poniedziałek, 23 maja 2022

32. Cios między oczy

Spokojna muzyka, a na środku sali my - tańczący ramię w ramię. Spokojnie, bez żadnych uprzedzeń. Zupełnie jakby nikogo i niczego dookoła nie było, chociaż wiem, że intensywnie się w nas wgapiały poszczególne osoby.
Wypiliśmy po kieliszku wina w krótkiej przerwie, i zaraz wróciliśmy na parkiet. Jak dwójka zwyczajnych znajomych, która dobrze się bawi. No dobrze, może było troszkę więcej tego trunku, ale co to za różnica. Fakt faktem, że w życiu bym na coś takiego nie wpadła. 

- Nie sądziłam, że okażesz się tak dobrym tancerzem - podniosłam wzrok na smoka, który uśmiechnął się słysząc moją uwagę. Poczułam również jak mocniej łapie mnie w pasie i nieco do siebie przyciska. Byliśmy naprawdę bardzo blisko siebie, a jakby tego było mało Lance zbliżył się jeszcze bardziej.
- Jeszcze wielu rzeczy o mnie nie wiesz - szepnął mi wprost do ucha. 
Nie będę ukrywać - przeszedł mnie dreszcz. W całej tej sytuacji było coś przyjemnego, chociaż w tym samym czasie wszelkie żółte i czerwone kontrolki będące w mojej głowie, biły na alarm. Czy zwracałam na to uwagę? Nie bardzo. Niech zajmą się dziś nimi ci wszyscy mali operatorzy, o skutkach będę myślała jutro.

Sala właściwie opustoszała, zostali tylko najwytrwalsi. Nasza dwójka bujała się w rytm muzyki, w towarzystwie grajków i ostatnich trzech tańczących par. 
Zerknęłam kątem oka na swojego partnera. Patrzył gdzieś przed siebie, ale gdy tylko się zorientował nasz wzrok się skrzyżował.
- Zmęczona? - zapytał cicho na co przytaknęłam. - No dobrze.. - powoli się zatrzymaliśmy i odsunęliśmy od siebie.
- Dzięki za wieczór, noc - uśmiechnęłam się pod nosem.
- Podziękujesz mi po drodze, idziemy w tym samym kierunku - wystawił w moją stronę ramię. Przyjęłam je bez wahania i ruszyliśmy do wyjścia.
Po drodze rozglądałam się za jakimiś znajomymi twarzami, ale nie dostrzegłam nikogo z kim mam częstszy kontakt. Musieli dawno się zwinąć..

Pod moimi drzwiami znaleźliśmy się dość szybko. Żadne z nas nie zataczało się z boku na bok, czy miało jakieś problemy z równowagą. Jedyne co mi dolegało to coraz większa senność, i straszny ból nóg, który dopiero teraz zaczynałam odczuwać - wcześniej jakoś nie dawał o sobie znać.
- To jeszcze raz dziękuję - spojrzałam na smoka puszczając jego ramię i opierając się lekko o ścianę wnęki, w której znajdowały się drzwi. 
- Było.. Ciekawie - uniósł kącik.
- To chyba całkiem dobre słowo - kiwnęłam głową. 
Oboje zaczęliśmy się w siebie wpatrywać, co trwało dobrą chwilę. Lance chyba się nawet nieco zbliżył. 
- Raczej nie mówię takich rzeczy, ale.. - poczułam jak jego chłodna dłoń zaczepia moją skórę chwytając jeden z kosmyków, by po chwili założyć go za moje ucho. - Ładnie dziś wyglądałaś.. 

- Pobudka! Wstawać! - nagle usłyszałam okropne uderzanie w drzwi do mojego pokoju i podniesiony głos Nevry.
Odwaliło mu? Budzić kogoś w ten sposób? 
Z głośnym jękiem przekręciłam się na drugi bok i przycisnęłam poduszkę do głowy, żeby jakoś zagłuszyć jego nadzieranie. Gdy się kładłam słońce powoli wychodziło, a czuje się fatalnie, dlatego nie sądzę bym spała jakoś szczególnie długo.
- Wstawać! Pilne zebranie, za pięć minut na równinie! - znowu zaczął uderzać. Nawet Dafne się to nie spodobało i zapiszczała wskakując do mnie na łóżko.
Przytuliłam chowańca, chowając w niej twarz.
- Głupi wampir nie będzie nam mówił co mamy robić - mruknęłam na nowo zamykając oczy.
Krzyki i hałas ustąpiły, ale nie na długo.
- Anastazja ruchy! Nie ma czasu! - tym razem nieco grzeczniej, ale mimo to upierdliwie, zaczął dobijać się Mathieu. 
Co jest, pali się?
Niechętnie zaczęłam się podnosić. Czułam się naprawdę fatalnie - wszystko mnie bolało, i naprawdę potrzebowałam snu. 
Podeszłam do drzwi narzucając na siebie pierwszą lepszą rzecz. Nie chcę paradować przed nim w bieliźnie, a nie bardzo pamiętam co zrobiłam z sukienką zanim wylądowałam w łóżku.
- No nareszcie - chłopak zdecydowanie odetchnął, gdy w końcu mu otworzyłam, ale się też nieco speszył i odwrócił wzrok. Tak źle wyglądam? - Coś się chyba stało, bo wszyscy strażnicy mają się stawić na równinie. Ubierz się i chodź, Huang Hua czeka.. 
Mówił bardziej do niewidzialnej osoby obok, niż do mnie. 
- Czyli nie mogę sobie pospać? - mruknęłam, na co pokręcił głową.
- Tak jak każdy z nas - nieśmiało zerknął. - Nie zabieram ci więcej czasu, do zobaczenia. 

Mathieu uciekł, a ja weszłam w głąb pokoju i dopiero teraz zobaczyłam w lustrze co go tak peszyło. Stanęłam przed nim niemal w samej bieliźnie! Jaka ja durna.. Nawet nie zorientowałam się, że moje okrycie wcale mnie nie okryło - no bo jak zwykła bluzka, ma służyć za szlafrok? Ugh..

Spoliczkowałam się kilka razy i zaczęłam ogarniać. Szybko narzuciłam na siebie wygodne rzeczy, przyczepiłam broń do paska, i po nakarmieniu Dafne biegiem ruszyłam w stronę równiny, związując przy tym włosy w niedbałego koka. 
Pędząc przez rynek i ogród, nie dało się przegapić totalnej pustki, czy chmury dymu unoszącej się poza murami. Poczułam, jak ciśnienie natychmiast mi się ponosi i przyśpieszyłam. 

Jak szalona wybiegłam na zewnątrz, i z mieczem w ręku zaczęłam się rozglądać dookoła. Zupełnie nic się nie działo, było spokojnie, a dym był wywołany z premedytacją - pod murami stały ogromne misy, w których się coś paliło. Jedyne, co nie pasowało to grupka strażników stojąca nieco dalej, a przed nimi Huang Hua z członkami Lśniącej Straży.
- Uf, czyli nie spóźniłem się jako jedyny - obok mnie pojawił się pewien blondyn, którego kojarzyłam gdzieś z korytarzy.
- Na to wychodzi - kiwnęłam głową, i schowałam Atarangi do pochwy. - Lepiej chodźmy się dowiedzieć o co chodzi.

Razem z Mortenem, tak się przedstawił, dołączyliśmy do reszty zebranych. Tuż przy grupce rozdzieliliśmy się - on poszedł do swoich znajomych, a ja do swoich, w efekcie stanęłam w pobliżu Karenn i Koori, która wyglądała jeszcze gorzej ode mnie.
- No dobrze, chyba mamy wszystkich - Huang Hua od razu zabrała głos rozglądając się po naszej zbieraninie. - Wiem, że sporo z was jest wykończonych wczorajszym przyjęciem, ale właśnie o to chodzi. Nie zawsze przecież jesteśmy w perfekcyjnej formie - uśmiechnęła się szeroko. Miałam ochotę ją uszkodzić. Z premedytacją wyrwała mnie z łóżka, co to ma być?! Ja chcę spać. - Jak możecie zauważyć szefowie straży mają doczepione czerwone chusty. Przed chwilą dostały je również inne osoby będące gdzieś wśród was. Dlaczego? W ten sposób zostały podzielone grupy, które będą walczyć przeciwko sobie. Osoby z czerwonym to najeźdźcy, a reszta jest obrońcami. Nie możecie dopuścić, żeby chociaż jeden z nich dostał się za mury. Nie będę wam w żaden sposób pomagała, jesteście skazani na siebie.
Fenghuang zaczęła tłumaczyć, że możemy używać tego, i tego, a ja w tym czasie rozejrzałam się. Dobrze wiedzieć, kto z nas będzie ogrywał rolę tego złego.

- Czeka nas ciężka przeprawa - Karenn mnie zaczepiła, więc zerknęłam na nią. - To wygląda jakby Huang Hua powybierała wszystkich najlepszych przeciwko reszcie.
- Gdzie więc twoja chustka? - wyrwało mi się, przez co wywołałam grymas na jej twarzy.
- Jestem z wami dla podniesienia morale - prychnęła.
- Skoro tak uważasz - zasłoniłam usta wydobywając z siebie okropne ziewnięcie. 
Grupa zaczęła się przerzedzać, czerwoni ruszyli w stronę swoich i zostawiali nas. Dostrzegłam wśród nich Mortena, Mathieu, a nawet Leiftana -co on tu robi nie mam pojęcia, ale nie wyglądał na szczęśliwego. 
Najgorsi z tego wszystkiego są jednak Chrome, Nevra i Lance. 
Wyrocznio, proszę, nie chcę natknąć się na żadnego z nich - zacisnęłam kciuki spoglądając krótko w niebo. Zwłaszcza smok może być trochę problematyczny, po ostatnim chciałabym mieć chwilę przerwy od jego towarzystwa, widoku. To za dużo..
- Ana! Słuchasz mnie?! - Karenn uniosła głos machając mi dłonią przed twarzą. 
- Tak. Nie. Co? - spojrzałam na nią zbita z tropu.
- Obudź się, teraz potrzebujemy pełni koncentracji.
- Łatwo ci mówić, wszyscy jesteśmy padnięci - Koori stanęła w mojej obronie. Z resztą nie tylko, jak tak popatrzeć to prawie każdy przypomina zombie. 
- To teraz sprawa drugorzędna. Nie możemy z nimi przegrać - oko jej błysnęło. - Anastazja i Koori, zajmiecie się murami. Ja i Adalric będziemy was osłaniać gdy będziecie nakładały tarczę ochronną.
- Tarczę ochronną? O czym ty mówisz? - wbiłam w nią spojrzenie. Nie może mówić poważnie.
- No normalną. Nie mogą wejść do środka, tak? Koori będzie wiedziała co robić, a ty spróbuj ją wzmocnić swoją mocą. Nie ważne czy będzie raziła z obu stron, ważne żeby raziła. To nam da dodatkowy czas.
- Przecież Lance będzie w stanie ją rozwalić jednym ciosem.. 
- Dlatego reszta ma zając się najsilniejszymi, a jego nie można pozostawiać w zestawieniu jeden na jeden. 

Nie byłam przekonana co do jej planu, ale szczerze sama nie miałam nic lepszego w głowie. Może faktycznie użycie tarczy jakoś spowolni działania przeciwnika, ale pamiętam jak wyglądało to wcześniej. Zakładaliśmy ją w kilka osób, a mój udział tylko wszystko destabilizował, i Miiko musiała poprawiać. Teraz we dwie możemy nie dać rady, zwłaszcza w takim stanie.

Na rozkaz Huang Hua wszyscy ustawiliśmy się w rzędach, grupa naprzeciw grupy, dzieliło nas kilka metrów odległości. Czekaliśmy tylko na sygnał.
Przebiegłam wzrokiem po naszych oponentach, i na tych silniejszych na chwilę zawiesiłam wzrok. Może to naiwność, bo i tak nie dostrzegłabym niczego, ale z nadzieją próbowałam znaleźć jakieś ich słabe punkty. Znałam tylko jeden - Chrome'a, a było nim jedzenie. Wątpię jednak żeby to zadziało w walce. Z resztą skąd wezmę smażone kiełbaski? 
Wstrząsnęłam głową i moje spojrzenie padło na smoka. Wyglądał na wypoczętego i w pełni sił, a do tego towarzyszył mu głupi uśmieszek. Tylko czeka aż będzie mógł nam wszystkim sprać tyłki.
Dodatkowy dreszcz przeszedł mi po plecach, gdy orientując się, że gapię się prosto na niego, Lance puścił mi oczko. Doskonale wie, że jestem w kiepskim stanie, i burak jeszcze będzie zbijał na tym kapitał. 
Westchnęłam ciężko i wyciągnęłam miecz. Karenn ma rację, muszę pokonać zmęczenie. Nie dam mu satysfakcji. 

Ustawiłam się w pozycji gotowej do startu, i zerknęłam w stronę Huang Hua. 
Stała z Ewelein wyposażoną w sprzęt medyczny, i trzymała w ręku pałkę. Obok nich znajdował się dość sporych rozmiarów gong - ta taka tarcza z metalu, w którą się uderza. Każdy z nas tylko czekał na jej sygnał do rozpoczęcia szarży. 

W końcu gra się rozpoczęła.. 

Po polu rozniósł się charakterystyczny dźwięk uderzenia, a zaraz po nim okrzyki po obu stronach walk. Wraz z Koori od razu na siebie spojrzałyśmy i biegiem ruszyłyśmy w stronę murów. Tuż za nami biegli Karenn i Adalric, a reszta pędziła z szarżą na przeciwnika. Bardzo szybko dało się usłyszeć brzdęk stali. Starałam się jednak na nim nie skupiać. Jeśli zabrnę zbyt głęboko w swoich myślach mogę dostać ataku paniki, a to nam w tej chwili na pewno nie pomoże.
- Ana, jesteś gotowa? - kitsune stuknęła swoją laską o ziemię, a ta krótko zaświeciła. - Zacznę wznosić barierę, a ty skup się żeby w miarę równo karmić ją swoją energią.
- Postaram się - kiwnęłam głową i położyłam swoje dłonie na ścianie. Uda ci się! Musi!
Zerknęłam na Koori. 
Zaczęła mruczeć pod nosem niezrozumiałe dla mnie słowa, których efekty szybko się pojawiały. Z ziemi zaczęła wyrastać świecąca bariera i unosić się ku górze. Pora wkroczyć do gry. Musze się skupić, przecież już wnosiłam tarcze.
Przymknęłam oczy i wyciszałam zmysły. Nie chciałam słyszeć niczego co działo się dookoła. Skoncentrowałam się na tym co jest we mnie - na tej ciepłej energii, którą muszę tylko z siebie wydobyć.
Nikt nie może pójść dalej. Nie mogą zagrozić temu miejscu..

Przed moimi oczami zaczęły się pojawiać obrazy wojny sprzed siedmiu lat. Potyczka na plaży, aż w końcu jej centrum, które miało miejsce zaledwie parę metrów stąd. Nie były to przyjemne wspomnienia, ale czułam, że właśnie podążanie za nimi może pomóc mi obudzić, to czego chciałam.
Jeszcze mocniej przycisnęłam dłonie do muru i skupiłam się na tym co wtedy czułam. Bezpieczeństwo, moje i bliskich, żadnemu z nich nie może się nic stać.
Poczułam przyjemne ciepło rozchodzące się w moim ciele, a obraz uległ zmianie. 
Tym razem byłam na łodzi - to też już miało miejsce. 
Skupiona na tych wszystkich emocjach starałam przelać się je w osłonę. Niech ochrania wszystko wewnątrz, a dla najeźdźcy będzie brutalna. Nikt przez nią nie przejdzie. 

- Dziewczyny już?! - po dłuższej chwili do moich uszu dotarł krzyk Karenn. Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. 
Kwatera była otoczona kopułą, w której co jakiś czas dało się dostrzec przepływające strumienie energii.
- Nie wiem co, i jak zrobiłaś, ale czuję że dużo wytrzyma - Koori posłała mi szeroki uśmiech.
Szczerze czułam się dumna - przynajmniej w tamtej chwili. Ostatecznym testem będzie w końcu próba przejścia przez pierwszego ochotnika.

Odwróciłyśmy się przodem do pola bitwy. Sytuacja wyglądała fatalnie, przegrywaliśmy, a wróg był coraz bliżej. Jak to możliwe, że tak szybko im to idzie?
Bez zbędnych pogaduszek, z mieczem w ręku, ruszyłam przed siebie. Pora dołączyć do przedstawienia.

Parłam przed siebie napędzana adrenaliną. Nie zwracałam uwagi na zmęczenie czy bolące mięśnie. Raz po raz wymachiwałam ostrzem i odbijałam ataki Czerwonych Chust. To nic osobistego, ale chcę to szybko zakończyć i się położyć, dlatego dawałam z siebie wszystko co mogłam. Nawet moje dłonie zaczęły pobłyskiwać, jakby podzielały moje zdanie. Nie słyszałam nic o nie używaniu czarów i zaklęć, więc małe uderzenie strumieniem światła, chyba też nie powinno być wykluczone. 
Na tą chwilę nie miałam jednak okazji go użyć. Szło mi sprawnie i bez tego.
- No dobra, to teraz człowiek, kontra człowiek - na mojej drodze stanął Mathieu kręcąc swoim mieczem. Chyba próbował wyglądać groźnie, ale jego mina bardziej mnie bawiła niż wywoływała jakikolwiek lęk.
- Tylko się nie popłacz, jak spiorę ci tyłek - puściłam oczko i stanęłam w pozycji szermierczej. - I nie licz na niczyją pomoc - szybko spojrzałam na boki. Każdy był czymś zajęty, tarcza pozostawała nietknięta. Zabawa trwała.

Mathieu nie czekał długo z atakiem. Jak zwykle ruszył gwałtownie, i pewnie bez żadnego planu w głowie. Muszę to wykorzystać na swoją korzyść, muszę go zmęczyć. Chociaż czy da się zmęczyć kogoś, kto i tak powinien być wykończony, a mimo to działał całkiem sprawnie?
Nie rozwodziłam się nad tym i zablokowałam jego cios, uskakując do tyłu. Działałam defensywnie dopóki mi się to nie znudziło, i wykorzystując moment zamachnęłam się. 
W ostatniej chwili obronił cios, tym samym zerkając gdzieś w bok. Na jego twarzy pojawił się dziwny uśmieszek, dlatego również podążyłam tam wzrokiem.
Chrome w swojej wilczej postaci, całkiem nieosłaniany biegł prosto w stronę bramy. Nikt nie próbował go nawet zatrzymać. 
- Karenn! - krzyknęłam rozglądając się za dziewczyną. Nie była daleko, a dostrzegając co ma zamiar zrobić jej chłopak, skończyła droczenie i szybko powaliła swojego przeciwnika, by następnie ruszyć na wilkołaka. 
- Lepiej skup się na sobie - Mathieu wyśmiał mnie i sprawnym ruchem wytrącił mi miecz z ręki. Warknęłam niezadowolona patrząc, jak wbija się w ziemię kawałek dalej. - Wygląda na to, że przegrałaś - zamachnął się by dość agresywnie przyłożyć mi Malis Inimicus do gardła. 
Nie panowałam nad sobą w tamtym momencie. Zasłoniłam się lewym przedramieniem, z którego wyszło coś w rodzaju tarczy i zatrzymało miecz.
- Ej! A co to ma być? - jęknął niezadowolony.
- Najwyraźniej to ty jesteś na przegranej pozycji - roześmiałam się, a po chwili między oczy bruneta trafił mój prawy prosty.
Chłopak upadł na ziemię nieprzytomny. 
Sprawdziłam czy żyje, a kątem oka dostrzegłam biegnącą Ewelein. Nie traciłam więcej czasu - zostawiłam go jej i biegłam w stronę murów podnosząc swój miecz. Lepiej będę trzymała się z tyłu. 

Szybko zmierzając do celu widziałam, jak Karenn i Chrome walczą zawzięcie kilka metrów dalej, a paru innych członków wrogiej drużyny coraz bardziej zbliża się w kierunku Kwatery. Nasza obrona jest naprawdę tak dziurawa?!
Zatrzymałam się na wysokości bramy i natychmiast zostałam zaatakowana, a napastnikiem okazał się być Morten. Nie wymienialiśmy uprzejmości, chociaż delikatnie się uśmiechnęłam licząc, że może jakoś da się wyprowadzić z równowagi. Niestety nie mam uroku, jak w bajkach, i nie przyniosło to żadnego efektu.
Zaczęliśmy wymieniać ciosy, które z jego strony były bardzo mocne. Z początku bardzo ciężko było mi się przed nimi bronić, ale z każdym kolejnym zamachnięciem jakby oboje zaczęliśmy przewidywać swoje ruchy. Tak było jednak tylko przez chwilę.
Niespodziewanie chłopak zamachnął ostrzem, równocześnie podcinając mnie. Wylądowałam na tyłku dość boleśnie i spojrzałam w jego stronę. Ku mojemu zdziwieniu nie było go już obok - olał mnie i biegł wprost do wrót.
Naładowana emocjami, szybko znalazłam się na nogach. Nie miałam szans go dogonić, mogłam się jedynie modlić, że tarcza zadziała.

Wszystko zaczęło się dziać jakby w zwolnionym tempie. Blondyn biegł zadowolony przed siebie, dookoła trwały potyczki, a ja stałam i nie byłam w stanie nic zrobić. 
Obudziłam się w momencie, w którym Morten próbował przekroczyć powłokę. Przez tarczę przeszły wtedy jakby impulsy elektryczne, i w towarzystwie dźwięku przypominającego potężne zwarcie czy przeładowanie, odrzuciło go na dużą odległość. Słyszałam jeszcze tylko jego krzyk, a gdy wylądował kilka osób do niego podbiegło by sprawdzić, czy wszystko w porządku. 
- Błagam, nie mówcie, że go zabiłam.. - szepnęłam do siebie patrząc w tamtą stronę. 
- Jemu nic nie będzie, bardziej o siebie się bój - poczułam za plecami czyjąś obecność i chłodne ostrze przy szyi. Zerknęłam na dłoń winowajcy.
- Naprawdę? Koniec gry, wygraliśmy.. - mruknęłam wracając wzrokiem w stronę rannego. Tłum przy nim się przerzedzał. Ewelein znalazła się też bardzo szybko przy nim i w towarzystwie dwóch silnych panów zabierała z pola bitwy. Na szczęście żył, a nawet się uśmiechał. Trochę mi ulżyło.
- Jak widzisz nic mu nie jest, a ty właśnie przegrałaś - usłyszałam tuz przy uchu. 
- Nie mam zamiaru z tobą przegrywać, Lance - warknęłam i sprawnym ruchem użyłam łokcia by uderzyć prosto w jego męskość. Wiem, że to ryzykowne, ale działający efekt zaskoczenia spowodował, że smok skulił się. Oberwał wtedy ponownie w twarz i mu uciekłam. Stanęłam naprzeciw gotowa do potyczki, podczas gdy ten z niedowierzaniem na twarzy masował czoło ciągle nieco skurczony.
- Czy ty nie wiesz, że tam nie uderza się nawet największego wroga? - spojrzał karcąco, chociaż kącik jego ust drgał jakby z chęcią uśmiechu. Muszę przyznać, że sama się szczerzyłam, jak głupia. Po pierwsze, byłam dumna, że mi się udało, a po drugie - to musiało fajnie wyglądać.
- Masz zamiar się teraz użalać nad tym, że właśnie zostałeś impotentem czy się jeszcze pobawimy?
Szybciej powiedziałam niż pomyślałam. 
- Już ci funduję rozrywkę - uśmiechnął się wrednie i wyprostował. - To, że nic nie uszkodziłaś, też udowodnię jeśli chcesz.
- Obędzie się - mruknęłam i pierwsza ruszyłam z szarżą. To samobójstwo, ale lepiej będzie, jak się zamknie. 

Miecz ponownie tego dnia zadrżał w mojej dłoni. Jak można się było spodziewać - smok bez problemu obronił się przed atakiem. Dodatkowo zaczął się ze mną droczyć, i wyraźnie rozbawiony, zamiast normalnie mnie atakować to kilka razy oberwałam w udo, czy nieco wyżej, płaską częścią jego miecza. Podnosił mi ciśnienie. 
Warknęłam i raz za razem zaczęłam machać w jego stronę mieczem. Pewnie przypominałam teraz Mathieu - działałam za bardzo pod wpływem emocji. Chciałam się jednak wyżyć, i to bardzo.
Po parunastu takich zamachnięciach miałam jednak dość. Zmęczona odskoczyłam od niego i łapałam oddech. Zaczęliśmy wydeptywać kółko wzajemnie obserwując każdy swój ruch.
Gdyby już mu nie przeszło, mogłabym spróbować wykorzystać jakoś jego obolały bark, ale teraz to na nic. Skup się Ana! Musi coś być!
Zmierzyłam go wzrokiem od dołu do góry. Duży, silny facet, z doświadczeniem w boju. Nie mam żadnych szans.. 
- Było lepiej wykorzystać zaskoczenie, które miałaś po swojej stronie chwilę temu - odezwał się. Najwyraźniej czekał na mój ruch.
- Taki jesteś mądry, a wyglądasz jakbyś bał się zaatakować.
Znowu. Dlaczego dzisiaj paplam co mi ślina na język przyniesie?!

Przez moje głupie gadanie, jak na zawołanie Lance ruszył prosto na mnie. Ledwo uskoczyłam, a kolejny cios wędrował w moją stronę. Szybko zablokowałam go swoim mieczem, kolejne przychodziły niestety bardzo szybko. Mogłam się jedynie bronić.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne