piątek, 5 listopada 2021

5. W drogę..

 Pojadę z Tobą.. 

Wyobraźcie sobie minę smoka gdy usłyszał te słowa, była bezcenna. Kompletnie nie wiedział co myśleć. Ja z resztą też. 
Kilka razy się upewnił czy na pewno jestem świadoma swoich słów. Przytakiwałam, ale za którymś razem coś we mnie pękło.
Spojrzałam na niego z odwagą i siłą w sobie, jakiej dawno nie czułam.
- Jestem pewna, chcę móc się sama obronić. Chcę być użyteczna. 

Zwołali niezapowiadane zebranie Lśniącej Straży, serio. I to tylko przez to co powiedziałam Lacne'owi na stołówce. Dosłownie każdy z upoważnionych właśnie się dowiedział, że smok chce mnie ze sobą zabrać.
Tak, dobrze widzicie. Ledwo udało mi się go przekonać aby nie wydał, że pomysł wyszedł ode mnie. Nie wiem czy zniosłabym te wszystkie pary oczu wpatrujące się we mnie w szoku. Wystarczył fakt, że po usłyszeniu mojej zgody zaczęli się gapić.

Huang Hua wydawała się zachwycona.
- A więc jednak zgodziłaś się na trenowanie pod okiem Lance'a. Cieszę się - posłała mi bardzo szeroki uśmiech. Uśmiechaj się. Nie robię tego na twoją prośbę. 
- T-Tak.. - zerknęłam krótko na Nevrę. Trudno, zaryzykuję. - Nie chcę być ciężarem pakującym się co chwilę w kłopoty - spojrzałam mu prosto w oczy.  Nie było trudno, siedział niemal naprzeciw. Wydawał się zdezorientowany. - Chcę być przydatna.
Wzdrygnął się. Zrozumiał aluzję? Mało mnie to teraz obchodzi. Nie obchodzisz mnie Nevro.
Z tą myślą wróciłam wzrokiem fenghuang. Uśmiech z jej twarzy nie uciekł nawet na sekundę.
- Wspaniale! - klasnęła w dłonie. - A więc postanowione, Anastazjo czeka cię twoja pierwsza prawdziwa misja - spojrzała na Lance'a. - Wiem, że nie muszę, ale proszę abyś miał na nią oko. Chyba rozumiesz co mam na myśli.. - smok tylko krótko przytaknął i posłał mi ukradkowe spojrzenie. Byłam mu wdzięczna, zupełnie jak wtedy gdy wypuścił mnie z więzienia. Śmiesznie. - Nevro.. Wiem, że już jesteście w trakcie zamykania listy. Zmodyfikuj ją trochę. - Tu zwróciła się do wampira. Nic nie odpowiedział. Podobnie jak smok przytaknął.

Chwilę później spotkanie się zakończyło.
Szef Obsydianu poprosił mnie przy wychodzeniu abym dołączyła do niego w kuźni. Musieliśmy pogadać.

Sama narobiłam sobie i jemu tego kłopotu. Bez awanturnictwa dołączyłam do niego. W środku było kilkoro strażników, którym kazał wyjść. Mam być z nim sama? Tylko oddychaj Anka.

Stanęłam w pobliżu ściany, na której wisiały liczne miecze, topory czy korbacze. Niektórych z rzeczy nie umiałam nazwać, musze się podszkolić, ale arsenał był naprawdę potężny. 
Zerknęłam na smoka.
Oparty biodrem o wielki stół miał zaplecione ręce na piersi i mi się przyglądał.
- Nie wiem co ci siedzi w głowie, i szczerze to nawet nie wiem czy powinienem - zaczął. - Nie jedziemy na wakacje. Na północy dzieją się dziwne rzeczy i poprosili nas o pomoc. Zgadzam się tylko dlatego, że naprawdę możesz się przydać - westchnął ciężko. Wolałam się nie odzywać. Niech dokończy swoje. - Huang Hua nie chciała ci mówić ani w to angażować, ale pojawia się tu coraz więcej przedmiotów ziemskich. Nie wszystkie potrafimy zidentyfikować. Tu pojawia się twoja rola. Rozumiesz? - uniósł lekko brew. Przytaknęłam. - Świetnie. Radze ci spakować sporo ciepłych ubrań. Klimat jest tam zgoła inny niż tutaj. Teren też nie należy do łatwych a czeka nas sporo do przeszukania. Powinniśmy jednak znaleźć czas aby zająć się twoim treningiem. O ile znowu nie wpakujesz się w jakieś kłopoty - mówiąc ostatnie uśmiechnął się drwiąco. Tylko prychnęłam i odwróciłam wzrok na bok. Ten gorący piec stał się nagle strasznie interesujący. Chciałaś zakopać przeszłość i skupić się na tym co teraz to masz. Sama zwróciłaś się do niego o to wszystko, nikt nie trzymał ci przecież ostrza przy gardle.
Ostrze przy gardle.
Machinalnie przyłożyłam jedną z dłoni do szyi. Przed moimi oczami stanęła scena porwania przez osobę stojącą właśnie naprzeciw i uparcie wbijające w mnie te swoje błękitne oczy. Ładne są, masz mnie, ale to nie zaprzecza twojej paskudnej naturze.
- Dzięki - wydusiłam. - Mogę w takim razie iść i się zacząć szykować?- Muszę stąd jak najszybciej uciec. Dłużej nie wytrzymam tego spojrzenia. Nie chcę znowu się dusić w jego obecności. To takie upokarzające.
- Najpierw odpowiedz mi na jedno pytanie. -Jego ton był stanowczy. Trochę wystraszona wróciłam do niego wzrokiem. Wbrew temu co usłyszałam twarz wyglądała dość łagodnie. Ciekawe. - Dlaczego w lesie nie wyszłaś zdzielić go za to co mówił? - Zdębiałam. W lesie? Wiedział, że tam jestem? Jak? Przecież byłam cicho, niczym się nie zdradziłam. Chyba.. - Tak, zauważyłem twoją obecność. Trochę dziwne, że ktoś z takimi zmysłami jak Nevra tego nie zrobił.. - podrapał się po brodzie, na której gościł kilkudniowy zarost. Pasował mu, wyglądał poważniej. - Swoją drogą - coś się szykowało, czułam to. - Jak masz zamiar chować się w lesie noś mniej jaskrawe stroje. - Wyśmiał mnie! Ewidentnie mnie wyśmiał! Z szerokim uśmiechem na twarzy i całą tą dodatkową rechoczącą otoczką! 
- Nie nabijaj się ze mnie - tupnęłam lekko nogą. Teraz to się popisałaś. Tupiesz nogą jak dziecko w obecności kogoś takiego jak Lance, przecież on to wykorzysta! - Kiedy mnie zauważyłeś i jak?- starałam się brzmieć odważnie i poważnie. Krótko zerknęłam na swoje dłonie. Cholerne paluchy! 
- To tylko moja drobna uwaga - ciągle mając na ustach delikatny uśmiech jakiego do tej pory nie znałam wzruszył ramionami.  - Reszta twojego pytania póki co zostanie moim sekretem - puszczając oczko odsunął się od stołu i ruszył do wyjścia. Chciałam go zatrzymać, wypytać, ale chyba byłam w zbyt dużym szoku. Nie mogłam się ruszyć z miejsca.


Przygotowania do podróży trwały cały tydzień. Przez ten czas unikałam przebywania w jednym pomieszczeniu z Nevrą chociaż ten ewidentnie miał ochotę ze mną porozmawiać. Niedoczekanie. Nie chcę mieć z nim nic wspólnego. Tak jak on zapomniał o tym co było między nami tak i ja postanowiłam zapomnieć. Nigdy jednak nie wybaczę mu słów, które usłyszałam.

Z tego co udało mi się dowiedzieć to podróż łodzią ma trwać koło dziesięciu dni, zależy od pogody. Przez tyle czasu skazana na przebywanie w jednym miejscu z Lancem? Dam radę, kiedyś mi się już udało, a warunki były zdecydowanie mało sprzyjające. Dodatkowo nie będziemy sami. 
Oprócz mnie i smoka wyrusza Idalia - młoda elfka o fiołkowych włosach, członkini Straży Absyntu i pielęgniarka. Podsłuchałam, że początkowo nikt taki miał nie towarzyszyć w podróży, ale zmienili plany po moim dołączeniu. Grunt to wiara w drugiego człowieka, prawda?
Poza opieką medyczną do obsady należy również dwóch członków Straży Cienia - Berius i Nemora, oraz kolejna dwójka z Obsydianu - Torin z Gorlasem. Nikt kogo znam poza moim nemezis. Zapowiada się fantastycznie. 

Przez te wszystkie dni, kiedy nasz statek był przygotowywany, wybrałam się na zakupy i posiedziałam trochę nad książkami. Próbowałam się doedukować w kwestii rejonów w jakie jedziemy. To co wyczytałam zgadzałoby się ze słowami Lance'a dlatego Purriry trochę się obłowiła moim kosztem. Dodatkowo wpadłam tam na Koori która wmusiła we mnie jakiś płaszcz. Wspominała, że sama pochodzi z ziem Genkaku, w których cały czas panuje mróz i zima, a materiał jakiego użyto do mojego odzienia miał być świetny na taką pogodę. Nie wiem w jakim stopniu jest to prawdą. Gdy próbowałam ją coś więcej podpytać to ucinała temat, więc przestałam. Robiła się trochę pochmurna, pewnie ma powody by nie wracać do tego tematu. Osada Eel to podobno w większości wyrzutki, może też jest takim przypadkiem.

Na dzień przed podróżą na korytarzu dorwał mnie Leiftan. Dopiero się o wszystkim dowiedział. Poważnie? Myślałam, że w murach aż huczy na ten temat - dwaj odwieczni wrogowie razem na misji ratującej świat. Może z tym ostatnim trochę przegięłam, ale naprawdę od wszystkich słyszałam czy coś mi się stało. Nikt nie rozumiał skąd moja zmiana podejścia do smoka, bo też nikt nie słyszał tego co ja. Aengel też najwyraźniej dołączył do tej grupy.
Gdy tylko stanęliśmy twarzą w twarz czułam jak bardzo jest zdenerwowany. Miałam też wrażenie jakby wokół jego oczu pojawiły się delikatne cienie. Nie podobało mi się. 
Blondyn złapał mnie na ramiona i prosił żebym nie jechała. Nie chciał żebym była sama z Lancem. 
Czy on jest poważny? Najpierw sam mówi, że to jedyna osoba mogąca mnie trenować, a teraz zabraniał mi wyruszenia na misję z nim. 
Nie zawahałam się mu tego wytknąć. 
W odpowiedzi usłyszałam, że ta podróż będzie długa, a też nikt nie wie ile tam zabawimy. 
Kłamał jak z nut. Wkręcał, że nie chce aby między nami doszło do sprzeczki albo walki, z której na pewno nie wyszłabym cało.
Koleś, Huang Hua mu ufa. Jadą z nami osoby, których kompletnie nie znam - może ich minęłam gdzieś kiedyś, ale nie kojarzyłam. Czy gdyby myślała, że może stać się coś złego to by mnie z nim puściła?
Jedyną osobą, która powinna mieć takie obawy jestem tu ja. Owszem, zdarzały się przed snem. Każdego wieczoru siadałam na parapecie i musiałam się wygadać gwiazdom, Valkyonowi.
Jednak im bliżej wyjazdu tym większe podekscytowanie czuję. Dawno nigdzie nie byłam, naprawdę bardzo dawno, a zdążyłam się już przekonać o pięknie tego świata. Każdy ląd był ładniejszy od poprzedniego i skrywał kolejne tajemnice, które pragnę poznać.
Jest też temat treningu. 
Zdarzyło mi się czasem poćwiczyć z Jamonem gdy miał chwilę wolnego czasu, ale ten z Lancem będzie inny. Zupełnie inny. Na pewno dostanę po dupie i nie raz będę wściekła, ale tego potrzebuję. Potrzebuję kubła zimnej wody a'la lodowy smok.

Starałam się uspokoić Leiftana nie zdradzając za wiele swoich myśli. Przecież sam chciał trzymać dystans. Z trudem mi się udało i uciekłam do pokoju. Dla bezpieczeństwa przekręciłam klucz w zamku. On potrafił być przerażający. Pamiętam jak rzucał się w więzieniu po ujawnieniu prawdy. Nigdy wcześniej nie widziałam nikogo tak obłąkanego, jak on w tamtym momencie.

Wypływać mieliśmy z samego rana, ale nie miałam z tym większego problemu. Przyzwyczajona do wczesnego wstawania zaliczyłam śniadanie wraz ze wschodem słońca.
Wszystkie moje rzeczy były od wczorajszego wieczora na statku, więc nie bardzo miałam co robić. Nie czekałam na nikogo i udałam się na plażę. Było sporo przed czasem, ale świeże powietrze jeszcze nikomu nie zaszkodziło, prawda?
Nie chciałam też przypadkiem dać się złapać Leiftanowi. Zdenerwowałabym się tylko, a wtedy na pewno doszłoby do kłótni na pokładzie. 

Wdrapałam się na skałę i przyglądałam falom obijającymi się o burty statku. Moje ostatnie dwie podróże łodzią były fatalne - do trzech razy sztuka? 
Chciałabym aby to wszystko minęło spokojnie. Dotrzemy na miejsce, każdy zajmie się swoim i nic złego nie będzie się działo.
Proszę..

Podciągnęłam kolano, do którego się przytuliłam i wpatrywałam w dal. Nie myślałam o niczym. Pozwoliłam by wiatr bawił się moimi rozpuszczonymi włosami. 
Odleciałam. 
Musiało ze mną nie być kontaktu, a przynajmniej wcześniej nie słyszałam nawoływania, ponieważ po chwili poczułam dźganie patykiem w udo. 
Zaraz spojrzałam na winowajcę. Był nim nie kto inny jak Lance.
- Zostajesz?- zaśmiał się cicho i lekko kiwnął głową w stronę zgromadzonej grupki. Wśród naszej załogi dostrzegłam również Huang Hua i Ewelein. Zmarszczyłam brwi. Oczywiście nie uszło to uwadze mojego przełożonego. - Chciały się pożegnać. Chodź, nie traćmy czasu.. - wyjaśnił i ruszył w ich stronę. Zeskoczyłam ze skały i podążałam za nim.

Gdy tylko stanęłam koło nich Ewelein mnie mocno uścisnęła szepcząc abym na niebie uważała. Dodała też coś o dodatkowych ampułkach na różnorakie dolegliwości, które przekazała Idalii aby położyła koło mojego bagażu. Podziękowałam jej i zerknęłam na szefową. Od naszej sprzeczki było między nami dość chłodno. Nawet teraz żadna nie odważyła się na uścisk. Posłała mi tylko delikatny uśmiech i życzyła powodzenia. 
Po wszystkim weszliśmy na pokład.
Dziewczyny od razu odeszły. To nawet lepiej, nie miałam ochoty nikomu machać na pożegnanie. 
Doceniam, że się pojawiły. Pewnie nie miały tego w zwyczaju i zrobiły to ze względu na mnie, ale poczułam się urażona.
Ewelein nie wierzyła, że uda mi się uniknąć wpadek. Jej partnerka chyba była podobnego zdania.

Sukces! Jesteśmy na morzu od godziny i nikt nikomu nie groził, nie było też rękoczynów, a ja nauczyłam się całego procesu startowania łodzią. Nie nabawiłam się nawet zadrapania! Podwójny sukces.
Z szefunciem również było niewiele okazji do kontaktu. Wydał tylko kilka poleceń, a potem opiekę nade mną przejął Berius ze Straży Cienia. Okazał się przyjaznym brunetem o jasnych oczach i ze spiczastymi uszami. To on mi wszystko cierpliwie pokazał i wytłumaczył. Kto wie, może się przyda jeśli będę chciała uciec. 
Za sterem stał Torin - facet o muskularnej budowie, dłuższych czarnych jak smoła włosach i gęstej brodzie. Jego wzrok był zimny, jakby przesiąknięty okrucieństwem. Nie wiedziałam czy się wzdrygać, czy śmiać. Na Ziemi oglądałam wiele filmów i czytałam sporo książek, ale nigdy nie sądziłam, że postacie mogą z nich wyskoczyć i stać przede mną. Główna różnica polegała na tym, że ten był prawie tak wysoki jak Lance i przede wszystkim realny.
Co do reszty to Idalia siedziała i rozmawiała z Namorą, wyglądały na całkiem dobre koleżanki. To chyba nienajlepszy pomysł żeby się im wcinać w tematy. Był jeszcze Gorlas, ale ten jak tylko nie był potrzebny to poszedł uciąć sobie drzemkę pod pokładem. 
Berius również mnie szybko opuścił. Wolał popatrzeć na okolicę z wysoka. Dosłownie. Wspiął się po maszcie i ulokował na górze. 
Zostałam sama.
Westchnęłam ciężko i rozejrzałam się za smokiem.
Stał na dziobie i wpatrywał się w horyzont. Tak jak wtedy..

Ocknęłam się przywiązana do masztu, a głowa potwornie mnie bolała. W gardle panowała spora susza, a każda próba przełyku była bardzo bolesna. Co się stało? 
Chwila.. 
Lance. Porwał mnie. Czary Miiko przestały działać i mnie dorwał.
Wszystko zaczynało do mnie wracać. 
Nevra! On go zabił. Przypieczętował jego wyrok.
Po moim poliku zsunęła się łza.

Spojrzałam przed siebie. Czarna zbroja mignęła mi przy dziobie.
Stał tam wygodnie podparty i patrzył przed siebie. Jak on może być spokojny przy tylu zbrodniach, których dokonał?
Poruszyłam się niespokojnie chcąc uwolnić. Nie miałam szans. Moje nogi były wolne, ale nadgarstki związane z przodu, a dodatkowo lina mocno trzymała mnie na wysokości ramion i biustu.
Zerknęłam na niebo. Zaczęło szarzeć. Ile już płyniemy? Po tym jak mnie ogłuszył gdy chciałam wyskoczyć do wampira, straciłam rachubę czasu. Zostawi mnie na pokładzie w nocy? Jeśli tak to nie pośpi sobie spokojnie. Już się robiło zimno, a w nocy moja szczęka będzie wydawała straszne odgłosy.

- A kto to się obudził? - usłyszałam kpiący ton tuż nad sobą. Podskoczyłam. Nawet nie zauważyłam kiedy do mnie podszedł. - Co? Odebrało ci mowę? - kucnął zrównując się ze mną.- Z tego co pamiętam nie pozbawiałem cię języka - zaczął brutalnie wykrzywiać moją twarz by zajrzeć do ust. Rozbolała sama je otworzyłam i spróbowałam go ugryźć. Szybko cofnął palec. Czułam jak mnie obserwuje, ale sama byłam zbyt przerażona by na niego spojrzeć dlatego błądziła wzrokiem po deskach pokładu. - Taka ładna dziewczyna, a zadaje się z takim paskudnym towarzystwem. Gdybym to na mnie trafiła po przybyciu.. - zawiesił się. Nieprzyjemne dreszcze przechodziły mnie raz za razem. - Byłabyś pewnie szybko martwa - wybuchł psychopatycznym śmiechem. Zamknij się, proszę zamilcz. - Trzęsiesz się.. Cooo? Zimno? Przytulić biedną Anastazję?- poczułam jego łapy na sobie. Spojrzałam, a moje nogi zaczęły wierzgać. Chciałam go mieć jak najdalej siebie. Musiałam go przypadkiem porządnie kopnąć, bo rzucił siarczystym przekleństwem. Chwilę potem poczułam jak ciągnie mnie do góry za włosy. Z mojego gardła wydobył się zdarty krzyk. Bawiło go to. 
Zaczął mnie prowadzić pod pokład.

Czy powinnam? Nie. Czy podeszłam? Tak. Jestem chyba skretyniałą masochistką. 

Stanęłam obok niego i podobnie podparłam się na przedramionach. Nic nie mówiłam. Jak to zacząć? Tak naprawdę nigdy nie przegadaliśmy spraw między nami. Już nie dusiłam się na jego widok, ale cały czas czułam się niepewnie. Nie byłam w stanie mu zaufać, ale jednocześnie zmuszałam się do robienia tego. Jak nazwać naszą relację? Ciągle jesteśmy wrogami? Kolegami z pracy? Gubię się sama w swoich myślach i poczynaniach, to niepokojące.

- Jeśli masz zamiar tak stać i wydawać ten irytujący dźwięk to zmień miejsce - usłyszałam nagle.  Zerknęłam na niego nie rozumiejąc o co mu chodzi. Patrzył na mnie i krótko kiwnął na moje dłonie. Również odwróciłam tam wzrok. Teraz zamiast je wyginać jak zwykle zaczęłam stukać o statek, pięknie! I w dodatku musiałam go zirytować. Super.. 
- W-Wybacz.. To nie było celowe - schowałam ręce do kieszeni kurtki. Musiałam ją założyć już jakiś czas temu przez nieprzyjemny wiatr, ale nie było konieczności zapinania się pod szyję.
Smok wrócił wzrokiem do horyzontu.
- Wyduś to z siebie - powiedział spokojnie. - Widać, że coś zaprząta twoją głowę. Mogę się domyślać o co chodzi, ale skoro podeszłaś to musiałaś chcieć pogadać. 
Tak! Chciałaś pogadać! Mów do cholery dziewczyno!
- Czuje się w twojej obecności niezręcznie.. - mruknęłam. Dobra, lepsze coś niż nic. Mamy postęp. Tylko nie mdlej teraz głupia!
- Boisz się? - rzucił mi krótkie spojrzenie. Nie musiałam odpowiadać, doskonale odczytał moje emocje. Nie pierwszy raz. - Nie dziwie ci się. Po tym co ci zafundowałem masz prawo do traumy i nienawiści - wyrwało mu się westchnienie. - Mam jednak nadzieję, że z czasem zauważysz i przyjmiesz do siebie fakt mojej zmiany. Nie jestem już dłużej zagrożeniem. Gdybym chciał kogokolwiek zabić to miałem ku temu wiele okazji. Nie skorzystałem. - Nagle położył dłoń na rękojeści swojej broni i stanął patrząc prosto na mnie. - I nie przekonuj się do treningów ze mną tylko po to aby komuś utrzeć nosa. Zrób to dla siebie.

Zostawił mnie samą. Znowu! Ma dziwny talent do mówienia pewnych rzeczy i znikania. Poszedł sobie jak gdyby nigdy nic i zniknął pod pokładem. Dupek!

Poczułam narastający we mnie gorąc, a moje dłonie zaczęły iskrzyć.
Chwila. Moje dłonie iskrzą!
Wlepiłam w nie wzrok, a ciepło rozchodziło się wewnątrz mnie. Było takie przyjemne, kojące. Znałam je doskonale. To samo czułam za każdym razem, gdy używałam swoich mocy siedem lat temu. Obudziły się, ciągle gdzieś to we mnie siedzi.
Nie mogłam powstrzymać szerokiego uśmiechu wkradającego się na moją twarz.

Obolała i odrętwiała, a do tego ciasno związana. Właśnie takie były efekty dzisiejszej nocy. Lance mnie tu przytargał wyrywając przy okazji sporo włosów, a potem przywiązał do siebie. 
Czułam jak naramienniki jego zbroi wbijają mi się w plecy.

Leżeliśmy tyłem do siebie, chyba chciał odpocząć. Niestety lina, którą miałam na pasie nie pomagała mi spokojnie leżeć.
Kręciłam się i próbowałam uwolnić. Parę razy mi się oberwało słownie od niego. W nocy chciałam na ślepo dosięgnąć  supła znajdującego się od strony mojego porywacza, ale natknęłam się na jego lodowatą dłoń. 
Nie chciałam ryzykować odpuściłam.
Z resztą, co bym zrobiła w razie ewentualnego sukcesu? Jesteśmy na środku niczego. Na pokładzie jest sporo jego sojuszników, nikt by mi nie pomógł.
Jedynym rozwiązaniem byłoby podcięcie mu gardła w czasie snu. Czy byłabym zdolna do morderstwa? Nie. Zdecydowanie nie. Mimo tego jak wielkim potworem jest i ile zła mi wyrządził.. Nie mogłabym zabić nawet jego.

Zaczęłam zasypiać dopiero gdy pierwsze promienie słońca zaczęły przebijać przez deski. Czułam, że się obudził. Czułam każdy jego ruch. Obudził się i odwiązał linę po czym zszedł z tego niezbyt komfortowego łóżka. W tym momencie poczułam się spokojniejsza. Odleciałam.

Pod pokład udałam się dobrych kilka godzin po zmroku. Przez cały ten czas wolałam się izolować i siedziałam sama na tyle statku patrząc w niebo. Chłód mnie coraz bardziej dosięgał z każdą mijającą minutą. Nie przeszkadzało mi to. Korzystałam ze spokoju, jaki nam towarzyszył. Starałam się zapomnieć o wszystkim co złego spotkało mnie na morzu. 
To było naiwne. I tak mi się nie uda.

W międzyczasie trochę się wyludniło. Wszyscy zniknęli aby odpocząć. Za sterem był teraz tylko Gorlas, który zamienił się z Torinem.
Nie zwracał na mnie uwagi dlatego bez zbędnego zaczepiania się schowałam. 

W pomieszczeniu wisiało kilka hamaków, a masa torb, worków i skrzyni znajdowała się naprzeciw nich. Starałam się jak najciszej ulokować na jednym. Był dość nisko, łatwizna. 
Położyłam się na wznak i wypuszczając głośno powietrze przymknęłam oczy.

- Już zaczynałem się zastanawiać czy nie wyskoczyłaś z łodzi - usłyszałam po swojej prawej strony cichy głos. Zerknęłam krótko w jego stronę. Lance leżał na hamaku obok i wygląda na to, że nie spał. 
- Nawet o tym nie pomyślałam - na nowo zamknęłam oczy. Nie wiem czy na mnie patrzył. Było tu tylko jedno źródło światła i dość słabo się tliło. Widać było tylko jego zarys i oczy. Gałki, które dziwnie błyszczały w tych ciemnościach. A może to moja wyobraźnia.
- Znowu rozmawiałaś sama ze sobą?- ciągnął dalej. Westchnęłam ciężko i przekręciłam się na bok. Patrzyłam prosto w jego stronę, ale wydawało się, że teraz on leżał z opuszczonymi powiekami.
- Tak, rozmawiałam. Czasem trzeba porozmawiać z kimś inteligentnym - mruknęłam i dałam dłonie pod głowę. Nie lubię leżeć czy spać na równi. 
- Uważaj żebyś nie zwariowała. - Nawet nie wiem czy się nabijał, jego ton nic nie zdradzał. 
- Tak jak ty? - prychnęłam. - Dzięki, nie musisz się o to martwić. 
Przymknęłam oczy i starałam się zasnąć. Byłam trochę zmęczona, a to dopiero początek podróży.

4. Użyteczna

 Od mojej pogawędki ze smokiem minęły trzy dni. Przez ten czas nie mieliśmy okazji więcej porozmawiać, ale przestałam go unikać. Miał dużo racji, nie uda nam się tak czy siak. Muszę przywyknąć chociaż niekoniecznie mi się to podoba.

Czasem minęliśmy się na stołówce czy gdzieś na terenie Kwatery Głównej, ale rzucałam mu tylko krótkie spojrzenie i szłam dalej. Miał nie naciskać na mój trening i trzymał się swojego słowa. 
Tego mu nigdy nie można było zarzucić, naprawdę się go trzymał.
Inaczej było z Huang Hua, która się niecierpliwiła i zaczynała coraz częściej mnie zaczepiać i podpytywać. Zrobiła się naprawdę nieznośna, czy mi się tylko wydaje? 

Przez cały ten czas starałam się jakoś przydać i brałam drobniejsze misje, więc w efekcie codziennie spędzałam większość swojego czasu wśród Purrekos. Pomagałam Purriry na zapleczu jej butiku, a Purroy potrzebował pomocy w zbieraniu różnych składników. Trochę się przy nich nabiegałam, ale chyba nabiło mi to u nich kilka punktów sympatii. 

Dziś również spędziłam czas wśród ogoniastych. Purral wydawał się zabiegany i poprosił o pomoc w opiece nad kilkoma chowańcami. Szkoda, że nie ostrzegł o ich ilości. Nie spodziewałam się mieć pod swoją opieką ponad dziesięć pełnych energii rozrabiaków. Przez to wszystko zaledwie w ciągu dwóch godzin wpadłam kilka razy do fontanny, podarłam koszulkę i kompletnie wypompowałam się z sił.
Nie byłam jednak w stanie się na niego gniewać gdy przyszedł je odebrać. Był taki miły i kochany, że palnęłam coś stylu ''żaden problem, chętnie jeszcze kiedyś pomogę''. Niech mnie ktoś strzeli, proszę. 
Zostałam nawet lekko doceniona i w prezencie dostałam wygodne legowisko dla chowańca. Szkoda, że póki co żadnego nie mam, ponieważ ten który mi kiedyś towarzyszył zginął siedem lat temu na polu bitwy. 
Westchnęłam ciężko na wspomnienie mojego Rowtsya, stwora podobnego di wilka obsypanego płatkami róż. Dość, że był ogromnie słodki to śmiało go nazwę ideałem przyjaciela. Uwielbiałam się z nim chwilkę po lenić i miziać jego miękkie futro. 
Poświęcił się aby ratować życie Leiftana. Nie wiem czy jakikolwiek inny chowaniec będzie w stanie mi go zastąpić.

Nie dane mi było dobrze odpocząć. Gdy tylko się przebrałam i coś zjadłam dorwał mnie Purroy. Ledwo wyszłam ze stołówki, serio?
Wręczył mi długą listę i prosił żebym wyrobiła się do wieczora. Widząc ile tego jest szczerze wątpiłam, że mi się uda.

Kierunek las. Pożyczyłam jeszcze duży kosz od Karuto i opuściłam mury. Część z zamówionych towarów znałam i teoretycznie wiedziałam, gdzie mogą być. Nie był to też już pierwszy raz w tym tygodniu, gdy musiałam sobie radzić z szukaniem składników po lesie. 
Dość szybko miałam kilka pęków kwaśnego źdźbła czy parę płomiennych kwiatów. Nie ukrywam, że odczuwałam właśnie pozytywne skutki mojej tygodniowej izolacji i zatopieniu nosa w książce o roślinności. Dzięki temu sprawdzałam przyswojoną wiedzę w praktyce. 

Z każdym kolejnym składnikiem nogi niosły mnie coraz głębiej w las. To chyba nienajlepszy pomysł, zwłaszcza po tym co słyszałam. Podobno niektóre chowańce zaczęły się robić agresywne, a nazwać moje umiejętności marnymi to jakby nic nie powiedzieć na ich temat. Są po prostu fatalne.
Starałam się jednak nie dać ponieść fantazji i ściskając w dłoni rękojeść noża otrzymanego wraz z mieczem od Jamona szłam przed siebie. Może nie służył do zbierania grzybków, ale był tak ostry i ładny, że nie chciałam brać żadnego innego. 

A jak już o grzybach mowa to zbierając nietypowo świecące usłyszałam trzask. Ktoś  lub coś w pobliżu łamie gałęzie, nie podoba mi się. Do tej pory nie spotkało mnie tu nic niezwykłego, nie widziałam nawet żadnego stworzenia, tylko słyszałam jak gruchają sobie gdzieś w oddali. Teraz dźwięk wydawał się nieco bliżej.  
Szybko schowałam się za dużym drzewem, może mnie jakimś cudem nie wywęszy. 
Przylgnęłam do kory, a kosz zostawiłam za krzakiem. Próbowałam się lekko rozejrzeć i dostrzec źródło hałasu. 
Z każdą chwilą coraz szybciej biło mi serce, a łamanie patyków nie ustępowało. 
Głupia! Było uciekać, a teraz coś cie zaatakuje i tyle po wybawicielce świata.  Przeżyłaś walkę ze smokiem, uwięzienie w krysztale, a teraz.. 
Ciekawe, jak osądziłaby to historia. Anastazja, wieli aengel, który uratował nasz świat skończyła pożarta przez Pimpela.
Pokręciłam gwałtownie głową. Sama miałam ochotę się z siebie śmiać, a w tej chwili powinnam zachować jak największą ciszę. 

Kroki były coraz bliżej.. Chwila moment, kroki? Usłyszałam również coś jakby rozmowę, a więc nie jest to jedna osoba. Wychyliłam nieco głowę. Kilka metrów przede mną dostrzegłam Nevrę i Lance'a idącego ramię w ramię. Wykonywali razem misje? Niewykluczone, jeśli Huang Hua chciała wszystkich tak zmuszać do polubienia smoka to mogło być nawet możliwe. Chociaż to dwaj szefowie, no dobra, wysoko postawieni strażnicy,  może to ma coś wspólnego z agresją tutejszych zwierząt? 
Z zamysłu wyrwał mnie głos Nevry. Taki zimny, nawet oschły. Gdyby nie słowa, które powiedział pewnie bym na to nie zwróciła uwagi.
- Nigdy nie była jakoś specjalnie użyteczna. Wiecznie pakowała się w kłopoty. Nie mogę powiedzieć by należała do atutów mojej straży. - Mówił o mnie, byłam tego pewna. Kto inny wiecznie lądował w przychodni? Tyle, że to nie moja wina! Ciekawe, jak on by sobie poradził gdyby nagle trafił na Ziemię. Byłby jeszcze bardziej zagubiony ode mnie, mogę się założyć.
Ku mojemu zaskoczeniu jego rozmówca wziął moją stronę.
- Chyba trochę przesadzasz. Zgadzam się, słyszałem o jej wiecznych wtopach, ale czy ostatecznie nie była najważniejszą częścią straży? - głos Lance'a brzmiał spokojnie. Nie tak jak w trakcie naszej ostatniej rozmowy, ale nie był ani trochę kpiący czy agresywny. Zaskoczył mnie, i to o dziwo pozytywnie. Jak to możliwe, że mój największy wróg wstawia się za mną przed facetem, którego darzyłam (i ciągle darzę) uczuciem? - Nie miała zbyt dobrych warunków do rozwijania, a i tak kilka razy dała mi się we znaki - nie jestem pewna przez odległość,  do tego zasłaniały mi trochę krzaki, ale przez twarz smoka chyba przemknęło coś w rodzaju uśmiechu.
- Krótki przebłysk - wampir wzruszył ramionami. Każde jego słowo bolało mnie coraz bardziej. Naprawdę tak o mnie myślisz Nevro? - Teraz wraca do tego co było, a nawet jest gorzej. Łazi z kąta w kąt i narzeka jak to ciebie nienawidzi, kłóci się z Huang Hua i nie jest ani trochę przydatna. Wcześniej była pełna energii i chociaż chciała działać mimo, że jej to nie wychodziło.  Teraz stała się kluchą, zupełnie jak Leiftan.. 

Więcej nie słyszałam. Zniknęli z mojego zasięgu. Docierały do mnie tylko ciche odgłosy łamanych gałęzi.
Będąc już zupełnie sama zjechałam na tyłek. Spojrzałam beznamiętnie w niebo przysłonięte gałęziami. Nie myślałam o niczym. Spod moich powiek wypływały łzy. Nie spodziewałam się, że kiedyś usłyszę od niego takie słowa. Nie powiedział mi tego nigdy w twarz. Zawsze mnie pocieszał, przytulał, wspierał. Kłamał. Teraz wiem, że wszystko co wtedy robił było kłamstwem. Nigdy nie byłam warta więcej jak zabawka czy mięso armatnie.

Jestem śmieciem..

Do pokoju dotarłam bardzo późnym wieczorem. Nie znalazłam wszystkiego czego chciał Purroy, nie spodobało mu się to, ale chyba dostrzegł moje podkrążone oczy i nie rzucił żadnej kąśliwej uwagi. Podziękował za to co dostał i puścił mnie wolno.
Jak zombie ruszyłam do siebie i zamknęłam drzwi. Chciałam się wziąć za siebie, a jakoś znowu się wywróciłam na pysk.
Zaczęłam myśleć, że Nevra ma rację. Nie byłam i nie jestem nikim specjalnym. Miałam po prostu farta siedem lat temu.

Podjęłam decyzję. Obym tego nie pożałowała.. 

Na stołówce pojawiłam się wraz z jej otwarciem, nikogo to nie dziwiło - nie miało też kogo. Pomogłam nieco satyrowi, a gdy tylko zaczęli się zbierać ludzie chętni na posiłek wzięłam coś dla siebie i zajęłam stolik blisko wyjścia. Dosłownie każdy kto miał zamiar tu wejść musiał mnie minąć. 
Oczywiście nie obyło się od spojrzeć, czego bardzo nie lubiłam, ale miałam cel, a najlepiej jeśli zrobię to od razu - zanim moje chęci uciekną i zastąpi je strach i szloch.

Dłubałam w talerzu jakiś czas. Musiałam przedłużać swój posiłek jak najbardziej. Ciągle się nie pojawiał. Gdzie jesteś? Wczoraj już tu byłeś o tej porze. Lance..

Jak przez ruch czarodziejskiej różdżki smok pojawił się. Gdy tylko mnie mijał podniosłam się. Teraz albo nigdy.
- Lance.. - udało się, odezwałam się do niego. Smok zwrócił nieco zaskoczony wzrok w moją stronę. Tylko nie zacznij się dusić, tylko się nie duś. Spokojnie Ana, będzie dobrze. Przecież od tego nie uciekniesz. Musisz być użyteczna. - J-Ja.. Chcę zacząć z tobą trenować.
Z chwilą wypowiedzenia tych słów poczułam, jak ulatuje ze mnie cały lęk. Na Wyrocznię, zrobiłam pierwszy krok!
Mężczyzna podszedł do mnie nieco. Tak będzie lepiej. Sama nie chciałam żeby wszyscy słuchali o czym rozmawiamy.
Starałam się na niego cały czas patrzeć, ale im dłużej to robiłam tym bardziej wykręcało mi kiszki. Jego spojrzenie prześwietlało mnie dokładnie. Te mrożące krew w żyłach oczy nie uciekały ode mnie nawet na chwilę. Czułam się nieswojo, zaczęłam wyginać palce. Szlag! 
- Dobrze, że się zdecydowałaś - w końcu się odezwał. Ku chwale Eldaryi! - Jest tylko jeden problem.. - Jaki problem? Nie stresuj mnie! Chcesz żebym znowu się osunęła na ziemię?! - Gdybyś zdecydowała się wczoraj to może bym to jakoś odkręcił, ale dziś zapadła decyzja. Wyjeżdżam na jakiś czas za kilka dni. Możemy zacząć dopiero po moim powrocie.. 
Wtedy stało się najgorsze. Szybciej powiedziałam niż pomyślałam.
- Pojadę z tobą.

3. Trener

 Niestety nie znalazłam Leiftana. Zaraz gdy opuściłam pokój obrad wpadłam na Jamona i porwał mnie do kuźni. Słyszał, że mam wrócić do treningów i postanowił mi zrobić prezent.

Faktycznie był piękny i idealnie leżał w mojej dłoni.
Ogr stwierdził, że ostrze tak wybitnego wojownika jakim mam być (niby) być zasługuje na nazwę, która zapadnie wszystkim w pamięci, a po mojej śmierci będą o nas krążyć legendy. Po tym ostatnim widocznie się zmieszał. Nie życzył mi szybkiego zgonu, chciał legend. Nie mogłam się powstrzymać przed cichym śmiechem. Rozumiałam go doskonale.

Ostrze nazwałam Atarangi. Nigdy nie byłam pewna znaczenia tego słowa, ale kiedyś je jakoś wybrałam i będąc jeszcze na Ziemi używałam wszędzie jako loginu czy pseudonimu. Dziwnie wracać do tego wszystkiego myślami..

Jamon nie zadawał zbędnych pytań. Był szczęśliwy, że jego prezent przypadł mi do gustu i zawisł przypięty na moim pasie. Zaproponował nawet wspólny trening. Ucieszyłam się, ale obawiałam że będzie miał kłopoty. W końcu Huang Hua wydała mi rozkaz - nie traktowałam tego jako prośbę. 
O wszystkim mu opowiedziałam. Nie chciałam aby miał mi za złe. W odpowiedzi się jedynie uśmiechnął. Zawsze był kochany, stwierdził, że przecież mogę w międzyczasie trenować z innymi i to zaszczyt jeśli on będzie pierwszy.
Jakby się zastanowić to miał rację. Zaraz po tych słowach chwyciłam go za nadgarstek i pociągnęłam w stronę ogrodu. Miałam dodatkową motywację - jeśli nie uda mi się namówić Leiftana (pfu!) to może uda mi się całkiem przypadkiem zadać kilka otarć smokowi już na pierwszym treningu. Wiem, że nie miałabym szans żeby zrobić mu jakąś większą krzywdę, ale taki element zaskoczenia może by mi coś pomógł.

Wzięliśmy się z Jamonem do pracy jak tylko znaleźliśmy spokojne miejsce. Zaczęliśmy od postawy, odpowiedniego trzymania miecza - ze wszystkim zaczynałam od początku. Zanim przeszło do uderzeń drewnianymi mieczami musiałam się trochę namęczyć przy tym.
Z każdym ruchem niechętnie przyznawałam Huang Hua rację - zesztywniałam w tym krysztale. Nie zostało nic z mojej zwinności, wszelkie umiejętności bojowe zniknęły.
Dodatkowo bardzo szybko złapało mnie zmęczenie. Po godzinie intensywnego treningu leżałam na  trawie i ciężko oddychałam. Jamon usiadł obok mnie rozbawiony i ogłosił koniec na dzisiaj.
Byłam mu niezmiernie wdzięczna. Jego krótka lekcja dała mi w kość na tyle, że szukanie Leiftana automatycznie zeszło na dalszy plan.

Do pokoju dotarłam ledwo żywa. Chwyciłam tylko szybko ręcznik i piżamę, a potem skoczyłam pod szybki prysznic. Niestety nie udało mi się przypadkiem trafić na blondyna. Pech chciał, że w drodze do łazienki widziałam Lance'a, ale on mnie nie. Szedł kawałek przede mną korytarzem. Starałam się nie denerwować i jak najszybciej zniknęłam w łazience.
Po zmyciu z siebie brudu całego dnia wróciłam do siebie i padłam na łóżko. 
Przez ten tydzień izolacji od świata nabrałam nawyku siadania w oknie i wygłaszaniem monologu w stronę gwiazd mając nadzieję, że Valkyon to wszystko słyszy. Żaliłam się, czasem trochę powyzywałam. Nawet opowiedziałam mu o szczegółach swojego poprzedniego życia. Wiem, że to było głupie. Pewnie nigdy nie usłyszę żadnej odpowiedzi, ale z braku laku lepiej pogadać do gwiazd niż trzymać w sobie za dużo. 
Dziś nie miałam na to jednak siły. Mając nadzieję, że zrozumie oddałam się w objęcia snu.

Na nogi zerwałam się wraz z pierwszymi promieniami słońca. Chciałam go dorwać od samego rana, może zaspany nie będzie do końca rozumiał i się zgodzi.
Szybko się ubrałam i wyszłam na korytarz.
Panowała niemal idealna cisza. Niemal, ponieważ za jednymi z drzwi słyszałam jakby dźwięki uderzania. Tylko krótko na nie popatrzyłam i ruszyłam przed siebie. Nie moja sprawa. Może to Nevra i jedna z jego kochanek zabawiali się od rana. Nie powinno mnie to interesować. Nie powinno mnie to boleć.

Kierunek stołówka. Karuto właśnie ją otwierał. Cmoknęłam go szybko w polik, jak co rano, i stanęłam obok uśmiechnięta. Satyr posłał mi serdeczne spojrzenie i weszliśmy do środka. Zaproponowałam mu pomoc w porannych obowiązkach, nie protestował - nawet nie miał szans. Szybko wzięliśmy się za ustawianie krzeseł, a następnie myłam i kroiłam składniki potrzebne do pysznych dań szefa kuchni. Byłam zmotywowana i pełna energii, inaczej niż przez ostatnie poranki, w trakcie których przesiadywałam tutaj, co nie uszło jego uwadze. Zapytał,  a ja nie bałam się odpowiedzieć. Pominęłam tylko szczegół. Nie zdradziłam, że Huang Hua chciałaby aby moim katem było paskudne smoczysko. Chwilę na mnie popatrzył i życzył powodzenia.

Kiwnęłam głową i rozejrzałam się krótko po sali. Pojawiali się pierwsi wygłodniali strażnicy, a Karuto zaczął ich obsługiwać. Nagle mój wzrok padł na niego. Siedział w kącie sali, a kopytny tylko kiwnął głową i wracał do mnie. Postanowiłam natychmiast wykorzystać okazję.
- Karuto, mogę zająć się Leifem?- zerknął na mnie lekko zdezorientowany.
- Zająć? Co masz na myśli? - odpowiadał, ale cały czas zajmował się przygotowywaniem kilku posiłków.
- Chciałabym go obsłużyć - przysunęłam się nieco i ściszyłam ton. Lepiej żeby nie doszło to do ciekawskich uszu. - Wiesz, że muszę z nim porozmawiać, a pewnie nie będzie zbytnio do tego chętny w ciągu dnia - zrobiłam najsłodszą minę na jaką było mnie stać. Zgodzi się, na pewno się zgodzi. Po prostu lubiłam go tym łamać. Miał do mnie słabość, a słabe punkty należy wykorzystywać, prawda? 

Dosłownie po kilku minutach szłam z dwoma talerzami pełnymi pysznego jedzenia. Jeden był dla mnie, a drugi dla mojego celu. Z relacji satyra wiedziałam, że Leiftan zawsze brał to samo - coś podobnego do omletu z jakimiś dodatkami, może warto zapamiętać. Sama dałam się ponieść fantazji szefa kuchni co do mojego talerza. Jak za każdym razem musiało być na nim cos wyśmienitego. Nie to teraz mnie najbardziej interesowało.
Byłam coraz bliżej stolika przy którym siedział aengel gdy do pomieszczenia wszedł Lance. Tylko tego tu brakowało. Po moich plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Jego wzrok dodatkowo padł na mnie, a brew poszła ku górze. No co? Nigdy nie widziałeś dziewczyny w białym fartuszku roznoszącą śniadanie?
Szybko odwróciłam wzrok i postawiłam talerz przed Leiftanem. Nie wyglądał na zaskoczonego, musiał zauważyć co się szykuje. Posłałam mu delikatny uśmiech i usiadłam naprzeciw.
- Mogę ci potowarzyszyć? - poprawiłam się lekko i nie odrywałam od niego wzroku.
- Nie będę cię przeganiał, ale chyba się rozczarujesz - od razu wziął się za jedzenie. Również zaczęłam przekąszać. Bądź co bądź wypadało się pożywić przed kolejnym stresującym dniem.

Żadne z nas się nie odezwało. Wcinaliśmy w ciszy, a czasem mój wzrok padł na blondyna. Widząc, że zaczyna kończyć nie mogłam dłużej czekać. Odłożyłam widelec i się wyprostowałam.
- Leiftan, chciałabym cię o coś zapytać.. - odezwałam się spokojnie. Podniósł na mnie wzrok, wyglądał na rozbawionego.
- Czuję, że cię roznosi. Zastanawiałem się tylko jak długo wytrzymasz - przerwał posiłek i skupił się na mnie dając swój długi warkocz do tyłu. Chyba wolałam go w poprzednim wcieleniu. Teraz też wyglądał dobrze, ale tamte dwa małe warkoczyki wyglądały uroczo. Jego wzrok wtedy taki serdeczny, teraz był pełen smutku. Żałuje, to widać, ale nie powinien się z tym sam męczyć. Zawsze był dla mnie wsparciem, chciałabym mu się za to zrewanżować. Mimo tego, że nie był względem mnie bezinteresowny to potrzebowałam kogoś takiego i nie mam mu za złe.
- Chciałabym prosić o pomoc.. - zaczęłam wyginać palce u dłoni schowanych pod stołem. Często mi się to zdarzało. Jak nie krzyczałam, a byłam zdenerwowana to maltretowałam swoje knykcie. Paskudny nawyk. Zaczęłam się nawet czuć speszona przenikającymi mnie zielonymi oczami rozmówcy i spojrzałam w stół. - Czy mógłbyś.. Znaczy.. - Do diabła, weź się w garść kobieto! - Możesz pomóc mi opanować moce? - w końcu wystrzeliłam i zerknęłam na Leiftana. Nie był zaskoczony, od początku wiedział po co przyszłam. - Jesteśmy tej samej rasy, znasz się na niej lepiej niż ktokolwiek by mógł, w czasie walki z Lancem byłeś niesamowity.. - mój ton stał się jakby pewniejszy. Odważyłam się nawet wyciągnąć dłoń i położyć na jego przedramieniu. Westchnął ciężko i położył swoją na mojej.
- Anastazjo.. Nie jestem tym samym Leiftanem, którego znałaś - zaczął. Czułam, że nie spodoba mi się to co powie. W środku czułam też jakby smutek. Nie rozumiałam, nie czułam go tak swobodnie. Był jakiś inny, jakby nie należał do mnie. - Uwierz, że gdyby okoliczności wyglądały inaczej byłbym szczęśliwy mogąc ci pomóc, ale teraz nie mogę. Złożyłem obietnicę. Nie chcę należeć do straży, nie chcę brać udziału w walkach. Potrzebuję czasu na rozprawienie się ze swoją przeszłością - mówił spokojnie. Trochę zbyt spokojnie. We mnie zaczynała narastać złość. Nie chciałam mieć styczności ze smokiem, on nie może mi tego zrobić. Nie może mnie skazać na trening z potworem, który powinien zginąć.
- Błagam, nie rób mi tego - wydukałam. Zaczynałam pękać. Czułam jak szczypią mnie oczy. Proszę tylko nie tutaj. Nie przy tych wszystkich ludziach gromadzących się na śniadanie. Nie w obecności mojego największego wroga. - Jesteś moją jedyną nadzieją. Jeśli mi nie pomożesz będę musiała.. 
- Ćwiczyć z Lancem. Wiem, sam go zaproponowałem - przerwał mi. Ktoś kogo miałam za przyjaciela właśnie wytoczył przeciwko mnie ciężkie działa, po raz kolejny. - Nie podoba ci się to, rozumiem. Huang Hua również była sceptycznie nastawiona, ale wiem co mówię. Ma wiedzę, która dla wielu dawno przepadła. Nie jest mniej doświadczony niż ja. Najlepiej się tobą zaopiekuje - próbował mnie pocieszyć. Chciał nawet ścisnąć moją dłoń, ale gwałtownie ją zabrałam i natychmiast się podniosłam. Czułam, że zwróciłam na siebie uwagę. Nie interesowało mnie to w tej chwili.
- Nic nie rozumiesz! Gdyby to była prawda to byś tak nie postąpił! - trzęsącymi się dłońmi zdjęłam fartuszek i cisnęłam nim na krzesło. - Zdradziłeś mnie po raz kolejny Leiftanie.

Po tych słowach wściekła opuściłam stołówkę. 
Jak on mógł coś takiego zrobić? Tak samo jak ja powinien nie cierpieć Lance'a i trzymać się jak najdalej od niego. Sam mnie pcha w jego stronę? Ma się mną opiekować? Nie bądź śmieszny. Przecież Lance nie oprze się żeby mnie poniżyć, drwić. Zawsze był sku****synem, a tego się tak łatwo nie da z siebie pozbyć. 

Wściekła zawędrowałam aż poza mury K.G. i trafiłam na urwisko znajdujące się nad plażą.
Miałam doskonały widok na spokojne morze, z którym miałam tyle wspomnień. Nie wszystkie były pozytywne, jak zabawa u jego brzegu z Karenn, Chromem i Alajeą, czy kilka randek z Nevrą. To właśnie w trakcie żeglugi przechodziłam swoje najgorsze momenty. Porwana i dręczona przez smoka w drodze na wyspę zamieszkaną przez duchy jego przodków, przeżywanie zdrady Leiftana. Nie można też zapomnieć, że prawie utonęłam przez krótsze działanie syreniego eliksiru.
W tej chwili jednak tafla wody była spokojna, słońce świeciło, a na niebie nie było ani jednej chmurki. Tylko ja i piękny widok przed moimi oczami.

Ciągle nie mogłam zrozumieć dlaczego Leiftan podsunął taki pomysł Huang Hua. Myślałam, że będzie raczej odradzał mi przebywanie w towarzystwie smoka, a ten mnie wręcz skazuje na jego osobę.
Czuje się zdradzona.
Kolejny raz wbił mi sztylet w plecy, ale tym razem zrobił to całkowicie otwarcie i patrząc prosto na mnie.

Padłam na plecy i przymknęłam oczy. Moje nogi nieco zwisały na krawędzi, a poliki miziała wyższa trawa. 
Ciesząc się błogim spokojem przymknęłam oczy.
To się chyba nigdy nie skończy. Jestem skazana na wiecznego pecha. Osoby, którym ufałam - dziś stały się tymi, z którymi ich zestawiałam prawie osiem lat temu.

- Jestem tu niemal osiem lat.. - dotarło do mnie, a oczy się otworzyły. - I co robiłaś przez ten czas? Krzyczałaś, kłóciłaś się o łóżko, dałaś sobą poniewierać. Nie ma co Anastazjo, oaza spokoju z ciebie - prychnęłam i usiadłam. - A teraz jeszcze gadam do siebie - wyrwał mi się jęk i schowałam twarz w dłoniach. Jest ze mną źle, naprawdę bardzo źle. - Pewnie masz mnie za wariatkę - zerknęłam w niebo. - Wybacz, że wczoraj się nie odzywałam. Pewnie i tak widziałeś co się działo. Kolejny raz się na kimś zawiodłam - podkuliłam jedno kolano i się do niego przytuliłam. - Wiesz.. Śniłeś mi się dzisiaj. Ten sen był tak realistyczny, że rano byłam trochę zagubiona. Staliśmy pod wiśnią. Mówiłeś mi, że od poznania przepowiedni byłeś pogodzony ze swoim losem, że będziesz nade mną czuwał. To ostatnie by mi bardzo odpowiadało - uśmiechnęłam się lekko i położyłam polik na kolanie. Gdyby mnie teraz ktoś zobaczył.. - Chciałabym żebyś tu był, byłoby łatwiej. Tak jak wtedy gdy wzajemnie ukrywaliśmy swoje natury - przerwałam dosłownie na moment. Coś zdawało się mnie niepokoić. -  Odnosiłeś się też do Lance'a - przygryzłam paznokieć u kciuka. - Chciałeś żebym łagodnie się z nim obeszła. Nie wierzę, że mógłbyś mu wybaczyć. Dlatego proszę, jeśli Memoria ciągle gdzieś tu jest.. Chciałabym Cię zobaczyć Valkyonie, porozmawiać. - W raz z ostatnimi słowami usłyszałam cichy trzask, coś jak pęknięcie gałązki. Za moimi plecami było jakieś drzewo, ale.. 
Natychmiast się odwróciłam. Widok jaki zastałam w cieniu zmroził mi krew w żyłach. Natychmiast się podniosłam.

- Uwierz, że nie jestem już wrogiem! Wszystko się zmieniło i naprawdę nie mam zamiaru nikogo krzywdzić! Anastazja, uspokój się! - Lance mówił głośno, można to nawet określić stłumionym krzykiem, i trzymał mnie mocno za nadgarstki. Nie mogłam się powstrzymać. Gdy zobaczyłam go w cieniu, tak niedaleko mnie, nie wytrzymałam. Rzuciłam się na niego i zaczęłam okładać pięściami wykrzykując, że jest mordercą i śmieciem, że nie powinno go tu być. 
On zamiast rzucić mną o ziemię, złapać za szyję czy coś w stylu smoka, którego miałam okazję poznać okazał się dziwnie spokojny. Tylko mnie obezwładnił i ciągle powtarzał jak mantrę, że nie jest zagrożeniem. Nie wierzyłam mu. Ból w moim sercu był za duży abym chciała mu wierzyć. Cały czas się szarpałam, a po moich polikach zaczęły spływać łzy. Nie mogłam nad tym wszystkim zapanować. 
W ułamku sekundy mój organizm wymyślił kolejną atrakcję, i zupełnie jak ostatnio na targu zaczęło mnie boleć w klatce a oddech był coraz cięższy. Nie uciekło to uwadze mojej ofiary, o ile mogę tak go nazwać, żaden cios nie zrobił na nim wrażenia. Lance szybko przeniósł swój chwyt z nadgarstków na ramiona i posadził mnie pod drzewem opierając moje plecy o pieniek. 
Nie byłam w stanie protestować, było we mnie coraz mniej sił. Obraz zaczynał się zmazywać. Ledwo docierało do mnie, co mówił.
- Spróbuj się uspokoić, zapomnij o mojej obecności - jego głos był spokojny. Zupełnie inny od tego, który ciągle krążył mi w pamięci. - Anastazja, proszę.. - poczułam jak jego silne dłonie ściskają moją. Błagam zostaw mnie. - Zamknij oczy. Zamknij oczy i wyobraź sobie coś przyjemnego, bezpiecznego. Nie myśl teraz o mnie, skup się na swoich odczuciach..

Łatwiej powiedzieć niż zrobić. Uspokój się, pf, też mi coś. Zamknęłam jednak oczy, jak prosił. I tak by się to prędzej czy później stało, może lepiej zrobić to na własnych warunkach.

Ciemność, którą widziałam niestety nie pomagała. Chyba zaczęłam się do tego trząść, bo poczułam jak ręce Lance'a przenoszą się na moje ramiona by mnie przytrzymać. Cały czas mówił spokojnie abym próbowała odciągnąć myśli. Dalej Ana, uda ci się. Zapomnij o tym co jest dookoła ciebie. Zapomnij, kto ci właśnie pomaga. Musisz odlecieć aby wylądować bezpiecznie.

- Jesteś naprawdę coraz lepsza, nie ma się czym denerwować. Ten występ to tylko czysta formalność - słyszałam z kąta pokoju. Odwróciłam głowę w jego kierunku. Siedział tam starszy mężczyzna z okularami na nosie, a pod nim gościł serdeczny uśmiech. Jego szafirowe oczy wpatrywały się we mnie z dumą. Cieszyłam się. Uczy mnie od dziecka panowania nad tym instrumentem. Dobrze jest słyszeć z jego ust słowa pochwały.
- Mam najlepszego mistrza na świecie - podniosłam się i ruszyłam w jego kierunku by na poliku złożyć krótki pocałunek.
Uśmiech dziadka się tylko poszerzył i poklepał jedno ze swoich kolan.
- Wiem, że jesteś już prawie dorosła, ale z miłości do swojego ukochanego dziadunia się chyba nie wyrasta, prawda? - zaśmiałam się na to. Nie mogłam mu odmówić. Zajęłam miejsce, ale byłam bardziej na podłokietniku niż jego kolanie. On już ma swoje lata, a ja nie jestem już małą dziewczynką. Nie chciałabym uszkodzić człowieka, którego kocham całym sercem.
Położyłam mu głowę na ramieniu, a ten jak zawsze pogłaskał mnie po włosach.
Uwielbiam to miejsce. Zawsze było tu pełno miłości, spokoju i oczywiście słodyczy, które dziecko ich nie uwielbia. Ojcu nigdy nie podobało się, że spędzam tu wakacje. Miał jakiś długoletni konflikt z dziadkami i się mało widywali.
Przyjeżdżałam i przyjeżdżam tu głownie z mamą, albo teraz już sama. Nikt mnie nie zatrzyma.

Dziadek Ludvik zawsze miał jakąś fantastyczną opowieść dla mnie, a po krótkiej zabawie zaczynaliśmy naukę gry na fortepianie. On sam w młodości zajmował się muzyką, pisał ścieżki dźwiękowe do filmów oraz grał w kilku orkiestrach. Nie musiał mnie namawiać, sama chciałam coś od niego przejąć, czemu nie mogła to być muzyka?
Po kilku lekcjach okazało się, że mam dryg i z każdą wizytą u niego było coraz lepiej. Nawet babci przestało przeszkadzać, że cały czas hałasujemy i przychodziła posłuchać naszej gry na cztery ręce.
Nie będę kłamać, że wszystkiego nauczył mnie właśnie on. 
Naciskałam rodziców i ostatecznie zgodzili się na lekcje z profesjonalistą, ale nie zdradzałam tego. Chciałam mu zrobić przyjemność, a i mnie samej było cieplej na sercu gdy widziałam jego szczęśliwą twarz.


Im starsza byłam tym coraz sprawniej mi szła gra, nauczyłam się wielu kompozycji i często umilałam ludziom czas swoją grą. Przynajmniej nikt się nie skarżył kiedy to robiłam, niezależnie gdzie to miało miejsce. Chyba nawet mojemu ojcu się podobało, a szczerze trudno było trafić w jego gust. Nigdy nie chciał żebym zajmowała się głupotami, a droga jaką szedł dziadek tym dla niego była. Może dlatego fortepian został tylko moim głównym hobby, a kierunek kariery wybrałam taki by tylko tata spojrzał na mnie przychylniej.

Otworzyłam powoli oczy. Mój oddech się uspokoił, moje ciało już nie dygotało, a ból w klatce zniknął. Lance również zabrał ze mnie swoje łapy i kucał wpatrując się w mnie. Nie czułam się za bardzo komfortowo w tej sytuacji.
- Często ci się to zdarza? - zapytał nie odrywając wzroku. Błagam idź sobie.
- To dopiero drugi raz. Znowu na twój widok - zacisnęłam piąstkę. Nie mogę się znowu denerwować. Jesteś na jego łasce An, oddychaj spokojnie. - To pewnie jakiś atak paniki czy coś. Przywołujesz traumatyczne wspomnienia - na to zdanie smok się skrzywił i usiadł na trawie. Czego ty do diabła chcesz ode mnie?!
- Tak traumatyczne, że zwariowałaś i rozmawiasz z chmurami?- Słyszał mnie! Na Wyrocznie, słyszał co mówiłam! Nie mogłam trafić na Nevrę, albo jakiegoś przypadkowego przechodnia?! Dlaczego to musiał być on?! - Nie chciałem podsłuchiwać.. - westchnął. Co, teraz będziesz mi czytał w myślach? NIE LUBIE CIE, IDŹ SOBIE. No i czego nie idziesz?! - Można powiedzieć, że zajęłaś moje miejsce. Lubię tu przyjść gdy mam trochę czasu. - Jego miejsce? Że niby urwisko? To chyba jakieś jaja..
- Muszę sobie jakoś radzić, a nie macie tu terapeuty. - W końcu się odezwałaś, zuch dziewczyna. - A miejsce nie ma nigdzie znaków ostrzegawczych ''uwaga niebezpieczny smok kręci się po okolicy''.
Rozbawiłam go? Jestem pewna, że widziałam jak przez jego twarz przemknął uśmiech. Tylko tego brakowało. Czy ja już czasem nie wspominałam, że przyciągam pecha? Nie? To wspominam.
- Nie denerwuj się. Będziesz chciała to o tym porozmawiamy - kiwnął w stronę urwiska, chyba ma na myśli mój monolog.
- Nie mam się czego wstydzić. Dziele się tylko swoimi przemyśleniami z twoim bratem - zaplotłam ręce na piersi. To wspomnienie go ewidentnie ruszało.
- Uwierz mi, że tego żałuję, każdego dnia, o każdej porze dnia i nocy - jego twarz była skierowana w trawę. Wstydził się mojego spojrzenia? - Huang Hua powinna była Cię uprzedzić.. - nagle zmienił temat i spojrzał prosto na mnie. Szybko się pozbierał, albo naprawdę bardzo mocno nie chce o tym rozmawiać. - Nie byłem przekonany do jej pomysłu, ale jej zaufałem tak jak ona mnie. Nie będę na siłę próbował Cię przekonać, że nie jestem potworem, którym byłem. Chciałabym żebyś sama się o tym przekonała. Nie musisz uciekać. Naprawdę nie chcę robić nikomu krzywdy. Wiem też, że jestem teraz twoim przełożonym. Nie uciekniemy od tego faktu. Wolałbym też uniknąć problemów jakie mają Huang Chu i Mathieu - zaczął się podnosić wzdychając ciężko. - Nie będę ci się narzucał w związku z tym co ci wczoraj powiedziała Huang Hua. Wolę abyś sama podjęła decyzję, ale chyba wiesz, że każdy dzień się liczy. - Dlaczego nie mogę nic powiedzieć? On jest zdecydowanie za spokojny. Czuje się przez niego dziwnie, a żadne słowa nie są w stanie wyjść z moich ust. Bacznie go obserwowałam. Wiedział o wszystkim i był wyrozumiały. Nieprawdopodobne. Powoli zaczął się oddalać. Będąc już dobry kawałek dalej zerknął na mnie, wydawał się.. smutny. - Gdyby słowa mojego brata z twojego snu były prawdą, zrzuciłyby mi z serca trochę ciężaru.


poniedziałek, 1 listopada 2021

2. Wspomnienia


Od mojej kłótni z Huang Hua minął prawie tydzień. Przez ten czas ciągle siedziałam w swoim pokoju i z nikim nie chciałam się widzieć. Musiałam to wszystko przetrawić, dojść do siebie.
Moje rany nie zagoją się tak szybko w przeciwieństwie do rozcięcia na ręce, które dość szybko zniknęło.
Nie jestem w stanie spokojnie chodzić po okolicy, uśmiechać się do mijanych osób i całkowicie ignorować to co miało miejsce. Nie zaakceptuję tu obecności smoka, który dokonał tylu paskudnych rzeczy. Gdy tu przybyłam wydawał się moim sojusznikiem, wiele razy mi pomógł, a potem.. 
Dopiero po czasie dowiedziałam się, jak nikczemną jest osobą. Próbowałam zrozumieć jego podejście, a ten tylko mną poniewierał aby potem kilka razy próbować odebrać mi życie.
Uszkodził świat, który stał się dla mnie tak ważny. Przez niego straciliśmy przyjaciół.
Leiftan też miał w tym swoją zasługę, nie będę udawać, że jest inaczej. Tylko ta dwójka się znacznie od siebie różni. Ich cele były inne. Dodatkowo aengel stanął przy naszym boku i walczył przeciwko byłemu sojusznikowi. Starał się naprawić swoje winy. 
W mojej pamięci jego czyny nigdy nie przepadną, ale jest zdecydowanie cenniejszy i bardziej godny chodzenia między nami niż Lance.
Czy smok próbuje teraz zrobić to samo?
Już za późno na naprawę błędów. Dostał szansę na wycofanie siedem lat temu, kilka chwil przed tym jak zadał Valkyonowi zabójczy cios. Nie skorzystał, a jego straszny śmiech prześladuje mnie w snach.

Przez wszystkie te dni przemykałam korytarzami po nocach. Do stołówki wpadałam o świcie, Karuto na początku był zdziwiony, ale gdy mu wszystko opowiedziałam zaczął szykować mi paczki z jedzeniem na cały dzień. 
Rozumiał mnie, ale też nie sprzeciwiał się Huang Hua. Wiedział, że straż potrzebowała w tamtym czasie doświadczonych i silnych wojowników, a białowłosy jest zdecydowanie najlepszym tego przedstawicielem. 
Kolejny raz miałam ochotę płakać, ale pocieszył mnie opowiadając jak czasem przesala dania mające trafić do ust Lance'a. Nie panowałam nad tym, musiałam się uśmiechnąć. 
To była drobnostka, ale cieszy mnie fakt, że nie ja jedyna za nim nie przepadam.

Gdy do stołówki zaczynali zbierać się ludzie za każdym razem uciekałam. Po drodze do swojego pokoju wstąpiłam do biblioteki i wzięłam dwie potężne książki. Nie miałam ochoty siedzieć bezczynnie i się nudzić. Wystarczyło, że nie miałam do kogo się odezwać. 
Rozmowa z własnym odbiciem mogła wyglądać dość dziwnie i przynieść niepożądane skutki w postaci wariactwa.
Biorąc z półki owe tomiszcza nie bardzo zwracałam uwagę na ich tytuły - liczyło się, że są grube i trochę mi zejdzie zanim je przeczytam.
Pierwsza z nich była pełna historii i legend z tego świata. Czułam się jakbym czytała bajki z mojego świata lub przypominała historie, które kiedyś w nim słyszałam. Eldarya była tak podobna do Ziemi, a ja chyba nie byłam w stanie tego nigdy przyswoić. 
Poza wydarzeniami łączącymi te dwa światy były też inne rzeczy - zło, kłamstwa, śmierć i okrucieństwo. Tylko tutaj wydawało się dużo spokojniej. 
Gdy opuści się mury dookoła jest niezbrukana przyroda, która cieszy się szacunkiem żyjących tu istot. W miejscu, w którym mieszkałam przed przybyciem do tego świata nie dałoby się tak odpocząć na łonie natury. Owszem, może są takie miejsca, ale znając ludzi ich ilość kurczyła się z dnia na dzień. Pamiętam, jak lubiłam za dzieciaka chodzić do parku w centrum. Te wielkie drzewa były tak niesamowite. Staw, krzewy, kaczki.. Małą dziewczynkę to wszystko cieszyło, ale z mijającymi latami zaczynał mnie irytować smród spalin i dźwięk tłocznego miasta.
Od tego nie dawało się uciec.
Właśnie dlatego zaczęłam chodzić do lasu. Spacerowałam jego ścieżkami zapuszczając się dość głęboko, aż te znikały. Kto by pomyślał że chęć odpoczynku od urbanizacji doprowadzi do tylu dziwnych spotkań i wydarzeń.
Znajomi z uczelni pewnie uznaliby mnie za wariatkę gdyby usłyszeli o tym wszystkim. 
Pamiętam ich reakcje gdy mnie poznali. Chani dopisywała do moich oczu niezwykłe historie o przeznaczeniu i niesamowitych przygodach jakie mnie w życiu czekają. Zabawne jak moja miłośniczka mistycyzmu blisko prawdy była. 
Wydawała mi się wtedy dość dziwna, ale teraz gdy wszyscy są daleko i nawet nie pamiętają o moim istnieniu, doceniam jej humor i ogromną wiedzę jaką mogła się pochwalić.
Chyba przydałby mi się tu teraz ktoś taki jak ona. Nie znałyśmy się długo, ale zawsze mogłam na nią liczyć. Uważnie słuchała moich rozterek i potrafiła udzielać rad. 
Poza nią było również rodzeństwo, bliźniaki. Rodzice chyba mieli duże poczucie humoru ponieważ jej dali na imię Viktoria, a jemu Viktor. Ten duet był niesamowity. Swoim zżyciem przypominali trochę Nevrę i Karenn - jeden za drugiego skoczył by w ogień. To w nich uwielbiałam.
Viki była zawziętą fanką Guns N' Roses, ale nie tylko - słuchała wiele zespołów grających podobną muzykę. Potrafiła grać na gitarze i nieźle śpiewać. Swoje włosy farbowała na czerwono, nigdy nie widziałam ich w naturalnym wydaniu. Na pierwszy rzut oka mogła się wydawać szalona i nieprzystępna, ale w rzeczywistości była niesamowitą osobą o ciepłym sercu.
Poznałam ją przypadkiem. Jej brat i ja pracowaliśmy w tym samym miejscu -dorabiałam w księgarni przez jakiś czas, nie chciałam ciągnąć od rodziców pieniędzy na swoje zbędne rzeczy, typowe drobiazgi młodych ludzi. Viktor pracował tam już trochę wcześniej. Był dobrze zbudowanym czarnowłosym chłopakiem o mrocznych oczach, to go łączyło z siostrą. Z ich spojrzenia czasem nie można było nic wyczytać, zupełnie jak z..
Nie!
W przeciwieństwie do tego, którego imienia nie będę wymawiać, on był sympatyczny i wesoły. W przeciwieństwie do swojej siostry uwielbiał teatr, książki, tak zwaną kulturę wysoką. Podobał mi się, nie ukrywam. Miał coś przyciągającego. I to właśnie na pierwszej randce wparowała jego siostra.
Udaliśmy się do kina. Pech chciał, że Viki była w tym samym miejscu i w tym samym czasie. Zaczęła go ściskać i cmokać, byłam w szoku. W pierwszej chwili myślałam, że to jego dziewczyna. Nie miałam doświadczenia w związkach, więc wyobrażałam sobie w tej chwili wiele.
Dopiero po dłuższej chwili mi wszystko wytłumaczyli. Takiego początku przyjaźni się nie spodziewałam. 
Stworzyliśmy grupę różnych indywiduów, dobrze się razem bawiliśmy i spędzaliśmy wspólnie czas. Oni, tak oryginalni, a ja.. No cóż, poza wyglądem nie było we mnie nic specjalnego.
Jedynaczka wpadająca czasem w konflikty z rodzicami, ale ostatecznie idąca tą samą drogą co oni. Mój ojciec prowadził dużą firmę zajmującą się sprzedającą auta. Nie były to tanie egzemplarze, celował raczej w większe kieszenie. Dzięki jego sukcesom nie musieliśmy się martwić o pieniądze, a moja mama mogła spokojnie siedzieć w domu i mnie ''wychowywać''.
Nie musiała tego w pewnym momencie robić, ale najwyraźniej przywykła do wygody i nigdy nie poszła do pracy.
Ja natomiast poszłam w kierunku reklamy, skoro miałam przejąć interes to lepiej wiedzieć jak dobrze sprzedać produkt - chociaż nie bardzo mnie to interesowało. Ciągło mnie ciągle do innych rzeczy, ale nigdy w tamtą stronę.

Wyrwało mi się ciężkie westchnienie i upadłam tyłkiem na łóżko zerkając na drugą książkę - przewodnik po tutejszej roślinności. Pewnie wypada go trochę zaktualizować, ale kto wie - może jest przydatny.
Nie wiem skąd nagle przypływ tych wspomnień. Wcześniej chyba nawet nie miałam czasu o tym rozmyślać, tyle się działo i to w tak zawrotnym tempie. Byłam zmuszona szybko się dostosować i wszystko zaakceptować. Może zwyczajnie muszę to przetrawić na nowo.

Upadłam na plecy i przymknęłam oczy.
Przez te kilka dni codziennie słyszałam, jak ktoś próbuje się do mnie dostać. Kilka razy była to Ewelein, innym razem Karenn a nawet Chrome. Żadnego z nich nie wpuściłam. Przekręciłam klucz w zamku i odcinałam się od świata. Gdy przytrafił się naprawdę duży natręt brałam książkę i zaczynałam czytać, wszystko byle zignorować dźwięk pukania w drewniane drzwi.

Tydzień w zamknięciu zaczął mi się dawać we znaki. Ciśnienie trochę opadło, książki przeczytałam. Nie mogłam tu już dłużej siedzieć. Zebrałam się, ubrałam ciemne spodnie i luźną bluzkę na długi rękaw z lekkim wycięciem w dekolcie, i opuściłam pokój.
Rozejrzałam się, trochę mnie w środku skręcało ze stresu. Dawno nie chodziłam swobodnie po tych korytarzach. Zaraz jak się przebudziłam nie miałam kiedy, ciągle jakieś nowe informacje, szokujące spotkania.
Moje życie tutaj dopiero się zaczyna, od nowa.

Pierwsze co zrobiłam to ruszyłam do biblioteki i odłożyłam książki na miejsce. Czułam na sobie ciekawskie spojrzenia - pewnie o mojej kłótni z Huang Hua słyszeli wszyscy. Starałam się to jednak ignorować i ruszyłam ku wyjściu.
Pech chciał, że go zobaczyłam. Stał na dole, po środku holu i rozmawiał z wyraźnie zadowolonym Mathieu. Ten drugi musiał go bardzo lubić, szeroko się uśmiechał i opowiadał coś nie szczędząc przy tym rozległej gestykulacji.
Zrobiło mi się nie dobrze. 
Nie mogłam zejść i ich minąć, na pewno by mnie zauważyli, a nie byłam gotowa na konfrontację z Lancem. 

Cofnęłam się parę kroków do ściany, miałam nadzieję, że mnie nie widzieli. Nie słyszałam o czym mówią, nie interesowało mnie też to zbytnio. Idąc tyłem wróciłam do biblioteki.
Nagle poczułam jak o coś uderzam. Coś miękkiego, ciepłego.. Natychmiast się odwróciłam.
- P-Przepraszam.. - wydukałam widząc przed sobą wampira. Wyglądał na nieco zaskoczonego, że mnie widzi. Cofnęłam się o krok i odgarnęłam włosy za ucho. Twarz Nevry znów stała się zimna.
- Postanowiłaś wyjść z nory i się na coś przydać?  - patrzył na mnie tym swoim jednym okiem. Czułam jak po moim ciele przechodzi nieprzyjemny dreszcz, zupełnie niepodobny do tych które kiedyś czułam w jego obecności. 
Przetrawiłam to. Ja i Nevra to koniec.
Nasz związek trwał jakieś dwa, może trzy miesiące, a i tak powstał w czasie niepokoju. Może po prostu oboje potrzebowaliśmy czyjejś bliskości, może to był sposób na radzenie sobie z traumą.
Nie jestem psychologiem, nie znam się na bólu duszy, ale jestem w stanie przyjąć taki scenariusz. Rozumiem też teraz lepiej Nevrę. Poszedł dalej, korzysta z życia. Nie mam mu tego za złe. Nie mogę jednak tak łatwo tego zapomnieć.
Był moim pierwszym mężczyzną.
Tak. 
Na Ziemi miałam jakieś związki, ale nie trwały długo i żaden nie był poważny. Zapowiadał się taki z Viktorem, ale wylądowałam tutaj.
Nie protestowałam by do tego doszło, chciałam tego. Dopiero teraz zaczynam żałować. Życie zafundowało mi bardzo zimny prysznic, byłam jedną z przelotnych panienek Nevry.
Spojrzałam na niego i lekko przytaknęłam głową.
- Trzeba w końcu zaczerpnąć świeżego powietrza - próbowałam się uśmiechnąć. Chyba nie wyszło. Wampir tylko coś mruknął i mnie minął. Zatrzymał się kilka kroków i usłyszałam jego głos.
- Huang Hua prosiła żebyś do niej przyszła gdy będziesz gotowa - oznajmił i się oddalił. Zostałam sama z nieprzyjemnym uczuciem w brzuchu. Jęknęłam i oparłam czoło o ścianę. Tylko tego mi brakowało, kolejnej sprzeczki z przełożoną.

Jak tylko Nevra odszedł ruszyłam w stronę sali obrad. Zupełnie zapomniałam przed kim się chowałam, ale na szczęście gdy przechodziłam nikogo nie było już na środku holu. Lance zniknął, mogłam odetchnąć z ulgą, przynajmniej w tamtym momencie.

Podeszłam do drzwi i zapukałam. Nie czekałam na to aż ktoś zaprosi mnie do środka, powoli przekroczyłam próg. Fenghuang siedziała przy stole, a obok niej znajdowały się stosy dokumentów. Gdy usłyszała, że się zbliżam podniosła wzrok.
- Podobno chciałaś się ze mną widzieć - stanęłam w pobliżu. Zaczęła mnie mierzyć wzrokiem. Czekała na coś? Jeśli liczyła na przeprosiny to się zawiedzie, to ona powinna mnie przeprosić. Nie chcę być traktowana jak dziecko. Jestem dorosła, uratowałam wam wszystkim życie i należy mi się szacunek.
Chwyciłam swoje ręce za plecami i wyprostowałam się dumnie. Nie bałam się również patrzeć prosto na nią. Chyba zrozumiała. Wzdychając ciężko kazała mi usiąść.
Zajęłam miejsce i czekałam aż zacznie, nie trwało to długo. Od razu przeszła do rzeczy.
- Mam nadzieję, że lepiej się czujesz - jej głos był łagodny, próbowała mi pokazać swoją troskę. Nie miałam jednak czasu by jej odpowiedzieć, mówiła dalej. - Wiem, że jesteś na mnie wściekła, i całkowicie to rozumiem. Proszę jednak byś mnie zrozumiała i nie skreślała obecności Lance'a już na samym początku. Zmienił się i chciałabym abyś również to zauważyła. Dlatego mam do ciebie ogromną prośbę. Daj mu szansę - położyła swoją ciepłą dłoń na mojej. Wzdrygnęłam się. Mam dać szansę mordercy? Czego ona ode mnie oczekuje? - Nie chcę abyście od razu zostawali przyjaciółmi. Pragnę tylko abyście byli w stanie współpracować , i aby żadne nie podkładało drugiemu kłód pod nogi. Mam nadzieję, że jesteś w stanie zachowywać się odpowiedzialnie. Nie tylko dla ciebie jest to problem. Chrome i Nevra również zgłaszali swoje sprzeciwy gdy ogłosiłam decyzję o jego uwolnieniu i przyjęcie do straży. Zaakceptowali to jednak i sprawnie im wychodzą wspólne działania. Nie wiem jakie są między nimi relacje, nie wnikam w to, ale jestem pewna że pomimo całego żalu jaki do niego mają wiedzą że jest cennym nabytkiem. Chciałabym abyś również to zauważyła. - Cały czas mówiła spokojnie, a jej dłoń po prostu spoczywała na mojej. Z każdym jej słowem czułam jakby kolejne ostrze wbijało mi się w serce. Prosiła o wiele.
- Wybacz Huang Hua, ale nie wiem czy będę w stanie. Przez niego męczą mnie koszmary, nie będę mogła normalnie funkcjonować w jego obecności - mój głos się łamał. Starałam się trzymać. Nie chciałam znowu się rozpłakać.
- Rozumiem. Nie będę cię popędzać. Lance również dostał rozkazy by unikać twojej osoby. Dostaniesz jeszcze trochę czasu. Jednak jeśli chodzi o misje to nie mogę niczego obiecać. Ty musisz wrócić do formy, a on jest dowódcą Obsydianu i wasze spotkania mogą być czasem nieuniknione - lekko ścisnęła moją dłoń. Miała rację, ale tylko małą. - I jest jeszcze jedna rzecz.. - westchnęła ciężko. Czułam, że szykuje się jakiś duży pocisk artyleryjski. Jej mina zrzedła, puściła mnie i odwróciła wzrok. - Chciałabym aby Lance zajął się swoim treningiem.
Momentalnie zrobiło mi się słabo. Czułam jak moje płuca zaczynają protestować i przestało im się podobać oddychanie. Zaczęłam kręcić głową i odskoczyłam od fenghuang. Nie mogła mi tego zrobić, nie mogła na mnie tego sprowadzić. Błagam powiedzcie, że to nie prawda.
- P-Powiedz, że żartujesz.. - wydukałam nie spuszczając z niej wzroku. Popatrzyła na mnie chwilę i pokręciła głową. 
- Nie wiem jak z twoimi mocami, ale jestem pewna że twoja szermierka nie jest na dobrym poziomie. Od siedmiu lat nie walczyłaś, musisz wrócić do formy, a Lance to najlepszy wojownik w straży - podniosła się i próbowała do mnie zbliżyć. Zaczęłam się cofać, nie chciałam by mnie dotykała. Nie widziałam w niej już sojusznika.
- Przecież mogę trenować z każdym. Dlaczego akurat on? Jest Karenn, Chrome.. Jestem pewna, że by się zgodzili - zaciskałam pięści. Czułam się coraz gorzej.
- Wiem, że to twoi przyjaciele. Rozumiem też twój punkt widzenia, ale są sprawy na które nie mamy wpływu - wracała na swoje miejsce przy stole. - Rozmawiałam z Leiftanem.  Postanowił trzymać się z daleka od wszelkiej walki. Nie ma zamiaru używać też swoich mocy, dlatego nie ma kto przeszkolić cię jak ich używać - usiadła i wróciła do mnie wzrokiem. Kolejny cios w serce. Aengel taki jak ja nie był skory do pomocy. Nie chciał mnie uczyć. Wspaniale. Nic tylko skakać ze szczęścia! 
Z tego wszystkiego zachwiałam się i szybko chwyciłam krzesła. Musiałam mieć jakąś podpórkę. Moja rozmówczyni zaraz chciała mi pomóc, ale wystawiłam rękę. Nie chciałam by się zbliżała.
- A jeśli go namówię?- odezwałam się bardziej do siebie niż do niej, mój wzrok był skierowany w ziemię. - Jeśli przekonam Leiftana by mnie trenował.. Czy walkę wręcz będę mogła ćwiczyć z kimś innym? - Moje dłonie automatycznie zacisnęły się na krześle, które pomagało mi utrzymać równowagę.
 - Tak. Jeśli go przekonasz pozwolę ci trenować z kim tylko będziesz chciała.  - Ciężar spadł mi z serca, oddech wrócił do równowagi. Spojrzałam na Huang Hua. - Tylko nie rób sobie zbędnych nadziei. Wyraził się dość jasno, ale może ci się uda. Jeśli nie, wiesz co cię czeka. Tylko Lance jest w stanie obudzić twój potencjał i nauczyć wielu przydatnych rzeczy. Ma największą wiedzę z nas wszystkich. Doskonale o tym wiesz.. 

Wiedziałam. Wiem to wszystko doskonale. Miałam już okazję się nawet o tym przekonać.

Wylądowałam w ciemnej celi. Przerażona i zdezorientowana. Co to za stwory? O co tyle krzyku? Dlaczego potraktowali mnie jak bandytę? 

Miliony myśli kołatały mi się w głowie. Nic z tego nie rozumiałam. Cała się trzęsłam a moje ramię ciągle pulsowało. Ten wysoki paskuda złapał mnie strasznie mocno - siniak gwarantowany.
Oparłam się plecami o zimne pręty mojego więzienia i przymknęłam oczy. 
Pojedyncza łza spłynęła po moim poliku.
Nie chcę płakać. Nie mogę płakać. To tylko zły sen i zaraz się obudzę.
Pewnie spadła mi na głowę gałąź w lesie czy coś i zaraz wszystko wróci do normy.

Uszczypnęłam się kilka razy w ramię. Oczy ciągle miałam zamknięte, a gdy je otworzyłam ciągle widziałam to ciemne pomieszczenie z wiszącymi nad wodą latkami. 
Nie podziałało.

Zaczęłam panikować i modląc się w duchu szczypałam coraz mocniej.

Nagle usłyszałam ciche prychnięcie i brzdęk kluczy.

Podniosłam wzrok i zobaczyłam zamaskowanego mężczyznę w czarnej zbroi.
Chyba na mnie spojrzał, bo przyłożył palec do ust.
Miałam być cicho.
Domyślam się, że nie jest jednym z chłopców na posyłki dziewczyny z ogonami. Sojusznik? 

Po krótkiej chwili szukania odpowiedniego klucza drzwi mojej klatki się otworzyły. Spojrzałam na niego z olbrzymią wdzięcznością. Nie rozumiałam co tu się dzieje, ale zdecydowanie lepiej być wolnym, prawda?

Nieznajomy wystawił w moim kierunku dłoń odzianą w rękawicę. Klatka była dość wysoko dlatego skorzystałam z jego pomocy przy jej opuszczaniu.
Oczywiście kim bym nie była gdybym się przy tym nie potknęła, ale  na szczęście zamaskowany ścisnął wtedy moją dłoń i nie pozwolił mi upaść.
Zapewne musiał patrzeć na mnie z politowaniem. Może dobrze, że nie widziałam wyrazu jego twarzy.

Szybko zabrał swoją dłoń i ciągle nie powiedziawszy nawet słowa wskazał na schody. Widocznie to było jedyne wyjście.
Krótko przytaknęłam i ruszyłam w ich stronę.
- Dziękuję.. - powiedziałam cicho zerkając za siebie, ale po mężczyźnie nie było już śladu.
Gdzie zniknął? Nie ukrywam, że chciałabym użyć podobnej sztuczki.

Karteczka mówiła jasno. Chcieli mnie pozbawić całej rodziny. 

Po tym jak myślałam, że w końcu będę mogła tu jakoś wytrzymać.. 

Ashkore ma rację - straż to banda kłamców i nic nie wartych gnid.

Po tym jak mnie uwolnił z więzienia miałam okazję go kilka razy spotkać. Zwykle milczał. Myślałam nawet, że może nie może mówić czy coś.

Raz dopadł mnie w trakcie nocnej przechadzki po ogrodzie. 
Nie mogłam wtedy spać. Dręczyły mnie jakieś koszmary, a nie miałam nikogo z kim mogłabym na ten temat porozmawiać.
Nikt by nie zrozumiał co czuję, o czym mówię.
Samotny spacer wśród zieleni to jedyne co mi pozostało.

Usiadłam na ławce pod wiśnią i skubałam koniec bluzki kiedy usłyszałam cichy dźwięk dzwoneczka. Natychmiast się podniosłam, a z ciemności wyjawił się kolega w masce. Zmierzyłam good stóp do głów, był wysoki - nawet bardzo, żeby się z nim zmierzyć musiała bym stanąć na czubkach palców u stóp, a by pewnie nie starczyło.
Nieznajomy ruszył w moją stronę. Nie bałam się. Nie było czego, przecież mi pomógł.

Stanął tuż przede mną, a ja nie odrywałam wzroku od jego maski. Wyglądała niezwykle, przypominała głowę jakiegoś zwierza, ale nie byłam w stanie odgadnąć co to może być. Może jakiś tutejszy gatunek.

Właśnie wtedy złapał mnie za podbródek i czułam, jak mi się przygląda. Nieco się spięłam. Był trochę za blisko, a jego chwyt nie należał do delikatnych.

Niestety to nie to było najboleśniejsze co mnie czekało.
Zamaskowany mężczyzna po dłuższej chwili oglądania mnie jak jakiegoś dziwnego eksponatu w muzeum w końcu się odezwał. Szeptem oznajmił, że straż mnie okłamuje i jest sposób abym mogła wrócić do domu. Nie miałam szans pytać o szczegóły. Uciekł i zniknął w ciemności.

Byłam wtedy  załamana. Wydarłam się na Miiko, i to niepotrzebnie. Był sposób, owszem, ale zbyt wysoką cenę musieliby za to zapłacić. Nie mogłam tego od nich wymagać.
Jednak dzisiaj.. 

Nie byłam w stu procentach pewna czy ta wiadomość została zostawiona od niego, ale jako jedyny wydawał się być po mojej stronie. Do tej pory tylko przemykał, nie zawsze coś do mnie miał. Czasem słyszałam po jego nocnej wizycie, jak straż szuka czegoś co zginęło. Słyszałam od nich historie o nim. Ukazywali go w nich jako potwora i złodzieja. Miałam mieszane uczucia, a gdy w końcu na niego wpadłam i chciałam o to zapytać on pokazał mi jakąś dziuplę, w której był fragment kryształu. Tego samego kryształu, który podobno on rozbił. Nie rozumiałam, też nie chciałam rozumieć. Byłam mu tylko wdzięczna.

Może to więc jego imię? W końcu postanowił nie pozostawać anonimowy bardziej niż był?
Przez chwilę miałam nadzieję, że nie ponieważ nigdy mnie nie okłamał. Nie mówił całej prawdy z tymi portalami, ale w przeciwieństwie do straży chociaż pomyślał żeby mnie o nich poinformować.

Co było w liście? 
W sumie to raczej  na małej karteczce, którą znalazłam po powrocie do pokoju. Byłam pomóc Ezarelowi w laboratorium, przygotowywaliśmy eliksir. Jak się okazuje był to napój mojej zguby.

Uważaj śliczna co pijesz.
Znowu cię okłamali, jak to gnidy.
Chcą byś straciła swoich przyjaciół i rodzinę - na zawsze.
Zrobią to wkrótce.
Twój rycerz w czarnej zbroi
Ashkore

                 

Jak mogłam nie być pewna o kogo chodzi? Zwyczajnie bałam się, że może ktoś nas gdzieś widział. Nikomu nie mówiłam o naszych spotkaniach. Chyba nie chciałam robić mu problemów.
Nie zasługiwał na nie.

Zaufałam mu, jak się okazało słusznie. Kolejny raz byłam mu wdzięczna.

Mocno wstrząsnęłam głową. Ta dziwna fala wspomnień o smoku..
Był moim sprzymierzeńcem gdy się tu zjawiłam. Przynajmniej tak mi się wydawało. Szkoda, że wtedy nie wiedziałam, jak wielkim potworem jest. Nie wahałabym się i krzyczała donośnie za każdym razem gdy go widziałam. Może uniknęlibyśmy tego wszystkiego, może na Memorii by nie..

Spoliczkowałam się. Tak, sprzedałam sobie liścia w obecności Huang Hua. Spojrzała na mnie jak na obłąkaną. Nie rozumiała. Trudno, ja tez jej nie rozumiem, ale nie wnikajmy w to.

Oznajmiłam jej, że jutro usłyszy dobre nowiny i uciekłam. Przekonam Leiftana. Nie będę skazana na obecność niebieskookiego, nie ma mowy.



Popularne