Stanęliśmy przy płocie i mnie wmurowało. Nie mogłam się ruszyć. Jedynie wpatrywałam się w słabe światło w jednym z okien - sypialnia dziadków. Pewnie babcia znowu coś czytała przed snem.
Wszystko było tu, dokładnie, tak jak zapamiętałam.
Urocza parterówka, z wyjściem na ogród. Nawet w ciemności dało się dostrzec liczne kwiaty i ozdobne krzewy, które tu rosły. Dalej rozciągało się sporych rozmiarów podwórko, po którym za dnia spacerowały kury, kociak, a nawet duży pies - Bruno.
W tej chwili panowała jednak cisza. Nie dochodziło do naszych uszu żadne gdakanie, czy szczekanie. Wszystko pogrążone wydawało się we śnie.
Spojrzałam na garaż i niewielkie budynki gospodarskie po prawej stronie. Jeśli tylko wejdziemy na posiadłość, albo przesuniemy się nieco w bok, złapie nas czujka i zapalą się lampy na całym podwórku. Doskonale damy znać o swojej obecności.
- Co powinniśmy zrobić? - Westchnęłam ciężko, kładąc dłoń na płocie.
- A mamy jakieś inne opcje? - Lance cały ten czas, spokojnie stał przy mnie. Byliśmy w tym miejscu już dobrych kilka minut, a on w żaden sposób nie skomentował mojego wahania.
- Moglibyśmy pójść do miasta, ale rzucamy się w oczy. Ciężko będzie też się stąd wydostać bez pieniędzy..
- Może powinniśmy wrócić nad ten staw i poszukać drogi powrotnej do Eldaryi?
- A był tam gdzieś portal? - Spojrzałam na niego.
Pokręcił głową, nieco się krzywiąc.
- Nie widziałem go. Jak się ocknąłem to zacząłem od razu wypływać.
- Jeśli tam zawrócimy i nic nie znajdziemy, to się tam w dzień nie schowamy. Niemal zawsze ktoś tam jest. Jeśli nie dzieciaki, które chcą zaznać kąpieli, to rybacy.. - przygryzłam wargę wracając wzrokiem do okna, w którym paliło się światło. Właśnie zgasło.
- Przepraszam, mogę w czymś pomóc? - Za plecami usłyszałam znajomy, męski głos. Momentalnie odwróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni. W moich oczach stanęły łzy, gdy rozpoznałam tą twarz. Oświetlało ją słabe światło latarki, ale nic nie mogłoby mnie zmylić.
- Dziadek.. - szepnęłam, a po moim poliku zaczęły spływać łzy. Nie byłam w stanie tego kontrolować.
Mężczyzna krótko poświecił po naszych twarzach, a na jego pojawiło się zdumienie.
- Na niebiosa.. - przyłożył drżącą dłoń do ust. - Anastazja?
Nim się zorientowałam, drżące ramiona staruszka mocno mnie przytulały. Sama natomiast będąc w szoku, nie wiedziałam w pierwszej chwili co robić. Nie tego się spodziewałam.
Ze łzami uciekającymi masowo z moich oczu objęłam mężczyznę wolną ręką i schowałam w nim swoją twarz.
Tak bardzo mi go brakowało. Naszych rozmów, lekcji, a przede wszystkim momentów, gdy brał mnie w ramiona pocieszając, że wszystko będzie dobrze. Nie ważne o czym mówiłam, nie ważne co się działo - zawsze to mówił, a słysząc z jego strony te słowa jakoś w nie wierzyłam. Może naiwnie, ale bliskość z nim i babcią, działała na mnie w ten sposób. A teraz znów czułam to ciepło, oraz zapach fajki którą wraz z panem Albertem lubił czasem popalać na ławce przy rynku.
Zajęło nam kilka dobrych minut, zanim odsunęliśmy się od siebie. Mężczyzna ciągle wielkimi oczami przyjrzał się mi, a następnie jego wzrok padł na mojego towarzysza, by znów powrócił do mnie.
- Wszyscy zaczynali brać nas za wariatów, a jednak ty naprawdę tu jesteś.. - dotknął mojego polika i delikatnie przejechał po nim kciukiem. - Co się stało? Gdzie ty byłaś dziewczyno?
- Nie wiem od czego zacząć. Jest tyle rzeczy, które mam wam do powiedzenia. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele działo się w ostatnim czasie - wysiliłam się na uśmiech ocierając swoją twarz.
Dziadek przytaknął i uniósł kąciki ust.
- Więc chodźmy. Babcia się ucieszy na twój widok.
W trójkę przekroczyliśmy furtkę i udaliśmy się do drzwi. Tak jak sądziłam, momentalnie zapaliły się lampy oświetlające całe podwórko. A niemal równo z nimi rozległo się doskonale znane mi szczekanie, gdzieś w środku domu.
Zdezorientowany Lance zatrzymał się i spojrzał na mnie.
- To tylko pies, taki tutejszy chowaniec - posłałam mu uspokajający uśmiech, a chwilę potem potężny owczarek berneński wybiegł na zewnątrz. Nawoływania staruszka na nic się nie zdały. Podbiegł do nas i zaczął obwąchiwać uważnie z każdej strony. Czułam jak dłoń smoka zaciska się na mojej. To była dla niego nowość, więc nic dziwnego, że nie wiedział czego się spodziewać.
Bruno po chwili jednak się uspokoił i stanął tuż przede mną.
- Rozpoznajesz mnie piesku? - Powoli wyciągnęłam dłoń w jego stronę. Niestety efekt nie był taki, jakiego oczekiwałam. Zwierzę się cofnęło cicho powarkując.
- Znasz go, szybko zacznie się przymilać - usłyszałam głos dziadka, który gestem ręki zaprosił nas do środka.
Z ciężkim westchnieniem przekroczyłam próg ich domu.
Wnętrza nie były dla mnie zaskoczeniem. Krótki korytarz, w którym znajdowała się szafa z lustrem na kurtki i buty. Idąc dalej, po prawej, znajdowała się przestronna kuchnia, a tuż naprzeciw niej duży salon połączony z jadalnią. Z niego było były drzwi prowadzące kolejno do sypialni, łazienki oraz małego gabineciku, czy też biblioteczki - każdy określał to pomieszczenie inaczej. Gdzie więc ja spałam, gdy tu przebywałam? Albo, co ważniejsze, gdzie podziewał się ten ukochany przeze mnie instrument? Wszystko po kolei..
Kiedyś mój pokój znajdował się na poddaszu. Nie było ono duże, ale wystarczające aby pomieścić łóżko, jakąś komodę i biurko. Dodatkowo miało swój klimat z tymi wszystkimi belami, czy oknami dachowymi. Wejście do niego znajdowało się przy gabinecie. Wystarczyło z sufitu rozciągnąć schody i można było wejść na górę.
Fortepian natomiast znajdował się w salonie. Przy dużym oknie, oraz wyjściu tarasowym. To on zawsze był w centrum uwagi i wszelkiej rozrywki, a nie znajdujący się w tym samym pomieszczeniu telewizor. W końcu, i tak instrument jest znacznie ciekawszy, prawda?
Można by powiedzieć, że czas w tym domu stał w miejscu. Meble nie były nowoczesne, większość pewnie nazwałaby je nawet starociami. One zwyczajnie stały tu od czasu gdy moi dziadkowie przenieśli się do tego domu. I nic tu nie zmieniali..
Ma to swój urok. Wszędzie nie może być tak samo, i wiać nudą.
- Siadajcie dzieciaki - z wędrowania wzrokiem po wnętrzach wyrwał mnie głos gospodarza. - Zrobię herbaty i wszystko mi opowiecie. Zawołam też Alice, inaczej by chodziła zła na mnie przez tydzień - krótko się roześmiał i popędził w stronę drzwi sypialni.
W tym samym czasie zaczęły się one otwierać i niemal zderzył się z małżonką.
- Czy możesz mi wyjaśnić co to za hałasy? Znowu będziecie w środku nocy, grali w brydża? - Do naszych uszu dotarł poddenerwowany głos mojej babci.
Owinięta w swój kwiecisty szlafrok przetarła oczy i spojrzała w głąb salonu. Wtedy dostrzegła, że nie o karty tu chodziło.
- Ludviku.. - złapała się męża, jakby zaraz miała stracić równowagę. - Czy to naprawdę ona? - Starała się szeptać, ale niezbyt jej to wyszło. Jej oczy, których kolor po niej odziedziczyłam, wpatrywały się w moją postać bardzo uważnie.
- Tak kochanie. Nasza wnuczka naprawdę żyje.. - czule ją objął i pocałował w głowę.
Pojedyncza łza przecięła polik kobiety. Jej twarz dotknięta czasem, nie zmieniła się za wiele od czasu gdy ostatni raz ją widziałam. Jej siwe włosy, pokryte złotą farbą ciągle sięgały ramion, a postura była drobna.
Ona i dziadek ciekawie się dobrali. Ona drobna, o bladej karnacji, jasnych włosach i niezwykłych oczach. On wysoki, ciemnowłosy, o tęczówkach przypominających szafiry, i nieco opalony. Mimo, że ich młodość przeminęła dawno temu, różnice dało się ciągle dostrzec. Wciąż się jednak kochali i wspierali, a ja nigdy nie mogłam się nadziwić. Byli wspaniałym przykładem.
- Nawet nie wiem, co mogę teraz powiedzieć - powoli się zbliżyli i kobieta wzięła moją twarz w dłonie. Widziałam wzruszenie na jej twarzy, oraz wahanie w oczach. Jakby nie była pewna, czy to aby na pewno dzieje się naprawdę.
- Jestem tu babciu - przytuliłam się do niej i mocno ścisnęłam ją swoją wolną ręką. To sklejenie ze smokiem zaczynało mi ciążyć.
♥
Usiedliśmy dopiero po kilku minutach. O ile dziadek dość sprawnie się pozbierał, tak babci zajęło to nieco więcej czasu. W końcu jednak mąż ją odsunął, chociaż nie było łatwo. Miała ochotę mnie ściskać i całować, bez ustanku.
Ocknęła się dopiero w momencie, gdy dziadek idąc do kuchni po herbatę zauważył ranę na ramieniu Lance'a. Natychmiast wtedy popędziła do łazienki i wróciła z apteczką.
Razem ze smokiem zajęliśmy kanapę, a ona wpakowała się tuż obok niego i zaczęła oglądać uszczerbek.
- W co ty się wpakowałaś Anastazjo? Czemu on ma kulę w ramieniu? - Spojrzała poważnie gdy rozpruła materiał i zaczęła przemywać ranę.
- Lance i ja mieliśmy dość ciężki dzień, ale wszystko wam opowiem. Obiecuję - zerknęłam na chłopaka, który cały czas milczał. Nie powiedział ani słowa odkąd weszliśmy do domu.
- Może zacznij od powiedzenia, kim jest ten młodzieniec? - Ludvik wrócił do pomieszczenia i na solidnym stole w drugiej części pomieszczenia postawił szklanki pełne ciepłego naparu.
- Przepraszam. Powinienem się szybciej przedstawić, ale nie chciałem zakłócać tej rodzinnej atmosfery - Obsydiańczyk zabrał głos i kolejno spojrzał po staruszkach. - Mam na imię Lance, i jestem znajomym Anastazji. Razem tu trafiliśmy po serii niefortunnych zdarzeń. - Z gracją ominął problematyczne zagadnienia, które w tej chwili mogłyby wywołać kolejną lawinę pytań ze strony emerytów.
- Znajomym? Dlatego nie możesz puścić dłoni mojej wnuczki? - Zapytała babcia i sprawnym ruchem wyciągnęła kulę, przez co lekko się skrzywił.
- To naprawdę skomplikowana historia - westchnęłam podnosząc nasze ręce i prostując palce. Smok zrobił to samo, a w paru delikatnych szarpnięciach pokazaliśmy, że zwyczajnie nie możemy ich od siebie oderwać.
- A tyle razy powtarzałem ci, żebyś nie bawiła się klejem - dziadek spróbował zażartować.
- Tym też się zajmiemy - dodała babcia i podniosła się. - Zrobiłam co mogłam. Gdyby coś zaczęło dziać się z tą raną, natychmiast powiedz. Chociaż może lepiej żebyśmy nie musieli iść z tym do szpitala..
Całą czwórką zasiedliśmy do stołu. Lance i ja po jednej stronie, a staruszkowie po drugiej. Prócz ciepłej herbaty pojawiły się na nim kanapki, ponieważ babcia uznała, że zapewne jesteśmy głodni skoro tak paskudnie wyglądamy. Za wiele się nie myliła, ale nie było czasu o tym myśleć.
Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy rozkoszując się smakiem świeżego chleba, sera, czy warzyw z tutejszego ogródka. Dodatkowo smokowi najwyraźniej zasmakowała herbata, o której dolewkę nie wahał się zapytać. I oczywiście ją dostał. Ponadto dziadek przyniósł dzbanuszek pełen zapasu, aby Lance spokojnie mógł dolewać, gdyby chciał.
W końcu jednak kanapki się skończyły, a atmosfera zagęściła.
- No dobrze, to teraz poważnie porozmawiajmy - zaczęła babcia. - Co się z tobą działo przez siedem lat, i dlaczego ludzie uznają nas za wariatów gdy o tobie wspominamy?
- Nie wiem. Powinniście o mnie dawno zapomnieć - westchnęłam podpierając głowę na ręce. Nasze sklejone dłonie natomiast leżały na stole. - Tam gdzie byłam, teoretycznie zadbano aby wymazać mnie z tego świata, aby wszyscy zapomnieli, że kiedykolwiek istniałam.
- To brzmi, jakbyś dołączyła do jakiejś sekty.
- A jeśli wam powiem całą prawdę, to uznacie, że zaczęłam ćpać jakieś świństwo i gadam od rzeczy - spojrzałam im kolejno w oczy. Cała ta sprawa z Eldaryą, magią i portalami naprawdę zabrzmi szalenie dla zwykłego człowieka.
- Najpierw powiedz, potem się przekonamy - Ludvik położył swoją dłoń na mojej i Lance'a i uśmiechnął się pokrzepiająco. I tak nie mam większego wyboru..
- I wtedy znaleźliśmy się na twoim ulubionym łowisku, dziadku. Kompletnie zdezorientowani, wykończeni i zdenerwowani. Koniec historii - odetchnęłam głęboko. Od dobrej godziny opowiadałam całą swoją historię związaną z Eldaryą. Jak tam trafiłam, jak zostałam przywitana i tak z grubsza co się działo, aż do teraz. Oczywiście ominęłam wszelkie sprawy sercowe, czy wszystkie te liczne momenty, gdy otarłam się o śmierć. Wolałam ich aż tak nie martwić. Wystarczyły ich przerażone miny, gdy wspomniałam o uwięzieniu w krysztale, albo o Lancie, który chciał nas wszystkich pozabijać. Rzucali mu wtedy niezadowolone spojrzenia, ale nie pozostawał cicho. Od czasu do czasu dodał coś do mojej opowieści, i bardzo starał się podkreślać, jak inną osobą jest teraz, niż był kiedyś.
Wiedzieli już niemal wszystko, od początku, aż do teraz.
Zamilkłam przyglądając się im uważnie. Gdybym miała wolną dłoń pewnie zaczęłabym wyginać palce, a skoro nie miałam, to ściskałam smoczą dłoń.
Staruszkowie zamiast coś powiedzieć, dłuższą chwilę przyglądali się naszej dwójce, aby potem rzucić sobie jakieś porozumiewawcze spojrzenie.
- Niesamowite, prawda Alice? - Dziadkowi zaszkliły się oczy i spojrzał z czułością na małżonkę. Ona, podobnie wzruszona wzięła jego dłoń w swoje ręce i uśmiechnęła się.
- Wszystkie te stare historie, które słyszeliśmy, właśnie okazały się prawdą.
- Do tego nasza wnuczka, zobaczyła to wspaniałe miejsce - wymieniali po cichu ze sobą zdania, by w końcu skupić swój wzrok na mnie.
- Czuję, że nasza rodzina jest bardziej poparana niż sądziłam.. - wyrwało mi się, na co staruszkowie zaczęli się cicho śmiać.
- Nie sądziliśmy, że mogłaś odziedziczyć te moc. Twój ojciec nigdy jej nie przejawił, więc sądziliśmy, że i w tobie jej nie ma - staruszka posłała mi lekki uśmiech.
- To znaczy, że wiecie o Eldaryi? Należycie do jej mieszkańców? - Lance odezwał się marszcząc brwi i uważnie przyglądając emerytom.
- Nigdy tam nie byliśmy - zaraz naprostował dziadek. - Słyszeliśmy o niej opowieści swoich przodków, którzy stamtąd pochodzili. Uciekli, osadzili się na Ziemi i zaczęli żyć między ludźmi, ukrywając swoją naturę.
- Zaczyna się wyjaśniać twoje pochodzenie, i być może związanie z kryształem - smok spojrzał na mnie krótko.
Czułam się coraz bardziej przytłoczona tymi wszystkimi informacjami. Skoro oni wiedzą o Eldaryi, i wspominali coś o mocach, to dlaczego ja nigdy nic o tym nie słyszałam.
- Czy ojciec wiedział? - Wtrąciłam się im w rozmowę. Lance próbował dowiedzieć się czegoś więcej na temat moich przodków, ale nie to mnie teraz interesowało. - To dlatego powstał ten konflikt? Poszło o Eldaryę?
- Można tak powiedzieć - westchnęła babcia. - Gdy był dzieckiem opowiadaliśmy mu te same historie, które my znaliśmy. Mówiliśmy, o tym jakie wspaniałe moce drzemią gdzieś w jego środku. Próbowaliśmy je w jakiś sposób uwolnić, ale nic z tego nie wychodziło. Z czasem zaczął dorastać, a nasze opowieści stały się dla niego jedynie dziecięcymi bajkami i marzeniami. Przestał wierzyć, że to może być prawda.
- A nie przestawaliśmy o tym mówić - dodał dziadek. - Ten temat często się przewijał, gdy jeszcze z nami mieszkał. Razem z twoją babcią lubiliśmy rozmawiać o tym, wyobrażać sobie, jak tam może być. To w końcu powinien być nasz dom.
- W pewnym momencie twój ojciec zaczął mieć nas dość. Uznał naszą dwójkę za wariatów i wyniósł się z domu. Strasznie ciężko było go przekonać, żebyśmy mogli poznać naszą wnuczkę - Alice pokręciła głową, a jej twarz przybrała bardzo smutny wyraz. - Musieliśmy przysięgać, że nie będziesz słyszała nigdy tych opowieści. Z czasem przywykliśmy, chociaż było ciężko. Cała nasza młodość skupiała się na poszukiwaniu drogi do tamtego świata.
- I nigdy wam się nie udało? - Dopytał Lance.
- Jedyne co mieliśmy to opowieści i kilka ksiąg, których nie jesteśmy w stanie odczytać.
- Jakich ksiąg? - Z zainteresowaniem poprawiłam się na krześle.
- Nie jesteśmy jedynymi na Ziemi, którzy mają eldaryjskie korzenie - babcia się uśmiechnęła. - Znamy jeszcze jedną rodzinę. Matka Bronki podobno była młoda, gdy opuściła Eldaryę. Przekazała je nam na krótko przed swoją śmiercią.
- Bronki? - Zrobiłam duże oczy. - Tej upierdliwej baby, której nikt nie lubi? I dlaczego to wy dostaliście te księgi, a nie jej córka?
- Nie zawsze taka była, Aniołku - dziadek się uśmiechnął. - W młodości była dobrą przyjaciółką. Zgorzkniała i zmieniła się, gdy w wypadku zginął jej mąż i jedyny syn. Od tego czasu jest jaka jest.
- To dalej nie tłumaczy tego podarku..
- A jeśli powiem, że to taka sama sceptyczka, jak twój ojciec? - Alice spojrzała na mnie poważnie. - Jej matka dożyła wspaniałego wieku, o którym większość ludzi mogłaby tylko pomarzyć. Bronia niestety nie chciała przyjąć tego do wiadomości. Żyła ludzkim życiem, z człowiekiem u boku. Kompletnie wyrzekła się tego co kiedyś działo się w jej rodzinie.
- To wygląda na bardzo rozwiniętą, i skomplikowaną historię - wtrącił Lance.
- I tak jest. Sądzę jednak, że na wyjaśnienia jeszcze będzie czas - staruszek spojrzał na zegar wiszący na ścianie. Było już strasznie późno. - Widzę wasze zmęczenie, chociaż bardzo staracie się nie ziewać. Lepiej będzie, jak wszyscy się położymy i dokończymy te rozmowę rano. Co wy na to?
- To wspaniały pomysł - babcia się zaraz podniosła. - Zaraz dam wam coś do spania, i wszyscy idziemy odpocząć.
♥
I poszliśmy. Chociaż ciężko mnie było do tego przekonać.
Myśli kołotały mi się w głowie, a echo słów staruszków nie chciało umilknąć.
Wszystko wydawało się tak nierealne.
Wiedzieli o Eldaryi. Mój ojciec prawdopodobnie też coś wie.
Wstrętna sąsiadka, jest najprawdopodobniej taka jak ja.
Przecież to czyste szaleństwo!
- Anastazja, wszystko w porządku? - Przed moją twarzą kilka razy przeleciała dłoń Lance'a. Spojrzałam na niego. Przyglądał mi się zmartwiony. - Nie wyglądasz za dobrze. Coś ci dolega?
- Nie. Przepraszam - pokręciłam głową. - Zamyśliłam się. To chyba za dużo wrażeń, jak na jeden dzień.
- Rozumiem, ale może będzie lepiej, gdy w końcu poprawisz tą koszulkę i pójdziemy się położyć - sugestywnie zerknął na dół.
Wtedy oprzytomniałam na dobre.
Nasze dłonie, ciągle były sklejone, a woleliśmy teraz nie kombinować z ich rozdzieleniem, dlatego dostaliśmy stare podkoszulki dziadka. Nie było szkoda przy nich rozciąć po ramiączku abyśmy mogli je włożyć na siebie.
Tak więc teraz staliśmy na środku łazienki. Lance w dresowych spodniach Ludvika i podkoszulku, a ja w spodenkach babci, które na szczęście miały sznurek i nie będą mi zjeżdżać. W przeciwieństwie do podkoszulka, który niestety co chwilę mi uciekał.
Skoro teraz mam problem, to wyobraźcie sobie, jak wyglądało przebieranie, albo próba chociaż delikatnego obmycia się.
Krótko to ujmując..
Jedno zaciskało oczy, podczas gdy drugie kombinowało i niesamowicie nim szarpało. Parę razy prawie się obaliliśmy, ale jakoś dało radę. Zapewne z boku musiało wyglądać to komicznie.
- Masz rację. Jeszcze będę miała czas się martwić - uniosłam kąciki i ruszyliśmy ku wyjściu. Staruszkowie byli już u siebie. Jedynie w salonie paliła się lampka aby nie było kompletnie ciemno.
- Gdzie się położymy? - Smok zerknął na mnie. - Jeśli dobrze zrozumiałam babcię, to na górze powinno być łóżko. Chociaż może być ciężko nam tak wejść - kiwnęłam na dłonie i powoli zaczęłam rozkładać schody. Tuż obok znajdował się pstryczek od światła, który włączyłam. Wtedy na górze dało się dostrzec wykończony pokój.
A już myślałam, że będzie tam pełno pajęczyn, ogólnie brud i smród.
- Wskakuj - Lance kucnął przede mną. - Wezmę cię na plecy i wejdziemy razem.
Czy wlazłam?
No wlazłam.
Pokracznie, bo pokracznie, ale znalazłam się na jego plecach i mocno zacisnęłam nogi. Skala niezręczności i tak nie mogła bardziej wzrosnąć, niż była dzisiejszego dnia.
Smok z przylepioną małpą do swojego grzbietu, całkiem sprawnie poradził sobie z wdrapaniem na górę. Gdy tylko zrobił kilka kroków do przodu i nie było zagrożenia, że zlecę w dół, ciągnąc go ze sobą, zeszłam.
Oboje rozejrzeliśmy się po pokoju. Ściany miały kolor grafitu, a na podłodze leżała szara, drewniana podłoga. Kolory może nie były zbyt radosne, ale za to najbardziej praktyczne w tym miejscu.
Po lewej od wejścia znajdowało się łóżko. Chociaż właściwie był to gruby i duży materac, położony na kilku paletach. Nad nim wisiały duże żarówki na dwóch sznurkach, które były ze sobą skrzyżowane. Po lewej stronie łóżka stała metalowa etażerka w kształcie kwadratowej klatki, a po prawej znajdowała się nie wielka komoda.
Nie było tu jednak ani moich rysunków, ani zdjęć czy plakatów. Miejsce biurka, które powinno znajdować się po prawej stronie od wejścia było zastąpione stosem kartonów i skrzynek. Zawartość składziku przy garażu, znajdowała się tutaj, a nad nią jarzyła niewielka żarówka, która oświetlała tamtą część poddasza.
Prócz sztucznego oświetlenia, za dnia dostarczały światła dwa spore okna, znajdujące się po obu stronach pomieszczenia. Zadowalający był fakt, że jedno z nich było niemal nad łóżkiem i przed snem mogłam podziwiać nocne niebo.
- Jest prawie tak, jak to pamiętam - uśmiechnęłam się przecierając polik, po którym spłynęła mi pojedyncza łza. - Tylko będziemy musieli się chyba zadowolić tylko tym kocem - zerknęłam na smoka nieco się krzywiąc.
Niestety na naszym łóżku nie było nic prócz starego koca ze wzorem zebry.
Położyliśmy się obok siebie, na wznak. Żeby koc okrył nas obu, nie oddalaliśmy się i byliśmy bardzo blisko. Chociaż smokowi i tak zabrakło materiału na stopy - chłop okazał się za wysoki.
Pomimo ogromnego zmęczenia, ciężko było zasnąć któremukolwiek z nas. Lance co chwilę się poprawiał, a to dawał dłoń za głowę, a to ją zabierał. Ja za to wędrowałam wzrokiem po całym pomieszczeniu co rusz odkrywając i zakrywając się kocem.
W końcu chyba żadne z nas nie wytrzymało i odwróciliśmy się na bok, twarzami do siebie.
On przyglądał się mi, ja jemu.
Milczeliśmy tak kilka długich sekund, patrząc sobie wzajemnie w oczy. Coraz bardziej zaczynałam lubić ten kolor, czy coś kiedyś o tym wspominałam? Nie? Chyba powinnam, bo zdecydowanie miał jedne z ładniejszych, jakie widziałam.
Stop!
Nie było tego.
Otrząśnij się Anastazjo!
Jeszcze tylko tego by brakowało..
Zacisnęłam gwałtownie oczy, wstrząsając nieco głową. Chciałam odpędzić te bzdurne myśli. Nie uszło to jednak uwadze mojego towarzysza.
- Nie myśl o tym. Poradzili sobie.. - szepnął. Jakie szczęście, że odczytał to w ten sposób. Gdyby zdawał sobie sprawę, musiałabym się chyba zapaść pod ziemię.
Odetchnęłam krótko i spojrzałam na niego, wysilając się na delikatny uśmiech.
- Wiem, że łatwo by się nie dali. Nie jestem jednak w stanie przestać wyobrażać sobie różnych czarnych scenariuszy. Do tego to co niedawno słyszeliśmy..
- Rozumiem. Jutro wszystko okaże się pewnie łatwiejsze. Spokojnie porozmawiacie, i nie będzie już żadnych niejasności..
- Pewnie masz rację - odruchowo dałam obie dłonie pod swój policzek. Zupełnie zapominając o przyklejonej smoczej dłoni. Natychmiast zaczęłam ją cofać, ale pokręcił głową.
- Jeśli ci tak wygodniej, to mi to nie przeszkadza..
_____________________
W ostatnim czasie miał premierę przedostatni odcinek Eldaryi, i jestem ciekawa waszych opinii na taką wizję końca tej przygody.
Osobiście jestem mocno zawiedziona, i boli fakt takiego macoszego traktowania, historii z ogromnym potencjałem. Mogli tu zrobić naprawdę wszystko, w końcu to fantastyka gdzie wiele jest możliwe. Zamiast tego lepiej barwny świat wrzucić z powrotem na zgniłą Ziemię i niech sobie radzą..
Jakie jest Wasze podejście?
Może ktoś ma jakieś inne spojrzenie na ten temat.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz