Maszerowaliśmy przez zaspy od dobrej godziny- Koori na przodzie, za nią Leiftan, Mathieu, Lance i Nevra. Ja trzymałam się trochę w tyle. Moje myśli cały czas błądziły wokół widoku przed nami i tego niepokojącego zjawiska.
Budynek wyglądał normalnie, tak ludzko, nudno. Oprócz pozbijanych szyb czy okolicy, w jakiej się znajdował nie było tam nic specjalnego. Podobnie, jak moich towarzyszy, martwił mnie rozmiar chowańców, które latały u szczytu wieżowca.
Draflayele należą raczej do drobnych zwierząt, nie są za duże. Z takiej odległości, mogło by się ich nawet nie dojrzeć. W tej chwili jednak musiały być porównywalne swoją wielkością do smoczej formy Lance'a, ponieważ z daleka rzucały się w oczy.
Coś tu zdecydowanie nie gra. Mam nadzieję, że nasza grupka będzie w stanie dowiedzieć się co.
Nawet nie zauważyłam kiedy, po prostu się zatrzymałam i przyglądałam krajobrazowi przed sobą. Niestety Nevra zwolnił i podszedł do mnie.
- Wszystko w porządku? - pomachał mi dłonią przed twarzą. Spojrzałam na niego, ale w środku nie byłam zbyt szczęśliwa z tego powodu.
- Tak. Zapatrzyłam się po prostu. Już idę.
- Może potrzebujesz przerwy? To pewnie nie są dla ciebie komfortowe warunki. Dla Mathieu z resztą też - przez ramię zerknął na chłopaka, który unosił wysoko nogi aby przechodzić przez kolejne partie śniegu. - Daje z siebie wszystko, ale widzę, że powoli siły go opuszczają.
- Na razie jest dobrze - wzruszyłam ramionami. - Jakoś nie zwróciłam uwagi na zmęczenie. Mam inne rzeczy na głowie.
- Skoro tak, to nie zwalniaj tempa - na nowo ruszył przed siebie. Szłam zaraz za nim i starałam się nie spowalniać grupy.
- Możemy się na chwilę zatrzymać? Błagam, chociaż moment - Niewiele trzeba było czekać, aby Mathieu stanął i z pokrzywdzoną miną patrzył w stronę wampira.
- Dopiero co byłeś niepowstrzymany - Koori odwróciła się w jego stronę. Starała się dobrze brzmieć, ale widać było, jak wielki stres ja męczy. Wyglądała na zmęczoną.
- Pięć minut, nie więcej - zmierzwił swoje włosy speszony.
- Dobrze. Zgadzam się - kiwnął głową, i rzucił mi krótkie spojrzenie.
Jeśli chodzi o moje samopoczucie, to jest ono dość dobre. Czuję trochę zmęczenia, ale nie bardzo zwracam na nie uwagę. Pewnie gdybym teraz przysiadła, co zrobił Mathieu na pobliskiej gołej skale, to siadły by mi nogi i nie mogłabym dalej iść. Na tą chwilę jestem jednak w cugu, i jest całkiem nieźle.
W czasie odpoczynku bruneta, starałam się więc tuptać w miejscu, aby nie skamienieć.
Spojrzałam krótko po reszcie towarzystwa. Koori i Leiftan o czymś dyskutowali, dziewczyna mu coś tłumaczyła. Nevra podszedł do Mathieu, a Lance z dziwną miną wpatrywał się w budowlę. Wyglądał na nieco przygaszonego.
Miałam zamiar do niego podejść, gdy pomiędzy kitsune, a aengelem wybuchła sprzeczka zwracająca na nich uwagę wszystkich.
Spojrzałam nie do końca rozumiejąc.
- O co chodzi? Co się dzieje? - wampir stanął rozdzielając skonfliktowany duet.
- Pewien cywil próbuje wtrącać się w moje przygotowanie do misji - zagrzmiała dziewczyna.
- To nie odpowiedzialne. Powinnaś je zostawić na statku - blondyn jej zawtórował.
- Możecie mówić jaśniej? - Mathieu się zbliżył.
- Nie ma potrzeby. Chyba wiem o co chodzi - Nevra krótko na niego zerknął. - Koori ma moje pozwolenie, i biorę odpowiedzialność za nią i kamienie, które ma przy sobie. Nie dyskutujmy o tym - spojrzał poważnie na blondyna.
- Czy wy zdajecie sobie sprawę, jaki to może mieć wpływ na nią i na nas?
- Słyszałeś. Nie dyskutujmy. Lepiej chodźmy dalej, nie mamy dużo czasu w zapasie - kitsune odwróciła się do nas ogonem i z gracją ruszyła przed siebie. Tutejszy teren nie sprawiał jej żadnego problemu.
Wędrowaliśmy dalej. Zmęczenie coraz bardziej dawało mi się we znaki, a każdy kolejny krok wymagał większego wysiłku, niż poprzedni. Zrobiłabym wszystko dla chwili odpoczynku, ale wiem, że nie pora teraz na to. Musimy przeć przed siebie.
Zacisnęłam zęby i starałam się iść śladami przed sobą. Wydawało mi się to małym ułatwieniem, ale szczerze nie czułam różnicy.
Nagle konwój się zatrzymał i zagapiona w dół wpadłam na czyjeś plecy. Momentalnie podniosłam wzrok.
- Przepraszam - mruknęłam widząc przed sobą smoka. Kiwnął głową i spojrzał na przód.
- Nie możemy iść tędy dalej - Nevra odezwał się nieco głośniej, aby wszyscy usłyszeli. Obok niego stała Koori. - Wygląda na to, że teren się osunął. Musimy przejść na około, albo się wspiąć.
Tylko tego brakowało. Chodzenie pod góry i pagórki jest męczące wśród takiej ilości śniegu. Nie wiem czy dałabym radę się wspinać po skałach.
Lance podszedł do wampira i spojrzał na zawał przed nami.
Mieliśmy mimowolną chwilę przerwy na odpoczynek, za co byłam bardzo wdzięczna.
- Wątpię aby dali radę. W takim tempie dotrzemy jutro - do moich uszu dotarł głos smoka. Spojrzałam za nim. Rozmawiał z Nevrą. Oboje spoglądali w stronę Mathieu, i moją. Nie podoba mi się to.
- Przecież nie będziemy ich nieść. To nie pomoże. Porzucenie bagażu też nie wchodzi w grę, chyba że najpierw go wniesiemy, ale..
- To kolejne marnowanie czasu. Myślę raczej o czymś innym.. - nie mogłam się powstrzymać i weszłam smokowi w słowo, zbliżając się do nich. Nie jest fajnie, jak ktoś mówi o tobie, bez ciebie.
- Panowie, a może byście tak wciągnęli do rozmowy zainteresowanych? I tak nie jesteście zbyt dyskretni - odezwałam się, na co oboje spojrzeli w moją stronę nie bardzo zadowoleni. Najlepszym tego efektem było jednak pobudzenie zainteresowania pozostałych.
- Co się dzieje? - Mathieu od razu podszedł do chłopaków, Leiftan i Koori podobnie.
Nevra westchnął niezadowolony.
- Mówiliśmy o przyśpieszeniu naszego przemieszczania się. Ty i Anastazja ledwo dajecie radę - spojrzał na bruneta. - I zanim zaczniecie protestować, uprzedzam. Widzę, jak się oboje staracie, ale dopasowaliśmy się do was. Jeśli tak dalej będzie, w końcu staniemy w miejscu. Nie mówiąc już, że kiepsko widzę was w wspinaczce.
- I co? Zamierzacie nas zostawić w zaspie? - skrzyżowałam ręce na piersi.
- Jakbyś była bardziej cierpliwa, to byś podsłuchała co miałem zamiar zaproponować Nevrze - Lance spojrzał na mnie tym swoim lodowatym spojrzeniem. Sprowadziło mnie to trochę na ziemię. - Wracając, więc do tematu - bez niczego wrócił wzrokiem do wampira. - Jest jedna opcja, która mogłaby tu pomóc. Tyle, że ma kilka minusów.
- Może być źle odebrana..
Smok przytaknął. Chyba doszło między nimi do jakiegoś niemego porozumienia.
Inna opcja przemieszczenia się? Chyba nie mówią o..?
- Serio bierzecie to pod uwagę? - dużymi oczami spojrzałam to na jednego, to na drugiego. Widziałam, jak Koori i Mathieu patrzą ogłupieni, ale nie to było teraz najważniejsze.
- Tak nam zejdzie szybciej. To nie jest zły pomysł, chociaż nieco ryzykowny - wampir rzucił mi spojrzenie.
- Chwila, czy możemy wiedzieć o czym wy mówicie? Chyba nie chcecie nas tu zostawić na serio - brunet się w końcu odezwał.
- Mają na myśli drogę powietrzną - odpowiedziałam mu. W pierwszej chwili nie zrozumiał, ale gdy tylko do niego dotarło szeroko się uśmiechnął i zaczął skakać jak dziecko.
- Wziąłbyś nas na grzbiet? Będziemy lecieć na smoku? Niesamowite!
Lance westchnął ciężko.
- Wszystko zależy, od tego, co myśli Nevra. Mógłbym wszystkich po kolei przenieść.
- Jeśli o mnie chodzi, to czuje się świetnie. Nie mam problemu z wędrówką. Mogę maszerować - wtrąciła Koori. - Tenjin może nie zareagować zbyt przyjemnie na widok smoka przed sobą.
- A zareaguje dobrze, jeśli się spóźnimy kilka godzin? - wtrącił niebieskooki. Kitsune się skrzywiła.
- Niewykluczone, że i tak czeka z armią. Tak czy siak..
- Tak, jak myślałem.
Nevra westchnął ciężko i przetarł twarz.
- Dobra. Domyślam się, że i tak nie mamy wyboru. Polecicie, a ja i Koori dołączymy. Dasz radę wziąć też nasze bagaże? - Smok przytaknął. - Leiftanie, a ty?
Blondyn spojrzał tylko krótko i się skrzywił.
- Wolę pójść z wami pieszo..
♥
- Wyglądasz niesamowicie! Ta wielkość, siła, duma w postawie! - Mathieu biegał wokół Lance'a, który przed chwilą zmienił swoją postać. Smok wyglądał na nieco zażenowanego.
- Wsiadajcie. Im szybciej, tym lepiej. Nie powinniśmy się rzucać w oczy - Nevra spojrzał poważnie na chłopaka, kończąc ładowanie bagażu. Natychmiast się uspokoił i zaczął wdrapywać na Lance'a. Nic nie mówił, ale kipiało z niego taką dziecięcą radością.
Ulokował się wygodnie i wyciągnął do mnie dłoń. Przyjęłam ją i zaraz znalazłam się na grzbiecie.
- Lance, tylko leć spokojnie. Taka mała prośba - chwyciłam Mathieu w pasie na co lekko drgnął i spojrzał. - Nie wyobrażaj sobie.
Kiwnął głową i uciekł spojrzeniem.
- Co by miało pójść nie tak? Raczej umie latać, prawda? - przechylił głowę. Siedząc z tyłu nie byłam w stanie dojrzeć jego miny, ale głos brzmiał już mniej radośnie.
- Nie to miała na myśli - Lance rzucił krótko i rozłożył skrzydła. - Widzimy się na miejscu - kiwnął łbem do Nevry.
- Ruszamy natychmiast. Nie naróbcie w tym czasie głupot - słowa wampira mnie nieco zirytowały, ale nie miałam czasu na odpowiedź. Nasz transport poderwał się w powietrze, przez co mocniej ścisnęłam swojego towarzysza.
Mathieu nie wydawał się ani trochę wystraszony, ale ja ciągle z rezerwą patrzyłam na okolicę i się silnie trzymałam.
Wkrótce pozostali wyglądali, jak niewielkie, czarne plamki u zbocza gór.
Lodowaty wiatr atakował moją twarz, a do niego dołączyła masa płatków śniegu. Chyba tej przejażdżki nie zaliczę do ulubionych.
W trakcie lotu brunet nagle się wyprostował i szeroko rozłożył ręce.
- Jestem królem świata! - wrzasnął, że aż podskoczyłam. Chwilę później podjął się próby przytoczenia dramatycznych dźwięków Cwału Walkirii. Niezbyt mi się to kleiło, Lanceowi chyba również ponieważ nieco zwolnił.
- Możesz się tak nie drzeć? - usłyszeliśmy. - Pewnie nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale latanie w zamieci wymaga skupienia. Trudno to zrobić, gdy ktoś ci wyje nad uchem.
Nie powstrzymałam rozbawionego prychnięcia, jakie mi się wyrwało.
- Ja wyję? Nie jest tak źle, co? I chyba nie chcesz mi powiedzieć, że musisz być super skupiony, żeby lecieć prosto - Mathieu opuścił ręce łapiąc się z powrotem smoka. - Dla ciebie latanie jest proste, jak chodzenie dla każdego innego.
- Chcesz to ci pokażę, a wtedy sam ocenisz, czy to takie proste. Musisz się tylko zamknąć.
O nie, nie podoba mi się ten pomysł. Już po jego ostatniej śrubie w dół prawie dostałam zawału.
- Dobrze. Obiecuję, że będę cicho. Pokaż na co cie stać - chłopak się roześmiał.
- Trzymajcie się mocno..
Po tych słowach uderzając mocno skrzydłami, Lance nabrał znacznie większej prędkości. Złożył je jednak po chwili i uniósł głowę. Z niesamowitą szybkością poszybował prosto w górę. Mocniej zacisnęłam swoje dłonie na Mathieu, zaczęło mi się nieco kręcić w głowie.
Znaleźliśmy się nad chmurami, a Lance rozłożył skrzydła prostując lot. Mój towarzysz pękał z radości. Sama powoli rozejrzałam się dookoła. Przez lekką mgiełkę było widać ziemie Genkaku i otaczające je morze. Wszystko wyglądało niesamowicie.
Nie było jednak dłuższego czasu na zachwycanie się widokami. Smok zaczął się przechylać, opadł do tyłu - byliśmy do góry nogami. Słyszałam krzyk małej dziewczynki, ale to zapewne tylko Mathieu. Zaczęliśmy spadać z ogromną prędkością. Zacisnęłam oczy, język ugrzązł mi w gardle - z tego wszystkiego nie byłam w stanie wydać żadnego dźwięku.
Wiatr świszczał mi w uszach. Nagle dopadło mnie uczucie, które już znałam i natychmiast podniosłam powieki. Lance, podobnie jak przy naszej podróży na Ziemie Eel, w ostatniej chwili rozłożył skrzydła i się zatrzymał. Tym razem była jednak przed nami góra, a nie tafla wody.
- Ja chcę jeszcze raz! - Mathieu radośnie podskoczył.
- Nie! Nie ma mowy! Lądujmy! - momentalnie zareagowałam. Niech sobie latają sami, bez mojego udziału.
Serce waliło mi jak szalone. Położyłam na nim dłoń próbując uspokoić oddech. Zajęło mi to dłuższą chwilę, w trakcie której Lance spokojnie zbliżał się do celu.
Zanim podszedł do lądowania nie dało się przegapić grupki, która zebrała się w pobliżu budynku. Kilkoro kitsune najwyraźniej też nas zauważyło i natychmiast zebrali się wokół jednego z nich, który wymachiwał laską z latarenką - podobną do tej, którą miała Miiko.
W duchu cicho się modliłam, aby dali się nam wytłumaczyć zanim użyją jakichkolwiek środków przeciwko nam.
Lance wylądował kilka metrów od nich, a biały puch uniósł się z ziemi. Razem z Mathieu zeskoczyliśmy z jego grzbietu, a on zaraz zmienił swoją postać. Nasze bagaże padły z hukiem.
Spoglądając w stronę witającej nas delegacji nie dało się przegapić uniesionych mieczy i wycelowanych na nas łuków, które trzymały postacie w lisich maskach. Tylko jeden, będący przez nich osłonięty, jej nie nosił. Wysoki blondyn o dziwnym spojrzeniu. To zapewne o nim opowiadała mi Koori - Tenjin.
Szczerze mówiąc inaczej go sobie wyobrażałam, ale taki obraz tego oszusta wcale nie jest gorszy. Kpina wyrysowana na twarzy, zdobne ubrania, i odsłonięta klata z poprzeczną blizną - jakby chciał się czymś pochwalić, a w jego dłoni laska, której płomień nie należał do szczególnie jasnych. Jakoś mi nie imponował, nie robił też dobrego wrażenia. Jego przyboczni natomiast przeciwnie. Zupełnie jakby czekali na jakiś sygnał z jego strony, by tylko przejść do ataku.
Lance ruszył przodem unosząc ręce na znak pokojowych zamiarów. Razem z Mathieu szliśmy za nim czyniąc podobnie.
- Dzień dobry, Tenjinie. Przepraszamy, że zjawiamy się w tak nietypowy sposób. Przybywamy w pokoju - odezwał się jasnowłosy. Gospodarz zdawał się nie spuszczać z nas wzroku.
Nieprzyjemny dreszcz przeszedł mi po plecach.
- Wygląda na to, że znasz moje imię, ale chyba nie znasz mojego tytułu - po dłuższej chwili, w końcu się odezwał. Zrobił nawet krok w naszą stronę uważnie lustrując po kolei nasze sylwetki. Dzieliło nas kilka metrów. W jego spojrzeniu wyraźnie było widać okrucieństwo, a kącik ust drgnął w kpiącym uśmiechu. - Jestem Tenjin, król klanu kitsune z Genkaku. A ty kim jesteś?
- Jestem Lance, szef Straży Obsydianu. Przysyła nas Huang Hua, szefowa Straży Eel - smok wydawał się spokojny, opanowany. W przeciwieństwie do niego denerwowałam się coraz bardziej. Stojący obok mnie Mathieu również nie wyglądał wesoło, jakby próbował się przygotować na każdą ewentualność. - Nie mamy wojennych zamiarów. Przybyliśmy wedle ustaleń zbadać zjawiska występujące w tym regionie.
- Nie przypominam sobie, abym w trakcie którychkolwiek ustaleń, zgadzał się na wizytę smoka - słowa Tenjina zabrzmiały ostro, jakby z nutą groźby. - Czyżby na Ziemiach Eel nie znano dobrych manier? To co przed chwilą miało miejsce, śmiało mógłbym uznać za wypowiedzenie wojny! - Przeleciałam wzrokiem za żołnierzami stojącymi nieco w tyle. Byli gotowi w każdej chwili wystrzelić w naszą stronę swoje strzały. - Zezwalam wam na wstęp, nie chcąc nic w zamian. Przybywam osobiście was powitać, zaledwie z kilkoma przedstawicielami mojej straży przybocznej. Wszystko to na znak mojej dobrej woli.. - płomień w jego lasce stał się niespokojny. - A w zamian co dostaję? Chcecie mnie zastraszyć? Po co wysyłać szefa Straży Obsydianu na misję wywiadowczą? Szukacie konfliktu? Każdy, kto chciał tu wojny to ją znalazł. Uważaj, smoku..
Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Miałam złe przeczucia. Lance mógł w każdej chwili stracić panowanie nad sobą, a Tenjin w ciągu sekundy może dać sygnał i nie będziemy mieli wyjścia. Będziemy musieli się bronić.
- Pst! Ana! - do moich uszu dotarły ciche zaczepki. Odwróciłam głowę. Mathieu z paniką kiwał na moje dłonie. Gdy spuściłam na nie wzrok dostrzegłam, że świecą jasnym światłem. Natychmiast schowałam je za plecami. To nie jest najlepszy moment. Świadomość, że jest tu smok wystarczająco uwiera władcę. Jak by zareagował na dodatkowego aengela? Zapewne by się nie wahał i przeszedł do działań.
- Czyżby moje słowa was uraziły? - wzrok Tenjina niespodziewanie spoczął na mnie. Zauważył? - Kim są twoi podwładni?
- To chyba najmniej istotne - Lance się lekko przesunął zasłaniając tym samym moją postać.
- Chcę wiedzieć kogo wpuszczam na swoje ziemie. A może to prezent dla mnie? Byłbym w stanie wybaczyć wam ten chwilowy brak szacunku. Co to ma znaczyć, aby stanąć przed królem i się mu nie pokłonić? Nie okazać należnej mu czci..
- Na Ziemiach Eel nie mamy króla, ani królowej, wszystko tam wygląda inaczej - zza skał wyłoniła się postać Nevry. Odetchnęłam z ulgą. Lance się cofnął, aby to wampir przejął rozmowę z kitsune. Stanął niemal przy mnie, tyle że odwrócony plecami.
- To by tłumaczyło wasz kompletny brak kultury i obycia. Kim jesteś, że śmiesz wtrącać się do naszej rozmowy?
- Nevra ze Lśniącej Straży, prawa ręka Huang Hua. Wybacz moje spóźnienie, ale napotkaliśmy pewne problemy w trakcie marszu.
Wampir stał dumnie wyprostowany i wpatrywał się w Tenjina, który lekko przechylił głowę.
- Nie rozumiem. Potężny smok jest pod rozkazami jakiegoś zniewieściałego elfa? - rzucił krótkie spojrzenie w stronę Lance'a.
- Wampira, jestem wampirem - chrząknął wspomniany.
- Niewychowany także widzę..- król zacisnął swoją dłoń na lasce jakby mocniej. - Słyszałem plotki, że nowa liderka jest jeszcze mniej rozgarnięta niż jej poprzedniczka, ale nie sądziłem, że aż tak beznadziejnie wybiera sobie ludzi. I nie potrafi dotrzymywać słowa.
- Nie powinieneś wypominać innym czegoś, z czym sam masz problem - Koori z Leiftanem do nas dołączyli. Dziewczyna cała się trzęsła, ale starała twardo patrzeć w stronę męża.
- Widzę, że jednak są jakieś dobre strony - mężczyzna zaraz zwrócił na nią uwagę i się obrzydliwie uśmiechnął. - Zwracacie mi żonę, a ludowi królową. Nie pozostanę na to obojętny.
- Koori należy teraz do naszej załogi, jest tu jako wysłanniczka Straży Eel - Nevra krótko zerknął przez ramię.
- To królowa. Mogę was oskarżyć o jej porwanie! - donośny głos Tenjina rozniósł się echem po okolicy. Szybko się denerwował.
- Odeszłam z własnej woli! I nigdy do ciebie nie wrócę! - ona również chwilowo straciła nad sobą panowanie. Leiftan położył jej uspokajająco dłoń na ramieniu. Jeszcze przed chwilą się kłócili, a teraz.. Mam nadzieję, że to nie jest chwilowe pojednanie.
- Jak śmiesz.. - zaczął warczeć, ale Nevra się wtrącił.
- Nie jesteśmy tu aby walczyć, czy się kłócić. Chcielibyśmy tylko wykonać powierzone nam zadanie.
- Póki co dobrze idzie wam wywołanie wojny - spojrzał na niego ostro. Zerknęłam na swoje dłonie. Moje światło mnie nie opuszczało, wyczuwało mój lęk. - Jesteście na moich ziemiach, nie okazujecie szacunku, a teraz utrudniacie mi odzyskanie żony - pogroził wampirowi swoją latarenką.
Dostrzegłam, że Mathieu od razu dobył swojego miecza, a Koori z Leiftanem zrobili kilka kroków w tył. Blondyn zasłaniał dziewczynę swoim ciałem.
- Nie podejmuj pochopnych decyzji, królu - Nevra próbował ratować sytuację. Wojownicy w maskach nieco się zbliżyli. Nagle strzała jednego z łuczników wymknęła się spod kontroli i ruszyła w naszą stronę.
Zrobiłam krok w tył i wyciągnęłam dłonie przed siebie, a przed naszą grupą pojawiła się tarcza. Wszystko działo się zaskakująco szybko. Pocisk odbił się od jasnej powłoki, która zaraz po tym zniknęła, a Lance przemienił się w swoją smoczą formę. Mathieu chciał ruszyć z atakiem wymachując swoim mieczem, ale Nevra zatrzymał go swoją wystawioną ręką.
- Stop! Żadne z nas nie ma interesu w walce! Nie po to tu jesteśmy!
Mimo jego słów twarz Tenjina była skrzywiona, zdaje się że ten przypadkowy strzał by mu odpowiadał - gdyby tylko był trafny. Brunet opuścił swój miecz i się cofnął, dalej pozostając mimo wszystko w gotowości. Lance też po prostu stał obok nas i obserwował grupę. Król zdawał się rzucać w jego stronę co jakiś czas niepewne spojrzenie. Co do mnie to ciągle towarzyszyło mi jasne światło, i ciepło gdzieś wewnątrz. Tarcza jednak po odbiciu strzały zaraz zniknęła. Nie byłam skupiona, a nie panowałam na nią. Mieliśmy szczęście, inaczej któreś z nas skończyłoby ranne, a nawet martwe.
Nerwy były napięte do granic możliwości.
- Nasze prawo jest jasne. Koori jest winna posłuszeństwo mi, i mojemu ludowi. Nie możecie się do tego wtrącać - władca starał się brzmieć pewnie, a na jego twarzy znów zagościła niesamowita pewność siebie.
- Teraz jestem wolna, i nie zamierzam wracać póki jesteś królem - zabrzmiał głos dziewczyny, był trochę roztrzęsiony. Sytuacja nie wpływała na nią pozytywnie.
- Naprawdę jesteście gotowi zginąć z takiego błahego powodu? Przez małżeński konflikt? - spojrzał po nas uważnie. Lance potuptał w miejscu, a wokół jego nozdrzy zatańczyły jasne płomienie. Nevra położył dłoń na rękojeści swojego miecza, to nie był dobry znak. - Sami tego chcieliście - Tenjin zamachnął swoją laską, a jego żołnierze ruszyli w naszą stronę. Wtedy smok jednym sprawnym ruchem ogona ich odrzucił. Delikatnie mówiąc, nie byli zadowoleni i zaraz podnosili się na nogi. - Nie dam się lekceważyć w swoim królestwie! - rozbrzmiał krzyk, a zaraz po nim w naszą stronę leciała masa płomieni.
Zacisnęłam oczy, ręce znów miałam przed sobą.
Skup się!
Światło, jasne światło. Bezpieczeństwo. Bariera. Przyjaciele.
Nie dam zranić moich przyjaciół.
Nich ich nie tknie!
Ogromne ciepło przeszyło moje żyły. Otworzyłam oczy, a w tym samym momencie wybuchł oślepiający blask. Płomienie Tenjina odbiły się od powstającej tarczy, i wróciły do niego rykoszetem.
Wrzasnął. Jego bogato zdobiony płaszcz płonął. Rzucił się w śnieg próbując go ugasić, towarzyszyły temu okropne krzyki. Kilkoro podwładnych ruszyło w jego stronę z pomocą. Pozostali wycelowali w nas strzały, które zaraz wypuścili ze świstem.
Nie traciłam czujności. Cały czas skupiałam się na sile i wytrzymałości bariery.
Pociski się odbiły. Kitsune podjęły się kolejnej próby, ale efekt był taki sam. Nie wiedzieli co robić.
- Złóżcie broń! Poddajcie się, a każdy z nas się spokojnie rozejdzie na swoją stronę! - Nevra zabrał głos. Zbici z tropu wojownicy spojrzeli po sobie, by chwilę później rzucić swoje łuki i miecze pod nasze stopy. Zaraz potem zebrali się wokół swojego króla i pomogli mu wstać. Patrzył na nas z nienawiścią, ale nic dziwnego - właśnie został upokorzony. - Wybacz Tenjinie, że do tego doszło. Bardzo mi przykro - wampir powoli ruszył w jego stronę. Nie było z tym problemu, efekty moich mocy powoli zniknęły. - Powtarzam to kolejny raz. Nie chcemy walczyć, przybyliśmy tylko zrobić badania. To jest teraz najważniejsza rzecz, i zależy nam na czasie.
- Skoro tak cenicie swój czas, to nie polecam go tam marnować - król się w końcu odezwał poprawiając swoje szaty. - Nic imponującego. Zapewne, jak świat z którego pochodzi - warknął.
Zacisnęłam pięści. Gdybym tylko mogła..
- Pozwól, że sami to ocenimy - mimo podejścia drugiej strony Nevra spokojnie kontynuował.
- Róbcie co chcecie, ale nie radzę wam zostawać tu zbyt długo. - Nagle jego mimika się zmieniła. Uśmiechnął się i z wyższością przeleciał po nas wzrokiem. - Jutro możecie tu spotkać większą liczbę moich żołnierzy.
- Mamy to rozumieć jako groźbę?
- To ostrzeżenie. Przecież mogą zdarzyć się różne sytuacje. Jeśli ktoś niedoinformowany was tu zauważy może was wziąć za intruza, a wtedy wszystko dzieje się szybko. Mogą próbować ratować swój dom, i swoją królową - jego wzrok zawędrował w stronę Koori. - Zostawiam was. Czujcie się jak u siebie.
Po tych słowach Tenjin wraz ze swoimi towarzyszami zaczął się oddalać. Lance wtedy wrócił do swej formy. Wyglądało na to, że mogliśmy odetchnąć z ulgą. Przynajmniej na ten moment..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz