie ukrywałam, że wizja szybszego spotkania z wampirem bardzo mi się nie podobała. 
- Spokojnie, dokończymy następnym razem - Leiftan położył mi dłoń na ramieniu. Czyżby wyczuł moją niechęć? - Dobrze ci idzie, nie martwiłbym się na twoim miejscu. 
- Cudownie! Wielkie dzięki - różowowłosa zaraz złapała mnie za rękę i zaczęła ciągnąć za sobą. Ledwie zdążyłam pomachać chłopakowi na pożegnanie.

- Możesz mi wyjaśnić o co chodzi? - w drodze do Ogrodu Muzyki nie wytrzymałam i zwyczajnie zapytałam Karenn. - Myślałam, że o zmianach będziemy informowani wcześniej, a nie na ostatnią chwilę.
- Tak miało być, i tak jest. To wyjątkowa sytuacja. 
- Możesz powiedzieć, o co chodzi? 
Spojrzała na mnie nieco niepewnie. 
- Tylko musisz trzymać język za zębami. To ma być niespodzianka dla całej Kwatery. 
- Powiedziała plotkara wszechczasów - wywróciłam oczami. 
- Wiem jak to brzmi - zaśmiała się pod nosem. - Po prostu chodzi o to, że ma przybyć do nas pewna osoba. Jest bardzo znana i kochana przez wiele faery. Początkowo miała tu być tylko przejazdem, ale zmieniła zdanie i zostanie na kilka dni. 
- Coś w rodzaju Huang Hua kiedyś? - uniosłam brew i się rozejrzałam. Nie widziałam jakiegoś specjalnego zamieszania, które wtedy było.
- Nie. To zupełnie inny poziom - pokręciła głową. - Właśnie dlatego Nevra prosił, aby to się nie rozniosło. Sama zainteresowana też wolałaby mieć spokój. 
- No dobrze.. Powiedzmy, że rozumiem. Potem będziesz musiała mi wyjaśnić niejasności.
- Wszystko ci powiem, ale na razie skupmy się na jednym.

czwartek, 11 sierpnia 2022

33. Rozkład zajęć

Prawo, lewo, lewo, prawo, do tyłu - w mojej głowie chodziły kolejne pomysły na uniknięcie ciosów i blokady miecza, który wędrował w moją stronę. Z każdą chwilą szło mi jednak gorzej, a do tego czułam się bardzo niezręcznie, ponieważ spora grupa osób zwyczajnie zaprzestała gry. Zatrzymali się i oglądali naszą potyczkę, jakby to ona miała być jakąś rozstrzygającą. Nie podoba mi się to.
Nie chcę się popisywać, ponieważ nie mam czym, ale muszę coś zrobić. Nie chcę wyjść na totalną ofiarę losu.

Lance puścił do mnie oczko, a kolejny cios wędrował w moją stronę. Zaryzykowałam i zrobiłam krok do przodu, blokując równocześnie jego miecz.  Byliśmy niebezpiecznie blisko siebie i mierzyliśmy się wzrokiem w tym samym czasie próbując przepchnąć miecz przeciwnika. 
Doskonale świadoma, że smok nie używa pełni swojej siły analizowałam wszelkie za i przeciw. Szybko jednak porzuciłam minusy, i po prostu dałam się ponieść przeczuciu - albo teraz, albo nigdy.
Skupiona na ciągle obecnych, delikatnych iskrach wokół moich dłoni, starałam się zgromadzić ich energię w jednym punkcie. Nie do końca rozumiem działanie swoich mocy, ale przecież jakoś daję radę. Mam się uczyć bez prób? 

Przyjemne ciepło rozeszło się po moim ciele, by zatrzymać w klatce piersiowej. 
Wszystko zadziało się błyskawicznie. 
Gdy tylko poczułam tą niesamowitą kumulację energii, wystrzeliłam ją z siebie. Strumień światła uderzył w smoka i odrzucił do tyłu. 
Lance wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, przypominający krzyk odlatując na kilka metrów. Nie spodziewał się takiego zagrania? A może na to liczył?

W każdym razie miałam dość czasu by się poprawić i przyjąć pozycję, podczas gdy on wstawał na nogi i podnosił swój miecz. 
Wzrok wszystkich dookoła był skierowany w naszą stronę.
- Tak chcesz grać? - mój przeciwnik zakręcił parę razy swoim ostrzem. Szedł w moją stronę.
- To samo tak wyszło, nawet nie próbowałam - niewinnie wzruszyłam ramionami.
Prychnął na to i przyśpieszył. Nie czekałam zanim do mnie dobiegnie, pierwsza zaatakowałam. 
Kolejny raz nasze miecze się skrzyżowały, wymienialiśmy zawzięte ciosy.
Nie trwało to jednak długo.

Wykorzystując swoją przewagę fizyczną, Lance zablokował kolejny mój cios. Nie dał mi niestety uskoczyć w spokoju. Jego świetlista energia przybrała kształt dużego kamienia, podobną też miała strukturę. 
W efekcie chcąc uciec, zwyczajnie przewróciłam się na plecy. Jego ostrze znalazło się pod moim podbródkiem. Przegrałam.

- Dziękuję wam wszystkim. Zobaczyłam, co chciałam zobaczyć - niemal zaraz po mojej wstydliwej porażce Huang Hua uderzyła w gong i znalazła się między nami. Szybko uformowało się kółko ze strażników chcących jej wysłuchać. Osobiście stałam gdzieś na przodzie, obok mnie znajdował się czymś zdenerwowany Leiftan i uśmiechnięty szeroko Chrome. - Gratuluję obrońcom murów, że udało im się nie dopuścić do wejścia wrogich jednostek. Równocześnie byli oni świetnymi napastnikami, brawo. Cały ten wysiłek miał być swego rodzaju testem, ale więcej dowiedzie się jutro. W południe zbierzcie się w Sali Drzwi, tam wam wyjaśnimy. Teraz możecie odpocząć..

Słowo odpoczynek zadziałało, jak zwolnienie jakiejś blokady. Momentalnie na równinie zrobiło się pusto - wszyscy uciekali do swoich pokoi.
Sama również poczułam się fatalnie. Doskwierał mi głód, senność i ból dosłownie w każdym mięśniu mojego ciała. Jedynie cudem trzymałam się na nogach.

Biorąc przykład z innych udałam się w stronę Kwatery, a tam zaraz wykręciłam do stołówki. Coś zjem i pójdę spać. 
Oprócz mnie, na miejscu było kilka pojedynczych osób, a wszyscy tak samo zmęczeni. Karuto widząc, że nie będzie miał z kim porozmawiać, podał jedzenie i zaszył się w kuchni. 
Nie zwracałam uwagi, na to co miałam na talerzu. Pamiętam, że było dobre i wystarczyła mi do tego łyżka.

Opuszczając stołówkę dostrzegłam sporą kolejkę do lecznicy. Czy aż tylu potrzebowało pomocy? Stało tam jakieś dziesięć osób. 
Właściwie.. 
Może sama powinnam pójść do Ewelein? Nie w celu badania, ale upewnić się, że nie wyrządziłam nikomu dużej krzywdy.
Spojrzałam jeszcze raz na kolejkę. 
Nie. Nie mam siły tam stać i czekać tyle czasu. Jutro jej zapytam.

Nie zatrzymując się nigdzie indziej weszłam prosto do łazienki. Zmywałam z siebie cały brud dzisiejszego dnia, dzięki czemu poczułam się lepiej. 
W pewnym momencie pozwoliłam, aby ciepła woda zwyczajnie na mnie leciała i spływała po moim ciele..

- To jeszcze raz dziękuję - spojrzałam na smoka puszczając jego ramię i opierając się lekko o ścianę wnęki, w której znajdowały się drzwi.
- Było.. Ciekawie - uniósł kącik.
- To chyba całkiem dobre słowo - kiwnęłam głową.
Oboje zaczęliśmy się w siebie wpatrywać, co trwało dobrą chwilę. Lance chyba się nawet nieco zbliżył.
- Raczej nie mówię takich rzeczy, ale.. - poczułam jak jego chłodna dłoń zaczepia moją skórę chwytając jeden z kosmyków, by po chwili założyć go za moje ucho. - Ładnie dziś wyglądałaś..
Poczułam, jak czerwień opanowuje moją twarz, momentalnie zrobiło mi się gorąco. 
Tego się nie spodziewałam. 
Błękitne tęczówki wpatrywały się we mnie, a ja nie miałam pojęcia co powiedzieć.

Co powinnam? Przecież ta sytuacja to jakiś kompletny absurd!

- D-Dziękuję.. - po  chwili, która zdawała mi się trwać strasznie długo, wydusiłam z siebie jedno słowo.
Lance uśmiechnął się ledwie zauważalnie i zabrał swoją rękę. Znów zaczęliśmy się wzajemnie na siebie gapić, aż odchrząknął uciekając wzrokiem. Zrobił też kilka kroków do tyłu.
- Odpocznij. To był męczący wieczór - mówiąc to nawet na mnie nie patrzył. Szybko odszedł, a ja z mieszanymi uczuciami weszłam do swojego pokoju.

Obudziłam się przytulona do swojej poduszki, zamiast mieć głowę na niej. Musiało być w okolicach południa, ponieważ słońce za oknem było dość wysoko. Nie przejmowałam się w tej chwili tym zbytnio. Miałam się wyspać, więc to zrobiłam. Czy ktoś powinien mieć mi to za złe?

Po głowie chodziły mi zupełnie inne rzeczy. 
Czy ta scena miała miejsce naprawdę, a może to tylko jakiś mój głupi sen? Wiedziałam, że spędziłam z nim cały wieczór, ale odprowadzał mnie? Mam małą dziurę w pamięci. Naprawdę nie jestem pewna swoich wspomnień. I niestety nie mam pojęcia - to wina zmęczenia, czy alkoholu? 
Pozostanie upewnić się u drugiej strony, ale nie chcę do tego wracać. Jeśli coś odwaliłam, albo on coś powiedział, to lepiej tego nie pamiętać. Nic się przecież nie stało. 
Pewnych rzeczy bym nie zapomniała, bez względu na upojenie. 

Przekręciłam się na drugi bok i rozejrzałam za Dafne. Nie było jej. 
Zdziwiona powoli podniosłam się do siadu, ale nie dostrzegłam śladu po chowańcu. 
Uciekła? Przecież drzwi były zamknięte.

Wzdychając ciężko, zmusiłam się do wstania. 
Sprawnie się ogarnęłam i ubrałam, a po szybkim pościeleniu łóżka opuściłam swój pokój. Ruszyłam korytarzem prosto do sali drzwi w celu przejścia do ogrodu, a tam gromadziła się masa osób.
Początkowo nie rozumiałam co się dzieje, po chwili jednak zapaliła się żaróweczka. Przeklęłam cicho pod nosem i podbiegłam do tłumu. 
Huang Hua stała przed wszystkimi, a obok niej reszta Lśniącej Straży. Niestety kończyła swój monolog.
- I właśnie dlatego zostały podzielone grupy, a każdy z was został do jakiejś przypisany. Pilnujcie harmonogramu i dawajcie z siebie wszystko. To ma wam jedynie pomóc się doskonalić.. - posłała w stronę zebranych delikatny uśmiech i odchodziła.
Brawo kretynko! I o co chodzi? Jakbyś sprawniej się ruszała, to byś wiedziała! 
Ugh!

Rozejrzałam się po zgromadzonych. Wśród licznych kolorowych głów szukałam jednej - różowej. Niebyła trudna do przegapienia, więc natychmiast ruszyłam w jej stronę i złapałam wampirzycę za ramię. Podskoczyła, najwyraźniej się tego nie spodziewając.
- Ana, wystraszyłaś mnie - spojrzała dużymi oczami, co wywołało u mnie niewielki uśmiech.
- A myślałam, że ciebie i Nevry nie da się podejść z zaskoczenia - puściłam ją by mogła się do mnie swobodnie odwrócić. 
- Nie da się, a to.. To tylko mały wypadek przy pracy, każdemu się może zdarzyć - poprawiła swoją długą kitę wzruszając beztrosko ramionami. Wyparcie. 
- Dobrze, dobrze.. Potrzebuję pomocy.. - skrzywiłam się i krótko rozejrzałam dookoła. Tłum się rozchodził, pozostała niewielka garstka osób stojąca przy jakiejś nowej w tym otoczeniu, tablicy i coś sprawdzała.
- Nie licz, że będę dla ciebie litościwsza w trakcie naszych treningów. Nie ma mowy - założyła ręce.
Jakich treningów? Jest jeszcze gorzej, niż myślałam.
- Karenn, ja nie wiem o czym ty mówisz. Zaspałam i nie mam pojęcia, co tu się przed chwilą działo - jęknęłam. - O jakich treningach mówisz? 

Szkolenie grupowe w celu korekcji naszych błędów - dokładnie takich słów użyła wampirzyca informując mnie, o czym mówiła Huang Hua. Dodatkowo według rozpiski jestem przydzielona do niej, Koori i Mathieu, dwoje ludzi i dwie tutejsze. 
Codziennie ma nas szkolić jeden z szefów straży, każdy w swojej dyscyplinie. Niestety przez to, że zaspałam - i dosłownie wszyscy wiedzieli o mojej nieobecności, nasza drużyna nie otrzymała harmonogramu. Podobno były wręczane każdemu bezpośrednio do ręki, jedynie drużyny były wypisane i przypięte do tablicy, która mi mignęła. 

- To znaczy, że mam do niej iść? - zapytałam na koniec, a dziewczyna przytaknęła głową. 
- Chciała jeszcze o czymś z tobą porozmawiać, dlatego poprosiła żeby ci to przekazać. Przy okazji dostaniesz naszą rozpiskę.
- No dobra, za spóźnialstwo trzeba odpokutować. Gdzieś cię potem złapię żeby przekazać, a jak nie to zostawię wam u Karuto, możesz przekazać reszcie - powoli zaczęłam odchodzić w stronę Sali Obrad.
Szefowa miała do mnie ważną sprawę, a mnie nie było. Mam jedynie nadzieję, że nie będzie miała mi tego za złe. 

Powoli podeszłam do drzwi i zapukałam w nie. Nikt się nie odezwał, więc zrobiłam to ponownie i równocześnie zajrzałam do środka. Fenghuang siedziała przy stole i zawołała mnie gestem dłoni. 
Zbliżając się w jej stronę dostrzegłam, że nie jest sama. Towarzyszył jej Leiftan, który posłał w moją stronę delikatny uśmiech. 
- Siadaj Anastazjo - kobieta wskazała na jedno z krzeseł, a ja je zaraz zajęłam. Całą trójką siedzieliśmy dość blisko siebie. - Mam nadzieję, że się wyspałaś i jesteś wypoczęta - na jej twarzy nie było widać złości. Czule się uśmiechała i przyglądała mojej osobie. 
Delikatnie przytaknęłam głową.
- Przepraszam, że się spóźniłam. Byłam wykończona ostatnimi dniami..
- Rozumiem, trochę nam też o to chodziło. Przecież nie zawsze jest czas na odpoczynek - puściła mi krótkie oczko i spojrzała w dokumenty leżące przed nią. - Może nawet takie załatwienie tej sprawy będzie wygodniejsze dla waszej dwójki.
- Jakiej sprawy? Stało się coś? - mój wzrok zaraz powędrował w stronę blondyna.
- Nic, czego powinnaś się bać. Przeciwnie, ucieszysz się.. - wbijał we mnie spojrzenie. Było w nim coś niepokojącego, ale równocześnie całkowicie bezpiecznego i ciepłego. Nie miałam pojęcia co sądzić. 
- Jak zapewne pamiętasz, Leiftan bardzo się wzbraniał ostatnimi czasy przed pewnymi rzeczami - moją uwagę zwróciła Huang Hua. 
- Pamiętam. Potrzebował czasu i tak dalej.. - kiwnęłam głową.
- Nadal potrzebuję, ale potrafię rozróżnić sprawy ważne i ważniejsze - aengel krótko wtrącił.
- Nigdy w to nie wątpiłam Leiftanie - moi towarzysze wymieniali spojrzenia, a ja ciągle nie rozumiałam. 
- Możecie przestać mówić półsłówkami? Nie dociera do mnie sens tego wszystkiego..
- Racja - fenghuang chrząknęła i wyprostowała się na swoim krześle. - Zdaje się, że Lance nie będzie musiał się dłużej głowić nad twoimi mocami. Leiftan zmienił zdanie i zaoferował swoją pomoc.

Zmienił zdanie, zaoferował swoją pomoc - ta krótka fraza momentalnie zaczęła kręcić mi się w głowie, jak jakieś tornado. Treningi z Leiftanem! Osobą taką, jak ja!
Podekscytowana szybko się podniosłam, aż krzesło upadło z łomotem na podłogę. 
- Naprawdę? Nie żartujesz? - podparłam ręce na stole i pochylona wpatrywałam się w blondyna.
- Pomogę ci. Nie będę angażował swoich mocy, ale mogę wszystko ci wytłumaczyć i tobą pokierować.
- Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.. 
- Dla nas wszystkich - szefowa dała mi jasno do zrozumienia, żebym podniosła krzesło i usiadła. Wystarczyło jedno spojrzenie. - Wasza dwójka ma ogromne zasługi, i jest niezwykle cenna. To duży krok naprzód.. - Oboje zgodnie przytaknęliśmy i pozwoliliśmy jej kontynuować. - Widziałeś już obie rozpiski Leiftanie, co myślisz? Da się to pogodzić? 
- Tak.  Jeśli Anastazja będzie wstawała wcześniej niż dziś, to nie widzę przeszkód żebyśmy ćwiczyli rano, przed jej zajęciami z Huang Chu..  - spojrzał na mnie, a szefowa podała mi wspominany wcześniej harmonogram. 
Rzuciłam na niego szybko okiem. Codziennie wypadało mi coś innego, ale były to raczej stałe pory. Nie widziałam przeszkód żeby najważniejsze z zajęć nie znalazły dla siebie miejsca.
- Świetnie. Resztę już omówicie między sobą. W razie jakiś zmian w planach, każdy otrzyma informację czy to bezpośrednio, czy na tablicy, którą przeniesiemy od jutra do stołówki.
- Nie wiem co miało wpływ na twoją decyzję, ale bardzo mnie to cieszy - posłałam chłopakowi uśmiech.

Po chwili każde z nas rozeszło się w swoją stronę.
Nie ustalaliśmy za wiele. Jedynie, że widzimy się następnego dnia. Rano zajęcia z ujarzmiania natury eangela, a trochę później nieokreślone lekcje z szefową Straży Absyntu. Zapowiada się ciekawie.

W drodze do stołówki zerknęłam na trzymane w dłoniach kartki. Każda z nich była podpisana imieniem konkretnego strażnika z mojej grupy, a plany nieco się różniły. Domyślam się, że to przez nasze różnice w poszczególnych tematach. W końcu jaki byłby sens szkolenia mnie i Koori w w tym samym czasie? Podejrzewam, że dziewczyna nie ma żadnych braków z alchemii do uzupełnienia.
- Wszystko wyjdzie w praniu - mruknęłam do siebie pod nosem i weszłam do pomieszczenia, w którym pachniało wspaniałym jedzeniem. Uśmiech automatycznie sam wkradł mi się na twarz. 

Nie zwlekając, ruszyłam w stronę Karuto i po wcześniejszym zamówieniu czegoś pysznego, zostawiłam mu plany dla reszty. Nie mam ochoty biegać i ich szukać po całej Kwaterze. 

- Może też powinienem poprosić żeby mnie w nich uwzględniono - kucharz towarzyszył mi w trakcie posiłku. Rozmawialiśmy właściwie o wszystkim, i o niczym.
- Z tego co pamiętam, to nieźle sobie radziłeś ostatnim razem.
- I od tamtego czasu nie miałem okazji więcej, rdzewieje - zaśmiał się cicho.
- Nawet bym tego nie brała u ciebie pod uwagę, ale jeśli chcesz.. Nie sądzę by ktoś miał coś przeciwko twojemu uczestnictwu. Nawet jeśli się zwyczajnie wprosisz na któreś zajęcia.
- Możesz mieć rację - zaczął się podnosić. - Zostawię cię już. Muszę zanieść trochę prowiantu do przychodni. Sporo pacjentów się tam nagromadziło.
- Mogę ci pomóc - spojrzałam za nim i szybko połknęłam ostatnie kęsy swojego dania. - Chciałam zapytać o stan jednego z poszkodowanych.
- Pomocy nie odmówię, chodź.. 

Nie spodziewałam się, że tego będzie tak dużo. 
Karuto uszykował jedzenia, jakby dwadzieścia osób było poważnie rannych albo wymagało ciągłej obserwacji przez Ewelein, przez co każde z nas niosło ze sobą spore koszyki, wypchane po brzegi. 

Nasza elfia pielęgniarka, też najwyraźniej była zaskoczona taką ilością. Niestety nie bardzo miała inne wyjście niż przyjąć to wszystko, a nadwyżkę najwyżej rozdać w Schronisku.
- Oby wszyscy szybko wrócili na nogi - uśmiechnięty od ucha do ucha kucharz opuszczał pomieszczenie machając na odchodne. Razem z Ewelein odprowadziłyśmy go wzrokiem.
- Naprawdę jest tak wielu ciężko rannych? - spojrzałam na nią.
- Kilka osób za poważnie wzięło całe te ćwiczenia - skrzywiła się. - Jest to jednak dużo mniejsza ilość niż przyniesiony prowiant. 
- Mam nadzieję, że nikt.. No wiesz.. 
- Masz może mnie na myśli? - z pomieszczenia połączonego z gabinetem Ewelein wyszedł Mathieu. Wyglądał fatalnie.
Okolice jego oczu wyglądały, jak zabarwienie futra u pand, były podpuchnięte i pojawiły się mocno widoczne krwiaki. Dodatkowo miał opatrunek na całym nosie.






poniedziałek, 23 maja 2022

32. Cios między oczy

Spokojna muzyka, a na środku sali my - tańczący ramię w ramię. Spokojnie, bez żadnych uprzedzeń. Zupełnie jakby nikogo i niczego dookoła nie było, chociaż wiem, że intensywnie się w nas wgapiały poszczególne osoby.
Wypiliśmy po kieliszku wina w krótkiej przerwie, i zaraz wróciliśmy na parkiet. Jak dwójka zwyczajnych znajomych, która dobrze się bawi. No dobrze, może było troszkę więcej tego trunku, ale co to za różnica. Fakt faktem, że w życiu bym na coś takiego nie wpadła. 

- Nie sądziłam, że okażesz się tak dobrym tancerzem - podniosłam wzrok na smoka, który uśmiechnął się słysząc moją uwagę. Poczułam również jak mocniej łapie mnie w pasie i nieco do siebie przyciska. Byliśmy naprawdę bardzo blisko siebie, a jakby tego było mało Lance zbliżył się jeszcze bardziej.
- Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz - szepnął mi wprost do ucha. 
Nie będę ukrywać - przeszedł mnie dreszcz. W całej tej sytuacji było coś przyjemnego, chociaż w tym samym czasie wszelkie żółte i czerwone kontrolki będące w mojej głowie, biły na alarm. Czy zwracałam na to uwagę? Nie bardzo. Niech zajmą się dziś nimi ci wszyscy mali operatorzy, o skutkach będę myślała jutro.

Sala właściwie opustoszała, zostali tylko najwytrwalsi. Nasza dwójka bujała się w rytm muzyki, w towarzystwie grajków i ostatnich trzech tańczących par. 
Zerknęłam kątem oka na swojego partnera. Patrzył gdzieś przed siebie, ale gdy tylko się zorientował nasz wzrok się skrzyżował.
- Zmęczona? - zapytał cicho na co przytaknęłam. - No dobrze.. - powoli się zatrzymaliśmy i odsunęliśmy od siebie.
- Dzięki za wieczór, noc - uśmiechnęłam się pod nosem.
- Podziękujesz mi po drodze, idziemy w tym samym kierunku - wystawił w moją stronę ramię. Przyjęłam je bez wahania i ruszyliśmy do wyjścia.
Po drodze rozglądałam się za jakimiś znajomymi twarzami, ale nie dostrzegłam nikogo z kim mam częstszy kontakt. Musieli dawno się zwinąć..

Pod moimi drzwiami znaleźliśmy się dość szybko. Żadne z nas nie zataczało się z boku na bok, czy miało jakieś problemy z równowagą. Jedyne co mi dolegało to coraz większa senność, i straszny ból nóg, który dopiero teraz zaczynałam odczuwać - wcześniej jakoś nie dawał o sobie znać.
- To jeszcze raz dziękuję - spojrzałam na smoka puszczając jego ramię i opierając się lekko o ścianę wnęki, w której znajdowały się drzwi. 
- Było.. Ciekawie - uniósł kącik.
- To chyba całkiem dobre słowo - kiwnęłam głową. 
Oboje zaczęliśmy się w siebie wpatrywać, co trwało dobrą chwilę. Lance chyba się nawet nieco zbliżył. 
- Raczej nie mówię takich rzeczy, ale.. - poczułam jak jego chłodna dłoń zaczepia moją skórę chwytając jeden z kosmyków, by po chwili założyć go za moje ucho. - Ładnie dziś wyglądałaś.. 

- Pobudka! Wstawać! - nagle usłyszałam okropne uderzanie w drzwi do mojego pokoju i podniesiony głos Nevry.
Odwaliło mu? Budzić kogoś w ten sposób? 
Z głośnym jękiem przekręciłam się na drugi bok i przycisnęłam poduszkę do głowy, żeby jakoś zagłuszyć jego nadzieranie. Gdy się kładłam słońce powoli wychodziło, a czuje się fatalnie, dlatego nie sądzę bym spała jakoś szczególnie długo.
- Wstawać! Pilne zebranie, za pięć minut na równinie! - znowu zaczął uderzać. Nawet Dafne się to nie spodobało i zapiszczała wskakując do mnie na łóżko.
Przytuliłam chowańca, chowając w niej twarz.
- Głupi wampir nie będzie nam mówił co mamy robić - mruknęłam na nowo zamykając oczy.
Krzyki i hałas ustąpiły, ale nie na długo.
- Anastazja ruchy! Nie ma czasu! - tym razem nieco grzeczniej, ale mimo to upierdliwie, zaczął dobijać się Mathieu. 
Co jest, pali się?
Niechętnie zaczęłam się podnosić. Czułam się naprawdę fatalnie - wszystko mnie bolało, i naprawdę potrzebowałam snu. 
Podeszłam do drzwi narzucając na siebie pierwszą lepszą rzecz. Nie chcę paradować przed nim w bieliźnie, a nie bardzo pamiętam co zrobiłam z sukienką zanim wylądowałam w łóżku.
- No nareszcie - chłopak zdecydowanie odetchnął, gdy w końcu mu otworzyłam, ale się też nieco speszył i odwrócił wzrok. Tak źle wyglądam? - Coś się chyba stało, bo wszyscy strażnicy mają się stawić na równinie. Ubierz się i chodź, Huang Hua czeka.. 
Mówił bardziej do niewidzialnej osoby obok, niż do mnie. 
- Czyli nie mogę sobie pospać? - mruknęłam, na co pokręcił głową.
- Tak jak każdy z nas - nieśmiało zerknął. - Nie zabieram ci więcej czasu, do zobaczenia. 

Mathieu uciekł, a ja weszłam w głąb pokoju i dopiero teraz zobaczyłam w lustrze co go tak peszyło. Stanęłam przed nim niemal w samej bieliźnie! Jaka ja durna.. Nawet nie zorientowałam się, że moje okrycie wcale mnie nie okryło - no bo jak zwykła bluzka, ma służyć za szlafrok? Ugh..

Spoliczkowałam się kilka razy i zaczęłam ogarniać. Szybko narzuciłam na siebie wygodne rzeczy, przyczepiłam broń do paska, i po nakarmieniu Dafne biegiem ruszyłam w stronę równiny, związując przy tym włosy w niedbałego koka. 
Pędząc przez rynek i ogród, nie dało się przegapić totalnej pustki, czy chmury dymu unoszącej się poza murami. Poczułam, jak ciśnienie natychmiast mi się ponosi i przyśpieszyłam. 

Jak szalona wybiegłam na zewnątrz, i z mieczem w ręku zaczęłam się rozglądać dookoła. Zupełnie nic się nie działo, było spokojnie, a dym był wywołany z premedytacją - pod murami stały ogromne misy, w których się coś paliło. Jedyne, co nie pasowało to grupka strażników stojąca nieco dalej, a przed nimi Huang Hua z członkami Lśniącej Straży.
- Uf, czyli nie spóźniłem się jako jedyny - obok mnie pojawił się pewien blondyn, którego kojarzyłam gdzieś z korytarzy.
- Na to wychodzi - kiwnęłam głową, i schowałam Atarangi do pochwy. - Lepiej chodźmy się dowiedzieć o co chodzi.

Razem z Mortenem, tak się przedstawił, dołączyliśmy do reszty zebranych. Tuż przy grupce rozdzieliliśmy się - on poszedł do swoich znajomych, a ja do swoich, w efekcie stanęłam w pobliżu Karenn i Koori, która wyglądała jeszcze gorzej ode mnie.
- No dobrze, chyba mamy wszystkich - Huang Hua od razu zabrała głos rozglądając się po naszej zbieraninie. - Wiem, że sporo z was jest wykończonych wczorajszym przyjęciem, ale właśnie o to chodzi. Nie zawsze przecież jesteśmy w perfekcyjnej formie - uśmiechnęła się szeroko. Miałam ochotę ją uszkodzić. Z premedytacją wyrwała mnie z łóżka, co to ma być?! Ja chcę spać. - Jak możecie zauważyć szefowie straży mają doczepione czerwone chusty. Przed chwilą dostały je również inne osoby będące gdzieś wśród was. Dlaczego? W ten sposób zostały podzielone grupy, które będą walczyć przeciwko sobie. Osoby z czerwonym to najeźdźcy, a reszta jest obrońcami. Nie możecie dopuścić, żeby chociaż jeden z nich dostał się za mury. Nie będę wam w żaden sposób pomagała, jesteście skazani na siebie.
Fenghuang zaczęła tłumaczyć, że możemy używać tego, i tego, a ja w tym czasie rozejrzałam się. Dobrze wiedzieć, kto z nas będzie ogrywał rolę tego złego.

- Czeka nas ciężka przeprawa - Karenn mnie zaczepiła, więc zerknęłam na nią. - To wygląda jakby Huang Hua powybierała wszystkich najlepszych przeciwko reszcie.
- Gdzie więc twoja chustka? - wyrwało mi się, przez co wywołałam grymas na jej twarzy.
- Jestem z wami dla podniesienia morale - prychnęła.
- Skoro tak uważasz - zasłoniłam usta wydobywając z siebie okropne ziewnięcie. 
Grupa zaczęła się przerzedzać, czerwoni ruszyli w stronę swoich i zostawiali nas. Dostrzegłam wśród nich Mortena, Mathieu, a nawet Leiftana -co on tu robi nie mam pojęcia, ale nie wyglądał na szczęśliwego. 
Najgorsi z tego wszystkiego są jednak Chrome, Nevra i Lance. 
Wyrocznio, proszę, nie chcę natknąć się na żadnego z nich - zacisnęłam kciuki spoglądając krótko w niebo. Zwłaszcza smok może być trochę problematyczny, po ostatnim chciałabym mieć chwilę przerwy od jego towarzystwa, widoku. To za dużo..
- Ana! Słuchasz mnie?! - Karenn uniosła głos machając mi dłonią przed twarzą. 
- Tak. Nie. Co? - spojrzałam na nią zbita z tropu.
- Obudź się, teraz potrzebujemy pełni koncentracji.
- Łatwo ci mówić, wszyscy jesteśmy padnięci - Koori stanęła w mojej obronie. Z resztą nie tylko, jak tak popatrzeć to prawie każdy przypomina zombie. 
- To teraz sprawa drugorzędna. Nie możemy z nimi przegrać - oko jej błysnęło. - Anastazja i Koori, zajmiecie się murami. Ja i Adalric będziemy was osłaniać gdy będziecie nakładały tarczę ochronną.
- Tarczę ochronną? O czym ty mówisz? - wbiłam w nią spojrzenie. Nie może mówić poważnie.
- No normalną. Nie mogą wejść do środka, tak? Koori będzie wiedziała co robić, a ty spróbuj ją wzmocnić swoją mocą. Nie ważne czy będzie raziła z obu stron, ważne żeby raziła. To nam da dodatkowy czas.
- Przecież Lance będzie w stanie ją rozwalić jednym ciosem.. 
- Dlatego reszta ma zając się najsilniejszymi, a jego nie można pozostawiać w zestawieniu jeden na jeden. 

Nie byłam przekonana co do jej planu, ale szczerze sama nie miałam nic lepszego w głowie. Może faktycznie użycie tarczy jakoś spowolni działania przeciwnika, ale pamiętam jak wyglądało to wcześniej. Zakładaliśmy ją w kilka osób, a mój udział tylko wszystko destabilizował, i Miiko musiała poprawiać. Teraz we dwie możemy nie dać rady, zwłaszcza w takim stanie.

Na rozkaz Huang Hua wszyscy ustawiliśmy się w rzędach, grupa naprzeciw grupy, dzieliło nas kilka metrów odległości. Czekaliśmy tylko na sygnał.
Przebiegłam wzrokiem po naszych oponentach, i na tych silniejszych na chwilę zawiesiłam wzrok. Może to naiwność, bo i tak nie dostrzegłabym niczego, ale z nadzieją próbowałam znaleźć jakieś ich słabe punkty. Znałam tylko jeden - Chrome'a, a było nim jedzenie. Wątpię jednak żeby to zadziało w walce. Z resztą skąd wezmę smażone kiełbaski? 
Wstrząsnęłam głową i moje spojrzenie padło na smoka. Wyglądał na wypoczętego i w pełni sił, a do tego towarzyszył mu głupi uśmieszek. Tylko czeka aż będzie mógł nam wszystkim sprać tyłki.
Dodatkowy dreszcz przeszedł mi po plecach, gdy orientując się, że gapię się prosto na niego, Lance puścił mi oczko. Doskonale wie, że jestem w kiepskim stanie, i burak jeszcze będzie zbijał na tym kapitał. 
Westchnęłam ciężko i wyciągnęłam miecz. Karenn ma rację, muszę pokonać zmęczenie. Nie dam mu satysfakcji. 

Ustawiłam się w pozycji gotowej do startu, i zerknęłam w stronę Huang Hua. 
Stała z Ewelein wyposażoną w sprzęt medyczny, i trzymała w ręku pałkę. Obok nich znajdował się dość sporych rozmiarów gong - ta taka tarcza z metalu, w którą się uderza. Każdy z nas tylko czekał na jej sygnał do rozpoczęcia szarży. 

W końcu gra się rozpoczęła.. 

Po polu rozniósł się charakterystyczny dźwięk uderzenia, a zaraz po nim okrzyki po obu stronach walk. Wraz z Koori od razu na siebie spojrzałyśmy i biegiem ruszyłyśmy w stronę murów. Tuż za nami biegli Karenn i Adalric, a reszta pędziła z szarżą na przeciwnika. Bardzo szybko dało się usłyszeć brzdęk stali. Starałam się jednak na nim nie skupiać. Jeśli zabrnę zbyt głęboko w swoich myślach mogę dostać ataku paniki, a to nam w tej chwili na pewno nie pomoże.
- Ana, jesteś gotowa? - kitsune stuknęła swoją laską o ziemię, a ta krótko zaświeciła. - Zacznę wznosić barierę, a ty skup się żeby w miarę równo karmić ją swoją energią.
- Postaram się - kiwnęłam głową i położyłam swoje dłonie na ścianie. Uda ci się! Musi!
Zerknęłam na Koori. 
Zaczęła mruczeć pod nosem niezrozumiałe dla mnie słowa, których efekty szybko się pojawiały. Z ziemi zaczęła wyrastać świecąca bariera i unosić się ku górze. Pora wkroczyć do gry. Musze się skupić, przecież już wnosiłam tarcze.
Przymknęłam oczy i wyciszałam zmysły. Nie chciałam słyszeć niczego co działo się dookoła. Skoncentrowałam się na tym co jest we mnie - na tej ciepłej energii, którą muszę tylko z siebie wydobyć.
Nikt nie może pójść dalej. Nie mogą zagrozić temu miejscu..

Przed moimi oczami zaczęły się pojawiać obrazy wojny sprzed siedmiu lat. Potyczka na plaży, aż w końcu jej centrum, które miało miejsce zaledwie parę metrów stąd. Nie były to przyjemne wspomnienia, ale czułam, że właśnie podążanie za nimi może pomóc mi obudzić, to czego chciałam.
Jeszcze mocniej przycisnęłam dłonie do muru i skupiłam się na tym co wtedy czułam. Bezpieczeństwo, moje i bliskich, żadnemu z nich nie może się nic stać.
Poczułam przyjemne ciepło rozchodzące się w moim ciele, a obraz uległ zmianie. 
Tym razem byłam na łodzi - to też już miało miejsce. 
Skupiona na tych wszystkich emocjach starałam przelać się je w osłonę. Niech ochrania wszystko wewnątrz, a dla najeźdźcy będzie brutalna. Nikt przez nią nie przejdzie. 

- Dziewczyny już?! - po dłuższej chwili do moich uszu dotarł krzyk Karenn. Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. 
Kwatera była otoczona kopułą, w której co jakiś czas dało się dostrzec przepływające strumienie energii.
- Nie wiem co, i jak zrobiłaś, ale czuję że dużo wytrzyma - Koori posłała mi szeroki uśmiech.
Szczerze czułam się dumna - przynajmniej w tamtej chwili. Ostatecznym testem będzie w końcu próba przejścia przez pierwszego ochotnika.

Odwróciłyśmy się przodem do pola bitwy. Sytuacja wyglądała fatalnie, przegrywaliśmy, a wróg był coraz bliżej. Jak to możliwe, że tak szybko im to idzie?
Bez zbędnych pogaduszek, z mieczem w ręku, ruszyłam przed siebie. Pora dołączyć do przedstawienia.

Parłam przed siebie napędzana adrenaliną. Nie zwracałam uwagi na zmęczenie czy bolące mięśnie. Raz po raz wymachiwałam ostrzem i odbijałam ataki Czerwonych Chust. To nic osobistego, ale chcę to szybko zakończyć i się położyć, dlatego dawałam z siebie wszystko co mogłam. Nawet moje dłonie zaczęły pobłyskiwać, jakby podzielały moje zdanie. Nie słyszałam nic o nie używaniu czarów i zaklęć, więc małe uderzenie strumieniem światła, chyba też nie powinno być wykluczone. 
Na tą chwilę nie miałam jednak okazji go użyć. Szło mi sprawnie i bez tego.
- No dobra, to teraz człowiek, kontra człowiek - na mojej drodze stanął Mathieu kręcąc swoim mieczem. Chyba próbował wyglądać groźnie, ale jego mina bardziej mnie bawiła niż wywoływała jakikolwiek lęk.
- Tylko się nie popłacz, jak spiorę ci tyłek - puściłam oczko i stanęłam w pozycji szermierczej. - I nie licz na niczyją pomoc - szybko spojrzałam na boki. Każdy był czymś zajęty, tarcza pozostawała nietknięta. Zabawa trwała.

Mathieu nie czekał długo z atakiem. Jak zwykle ruszył gwałtownie, i pewnie bez żadnego planu w głowie. Muszę to wykorzystać na swoją korzyść, muszę go zmęczyć. Chociaż czy da się zmęczyć kogoś, kto i tak powinien być wykończony, a mimo to działał całkiem sprawnie?
Nie rozwodziłam się nad tym i zablokowałam jego cios, uskakując do tyłu. Działałam defensywnie dopóki mi się to nie znudziło, i wykorzystując moment zamachnęłam się. 
W ostatniej chwili obronił cios, tym samym zerkając gdzieś w bok. Na jego twarzy pojawił się dziwny uśmieszek, dlatego również podążyłam tam wzrokiem.
Chrome w swojej wilczej postaci, całkiem nieosłaniany biegł prosto w stronę bramy. Nikt nie próbował go nawet zatrzymać. 
- Karenn! - krzyknęłam rozglądając się za dziewczyną. Nie była daleko, a dostrzegając co ma zamiar zrobić jej chłopak, skończyła droczenie i szybko powaliła swojego przeciwnika, by następnie ruszyć na wilkołaka. 
- Lepiej skup się na sobie - Mathieu wyśmiał mnie i sprawnym ruchem wytrącił mi miecz z ręki. Warknęłam niezadowolona patrząc, jak wbija się w ziemię kawałek dalej. - Wygląda na to, że przegrałaś - zamachnął się by dość agresywnie przyłożyć mi Malis Inimicus do gardła. 
Nie panowałam nad sobą w tamtym momencie. Zasłoniłam się lewym przedramieniem, z którego wyszło coś w rodzaju tarczy i zatrzymało miecz.
- Ej! A co to ma być? - jęknął niezadowolony.
- Najwyraźniej to ty jesteś na przegranej pozycji - roześmiałam się, a po chwili między oczy bruneta trafił mój prawy prosty.
Chłopak upadł na ziemię nieprzytomny. 
Sprawdziłam czy żyje, a kątem oka dostrzegłam biegnącą Ewelein. Nie traciłam więcej czasu - zostawiłam go jej i biegłam w stronę murów podnosząc swój miecz. Lepiej będę trzymała się z tyłu. 

Szybko zmierzając do celu widziałam, jak Karenn i Chrome walczą zawzięcie kilka metrów dalej, a paru innych członków wrogiej drużyny coraz bardziej zbliża się w kierunku Kwatery. Nasza obrona jest naprawdę tak dziurawa?!
Zatrzymałam się na wysokości bramy i natychmiast zostałam zaatakowana, a napastnikiem okazał się być Morten. Nie wymienialiśmy uprzejmości, chociaż delikatnie się uśmiechnęłam licząc, że może jakoś da się wyprowadzić z równowagi. Niestety nie mam uroku, jak w bajkach, i nie przyniosło to żadnego efektu.
Zaczęliśmy wymieniać ciosy, które z jego strony były bardzo mocne. Z początku bardzo ciężko było mi się przed nimi bronić, ale z każdym kolejnym zamachnięciem jakby oboje zaczęliśmy przewidywać swoje ruchy. Tak było jednak tylko przez chwilę.
Niespodziewanie chłopak zamachnął ostrzem, równocześnie podcinając mnie. Wylądowałam na tyłku dość boleśnie i spojrzałam w jego stronę. Ku mojemu zdziwieniu nie było go już obok - olał mnie i biegł wprost do wrót.
Naładowana emocjami, szybko znalazłam się na nogach. Nie miałam szans go dogonić, mogłam się jedynie modlić, że tarcza zadziała.

Wszystko zaczęło się dziać jakby w zwolnionym tempie. Blondyn biegł zadowolony przed siebie, dookoła trwały potyczki, a ja stałam i nie byłam w stanie nic zrobić. 
Obudziłam się w momencie, w którym Morten próbował przekroczyć powłokę. Przez tarczę przeszły wtedy jakby impulsy elektryczne, i w towarzystwie dźwięku przypominającego potężne zwarcie czy przeładowanie, odrzuciło go na dużą odległość. Słyszałam jeszcze tylko jego krzyk, a gdy wylądował kilka osób do niego podbiegło by sprawdzić, czy wszystko w porządku. 
- Błagam, nie mówcie, że go zabiłam.. - szepnęłam do siebie patrząc w tamtą stronę. 
- Jemu nic nie będzie, bardziej o siebie się bój - poczułam za plecami czyjąś obecność i chłodne ostrze przy szyi. Zerknęłam na dłoń winowajcy.
- Naprawdę? Koniec gry, wygraliśmy.. - mruknęłam wracając wzrokiem w stronę rannego. Tłum przy nim się przerzedzał. Ewelein znalazła się też bardzo szybko przy nim i w towarzystwie dwóch silnych panów zabierała z pola bitwy. Na szczęście żył, a nawet się uśmiechał. Trochę mi ulżyło.
- Jak widzisz nic mu nie jest, a ty właśnie przegrałaś - usłyszałam tuz przy uchu. 
- Nie mam zamiaru z tobą przegrywać, Lance - warknęłam i sprawnym ruchem użyłam łokcia by uderzyć prosto w jego męskość. Wiem, że to ryzykowne, ale działający efekt zaskoczenia spowodował, że smok skulił się. Oberwał wtedy ponownie w twarz i mu uciekłam. Stanęłam naprzeciw gotowa do potyczki, podczas gdy ten z niedowierzaniem na twarzy masował czoło ciągle nieco skurczony.
- Czy ty nie wiesz, że tam nie uderza się nawet największego wroga? - spojrzał karcąco, chociaż kącik jego ust drgał jakby z chęcią uśmiechu. Muszę przyznać, że sama się szczerzyłam, jak głupia. Po pierwsze, byłam dumna, że mi się udało, a po drugie - to musiało fajnie wyglądać.
- Masz zamiar się teraz użalać nad tym, że właśnie zostałeś impotentem czy się jeszcze pobawimy?
Szybciej powiedziałam niż pomyślałam. 
- Już ci funduję rozrywkę - uśmiechnął się wrednie i wyprostował. - To, że nic nie uszkodziłaś, też udowodnię jeśli chcesz.
- Obędzie się - mruknęłam i pierwsza ruszyłam z szarżą. To samobójstwo, ale lepiej będzie, jak się zamknie. 

Miecz ponownie tego dnia zadrżał w mojej dłoni. Jak można się było spodziewać - smok bez problemu obronił się przed atakiem. Dodatkowo zaczął się ze mną droczyć, i wyraźnie rozbawiony, zamiast normalnie mnie atakować to kilka razy oberwałam w udo, czy nieco wyżej, płaską częścią jego miecza. Podnosił mi ciśnienie. 
Warknęłam i raz za razem zaczęłam machać w jego stronę mieczem. Pewnie przypominałam teraz Mathieu - działałam za bardzo pod wpływem emocji. Chciałam się jednak wyżyć, i to bardzo.
Po parunastu takich zamachnięciach miałam jednak dość. Zmęczona odskoczyłam od niego i łapałam oddech. Zaczęliśmy wydeptywać kółko wzajemnie obserwując każdy swój ruch.
Gdyby już mu nie przeszło, mogłabym spróbować wykorzystać jakoś jego obolały bark, ale teraz to na nic. Skup się Ana! Musi coś być!
Zmierzyłam go wzrokiem od dołu do góry. Duży, silny facet, z doświadczeniem w boju. Nie mam żadnych szans.. 
- Było lepiej wykorzystać zaskoczenie, które miałaś po swojej stronie chwilę temu - odezwał się. Najwyraźniej czekał na mój ruch.
- Taki jesteś mądry, a wyglądasz jakbyś bał się zaatakować.
Znowu. Dlaczego dzisiaj paplam co mi ślina na język przyniesie?!

Przez moje głupie gadanie, jak na zawołanie Lance ruszył prosto na mnie. Ledwo uskoczyłam, a kolejny cios wędrował w moją stronę. Szybko zablokowałam go swoim mieczem, kolejne przychodziły niestety bardzo szybko. Mogłam się jedynie bronić.



sobota, 21 maja 2022

31. Wielki Bal

Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że eldaryjskie zabiegi piękności są tak śmierdzące, zapierałabym się rakami i nogami byle tylko to wszystko nie było w moim pokoju.
Dziewczyny przyniosły jakieś kremy i olejki, w których skład wolałam nie wnikać, ale sam zapach był okropny. Biedna Dafne nie mogła tego wytrzymać i zaczęła drapać drzwi, byle ją wypuścić. Nieprzekonana to zrobiłam, nie powinna się zgubić, a przynajmniej mam taką nadzieję. Sama jednak jedynie otworzyłam okno i musiałam znosić te katusze. 

Koori z jakąś brązową papką na twarzy, Karenn dusiła nasączone jakimś płynem włosy. Osobiście głownie obserwowałam, chociaż nie udało mi się uniknąć nałożenia czegoś na twarz, co konsystencją przypominało glinę, było zielone i zimne. Po nałożeniu zapach jeszcze bardziej atakował moje nozdrza i powodował delikatne odruchy wymiotne.
Przez to wszystko nawet nie byłam w stanie zjeść tego co dla mnie przyniosły, zwyczajnie bym to zaraz zwróciła.
Dziewczyny miały ze mnie niezły ubaw i przedrzeźniały każde moje narzekanie.
Chcesz być piękna, to musisz trochę wycierpieć - to zdanie słyszałam niemal co chwilę. Nie brzmi ono przekonująco. Nigdy nie byłam typem osoby, która używa nie wiadomo czego żeby spowolnić pewne procesy starzenia, czy stroić się jak gwiazda. W przeciwieństwie do mojej matki - specjalistki od botoksu niestety coraz bardziej zaczynały ją kojarzyć z roku na rok. Nie uważałam żeby wyglądała staro, ale miała jakiś głupi kompleks. Nie podobał jej się nawet najmniejszy zalążek zmarszczki.

- Dobra dziewczyny, mogę już to ściągnąć z twarzy? Dłużej nie wytrzymam - zerknęłam na swoje towarzyszki. Obie wesoło wymieniały między sobą jakieś plotki, gdy siedziałam przy oknie i łapałam czyste powietrze.
- A minęło piętnaście minut? - Karenn spojrzała w moją stronę.
- Jak dla mnie już ze trzy godziny - westchnęłam i ruszyłam w stronę miski z wodą. Szczęście w nieszczęściu, że ją tu przyniosły. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której bym szła tak do łazienki. 
Natychmiast zaczęłam z siebie zmywać to świństwo.
- Słyszałam, że ty i Nevra.. - zaczęła Koori, gdy tylko czysta woda dotknęła mojej upaskudzonej twarzy. 
- Ani się waż kończyć, czy rozpowiadać to dalej - chlapiąc na wszystko dookoła odwróciłam się zamaszyście i zaczęłam jej grozić palcem wskazującym. - To bajki, bzdury, i to wyjaśnię, ale nie dzisiaj. Nie życzę sobie jednak żebyście rozpuszczały takie informacje na prawo i lewo, jak głupie przekupki.
Mój ton brzmiał ostro, a ich miny z każdym momentem się wykrzywiały.
- O co ci chodzi? Przecież tak tylko się śmiejemy - wtrąciła wampirzyca. 
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi - mruknęłam wracając do mycia się. - Rozmawiałaś z Chromem i Nevrą, o czymś o czym nie powinnaś. Mogę wam ufać czy nie? Póki co nie wydaje mi się, skoro o tym o czym mówię dowiadują się inni. 
- Przecież to mój brat, kiedyś byliście przyjaciółmi, potem parą. Co w tym złego?
- Już nie jesteśmy nawet dobrymi znajomymi, to w tym złego! - szybko wytarłam twarz i odwróciłam się przodem do nich. -  Mam mu za złe to i owo, i nie życzę sobie żeby mu o czymkolwiek opowiadać!
- Do Lance'a też miała obiekcje, a jakoś już nie rozpowiadasz tak na prawo i lewo, a nawet widziani jesteście często razem. Nie widzisz w tym hipokryzji? - wampirzyca ciągła dalej, a mi coraz bardziej rosło ciśnienie.
- Tu sytuacja jest zupełnie inna. Huang Hua mnie prosiła, to po pierwsze. Po drugie sama z nim spróbowałam porozmawiać, i staram się do niego przyzwyczaić, skoro nikt nie zwróci uwagi na moje obawy. Niech ci Nevra powie za co jestem na niego zła, ciekawe jak wtedy zaczniesz mówić. A teraz uszanuj moją wolę, albo trzymaj się z daleka! - wskazałam w stronę drzwi. Na jej twarzy widziałam wyraźne zdziwienie, a może nawet delikatny smutek.
- Dziewczyny, dość! - Koori się szybko podniosła i stanęła między nami. Miała odwagę, ponieważ czuję, że wystarczy iskra aby doszło między nami do rękoczynów. Chociaż, czy byłabym zdolna jej przywalić? Nie wiem, ale moje moce widocznie tak ponieważ kątem oka dostrzegłam iskry wokół dłoni. Najwyraźniej kitsune też je dostrzegła. - Nie kłóćcie się już, dobrze? Karenn przeproś ją i już niczego nie rozpowiadaj, a ty Anastazja weź kilka głębszych wdechów i się uspokój. Nie byłyście przyjaciółkami? Po co te sprzeczki? - spoglądała to na mnie, to na różowowłosą z ponurym wyrazem twarzy. - Ja sama też obiecuję z nikim nie rozmawiać o niczym co usłyszałam od ciebie, czy Karenn - spojrzała mi prosto w oczy. 
Westchnęłam ciężko.
- Nie będę udawać, że jest mi z tym w porządku, ale też nie przepadam za takimi kłótniami. Spróbuję dać jeszcze jedną szansę, ale to będzie ostatnia. Ciekawe co by któraś z was czuła na moim miejscu - mruknęłam i ruszyłam do swojej sukienki, która wisiała przygotowana.

Na dłuższą chwilę zapadła cisza. Karenn nie odezwała się już słowem, nie przeprosiła. Jej mina też nie była zbyt ciekawa, ale nie chciałam niczego zaczynać.
Jedynie Koori co jakiś czas rzuciła kiepskim żartem, albo spróbowała zacząć jakiś temat - i w końcu jej się udało.
Gdy dziewczyny pospłukiwały z siebie cały ten syf , wzięły się za makijaż i czesanie. Zajmowały się sobą wzajemnie, ja odmówiłam pacykowania. Sama podpięłam nieco swoje włosy - czułam się zdecydowanie pewniej gdy opadały mi na plecy niż były związane. Zależy jaki mam dzień, ale tak wolę. To jeden z powodów, przez które tak źle się czułam gdy Lance zrobił mi szybkie cięcie. Oczywiście fakt kto i jak to zrobił jest najważniejszy, ale są też drobniejsze.

Po godzinie byłyśmy gotowe i w trójkę przyglądałyśmy się naszemu odbiciu w lustrze. 
Atmosfera się z czasem poprawiła, a na naszych twarzach gościły uśmiechy.

Karenn miała na sobie długą, czarną sukienkę, która trzymała się na jej biuście, a plecy były wycięte. Na biodrach miała złoty pasek, a nadgarstki zdobiły szerokie bransolety w tym samym kolorze. Włosy spięte były w wysoką kitę efektowną spinką, ale spora ich część z przodu była wolna.
Koori postawiła na biel. Miała na sobie strój przypominający nieco greckie boginie z malowideł, czy rzeźb, tyle że w nieco bardziej dopasowanym, wydekoltowanym wydaniu. Jej biust był uwydatniony nie mniej niż zwykle, plecy odkryte. Jedynie nogi chowały się pod materiałem, jeśli akurat nie postanowiła którejś wyciągnąć długim rozcięciem z boku. Nie zapomniała również o licznej biżuterii, która prócz zdobienia jej szyi, dłoni czy uszu, była też we włosach.

- Wyglądamy fenomenalnie - roześmiała się ogoniasta, a wraz z wampirzycą jej przytaknęłyśmy.
- Mam nadzieję, że nie będziemy się jakoś rzucać w oczy - zerknęłam na nie po kolei.
- A ja wręcz przeciwnie, niech się gapią - Koori poprawiła swoje włosy, a po pomieszczeniu rozszedł się odgłos pukania.
- O! To pewnie Chrome - Karenn zaraz poleciała otworzyć. - Poprosiłam go żeby po mnie przyszedł.
- Nie miałyśmy iść razem? - spojrzałyśmy za nią.
- Miałam go tak zostawić? Idźcie razem, spotkamy się na miejscu - uśmiechnięta pomachała i zniknęła za drzwiami. Nawet nie dała chłopakowi wsadzić tu głowy i się przywitać. Straszna baba.
- To też się zbieramy? - zerknęłam na Koori.
- Tak. Przecież nie mogę się spóźnić na imprezę, którą organizuję.

Wraz z Koori opuściłyśmy mój pokój niemal zaraz po wyjściu wampirzycy. Jedynie ostatni raz posprawdzałam czy wszystkie słoiczki są pozakręcane, ponieważ nie chciałam żeby mi tu zaśmiardło, i mogłyśmy iść.
Na korytarzu od razu dało się usłyszeć wesołe śmiechy, i uniesione odgłosy ekscytacji ze wszystkich stron, ale głownie z jego początku - tuż przy Sali Kryształu. 
- Panie też idą poszaleć w rytm muzyki? - usłyszałyśmy za sobą głos ewidentnie należący do Mathieu. Zaraz spojrzałyśmy w stronę chłopaka - nie był sam, obok był Lance. 
Oboje wyglądali nieco inaczej. Mathieu zrzucił zbroję dla eleganckiej koszuli i spodni, a smok mimo, że pozbył się chyba całego pancerza i był elegantszy nie stracił niczego z wojownika w swoim wizerunku - ewentualnie to po prostu moje wrażenie. W każdym razie obaj panowie dobrze się prezentowali.
- Czy poszaleć to nie wiem, ale na pewno posłuchać - uśmiechnęłam się do bruneta, który skinął głową i wystawił ramię.
- W takim razie oferuję swoje, jakże wyśmienite, towarzystwo w drodze na ten bal - puścił oczko, a ja nie wiedziałam czy żartuje, a może mówi poważnie. Nim do tego doszłam Koori chwyciła jego rękę i roześmiani ruszyli przed siebie zostawiając naszą dwójkę w tyle. 
- Ktoś tu się będzie na pewno dobrze bawił - Lance pierwszy się odezwał odprowadzając ich wzrokiem, który następnie spoczął na mnie.
- Wydaje mi się, że masz rację - skinęłam głową. - Też masz taki zamiar? - oboje powoli ruszyliśmy przed siebie, ramię w ramię.
- To się dopiero okaże. Nie bardzo miałem ochotę iść.
- Dlaczego? - krótko na niego zerknęłam, a ten wzruszył ramionami.
- Jakoś tak. Mathieu mnie trochę do tego przymusił..
Przytaknęłam jedynie na tę odpowiedź. Wyobrażam sobie, jak męczące to mogło być.

Resztę drogi przeszliśmy szybko i bez rozmów. 
Wchodząc do Sali Kryształu oboje rozejrzeliśmy się dookoła. Na stołach było pełno jedzenia, kilkoro muzyków grało coś spokojnego - używając fletu, lutni, harfy, czy kilku innych zapomnianych przez ludzi instrumentów.
W pomieszczeniu było dość klimatycznie dzięki specjalnie zmienionemu światłu, w którym kryształ wyglądał jeszcze okazalej niż zwykle, przez co na dłuższą chwilę zawiesiłam na nim wzrok ignorując wszystko dookoła. 
- Ana? Wszystko w porządku? - przed moimi oczami pojawiła się kilka razy i zniknęła duża dłoń, a zaraz po niej wpatrujące się we mnie niebieskie oczy. 
Podskoczyłam i odruchowo zrobiłam krok w tył.
- T-Tak.. W porządku. Przepraszam - kiwnęłam spoglądając na smoka, który patrzył nieprzekonany.
- To przez kryształ? - kiwnął w jego stronę głową. - Odczuwasz jakieś skutki uboczne po takim długim pobycie w nim?
- Nie, to nie to.. - moje dłonie wbrew mojej woli zaczęły wyginać moje palce. - Po prostu.. To, jak on się teraz prezentuje.. Robi na mnie wrażenie - wypuściłam głośniej powietrze.
- Chyba rozumiem o co chodzi - spojrzał w dół, prosto na moje ręce. - Nie stresuj się. Niech to będzie dobry wieczór - posłał mi słaby uśmiech, zaczepiając krótko palcem moje dłonie, i uciekł. Zwyczajnie poszedł w swoja stronę i zostałam sama.

Nie chciałam stać, jak ten kołek i do tego w przejściu, dlatego rozejrzałam się za jakimiś znajomymi twarzami. 
Pojawiło się sporo osób, ale wbrew temu nie było trudno przegapić Chrome'a i Karenn w pobliżu jedzenia. Z resztą.. Czy kogoś dziwi, że wiecznie głodny wilkołak akurat tam poszedł w pierwszej kolejności?  Mnie niekoniecznie. 
Zbliżając się do nich dostrzegłam, że nie są sami. Towarzyszył im Karuto, Adalric, i co dziwne, Mathieu. Nigdzie w pobliżu nie widziałam będącej z nim przed chwilą Koori.
- Anastazja! - kucharz jako pierwszy mnie dostrzegł i się szeroko uśmiechnął. - Pięknie wyglądasz.
- Dziękuję - skinęłam głową podnosząc kącik ust. - Mathieu, a ty gdzie zgubiłeś Koori? - spojrzałam na chłopaka, który wzruszył ramionami.
- Gdzie jest teraz to nie wiem. Poszła do Huang Hua, chce razem z nią otworzyć przyjęcie. Ma potem do nas wrócić. 
- Włożyła w to sporo wysiłku. Pewnie chce dopiąć wszystko na ostatni guzik - wampirzyca zabrała głos rozglądając się dookoła.

W tej samej chwili, w której podążyłam za nią wzrokiem by poszukać wśród zebranych ogoniastej, po pomieszczeniu rozległ się cichy dzwoneczek - szczerze nie wiem skąd, ale wszyscy spojrzeli w jedną stronę. 
Naprzeciw kryształu stała nasza poszukiwana, a tuż obok liderka Lśniącej Straży. Obu towarzyszyły szerokie uśmiechy.
Huang Hua zrobiła kilka kroczków do przodu rozglądając się po odświętnie ubranych strażnikach, i zwykłych mieszkańcach Kwatery.
- Nie będę wygłaszała wielkich mów, nie o to dzisiaj chodzi. Koori zorganizowała ten wspaniały bal - krótko wskazała na dziewczynę - abyśmy wszyscy zapomnieli o tym co nieprzyjemne. Niech dzisiejszego wieczoru towarzyszy wam śmiech, uśmiech i dobra zabawa. Nie myślcie o szarościach dnia codziennego, celebrujcie wszystko co dobre - to co macie, to co was otacza. 
- Zwyczajnie szalejcie do rana! - kitsune zwycięsko uniosła pięść do góry wykrzykując tych kilka słów, a parę osób - w tym Mathieu, zaczęło wiwatować. Fenghuang nie wyglądała na zadowoloną, że się jej wtrąciła, ale po chwili wrócił jej uśmiech i dała znak muzykom, którzy natychmiast zaczęli grać wesołą melodię. 

Nim się spostrzegłam zostałam pociągnięta przez Chrome'a i wylądowałam w kółeczku szybko stworzonym przez znajomych, jak i kompletnie obcych członków straży. Wszyscy łapali się za ramiona, przez co byliśmy bardzo blisko. Dobrze, że jeszcze nikt nie zdążył się spocić jak knur. Miałam to szczęście, że wylądowałam pomiędzy Karenn, a Koori, która do nas szybko dołączyła. 
Niestety gdy tylko zaczęli wesoło podrygiwać nie miałam pojęcia co robić, i obserwowałam stopy wszystkich dookoła.
Podskakiwali przeplatając je w różny sposób, w czym się gubiłam - w przeciwieństwie do Mathieu, który załapał niemal natychmiast. 
Nie przejmowałam się tym jednak zbytnio, zwyczajnie dałam się ponieść muzyce i robiłam to tak jak mi się udawało. Najważniejsze, że nie zwalniałam obrotów, a wszyscy byli weseli.

Z czasem nasze kółko stawało się coraz większe, aż dołączyli do niego chyba wszyscy obecni.  Nie widziałam w nim jedynie Leiftana, Jamona, czy Lance'a, którzy na pewno byli na miejscu.

Gdy w końcu zaczęłam łapać kroki, przeplatanki i wszystko, co powinnam, dopadło mnie zmęczenie, a nasz wianuszek przerzedzał się. Uznałam więc, że lepiej będzie chwilę odpocząć i również zostawiłam towarzystwo. Idąc w stronę stołu po coś dopicia dojrzałam, jak krąg całkowicie się rozpada i wszyscy podobierani w wesołe pary dalej wesoło tańczą.
Pokręciłam głową i nalałam sobie odrobinę owocowego kompotu.
- Już cię wykończyli? - obok mnie pojawiła się uśmiechnięta Huang Hua.
- Trochę. Nie mam pojęcia, gdzie oni magazynują tyle energii - kiwnęłam głową i ze szklanką w ręku oparłam się nieco o ścianę.
- Później będą odczuwali tego skutki - cicho się roześmiała i stanęła przy mnie. 
Po tym zapadła chwila ciszy. Nie wiem, jak fenghuang, ale ja obserwowałam bawiących się przyjaciół. Koori wyglądała jakby uczyła Mathieu jakiś kroków, a on był bardzo pilnym uczniem. Karenn z Chromem wesoło pląsali - niekoniecznie w rytm muzyki, Karuto widocznie speszony rozmawiał z Feng Zifu, Leiftan podpierał ściany z Adarlicem, a Jamon ożywiony opowiadał o czymś smokowi. Nawet Nevra tańczył w środku sali z Yugito - tą całuśną elfką, z którą ostatnio go przyłapałam. Ugh..
- Może powinniście porozmawiać? - szefowa się odezwała przez co na nią spojrzałam. - Ty i Nevra - kiwnęła głową w stronę wampira.
- Dałam już wystarczająco do zrozumienia, nie chcę tego wałkować - skrzywiłam się. 
- Nie chcę żeby w straży były niepotrzebne konflikty.
- Nie ma ich. W stosunkach zawodowych możesz być pewna, że nie będę mu robiła na złość, ale w prywatność niech mi się nikt nie wtrąca. Taka mała prośba - spojrzałam na nią, a ta westchnęła i przytaknęła głową. 
- Dobrze, nie będę naciskać. Nie myśl, że nie dostrzegam ciebie, jako ciebie - posłała mi słaby uśmiech i odchodziła.
Nie do końca wiem, co to miało znaczyć, ale nie mam ochoty się teraz nad tym rozwodzić. Muszę wyluzować. 

Długo nie podpierałam ściany, i nie podjadałam przekąsek, ponieważ szybko zostałam dorwana przez Chrome'a którego zostawiła na moment Karenn. Dziewczyna porwała swojego brata do tańca, a ponieważ wilkołak miał ochotę na dalsze tańce, wybrał mnie. 
W żaden sposób nie protestowałam i dałam się ponieść zabawie. Zaczęliśmy tańczyć, kręcić się i śmiać do upadłego. Chrome tańczył katastrofalnie, jeśli chodzi o pląsy w parze, ale solówki twarzą w twarz wychodziły mu fenomenalnie. Natychmiast zrozumiałam dlaczego z Karenn wyglądają w trakcie tańca, jak wyglądają. 
W końcu dziewczyna wróciła, ale nie zostałam porzucona na środku parkietu - co to, to nie. Mogłam pomylić kolejność, ale miałam okazję hulać z Karuto, Mathieu, a nawet samymi dziewczynami, które wciągnęły do zabawy Huang Chu - a wierzcie mi, było ciężko.

Bawiłam się dobrych kilka godzin, ale w końcu musiałam zrobić sobie przerwę. Byłam naprawdę głodna i spragniona. Przepraszając swoje towarzystwo szybko uciekłam do stołu i porwałam kilka smakołyków. 
- Mmm.. Tego mi było potrzeba - wyrwało mi się na głos, gdy w moich ustach rozpływały się pyszne specjały szefa kuchni.
- Tylko się nie zadław - usłyszałam ciche naśmiewanie, a zaraz potem dostrzegłam po drugiej stronie stołu Nevrę. Wyglądał na całkiem zadowolonego. 
Nie skomentowałam jednak jego słów i napiłam się odrobiny kompotu, który strasznie mi zasmakował. Muszę poprosić Karuto żeby częściej go robił. 
- Jak się bawisz? - wampir nie dawał za wygraną, przez co na niego krótko spojrzałam. Przeszedł na moją stronę i stał obok.
- Nie byłam przekonana, ale zmieniłam zdanie. Dałam się wciągnąć - odsunęłam się na skraj powoli.
- To dobrze, może oczyścisz myśli.. - czułam, jak się we mnie wgapia. Nie było mi z tym komfortowo. Skupiłam się na podziwianiu tańczących i podjadaniu ciastek. - Może zatańczymy? Nie musimy rozmawiać, ale nie ukrywam, że to może być całkiem dobra okazja.. - Mówił dalej, a ja go kompletnie nie słuchałam. Sens jego słów do mnie nie docierał. Do momentu, w którym jego wystawiona dłoń znalazła się przede mną. - Anastazjo..?
- C-Co? - wstrząsnęłam głową budząc się z letargu i spojrzałam na niego.
- Zatańczysz? - powtórzył. 
Spanikowałam. Naprawdę nie miałam ochoty z nim teraz tańczyć czy rozmawiać, chociaż wiem, że to dobry moment, aby wytknąć mu co nieco i prosić żeby więcej mi nic nie podrzucał do pokoju. Co więc zrobiłam?
Chwyciłam szybko za ramię Lance'a, który podszedł do stołu i zaczęłam ciągnąć w stronę parkietu.
- Wybacz, ale już komuś obiecałam.. - rzuciłam, i jak najszybciej odeszłam. Mina smoka była w tym wszystkim najlepsza. Kompletnie nie rozumiał, co się przed chwilą stało, a gdy w końcu to do niego dotarło, na twarzy zagościł kpiący uśmieszek.
- Ze wszystkich możliwości świata, naprawdę wybrałaś mnie, jako swoją wymówkę? - zatrzymaliśmy się niemal na środku parkietu i stanęliśmy naprzeciw siebie. 
- Nie miałam dużo czasu do namysłu - skrzywiłam się. - Proszę, tylko jeden i dam ci spokój - wbiłam w niego błagające spojrzenie. 
Nic na to nie odpowiedział. Śmiejąc się wystawił dłoń w moją stronę. 
- Jeden taniec nie powinien nam zaszkodzić. 

Szczerze to nawet nie wiem kiedy jeden taniec ze smokiem, został zastąpiony kolejnym, i kolejnym, i jeszcze następnym.
Naprawdę dobrze się z nim bawiłam. O ile pierwszy był nieco dziwny, ponieważ przed oczami miałam ciągle scenę sprzed chwili, tak z czasem czułam się coraz swobodniej. 
Trafiliśmy na nieco wolniejszą melodię, dzięki której mogłam trochę odsapnąć po wszelkich wcześniejszych szaleństwach, ale równocześnie byłam skazana na wbijający się we mnie wzrok Lance'a. Troszkę się ze mnie nabijał, że tak uciekłam. W sumie nie miałam nic do ukrycia i opowiedziałam mu trochę o naszej sytuacji - nie zapomniałam pominąć głupoty Karenn, i o tym co znalazłam w pokoju - o kwiecie, Dafne, i że nie spodobało mi się to. Chyba nawet to zrozumiał, chociaż w jakieś duże szczegóły się nie wdawałam, i zaraz przestał. 
Skupiliśmy się na sobie i dobrej zabawie. 
Smok otwarcie przyznał, że od wieków nie miał okazji tańczyć, ale mimo to bardzo dobrze sobie radził. Pewnie mnie trzymał w ramie i prowadził nas, czy to na początku, czy to w późniejszych żywszych rytmach. Zaczęliśmy się bawić jak gdyby nigdy nic negatywnego nie miało miejsca.
Zdecydowanie tego potrzebowałam. 
Nie zwracałam nawet uwagi na żadne wręcz wściekłe emocje, które do mnie docierały, a ewidentnie do mnie nie należały. Skupiłam się na sobie, i swoim samopoczuciu.

Do końca zabawy towarzyszył mi szef Straży Obsydianu.. 



Popularne