piątek, 9 czerwca 2023

40. Skleiło nas

 Strzały, huki i krzyki roznosiły się dookoła w przerażającym natłoku. Nie byłam w stanie przyswoić do końca tego co się działo. 

Lance oberwał, strażnik przy bramie podniósł alarm, a całe grupy strażników zaczęły się zbroić. Nasi przeciwnicy, zwykli, ziemscy ludzie, mieli jednak sporą przewagę -  postęp techniczny. 
- Huang Hua! - dostrzegając fenghuang natychmiast ruszyłam w jej stronę. Razem ze mną był Lance, który kompletnie zignorował spływającą po jego ramieniu krew i co chwilę rzucał jakieś polecenia mijanym strażnikom. 
- Co tu się dzieje? Co to za natarcie? - Patrzyła na nas wyraźnie przestraszona tym co się dzieje.
- Wygląda na to, że ludzie wyszli z lasu i nie mają ochoty na pogaduszki - mruknął smok. Liderka spojrzała na niego, a następnie na jego ranę.
- To ich dzieło? 
- Później się tym zajmiemy. Trzeba wznieść barierę wokół całej Kwatery. Nikt nie powinien móc wyjść, ani wejść - mówił pewny siebie. Zdawał sobie sprawę z zagrożenia idealnie. 
- Rozstaw ludzi. Każda pomoc się przyda - rozkazała, na co ten przytaknął i zostawił nas. - Chodź ze mną - rzuciła mi krótkie spojrzenie i obie ruszyłyśmy w stronę murów. 

Po chwili Huang Hua stała naprzeciw bramy, po jej lewej stronie była Koori, a po prawej ja. Wzdłuż całego muru, co kilka kroków stało wielu innych strażników. Naszym celem było przede wszystkim zabezpieczyć to miejsce, potem możemy pomyśleć o kontrataku. 
Fenghuang zaczęła recytować inkantację, którą za nią powtarzało kilka osób. Sama wolałam się od tego wstrzymać. Przekręcenie najmniejszego słowa, mogłoby nas trochę kosztować. Zamiast rzucać zaklęcie, zaczekałam aż cienka powłoka pojawi się przed moimi oczami, aby po chwili przekazywać jej swoją energię. Stopniowo, z wyczuciem. 
- Czekajcie! Stop!  - nagle do naszych uszu dobiegł spanikowany krzyk kobiety. - Na plaży zostały dzieciaki z nauczycielem! Nie można ich tak zostawić! - Na jej twarzy malowało się przerażenie, a po policzkach spływały ogromne łzy. - Błagam, nie zostawiajcie ich tam.
Kobieta upadła na kolana, a sekundę później tarcza zatrzeszczała. Zerkając w niebo dostrzegłam Lance'a w swojej smoczej formie. W tej samej chwili ostrzał ze strony wroga nasilił się. 
Czy on zwariował?!

- Anastazja, wracaj tu! - słyszałam za sobą, ale w tej chwili mnie to nie interesowało. Nie po tym co zobaczyłam. 
Wiedziałam, że to nie może się skończyć dobrze.  Bohatera mu się chciało zgrywać. Cholera!
Dureń ledwo wyleciał, a przed nim wybuchła chmura ciemnego dymu. Widziałam, jak przez chwilę traci panowanie i zaczyna spadać. Przez wysokie mury nie dostrzegłam jednak, czy udało mu się je odzyskać i bezpiecznie wylądować. 
W tym momencie nie myślałam. Po prostu ruszyłam przed siebie, a gdy tylko przekroczyłam mur, tarcza zatrzeszczała od pocisków, które już nie były w stanie przelecieć na drugą stronę. 
Tak czy siak nie miałam możliwości powrotu. 

Działaj instynktownie, Ana. Głupio by było teraz zginąć, po tym, jak z nie jasnych powodów ruszyłaś za tym smokiem w pościg. Co ci odbiło dziewczyno?!

Bez większego problemu w moich dłoniach pojawiło się światło, a wokół mnie powstała osłona. 
Błagam, wytrzymaj i nie daj mnie trafić - to najgłupsza z myśli, która teraz mogła mi przyjść do głowy. Niestety była najbardziej realistyczną. 
Biegłam przez zarośla, raz po raz odbijając od siebie pociski. W końcu jednak gwarant mojego bezpieczeństwa roztrzaskał się na kawałeczki, niczym zbita szyba. 
Myślałam, że już po mnie.
Wtedy od strony Kwatery zaczął lecieć ostrzał. Płonące strzały i różnego rodzaju bomby leciały wprost na naszych przeciwników. 
Coś mi się jednak udało. Odwróciłam trochę ich uwagę, przez co teraz musieli się cofnąć. 

Odetchnęłam nieco i przyśpieszyłam. 
Droga do kamiennych schodów nie była zbyt dobrym wyborem. Będę musiała zeskoczyć i się nie połamać. Czy to możliwe?  Nie sądzę.

Dotarłam do skarpy i spojrzałam w dół. 
Udało mu się. 
Stał tam w swojej smoczej formie, a będący z dziećmi nauczyciel ładował je po kolei na jego grzbiet. 
I po co biegłaś, kretynko? Tylko wywołałaś niepotrzebne zamieszanie!
Ganiłam siebie w myślach. 
Wtedy dostrzegłam, że Straż zaczyna kontratak na poważnie. Kilka jednostek zostało przepuszczonych na zewnątrz, a kolejna grupa ruszyła w naszą stronę. 

Zaczęłam rzucać kulami energii we wrogich żołnierzy, aby ich powalić. Śmierć nie jest czymś, co byłoby dobre, dla żadnej ze stron. 
Raz po raz, wyrzucałam pociski, a wiatr zakrył mi twarz moimi własnymi włosami. A było je rano związać.. 
Odgarniając na szybko grzywę do tyłu, dostrzegłam, że winowajcą podmuchu był Lance. Wzbił się w powietrze i przeleciał tuż nad moją głową. W jego ruchach było coś jednak nie w porządku. Wylądował tak szybko, jak się wzbił, a jedno z jego skrzydeł było jakby sztywne. 

Natychmiast dołączyłam do grupy, która otoczyła smoka. 
Dzieci nawet nie miały kiedy zejść z jego grzbietu, ponieważ przybrał swoją ludzką formę i wylądowały na ziemi. Jego rana wydawała się teraz jeszcze większa, niż była chwilę temu.
- Nie marnujcie czasu! - wolną dłonią zacisnął krwawiące miejsce i rozejrzał się dookoła. - Musimy przejść za mur. Osłaniajcie siebie wzajemnie. 
Nikt nie dyskutował. Każdy rozumiał powagę sytuacji. 
Sama stanęłam obok smoka. 
- Myślisz, że w takim stanie dasz radę kogokolwiek odeprzeć? - kiwnęłam znacząco na jego ramię. 
- Może nie za bardzo nadaję się do latania, ale ciągle jestem smokiem - puścił mi oczko i wyciągnął swój miecz. Na jego skórze pojawiło się również kilka łusek, a oczy nabrały dzikszego wyrazu. 
- No dobra, Jaszczurko - uśmiechnęłam się pod nosem.
Nasza grupa zaczęła się przemieszczać powoli w stronę Kwatery. Co jakiś czas, ktoś z nas zaatakował celującego w nas wroga. Czy to będąca obok mnie dziewczyna z bombami, czy to Lance swoim płomieniem, a nawet ja moimi świecącymi kulami. 
Wszystko szło w jak najlepszym porządku. 

- Mają wyrzutnie rakiet! Uciekajcie! - Krzyk, będącego na murach, Mathieu będzie jeszcze długo odbijał się w mojej głowie. 
Nie minęło od niego nawet dziesięć sekund, gdy dookoła dało się słyszeć liczne wybuchy. Siła rażenia była ogromna. Żaden z nas nie miał w tej chwili przeciwko tej broni szans. 
Cała nasza, ledwie namiastka, armii zaczęła się cofać. Zwyczajnie uciekać w popłochu. 
Dzieci za moimi plecami coraz bardziej panikowały, podobnie dorośli, którzy nam towarzyszyli i teoretycznie należeli do tej samej grupy ratowniczej. 
Sytuacja była tragiczna. 

Spojrzałam krótko przez ramię. Płynące łzy po polikach tych maluchów zaczęły na mnie źle wpływać. I nie, nie rozczulałam się. Miałam w tej chwili ochotę zmieść, wszystkich naszych napastników z powierzchni ziemi. Byłam najzwyczajniej w świecie wściekła. 
Nie myślałam. Zrobiłam kilka kroków do przodu, a na wysokości łopatek poczułam przyjemne ciepło. Wiedziałam co to znaczy, już poznałam kiedyś to uczucie. 
Zaczęłam wzbijać się w powietrze, gdy poczułam chwyt za kostkę. Spoglądając w dół dostrzegłam poważny wzrok Lance'a. 
- Chyba nie myślisz, że dam ci tak samej ryzykować? 
- Możesz mieć inną wizję, ale w tej chwili coś innego jest ważniejsze - zaczęłam wyszarpywać swoją nogę. Nie interesowały mnie teraz kwestie mojego bezpieczeństwa. Trzeba przerwać tą niszczycielską nawałnicę. 
- Jak ci się coś stanie.. - jego ton złagodniał, a ja westchnęłam ciężko. 
- Możesz mnie osłaniać z dołu, albo odprowadzić resztę do bramy. Nie zatrzymuj mnie jednak - rzuciłam oddalając się. Jego uścisk odczuwalnie zelżał, co nie było już takie trudne. 
Chwilę później byłam już wysoko na niebie i celowałam w żołnierzy posiadających przy sobie wyrzutnie. 

Zmotywowana, działałam bez większego skupienia na tym co robię. Zupełnie jakby moje instynkty kierowały każdym moim ruchem. Jakbym tak dobrze opanowała swoje moce, że wszystko już powinno mi przychodzić bez większego problemu.
Wiem jednak, że to nie prawda. 
Ciągle ciążyła na mnie masa ograniczeń. I gdyby nie pewien Obsydiańczyk, pewnie boleśnie bym to odczuła wkrótce po trafieniu kilkoro ludzi.

Poczułam się nagle łapana w szpony i zabierana w kompletnie inną stronę niż sama chciałam się kierować. Gdy dotarło do mnie co się dzieje, dostrzegłam nad sobą smoczą formę Lance'a, a tam gdzie przed chwilą byłam, potężną chmurę dymu. 
Jednak tak szybko, jak mnie złapał, tak i puścił. Wyraźnie widziałam, że z jego skrzydłem nie było najlepiej. Mimo wyraźnego dyskomfortu, jaki musiał czuć, utrzymywał się w powietrzu. Całym swoim wielkim cielskiem znalazł się za mną i splunął ogniem zagradzając przejście większej części napastników. 
Wspólnie staraliśmy się ochronić mieszkańców Kwatery. 

- Wszyscy są bezpieczni! Powinniśmy się stąd ewakuować! - Krzyknęłam zadowolona, że te słowa, w końcu mogą wybrzmieć. Teraz nasza kolej. 
Lance od razu chwycił mnie w swoje szpony, a moje skrzydła zniknęły. Nie musiałam długo czekać, okropne zmęczenie dopadło mnie niemal w tym samym czasie. Czułam się wyciśnięta z energii do ostatniej kropli. Teraz mogłam polegać jedynie na nim.

Czułam, że spadamy. Nie byłam jednak do końca określić dlaczego, ani gdzie wylądujemy, i czy uda nam się wyjść z tego cało.
Już mieliśmy przelatywać przez barierę, gdy poczułam, jak Lance całkowicie chowa mnie w swoich skrzydłach. Z jego gardła wydobył się okropny skrzek, i jakby nami wstrząsnęło. Coś stanowczo było nie tak.

Szkoda, że nie miałam pojęcia, jak bardzo.. 

Tonęliśmy, tego byłam pewna.
Nie do końca rozumiałam, co się dzieje. Widziałam jedynie, jak Lance przybiera swoją człowieczą formę. Był nieprzytomny, a oboje wpadliśmy prosto w wody otaczające Ziemie Eel.
Starałam się go złapać, ale kiepsko mi to wychodziło. Zmęczenie i ból, spowodowany uderzeniem o taflę morza nie pomagało. Ledwo udało mi się chwycić go za dłoń. 
Zaciskając tak mocno, jak tylko byłam w stanie, próbowałam się rozejrzeć, jakoś nas zahamować. 
Wtedy moim oczom ukazał się wrak, a my spadaliśmy prosto na niego. 
Nie był to jednak zwyczajny wrak.
Przecież to niemożliwe, by gdziekolwiek w Eldaryi budowali takie łodzie podwodne. Prawda? 

Nie wyglądała, na zbyt nowoczesną. Bardziej przypominała jakiś drugowojenny wrak, o którym wszyscy zapomnieli, a może nawet nikt nie wiedział. Porośnięty morską roślinnością, w wielu miejscach zniszczony i dziurawy, znajdował się teraz tutaj. 
Co tutaj robił? Nie mam pojęcia. Być może był jedną z anomalii na wzór ludzkich śmieci, czy budynków. 
Pewne było teraz tylko jedno. 
W jednej z dziur dostrzegłam portal, a ten właśnie wciągał naszą dwójkę. 

Ciemność. Dookoła panował mrok, wilgoć i zimno. 
Czułam jakby tysiące igieł, na raz przeszywało moje ciało.
Nie byłam w stanie oddychać. 
Pojawiające się przed oczami, kolorowe plamy, próbowały stworzyć jakiś obraz. Bezskutecznie. Całe zestawienie kolorów, ich proporcji i kształtów wydawało się w tej chwili idiotyczne. Bezcelowe. 

Poczułam ogromny ból w płucach. 
To był koniec. 
Łapczywie starałam się złapać powietrze. 
Na marne.

Jeszcze nie teraz - pomyślałam, a moje oczy oślepiło nagłe, przerażające światło. 
Czy to już koniec?
A chciałabym jeszcze tyle zrobić, tyle przeżyć.
Nie dane mi będzie w spokoju gdzieś osiąść, i zestarzeć się w towarzystwie osoby, którą pokocham? Co z Eldaryą? Taki mam mieć koniec?
Wolałabym inaczej..

- Ana! Anastazja! - Poczułam szarpanie, a do uszu dotarł dość agresywny ton. Daj mi spać natręcie. - Obudź się, błagam - osoba jakby się uspokoiła, a po policzku przejechało mi coś nieco szorstkiego. 
Co tu się dzieje? 

Powoli zaczęłam otwierać oczy. Wspomnienia dosłownie sprzed chwili wracały do mnie z prędkością światła. 
Przestraszona momentalnie zerwałam się do siadu, czego pożałowałam. Okropnie mną wtedy szarpnęło, a prawa dłoń zabolała jakby mi ją ktoś próbował urwać. 
Spojrzałam w jej stronę.
Obok mnie był Lance. Jednak wcale nie wyglądał dobrze. 
Jego prawe ramię było zakrwawione, twarz blada, a wzrok mocno zdezorientowany. Do tego oboje byliśmy mokrzy. 
- Co się stało? Gdzie my jesteśmy? - Odezwałam się, ale mój głos przypominał skrzek. Musiałam odchrząknąć kilka razy, aby znów brzmieć normalnie.  - Dopiero co spadaliśmy. I ta woda.. 
- Teraz mamy większy problem - kiwnął głową za siebie. Podążyłam tam wzrokiem i zamarłam. 
To nie była Eldarya. 

Dookoła nas roztaczała się zieleń, wielkie drzewa, krzewy, jakieś dzikie kwiaty. My natomiast byliśmy na brzegu stawu. Dookoła panował półmrok, grały świerszcze i rechotały żaby. Jedynym źródłem światła było powoli zachodzące słońce. 
- Chyba wiem, gdzie jesteśmy - szepnęłam i zaczęłam się powoli podnosić. Wtedy znów poczułam szarpnięcie w prawej dłoni. Spojrzałam prosto na nią. 
- Myślałem, że nigdy nie zauważysz - westchnął ciężko. - Nie mam pojęcia co się stało, ale nie mogę rozdzielić naszych dłoni. Jakby były ze sobą jakoś scalone. - Skrzywił się znacznie, patrząc na swoją lewą, a moją prawą dłoń, które były swoimi wewnętrznymi stronami, sklejone do siebie. 
- Jedyne wytłumaczenie, jakie mi przychodzi do głowy to portal - podniosłam rękę, i delikatnie spróbowałam zabrać ją od niego. Na próżno. - Gdy wpadliśmy do wody straciłeś przytomność. Spadałeś na dno szybciej, próbowałam cię złapać, ale nie wyszło to za dobrze. 
- Mówisz, że wpadliśmy tak do portalu? - Uniósł brew, i przeleciał wzrokiem po otoczeniu. 
- To najlogiczniejsze wytłumaczenie. A do tego, wydaje mi się, że wiem gdzie dokładnie jesteśmy.. 

Wyszliśmy z wody i usiedliśmy na trawie. Nie było to najlepsze i najprzyjemniejsze, co teraz się działo, patrząc na fakt, że skleiło nas i nie mieliśmy pełnej swobody ruchu. 
Nie było jednak czasu się tym teraz przejmować. 
Niemal zmusiłam smoka, aby dał mi spojrzeć na swoje ramię, w którym ciągle tkwiła kula. Warunki nie były najlepsze, dlatego wolałam poczekać z jej wyciągnięciem. Jeśli mnie pamięć nie myli, to łatwo znajdziemy pomoc, opatrunki, a może i nawet schronienie. 
Jedyne co mogłam zrobić, to zabezpieczyć teraz ranę przed czynnikami zewnętrznymi. Poświęciłam na to dobry kawał swojej koszulki, co mi nie pomaga w lepszym samopoczuciu. Teraz dosyć, że z Lancem za rączkę, to do tego cała upaprana, z odkrytym brzuchem, i mokra. Jeśli się nie rozchoruję to będzie cud. Niestety wieczory tutaj nie należą zwykle do tych cieplejszych.

- To gdzie idziemy? - Lance odezwał się pierwszy raz od dłuższej chwili. Do tej pory jedynie kiwał głową, rozglądał się na boki, a przy najmniejszym szmerze chciał wyciągać miecz. Wyglądałoby to nawet zabawnie, gdyby nie fakt, że byłam teraz trochę poddenerwowana. Do tego postanowił spleść nasze palce. Fakt, było tak trochę wygodniej, ale nie wiedziałam gdzie oczy podziać. Tak dziwnie i niezręcznie się już dawno nie czułam. 
- Do drogi - próbowałam na niego zerknąć, ale nie dałam rady. Mignęło mi tylko tyle, że również patrzył przed siebie, a wolną dłoń ciągle trzymał na broni. - Było tam drzewo, charakterystycznie rozwidlone przez piorun, które poznam nie ważne ile czasu minie. To na pewno staw, nad który chodziłam z dziadkiem na ryby. 
- Z dziadkiem? - Zatrzymał się, a więc i ja musiałam. Podniosłam na niego wzrok, a ten wpatrywał się we mnie uważnie. - Chcesz powiedzieć, że to jakieś twoje rodzinne strony? 
- Dokładnie tak - starałam się brzmieć pewnie. Ciężko mi jednak było ukrywać emocje, które z każdym kolejnym krokiem, coraz bardziej się we mnie kumulowały. 
Jeśli to faktycznie miejsca, które znam i zawsze tak uwielbiałam, to znaczy, że dom moich dziadków również tu będzie. Jeśli wciąż żyją, a ja ich przypadkiem zobaczę - co zrobię? Jak zareaguję? Przecież mnie nie pamiętają. Straż zadbała, abym zniknęła z ich umysłów. Czy to wytrzymam?
Nie będę ukrywać, że pomoc, którą moglibyśmy otrzymać, jako pierwsza przychodziła mi od nich. Byli wspaniałymi ludźmi i nie odmówiliby komuś w naszej sytuacji pomocy. 
O ile ich charakter nie uległ zmianie w jakiś sposób po moim zażyciu eliksiru. 
- Ana, wszystko w porządku? - Przed moją twarzą przeleciała dłoń smoka. Musiałam zamrugać kilka razy. Kompletnie zignorowałam otoczenie przez dłuższą chwilę. - Nie musisz się hamować. Domyślam się, co może ci teraz chodzić po głowie - starł z mojego policzka łzę, która nawet nie wiem kiedy się na nim pojawiła. - Pamiętaj, że nie jesteś tu sama. Razem przez to przebrniemy - uśmiechnął się lekko. - Nawet jeśli niekoniecznie będziesz tego chciała - podniósł nasze dłonie i puścił oczko.
Uśmiechnęłam się lekko i kiwnęłam głową. 
- Masz rację. Damy radę, cokolwiek będzie się działo. 

- Myślałem, że szybciej trafimy na jakieś ludzkie zabudowania, a tymczasem nic tu nie ma. - Maszerowaliśmy już dobry kawałek czasu, i faktycznie - dookoła pojawiały się czasem jakieś drzewa, ale poza nimi były w większości pola uprawne, ewentualnie jakieś łąki. Ciężko żeby powiedzieć, że ktokolwiek mógłby tu mieszkać. 
Znam jednak tę okolicę, jak własną kieszeń. Nie ma tu lamp, słońce zaszło, a księżyc schowany jest za licznymi chmurami, do tego ta mgła. Nie dostrzegamy chociażby zarysów budynków, ale dobrze wiem, że są przed nami. 
Pierwszy po prawej będzie dom upierdliwej Bronki, kobiety, której moja babcia jako jedynej na świecie nie jest w stanie znieść. Nie znam jej dokładnego imienia, ani nazwiska. Wszyscy na nią mówią Bronka, Bronia, i tak już zostało. Przekonałam się jednak, że potrafi uprzykrzyć życie. Do tego to straszna plotkara. 
Następny, ale za to po lewej stronie, znajduje się posesja państwa Jones. Bardzo fajni ludzie, a ich syn często towarzyszył mi w różnych głupotach. 
Kolejnym domem, będzie ten, na który najbardziej czekam. Posiadłość mojej rodziny. Miejsce, z którym mam tak wiele wspomnień.

Rzecz jasna, to nie jest cała miejscowość z trzema domami na krzyż i tyle. To zaledwie droga prowadząca do małego miasteczka. Fakt faktem, większość się tutaj zna. Jest trochę domów, jakieś sklepy, czy inne obiekty publiczne, ale to spokojna okolica. Do większego miasta trzeba było udać się autobusem, który kilka razy dziennie stąd wyjeżdżał, albo mieć własny środek transportu. 

- Spójrz tam - wskazałam mu na prawo. Już dało się dostrzec światła palące się w oknach Bronki. - Zaraz będziemy na miejscu. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne