piątek, 4 lutego 2022

21. Dopiero ci mówiłem..

 Chyba zaczynam cię trochę akceptować..

Wyobraźmy sobie minę smoka po tych słowach. Zgadza się, wyobraźmy. W momencie, w którym je wypowiedziałam na statku wybuchł alarm.
Jakieś zrządzenie losu? Właśnie miałam ochotę szczerze porozmawiać.

Słysząc krzyk Nevry, oboje natychmiast się rozejrzeliśmy. Na naszą łajbę wdrapywały się chowańce podobne do skorpionów - miały sześć nóg, po trzy z każdej strony, paskudne pyski z czymś w rodzaju ostrzy i odwłok skierowany ku górze, brakowało jedynie kolca jadowego na ogonie. Nie wyglądały na przyjaźnie nastawione, i faktycznie zaczęły atakować.
Natychmiast dobyłam broni, podobnie zrobił Lance.
- Czy Maripody były kiedyś tak agresywne?! - usłyszałam krzyk Kroori, która swoją laską odbijała stworzenia. Niestety na mnie również przyszła kolej. Zaczęłam walczyć.
- Nie, ale nie czas teraz na to! - Nevra tylko krótko odpowiedział.
Odpierając kolejne zwierzaki spróbowałam się rozejrzeć. Każdy miał pełne ręce roboty. Miałam wrażenie, jakby ilość Maripodów zamiast się zmniejszać, z każdą chwilą rosła.
Wtedy dostrzegłam, że Leiftan walczy ze sterem kompletnie nie osłaniany. Faktycznie morze jakby zdziczało, stało się bardzo niespokojne. Nie mógł robić dwóch rzeczy na raz.

Odbijając kolejne ataki zbliżałam się w jego stronę. Nie mogę pozwolić, aby cokolwiek mu zagroziło. Nie ma mowy.
Moje ostatnie wysiłki, jakie wkładałam w ćwiczenie umiejętności posługiwania mieczem, teraz naprawdę przyniosły skutki. Szło mi sprawnie i momentalnie znalazłam się za plecami blondyna.

Nagle chowańce zaczęły się cofać, a raczej w popłochu uciekać. Nie rozumiejąc zaczęłam się rozglądać za nowym, większym zagrożeniem. W oczy rzuciła mi się Koori, której laska lekko świeciła - używała jakiegoś zaklęcia. Już dawno słyszałam, że im więcej ogonów u kitsune, tym większa jest jego moc - ten czar musiał być więc naprawdę dobry, że działał w taki sposób.
Odetchnęłam lekko.
I niepotrzebnie. Za szybko wyluzowałam, i wszystko popsułam. 
Niemal w tym samym momencie, jeden ze stworów uciekając wpadł na dziewczynę. Najwidoczniej wytrąciło ją to z transu, w którym się znajdowała, ponieważ znów zaczęły być agresywne. Jeden z nich zaczął skradać się za plecami ogoniastej, która wyglądała na wyczerpaną akcją sprzed chwili. 
Bez wahania ruszyłam w jej stronę. Odskoczyła zaskoczona w momencie, gdy z nie małym wysiłkiem, wywaliłam bestię ze statku.
- Ana! - pisnęła wskazując na coś. Nim zdążyłam zareagować Lance był przede mną. Mało brakowało, a ratując dziewczynę sama bym ucierpiała gdyby nie on. Smok zerknął na mnie kątem oka. Kiwnęłam lekko głową w podziękowaniu. Nie było teraz czasu na nic innego.
Wróciliśmy do oczyszczania pokładu z insektów.

W końcu przestało ich przybywać. Zaczęło się robić pusto, a pot leciał po naszych czołach. 
- Nie traćcie czujności! - Leiftan wykrzyknął zza steru. W tej samej chwili łodzią mocno wstrząsnęło, jakby się z czymś zderzyła z boku. Gdyby nie to, Nevra pewnie zwróciłby mu uwagę, że już dawno nie jest na stołku, i nie on tu rozkazuje.
Kolejny wstrząs. Lance wyjrzał za burtę i mocniej ścisnął miecz. 
- To nie koniec!
Znów coś uderzyło w łódź, a parę sekund później przed dziobem wynurzyła się postać kilkumetrowego, może nawet kilkunastometrowego węża. 
- Co to jest do diabła?! - Mathieu spojrzał po członkach straży, ale zamiast odpowiedzi z ich strony usłyszeliśmy okropny ryk bestii. Chyba się przedstawiła, a już sam jej widok straszył. Ogromna płetwa grzbietowa, wściekle świecące oczy i ogromne kły. Po plecach przeszły mi dreszcze.
Żadne z nas nie drgnęło, jakbyśmy czekali na pierwszy ruch ze strony potwora. Myślicie, że zasada - nie ruszaj się, a nie zaatakuje, działa na zmutowane węże z Eldaryi? Szczerze, to ja miałam taką nadzieję, i jedynie wpatrywałam się na wprost. 

Świecący wzrok zmierzył nas wszystkich, zatrzymał się jednak na Leiftanie, który walczył ze sterem. Również spojrzałam na blondyna. Serce podeszło mi do gardła, gdy syczący pysk bestii zaczął się do niego zbliżać. Wyglądał jakby niuchał, i coś mu się najwyraźniej nie spodobało. 
Znów wydał z siebie ten okropny wrzask prosto na aengela, który ciągle tam stał. Jego ignorancja podniosła stworowi tylko ciśnienie - chyba postanowił go zjeść. Zbliżał się coraz bardziej do niego.
- Leiftan! - krzyknęłam wyciągając przed siebie rękę jakbym chciała go złapać. Poczułam rozchodzące się w moim ciele ciepło, a zaraz po tym strumień jasnego światła uderzył w bestię niczym pocisk. Poleciała do tyłu i wyglądała, jakby ją trochę zamroczyło.
Jasnowłosy natychmiast puścił koło steru i uciekł w naszą stronę. Rzucił mi krótki spojrzenie, którego nie mogłam rozszyfrować. Wiedziałam jednak, że dosłownie wszyscy się na mnie w tym momencie gapią - ze stworem na czele.
- Chyba teraz ty zostaniesz jego przekąską - usłyszałam gdzieś z boku głos Mathieu.
Co to, to nie. Będzie musiała obejść się smakiem, i dotyczy to wszystkich członków załogi.

Rozłożyłam ręce i próbowałam się skupić, na energii będącej we mnie. Ciągle czułam jej przyjemne ciepło, a moje dłonie iskrzyły. Musi się udać, a przynajmniej muszę spróbować.
Starałam się wznieść przed nami barierę. Przymknęłam oczy i wyobrażałam sobie, jak jasne światło powoli wznosi się przed nami i odgradza od niebezpieczeństwa.
Uczucie ciepła w środku nasiliło się. Nie przestawałam. Myślałam o każdym szczególe - o grubości i wytrzymałości tarczy, o przyjaciołach, których muszę chronić. 
Po dłuższej chwili otworzyłam oczy, ale nie traciłam koncentracji. Moje dłonie świeciły wyraźnie, a przed nami połyskiwała osłona. Zadowolona uśmiechnęłam się pod nosem.
- Brawo, ale tak czy siak będziemy musieli to zabić! - Wydaje mi się, czy Mathieu lekko panikował? 
- Jako taki znakomity wojownik, dawno powinieneś sobie z tym dać radę - Koori mu dogryzła. 
W tym samym czasie bestia doszła do siebie. Wstrząsnęła łbem i błądziła po nas wzrokiem. 
Niespodziewanie z impetem ruszyła w stronę kitsune, i stojącego obok niej bruneta. Podskoczyli wystraszeni, kiedy boleśnie zderzyła się łbem z moją tarczą i cofnęła wściekle sycząc.
- Dobra. Może to działa, ale on ma rację. Wymyślcie coś zanim stracę kontrolę - zerknęłam przez lewe ramię na Lance'a i Nevrę. Wampir jakby ocknął się na moje słowa, a smok cały czas uważnie lustrował bestię, która ruszyła ponownie z atakiem. Tym razem kierowała się właśnie na mężczyzn. 
Zacisnęłam oczy i mimo strachu, który coraz bardziej zaczął mnie ogarniać, próbowałam ponownie skupić się na strukturze zabezpieczenia. Czułam, że w każdej chwili może ona po prostu zniknąć. Lepiej żeby nie stało się to teraz.
Mocniejsza, grubsza, wytrzymalsza - te słowa krążyły w mojej głowie.
Usłyszałam łomot i wściekły syk, a zaraz po nim głos Lance'a.
- Wytrzymaj jeszcze jedno! Wykorzystam jej ogłuszenie!
Kiwnęłam jedynie głową, oby wiedział co robi. Nie otwierałam oczu, i kompletnie ufając swoim towarzyszom skupiałam się na swoim dziele. Naprawdę przydałyby mi się porządne lekcje z Leiftanem. Świadomość, że posiada się tak potężną moc, a jest się rozczarowaniem, nie pomaga.
- Kurwa - usłyszałam gdzieś z boku, aż w żołądku mnie ścisnęło.
A nie, chwila, moment..
Otworzyłam oczy, a ogromny wąż najwidoczniej przebił się przez powłokę przede mną, ponieważ obślizgłe cielsko ściskało mnie w pasie i zaczęło ciągnąć. Niekontrolowanie krzyknęłam upadając na twarde podłoże. 
Przyjaciele się oddalali coraz bardziej z każdą sekundą, a tarcza jak pęknięte szkło powoli opadała i znikała po spotkaniu z pokładem. 
Ostatnie co widziałam zanim głębiny mnie pochłonęły to biegnącą za mną postać. Chwilę później było zimno, i mokro, a złapanego w ostatniej chwili tlenu nie starczy na długo. 

Rozejrzałam się próbując jakoś wyślizgnąć oprawcy z chwytu, ale nie dawałam rady - był zbyt mocny. Zaczęłam uderzać pięściami, wiercić się - bezskutecznie. Spojrzałam w górę. Światło przestało dochodzić, byłam coraz bliżej dna.
Zapadła ciemność.

Ból w płucach, chłód - same nieprzyjemne uczucia. Panująca dookoła ciemność powoli jaśniała. Zaczęłam podnosić powieki i oślepiło mnie światło dnia. Powoli się rozejrzałam.
Właśnie leżałam na deskach pokładu, a nada mną pochylał się Lance i Mathieu - oboje byli przemoczeni.
- Dopiero ci mówiłem, żebyś uważała - smok lekko pokręcił głową, a brunet odgarnął mokre włosy.
- Ana, nic ci nie jest? - Koori odepchnęła ich obu i powoli pomogła mi usiąść. Za nią stał wyraźnie zmartwiony Leiftan.
Pokiwałam lekko głową. 
- Chyba w porządku - zaczęłam odgarniać z okolicy ust mokre kosmyki, które mi się naprzykrzały. - Jakim cudem znowu tu jestem? - spojrzałam po towarzystwie. Nevra cicho westchnął. 
- Twoja tarcza nie wytrzymała i cię dopadł.
- To pamiętam. Cud, że w ogóle udało mi się ją stworzyć - uciekłam szybko od niego wzrokiem w stronę kitsune.
- Potem wszystko działo się szybko - odezwała się. - Zniknęłaś nam z oczu. Lance skoczył za tobą. Pojawiło się jakieś światło, a gdy dobiegliśmy wypływał z tobą na powierzchnię. Trzeba było cię już tylko wyciągnąć.
- Czym zajęliśmy się oboje  - Mathieu wypiął pierś, jakby to było coś godnego pochwały. Był przy tym jednak tak zadowolony i uśmiechnięty, że nie chciałam tego spuć.
- Dziękuję - posłałam obu spojrzenie, ale dłużej zawiesiłam wzrok na smoku. Jednak to on skoczył, i wygląda na to, że uratował mi życie. To już dziś drugi raz. 
Brunet tylko poszerzył na to swój uśmiech, a Lance jedynie lekko skinął głową i spojrzał na Koori. 
- Miej ją na oku, niech dojdzie to siebie - powiedział, na co dziewczyna wywróciła oczami. Biło od niej trochę niechęcią, a może mi się przewidziało.
W każdym razie pomogła mi się podnieść i w jej towarzystwie poszłam zmienić ubrania na suche.

Miałam chwilę prywatności, więc swobodnie się ogarnęłam. Zarzuciłam również na siebie ciepły płaszcz z kapturem - nie chciałam złapać jakiegoś przeziębienia i jeszcze bardziej wszystkim się naprzykrzyć. 
Po tym wszystkim usiadłyśmy razem na pokładzie. Nie miałam ochoty rozmawiać, co dziewczyna rozumiała. Pozwoliła mi położyć głowę na swoim ramieniu. Zwyczajnie odpoczywałam. Będzie jeszcze czas na wyjaśnienia, a przynajmniej mam taką nadzieję.

Przymknęłam oczy, i nie mam pojęcia kiedy zasnęłam. Kiedy się obudziłam, na niebie było pełno gwiazd. Koori cały czas siedziała na swoim miejscu i robiła za moją poduszkę. Natychmiast się odsunęłam. 
- Jeny, przepraszam - spojrzała na mnie. - Było mnie obudzić, a nie się męczyć.
- Nie jesteś taka ciężka - cicho się zaśmiała. - A nie chciałam też nikomu psuć widoków - powiedziała to zdecydowanie ciszej, a na jej twarzy pojawił się dziwny uśmieszek.
- O czym ty mówisz? - zmarszczyłam brwi. W odpowiedzi lekko kiwnęła głową żebym się rozejrzała. Zrobiłam to. 
Nigdzie nie było śladu Mathieu czy Nevry, ale pewnie poszli odpocząć. Nic w tym dziwnego. Leiftan cały czas był na swoim miejscu przy sterze. Lance natomiast siedział naprzeciw i się patrzył, nie odrywał od nas wzroku.
- Nie ruszył się stamtąd nawet na chwilę - kitsune szepnęła mi na ucho. Zaczęłam się martwić. Co mu chodzi po głowie? Może znowu zaczął się w nim budzić psychopata, z którym miałam kiedyś styczność i właśnie planował moje morderstwo? - Może wpadłaś mu w oko - dziewczyna jeszcze krótko się zaśmiała i podniosła. Spojrzałam na nią w szoku.
- Ani się waż brnąć w to dalej - zabrzmiałam trochę agresywnie, ale wywołałam u niej tylko salwę śmiechu. Rozbawiona odeszła, zostawiając mnie samą.
Głowę przepełniała mi masa obaw. Podkuliłam nogi i położyłam brodę na kolanach. Smok ciągle się gapił, jak głupi. Nie mając ochoty na jakiekolwiek interakcje z nim, naciągnęłam swój kaptur bardziej na oczy i starałam się ignorować otoczenie.

Reszta podróży mijała nam już bez żadnych incydentów, czy problemów. Doszło jedynie do sprzeczki pomiędzy Leiftanem, a Koori o jakieś kamienie, ale Nevra szybko załagodził sytuację. Każdy siedział w swoim kącie, czasem zamieniając pojedyncze słowo z kimś innym, albo śpiąc. 
Jeśli o mnie chodzi to postanowiłam trzymać się z boku. Czasem porozmawiałam z kitsune, ale krótko. Do tego znów zaczynała się stresować, i trzeba było ją na nowo uspokajać. 
Jeśli chodzi o smoka, to starałam się go ignorować- mimo tego, że kontrolował mnie, jak dziecko, które w każdej chwili może spaść z huśtawki na placu zabaw. Źle się z tym czułam. Wyglądał trochę niepokojąco. Przynajmniej takie miałam odczucia.

W końcu dotarliśmy na miejsce. 
Przed nami malowała się sama biel. Zaspy, drzewa pokryte puchem, a w oddali potężne góry zasypane śniegiem. Na sam widok można było zmarznąć. 

Szybko ubrałam na siebie porządny, ciepły strój i gotowa poczekałam na resztę. Nevra i Lance dołączyli jako pierwsi rozmawiając o czymś miedzy sobą. Nie przysłuchiwałam się. Rozglądałam się za Koori i resztą. Przyszli po paru minutach. Mathieu i Leiftan, podobnie do mnie, byli ciepło opatuleni. 

Opuściliśmy statek i śnieg zaskrzypiał pod stopami. Uśmiechnęłam się pod nosem. Dawno nie miałam z tym styczności. Trochę brakowało mi porządnej zimy, a miałam z nią do tej pory same miłe wspomnienia.
- Jak można żyć w takim mrozie? - Nagle jęknął Mathieu. Zerknęłam na niego. Chłopak mocniej opatulał się swoim płaszczem.
- Rozumiem, że to pytanie retoryczne - Lance na niego spojrzał. Fakt. Jako lodowy smok musi preferować właśnie takie temperatury. 
Brunet mruknął coś pod nosem i zrobił kilka kroków.
Sama również ruszyłam się z miejsca podnosząc wzrok. Wtedy dostrzegłam przed sobą coś, co zdecydowanie nie pasowało do krajobrazu. 
Ogromny wieżowiec znajdował się na wprost nas, a lodowe kolce wyglądały jakby się w niego wbijały. Budynek kompletnie tu nie pasował. Uwagę moich towarzyszy przykuł jednak inny fakt.
- Czy tam latają Drafayele? 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne