sobota, 23 kwietnia 2022

29. Co ty tu robisz?

 Rynek, las, równina, rynek. Rynek, las równina, rynek. 

Dzisiejszy dzień to wieczna bieganina, i wykonywanie mniejszych misji zaopatrzeniowych. 
Z samego rana w Kwaterze gruchnęła wieść, że została wywieszona lista, i każdy strażnik został komuś przydzielony. Na mnie spadł zaszczyt pomocy Karuto w gromadzeniu różnych składników potrzebnych do kuchni. Ilości były zatrważające, ale kucharz nie chciał zdradzić po co mu tyle tego. Krążyłam więc z pełnymi koszykami, co chwilę idąc i przynosząc je pełne kolejnych przysmaków. 
Po za wariactwem kucharza, również ekipa sprzątająca uwijała się na całym terenie Kwatery. Jakieś piętnaście osób chodziło i czyściło najmniejszy zakamarek budynku, pielili ogród i myli te ogromne okna. 
Do jednej z grup sprzątających należała Karenn. Próbowałam się czegoś od niej dowiedzieć, ale była tak samo słabo poinformowana jak ja. Nawet Chrome nie miał pojęcia o co chodzi. Podobno wytyczne poszły od samej Huang Hua, która jako jedyna wydawała się być wtajemniczona. 

Roboczo założyłam, że może chodzić o jakiegoś gościa, który ma przybyć na Ziemie Eel, i wypada go ładnie przywitać. Pamiętam, jak przed przybyciem Huang Hua, ponad siedem lat temu, wszyscy skakali i bardzo to przeżywali. Czyżby miał pojawić się ktoś ważny? A może nasza liderka chce naprawić stosunki z Tenjinem, i zaprosiła króla Genkaku? 
Nie wiem czy to byłby dobry pomysł. Zwłaszcza, jeśli planuje to trzymać w tajemnicy..

Wracając z ostatniej na dziś wycieczki poza mury, i przechodząc z pełnym koszykiem przez rynek zatrzymałam się przy jednym ze stoisk. Dług u Purriry spłaciłam z samego rana, więc mogłam już spokojnie zrobić zakupy u któregoś z jej kolegów.
Ponieważ głownie od wczoraj za mną chodzą chęci, stanęłam przy biznesie Purreru. Można znaleźć u niego wszystko dla chowańca, a przede wszystkim samego zwierzaka.
- Anastazja - sprzedawca powoli podszedł i spojrzał na mnie. Z całej tej futrzanej bandy, chyba jego lubię najbardziej. - Co cię sprowadza?
- Nie wiem - uśmiechnęłam się, na co przechylił swoją głowę. - Przepraszam, nie chcę marnować twojego czasu. Chodzi za mną pewna myśl, ale nie jestem w stanie się zdecydować.
- Ma to coś ze mną wspólnego?
- Z twoim fachem, zgadza się - przytaknęłam. 
- Potrzebujesz inkubatora? Nowego posłania? Może smakołyków? - zaraz zaczął pokazywać na różne przedmioty.
- Przede wszystkim trzeba mieć dla kogo to kupować - uspokoił się na moje słowa. 
- Oh.. To myśl.. Myśl szybko i wracaj. 
- Obiecuję, że się do ciebie zgłoszę - puściłam oczko i zaczęłam się oddalać. Nie mogę kazać Karuto tyle czekać.

Sprawnie zaniosłam wszystko kucharzowi,  a w nagrodę dostałam pakunek z niezłą ilością ciastek, które dopiero co zrobił. Nie chciałam mu podkradać towaru, zwłaszcza jeśli miały być dla specjalnego gościa, ale nie chciał słyszeć sprzeciwu i mnie przeganiał. W efekcie wychodziłam ze stołówki z ciepłymi, kruchymi słodkościami.
Pech jednak chciał, że w drzwiach wpadłam na coś twardego, i wysokiego. Dodatkowo moje czoło boleśnie to odczuło, a ciasteczka w woreczku wypadały mi z rąk. 
Ściana jednak szybko zareagowała i złapała je zanim zderzyły się z twardą podłogą i połamały. 
- Wybacz, śpieszyłem się - napotkałam błękitne tęczówki, a przysmak wrócił do moich dłoni. 
- Chyba mi nic nie jest - uniosłam nieco kąciki i zrobiłam krok w tył. Lance się wyprostował i zerknął na pakunek. 
- Posiłek na wynos? 
- Raczej moja wypłata za ciężką pracę - nieco się zaśmiałam. - Spróbuj pomóc kucharzowi, to może dostaniesz coś dobrego.
- Może, gdy będę miał więcej czasu - kiwnął głową, a w jego wyglądzie coś mi nie odpowiadało. Brakowało pewnego elementu.
- Bark cię już nie boli? Nie widzę usztywnienia.. - zapytałam, a ten krótko uniósł brew do góry. 
Szybko odzyskał swój neutralny wyraz twarzy.
- Przeszkadzało mi. Mam trochę obowiązków, nie mogę sobie wypoczywać. Maści robią swoje, nie narzekam na ból - jakby na potwierdzenie tych słów poruszył kilka razy całą ręką.
- Coś mi mówi, że i tak byś się nie przyznał, że ci dokucza - założyłam ręce i zaczęliśmy się mierzyć wzrokiem. 
- Może masz rację, może nie - przez jego twarz przemknął cień uśmiechu. - Śpieszyłaś się gdzieś? Masz co robić? 
- Zależy kto, i po co pyta - wzruszyłam ramionami.
- Jestem ciekawy co moja podwładna robi w czasie wolnym.
- Hmm.. Anastazja biegała dziś w tę i z powrotem, teraz ma zamiar trochę odpocząć.
- Może powinna zająć się treningiem? 
- Może.. Gdyby miała siły pewnie by kogoś poprosiła, a że jest trochę wypompowana i jej trener to łamaga, która musi dojść do siebie.. 
- Ta łamaga mogłaby dać jej wycisk nawet w takim stanie - wtrącił. Żadne z nas nie odwróciło wzroku na moment od tego drugiego. Miałam nawet swego rodzaju lekki ubaw. Ciekawie.
- Nie wykluczam. Woli jednak teraz pójść, pogadać do siebie, i nawcinać się przepysznych ciastek - puszczając oczko postanowiłam przerwać tą nietypową sytuację i minąć smoka. 
Nie zerkając za siebie, jak najszybciej uciekłam. 

Udałam się na swoją ulubioną skarpę. Zajęłam miejsce opierając się o drzewo i podziwiałam widoki przed sobą. Słońce jeszcze ładnie świeciło, chociaż do jego ucieczki było coraz mniej czasu.
Zerknęłam do swoich ciastek i skubnęłam jedno. Okrągłe, kruche i słodkie, miało nawet niezidentyfikowane słodkie kuleczki - ogółem smakowało bardzo dobrze. Mruknęłam zadowolona i odchyliłam głowę przymykając oczy. 
Delikatny wiatr zaczepiał moje rozpuszczone włosy, ale nie przejmowałam się tym. Ich nieład niespecjalnie mnie martwił. 

Od wczoraj czuję się jakaś spokojna, wyciszona wewnętrznie. To co mnie denerwuje, czy martwi jakoś tak przemyka i znika, jakby dało mi spokój. 
- Tego mi było potrzeba - mruknęłam i na ślepo, z ciągle opuszczonymi powiekami, zaczęłam szukać swojej torebki z ciastkami. Jak już zapowiada się, że będę sama, to niech chociaż tłuszczyk mnie otula i grzeje.
Macając tak chwilę nie natknęłam się jednak na chropowaty woreczek. Zamiast niego wyczułam coś twardszego, nieregularnego, i ruchliwego.
Natychmiast odskoczyłam wystraszona i spojrzałam na macany obiekt. Ku mojemu zdziwieniu był to draflayel, ten sam który przypłynął z nami z Genkaku. Jak poznałam? Po gojących się ranach, przecież wcale nie był dużo większy od swoim pobratymców. 
- C-Co ty tu robisz? - przeleciałam wzrokiem dookoła, ale poza wpatrującym się we mnie zwierzęciem nie dostrzegłam nikogo innego. Wątpię jednak by sam tutaj się dostał, jeszcze nie wydobrzał. Wróciłam wzrokiem do stworzenia. - Jak tu trafiłeś i gdzie są moje ciastka? - podrapałam go po łepku na co cicho mruknął i przymknął oczy kładąc swoją głowę na moich kolanach. - To chyba się nie dowiem.. 
Westchnęłam ciężko i nie chcąc zrzucić z nóg przybysza próbowałam znaleźć swój woreczek. Nie było go jednak nigdzie w zasięgu mojego wzroku. 
- Tego szukasz?  - przede mną zaczęło spadać z nieba ciastko. Szybko, acz pokracznie, je złapałam i zadarłam wzrok do góry. Gałęzie się poruszyły, a za nimi chował się winowajca.
- Co ty tam robisz, i jak to możliwe, że nie słyszałam? 
- Szczerze? - głos się roześmiał. - Nawet Jamon by koło ciebie mógł przejść i byś go nie usłyszała. Za brak czujności trzeba ponieść konsekwencje. 
- I mówi to szef straży, która nie specjalizuje się w tego typu akcjach? - wgryzłam się w słodycz ciągle patrząc do góry. 
- Straż może i nie, ale czasem się przydaje, i mam w tym spore doświadczenie. Nie zaprzeczysz - głowa Lance'a wychyliła się między liśćmi. Na moich oczach bezczelnie zaczął podżerać mi ciasteczka.
- Ej! Oddawaj! - chciałam się podnieść, ale draflayel na moich kolanach na to nie pozwolił. 
- Nie. Wykorzystam moment, że Skala ma ochotę na twoje towarzystwo - puścił oczko i zniknął za zielenią.
- Skala? - uniosłam brew. - Ty go przygarnąłeś? 
- Ją!  - wtrącił, a kilka liści spadło na mnie. - Sama to chyba ostatnio sugerowałaś.
- Niby myślałam o tym.. - mój wzrok powędrował do stworzenia. Pomiziałam ją, a ta tylko bardziej wtulała się we mnie. 
- Więc spróbowałem - smok nagle zeskoczył z gałęzi lądując tuż obok nas. Nieco podskoczyłam wystraszona, a chowaniec zaraz się podnosił na łapy i radośnie wędrował w jego stronę.
- Chyba cię lubi.. - obserwowałam, jak Skala ociera się o jego nogę. - Albo ma ochotę na moje ciasteczka - wyciągnęłam dłoń po woreczek. 
Niezbyt chętnie, ale mi go oddał i usiadł obok. Teraz na jego nogach spoczywała głowa draflayela.
Smok niepewnie pogłaskał ją. Trochę jakby bał się, że zrobi coś nie tak - był delikatny.
- Jak z jej zdrowiem? - zapytałam wywijając woreczek abyśmy oboje mogli spokojnie z niego sięgać. 
- Ewelein mówi, że będzie dobrze. Jeszcze nie, ale za parę dni powinna być w stanie latać - sięgnął po przekąskę.
Oboje oparliśmy się wygodnie o pień drzewa obserwując widok przed sobą. Zapanowała cisza.

Wiatr muskał nas spokojnie, a wokół nie było słychać nic innego poza nim, gaworzeniem chowańców, czy od czasu do czasu, chrupnięcia ciastka. Skala zasnęła przy smoku, a sam Lance trzymał na niej dłoń i jeździł kciukiem.
Jeśli chodzi o mnie, to nie przeszkadzał mi taki stan.

W pewnym momencie jednak los spłatał figla, i gdy sięgałam po kolejne ciacho natknęłam się na coś chłodnego. Szybko zorientowałam się, że zamiast ciastka złapałam Lance'a za palca i natychmiast zabrałam dłoń spoglądając na niego.
- Nie bój się - wyśmiał nieco moją reakcję i zabrał swoją rękę trzymając wypiek. - Odskoczyłaś jak poparzona. 
- Mówiłam już kiedyś.. Masz strasznie zimne ręce - uciekałam wzrokiem przed jego przeszywającym spojrzeniem.
- Na pewne rzeczy nic się nie da zrobić - chrupnął. Mogłam się jedynie z nim zgodzić. Oczywiście nie mówiąc tego na głos. - Skoro już o zmianach.. Jak bardzo przybycie tutaj wywróciło ci życie?
Jego pytanie mnie zaskoczyło, przez co od razu spojrzałam. Obserwował mnie, ale jego mina nie wyrażała dosłownie nic. Nie mam pojęcia czy był ciekawy czy zapytał tylko po to żebyśmy nie siedzieli w ciszy. Nie spodziewałam się.
- Utrata całej rodziny i przeszłości to mało? - zabrzmiałam trochę ostro, ale w sumie to chyba nic takiego. W każdym razie nie przejął się, jego twarz ani drgnęła, nawet tyci tyci. Dodatkowo milczał wyczekując jakby dłuższej odpowiedzi. Westchnęłam ciężko i uległam spojrzeniu. - Miałam tam przyjaciół rodzinę, pasje, wszystko co potrzebowałam - poprawiłam się nieco opierając o pień i spojrzałam przed siebie. Te niebieskie tęczówki mnie rozpraszały. 
- A czego potrzebują typowi ludzie w twoim wieku? - dopytał. 
- Moim zdaniem balansu pomiędzy obowiązkami, a zabawą, zmartwieniami i luzem - trochę żartowałam, ale jest w tym trochę prawdy. - Chociaż to trochę zbyt ogólnie powiedziane. Moja rodzina nie miała nigdy problemów z pieniędzmi, ale dorabiałam. Pracowałam w księgarni, chociaż nie tylko. Zdarzyło się też podawać jedzenie, ale nie lubiłam tej roboty - skrzywiłam się na samo wspomnienie, jak jakaś grupka idiotów klepała po tyłkach wszystkie kelnerki. Nie ominęło mnie to, i trochę nie zapanowałam nad sobą. Straciłam tę robotę. Książki kupowali dużo przyjemniejsi ludzie. - Prócz pracy studiowałam, uczyłam się.
- Czegoś ciekawego? - ponownie wtrącił swoje pytanie. Nie powstrzymałam się i zerknęłam kątem oka, ale ten patrzył przed siebie i jedynie miział delikatnie głowę chowańca na swoich nogach.
- Nie będę mówić nazwami, bo to i tak nic ci nie powie - wróciłam do widoku przed sobą. - Chodziło jednak o to, że miałam przejąć rodzinny biznes, więc uczyłam się jak tego nie zepsuć. Jak zachęcić innych do odwiedzenia nas, zakupu, wciśnięcia im produktu. Może brzmi banalnie, ale ludzie serio się uczą takich rzeczy..
- Interesowało cię to?
Od razu pokręciłam głową, mimo że wiedziałam, że tego nie widział. 
- Nie bardzo. Nie miałam za dobrych stosunków z ojcem, a praca z nim.. To byłby koszmar - dreszcz mnie przechodził na samo wyobrażenie czegoś takiego. - Dziadek zaraził mnie miłością do muzyki, i szczerze to chciałam robić to co on, gdy był młody, ale na to rodzice w życiu by nie pozwolili. 
- Czym się zajmował?
- Był muzykiem.. Grał w kilku orkiestrach, komponował muzykę. Miał trochę sukcesów na swoim koncie. Zaraził mnie tym zainteresowaniem, był moim pierwszym mentorem - niewielki uśmiech wkradł się na moją twarz, jednak tylko na chwilę. - Będąc młodsza marzyłam, że pójdę w jego ślady, ale życie szybko to zweryfikowało. Czasem można się buntować, ale nie przeskoczysz tego czy tamtego. 
- Rodzice cię nie wspierali?
- Ojciec nie był w dobrych relacjach ze swoimi rodzicami, nie lubił jak do nich jeździłam. Twierdził, że głupoty do głowy mi wkładają. Nie ważne było, że czułam się tam szczęśliwa. Co do mamy.. - wyrwało mi się westchnięcie. - Niezbyt się w to mieszała. W sumie nie miała nic do powiedzenia. Czasem bywał straszny.. 
- To nie brzmi, jak idealna rodzina, chociaż się nie znam.
- Nie była. Nawet nie wiem o co byli pokłóceni. Chyba miałam się dowiedzieć przed swoim zniknięciem, ale mój ojciec utrudniał mi wyjazd do dziadków - mruknęłam. - A jak to było z tobą i Valkyonem? Jak sobie radziliście? 
Nie chciałam ciągle mówić o sobie, a też naprawdę mnie to ciekawiło. Na moje pytanie zapadła jednak dłuższa cisza. 
- Jeśli nie chcesz.. - zaczęłam, ale smok przerwał mi. 
- Nie, nie. Po prostu to było tak dawno temu, i tyle wspomnień to przykrywa..
- Ale chyba nie zapomniałeś - spojrzałam na niego.
Pokręcił głową. 
- Wróciłbym do tamtych czasów. Dwóch dzieciaków, braci, którzy się dogadują. Były między nami spore różnice, ale nie konflikty. Rodziców nie mieliśmy, ale znaleźli się faeries, którzy nam pomogli - jego twarz przybrała nieco melancholijny wyraz. 
- Valkyon mi coś opowiadał, ale nie wnikałam w szczegóły.. 
- Pewnie tak jak ja wolał do nich nie wracać. Przynajmniej do części z nich - zaczął się podnosić, a Skale wziął na ręce. - Wiem, że Huang Hua miała coś dzisiaj ogłosić. Lepiej chodźmy żeby tego nie przegapić.
To mi wygląda na ucieczkę, czy mam jakieś urojenia? Postanowiłam się upewnić.
- Nie chcesz o tym rozmawiać, prawda? - zapytałam również wstając na nogi. 
- Nie bardzo. To dobre, ale też przykre wspomnienia. W końcu doprowadziły do czego doprowadziły.. - powoli ruszył w stronę Kwatery, a ja szłam tuż obok. 
- Nie wypieraj się części siebie.
- Nie wypieram - mruknął i zamilkł na dobre. 

Za mury dotarliśmy już w całkowitej ciszy. Lance się nie odzywał, a i ja wolałam nie poruszać już wrażliwych tematów. Przynajmniej nie w tamtej chwili.
Rozeszliśmy się w sali drzwi. On ruszył do kuźni, a ja w stronę swojego pokoju. 
Nie dane mi było jednak dotrzeć do niego. 
Ledwo chwyciłam klamkę, a usłyszałam donośny głos Koori. 
- Ana! Chodź, Huang Hua zbiera wszystkich w sali drzwi - dziewczyna stała parę metrów ode mnie. Westchnęłam ciężko i dołączyłam do niej. 

Wróciłam do pomieszczenia, w którym byłam raptem chwilę temu. Tym razem było tu bardzo dużo osób i Huang Hua otoczona przez wszystkich. Kitsune się zaczęła do niej przepychać, a mnie zostawiła wśród tłumu słabo znanych chłopaków. 
Porzucona rozglądałam się, nawet stawałam na palcach i dostrzegłam Mathieu w pierwszym rzędzie, w pobliżu by również Nevra. Karenn i Chrome stali najbliżej, ale ścisk zrobił się tak mocny, że nie miałam możliwości dostać się do nich. 
Pokręciłam głową, i nie utrudniając nikomu życia zostałam na swoim miejscu. 
Fenghuang wkrótce zaczęła mówić. 


Takiej wiadomości się nie spodziewałam. Kto to w ogóle wymyślił? 
W celu poprawienia humorów, i podniesienia morale.. Blablabla..
Co znowu szykują?
Głupia myślałam, że może przyjedzie jakiś ważny gość i stąd te porządki i przygotowania. Nic bardziej mylnego! 
Koori, przy aprobacie Huang Hua, organizuje wspaniały bal już pojutrze w Sali Kryształu i wszyscy jesteśmy zaproszeni. Będzie smaczne jedzenie, muzyka, tańce i dobra zabawa - przynajmniej tak reklamowała całe wydarzenie.
Reakcja tłumu była mieszana, jedni się cieszyli, dla drugich wybór miejsca był dość kontrowersyjny. Mnie jednak ostatnie najmniej martwiło, cały ten pomysł wydaje mi się dziwny, trochę bez sensu. Nie mamy powodu do świętowania, a raczej do zmartwień, ale jak uważają.. 

Po całym ogłoszeniu ogoniasta nie miała skrupułów i jeszcze mnie dorwała żeby dobić. Zaczęła coś mówić, że wymaga stosownego ubioru i elegancji, więc zadbała o to wcześniej i mam jutro odebrać u Purriry sukienkę, którą dla mnie zamówiła. Nie, nie w prezencie - będę musiała uiścić za to stosowną zapłatę. 
Zagotowało się we mnie momentalnie, ale nie miałam możliwości wykręcić się z tego. Tak szybko jak do mnie podeszła, tak uciekła. Miała jeszcze coś do załatwienia w związku z tą całą imprezą. 

Czy na nią pójdę? Raczej nie mam wyboru, więc się wybiorę. Nie jestem przekonana, ale może się zdziwię i faktycznie będę dobrze bawić? 

Rozważając wszelkie za i przeciw weszłam do swojego pokoju, i odruchowo rzuciłam się na łóżko. W tym samym momencie rozległ się okropny wrzask krzywdy, a zaraz po nim paniki. Drugi należał do mnie, a pierwszy do młodego Minaloo, który nie wiedząc skąd znalazł się w moim pokoju. 
Natychmiast się podniosłam i rozejrzałam dookoła. Malec miał do szyi przyczepioną na sznurku karteczkę i kwiatka. 
Powoli zbliżyłam się do chowańca i przepraszając pogłaskałam po głowie, by następnie zdjąć mu z karku niepasujący dodatek. 

Roślina przypominała różową piwonię, chociaż było widać ślady po oderwanych kolcach, a z tego co kojarzę to ten ziemski kwiat ich nie ma. Chyba, że jestem w błędzie.. 
W każdym razie to nie on mnie zdziwił najbardziej, a dołączony liścik bez podpisu. 

- Co ty tu robisz? I kto cię podrzucił, śliczna? - wzięłam jej pyszczek w dłonie, a ta jedynie przyglądała mi się słodko. 
Problem z towarzystwem chyba rozwiązany.. 


wtorek, 5 kwietnia 2022

28. Nie przeszkadza mi..

Powiedzieć, że atmosfera w czasie drogi powrotnej na Ziemie Eel była wisielcza, to mało. Każdy siedział niezadowolony, przybity.
Nevra pluł sobie w brodę, ponieważ stosunki dyplomatyczne pomiędzy Genkaku a Strażą teraz nie będą dobre, o ile w ogóle będą.
Lance z usztywnioną ręką odpoczywał pod pokładem, a Mathieu i Koori, zwłaszcza ona, mieli sobie za złe śmierć Edgara. 
Sama byłam mocno wstrząśnięta tą rewelacją, ale jakoś się trzymałam. Uroniłam łzę, ale chyba nie miałam siły aby poleciało ich więcej. Może to i lepiej.. 

Z relacji wampira usłyszałam, że gdy dotarli na łódź, a Lance zniknął by po mnie wrócić, zostali napadnięci. Grupa kitsune z zaskoczenia znalazła się na pokładzie i chciała zabrać Koori.
Pokonali ich, ale kosztem życia niewinnego człowieka, który próbując się jakoś przydać, centralnie nadział się na miecz.
Dodatkową niespodzianką był list znaleziony przy jednym z atakujących - od Tenjina, do naszej ogoniastej. Tak dowiedzieli się, że zostałam głupio schwytana, i że wymieni mnie na nią. Wtedy też ruszyli. Nevra nie wdawał się w szczegóły, ale ta decyzja nie była dla nikogo miła i przyjemna, a zwłaszcza do przyjęcia. 
Leiftan został by zająć się zwłokami Edgara i pilnować łodzi, a oni ruszyli, i tak się spotkaliśmy. 
Sama nie opowiadałam o tym, co działo się w celi, albo jak z niej uciekliśmy. Nie miałam ochoty, a i tak pewnie Huang Hua będzie chciała tego posłuchać - tak czy siak się rozniesie. Byle nie wszystko.. 

Chcąc się przespać zeszłam pod pokład. Widok, jaki tam zastałam zaskoczył mnie, a jednocześnie nieco rozczulił. 
Lance spokojnie spał, a na nim leżał słodko wtulony Draflayel. Oboje byli ranni i opatrzeni, porównania same cisną mi się na myśl. 
Nie mogąc powstrzymać uśmiechu na swojej twarzy po cichu przemknęłam i położyłam się na hamaku. 
Ciekawskość zwyciężyła, i co chwilę zerkałam na śpiących.
Słowa Lance'a zaczęły mi chodzić po głowie. 

Dostrzegam, że się zmienił - jest spokojny i opanowany. Wcześniej widziałam go raczej narwanego, łatwo się denerwującego. Nie mam pojęcia, jaki był przed moim przybyciem i swoją sfingowaną śmiercią, ale widzę różnicę względem tego Lance'a sprzed siedmiu lat. 
Do tego został kompletnie sam, i to z własnej winy, a coś w środku mi mówi, że rodzina jest dla niego ogromnie ważna. Nie mówię tu, o jego niszczycielskiej chęci zwrócenia życia smokom, ale o zwyczajnych relacjach. Jako brat był dla Valkyona ważny, i nie wątpię, że w drugą stronę wyglądało to podobnie.

Co bym czuła w jego sytuacji? 
Wiem, że to głupie wyobrażać sobie takie scenariusze, ale on zapewne też lata do tyłu nie sądził, że tak skończy. Życie jest nieprzewidywalne.. 
Utrata bliskich boli, i dobrze to wiem. Co jednak, gdyby wyszły na jaw jakieś denerwujące fakty? Pod odpowiednim ciężarem, psychika w końcu pęka, załamie się, a wtedy mogą się dziać różne nieszczęścia.
Z pewnością sam sobie nigdy nie wybaczy, nie będzie żył normalnym życiem. Odnalezienie Memorii, i próba kontaktu z bratem mogłaby w tym pomóc, ale czy go naprawić?

Jestem w stanie dojrzeć jego najmniejszą zmianę - czy rzeczywiście?
Może grunt to podejście..
Czy naprawdę chcę dać mu tę szansę? 

Wpatrując się w śpiącego w pobliżu smoka, i błądząc pomiędzy tymi myślami, zasnęłam. 

Nie pamiętam reszty podróży powrotnej, właściwie całą przespałam.
Słyszałam, jak towarzystwo się krząta, jak Lance i chowaniec się przebudzili.
Cały czas jednak leżałam, i nawet jeśli nie spałam to wygodnie skulona, nie miałam ochoty ani siły opuszczać ciepłego koca. 
Pod koniec drogi towarzyszył mi jednak ranny Draflayel, który uroczo się wtulał i mruczał pod wpływem miziania. 

- Przykro mi, ale muszę cię zostawić - niechętnie wygrzebywałam się z posłania. Stworzenie spojrzało jakby niezadowolone. Koori dosłownie chwilę temu zeszła z informacją, że jesteśmy na miejscu. Pora się zebrać i opuścić tę przeklętą łajbę.
Przeciągnęłam się i wyszłam na pokład, a Leiftan właśnie zrzucał kotwicę - dopłynęliśmy. 
Rozejrzałam się, w świetle lamp dostrzegłam, jak Lance i Nevra o czymś dyskutują, a Mathieu kompletnie niedyskretnie próbuje podsłuchać. Kitsune natomiast stała przy burcie i wyglądała na plażę. 
W okolicy dawno zapadł zmrok, i niewiele było widać, ale coraz bliżej nas znajdował się świecący punkcik, a z nim dwa poruszające się cienie. Gdy były odpowiednio blisko dostrzegłam sylwetkę Jamona i Huang Hua.
Ciekawe, jak zareaguje na nasze rewelacje.. 

Cała nasza grupa opuściła statek. Lance z ręką na temblaku, a Mathieu obok niego z rannym chowańcem na rękach, Nevra z krzywą miną, a ja i Koori zmęczone i również niezbyt zadowolone - jedynie Leiftan wyglądał na najbardziej neutralnego z nas wszystkich. Fenghuang zrozumiała od razu, że coś poszło nie tak, ale nie wystrzeliła pytaniami. Przywitała każdego z nas po kolei i wysłała do siebie, żebyśmy mieli rano siły napisać raporty i popołudniu mamy się stawić w Sali Obrad - również zostałam zaproszona, niestety. 
Nie czekałam długo, niemal natychmiast zaczęliśmy się rozchodzić. Idąc w stronę swojego pokoju dojrzałam jeszcze tylko jak Lance i Mathieu z draflayelem wchodzą do przychodni. Dobrze będzie, jeśli obejrzy ich profesjonalistka. Nie żebym nie ufała Koori, ale jednak Ewelein ma w tym trochę większe doświadczenie. 

Sprawnie dotarłam do swojego pokoju i od razu rzuciłam torby w kąt. Chociaż tak właściwie, jakby po przekroczeniu jego progu, siły kompletnie mnie opuściły, i jedynie je puściłam, a one upadły z łomotem. 
Rozejrzałam się po pomieszczeniu - tak samo ciche i puste, jak je zostawiłam. Z jednej strony dobrze, a z drugiej czegoś mi tu brakuje. Może powinnam pomyśleć nad jakimś zwierzęcym towarzyszem? 

Nie mając energii na dłuższe rozmyślanie, czy wycieczkę do łazienki padłam na łóżko i niemal natychmiast zasnęłam. 
Materac był taki przyjemny i miękki, sen na łodzi nie należy do przyjemnych. 

Rano obudziły mnie pierwsze promienie słońca atakujące moje powieki. Nie miałam w tym starciu najmniejszych szans, więc niezbyt chętnie podniosłam się i przeciągnęłam. Towarzyszyło mi nieprzyjemne uczucie brudu i czegoś w rodzaju sztywności. Spałam, jak zabita, ale to jak i w jakiej pozycji - najwyraźniej nie ruszyłam się przez całą noc, niezbyt korzystnie na mnie wpłynęło. 
Trzeba się ogarnąć, coś zjeść i napisać ten przeklęty raport  - z taką myślą wzięłam co mi potrzebne i ruszyłam w stronę łazienki. Było wolne, więc natychmiast ją zablokowałam i zaczęłam zmywać z siebie ciężar ostatnich dni. W trakcie prysznica dostrzegłam, że moje nadgarstki ciągle są nieprzyjemnie czerwone, co będzie lepiej ukryć, jeśli nie chcę wywołać idiotycznego popłochu wśród znajomych. Niestety nie mam biżuterii, czy rękawiczek - czeka mnie wycieczka do butiku, która nie skończy się dobrze dla mojego portfela, zwłaszcza że rozwaliłam całkiem dobre buty i trzeba z tym coś zrobić. 

Po bezproblemowym załatwieniu spraw higieny od razu ruszyłam w stronę targu. Wiem, powinnam coś zjeść, ale jeśli Karuto przypadkiem dojrzy cokolwiek to będę załatwiona - wolę nie ryzykować. 

Purriry krzątała się przy swoim stoisku, a na widok, że idę w jej kierunku oczy jej jakby błysnęły. Koci zmysł na pieniądz, czy coś w tym stylu? 
Wzięłam głęboki wdech i z uśmiechem stanęłam naprzeciw kotki. Starałam się jednak chować moje dłonie naciągając na nie długie rękawy mojej bluzki - mam pewien pomysł na wymówkę.
- Witaj kochana, przyszłaś po coś nowszego niż łachmany, które masz na sobie? - zaczęła zaraz z zadowoleniem.
- Raczej z czymś drobniejszym - rozejrzałam się po wyłożonych bibelotach. - Miałabyś może, najlepiej czarne, rękawiczki? 
- Rękawiczki? A po co ci one? Nie będą ci pasowały do tych szmatek..- wstrząsnęła uszami, i czułam jak się we mnie wpatruje. 
- Nie mam zbytniego wyboru, chcę ukryć swoje dłonie i nadgarstki - spojrzałam na nią. - Wczoraj byłam zbyt ciekawska i zerwałam jakiś nowy rodzaj kwiatu idąc do pokoju, bardzo mi się spodobał. Problem w tym, że dostałam chyba uczulenia, i mam paskudne bąble - skrzywiłam się by dodać sobie wiarygodności. Nie lubię kłamać, ale tylko to mnie teraz stąd wybawi. Chyba już zadziałało, ponieważ Purriry nieznacznie się odsunęła.  - Chciałabym je ukryć zanim Ewelein znajdzie na to odpowiedni lek. Nie muszą być z palcami, one wyglądają dobrze, ale reszta.. Nie jest zbyt apetyczna.
- Dobrze! - miauknęła niemal i zaczęła przeszukiwać swój asortyment. - Powinnam coś mieć, bierz i nie pojawiaj się tu więcej dopóki się nie nie pozbędziesz tego paskudztwa. - Rzuciła mi je, jak trędowatej. - Zapłacisz mi później. Uciekaj i czasem nie zaraź mnie jakimś paskudztwem. Sio!
Przegoniona wzięłam rękawiczki i zakładając je zaczęłam odchodzić. Rzuciłam jeszcze krótkie dziękuję znikając jej z oczu. 
Materiał przypominał skórę, i był ładnie obszyty filetową nicią. Teraz cieszą oko, ale boje się momentu, gdy przyjdzie mi za nie zapłacić.. 

Po tych dziwnych zakupach, bez marnowania kolejnego czasu, udałam się na stołówkę. Na miejscu było kilka osób, w tym Koori i Karenn, do których się dosiadłam.
- Witam szanowne grono, nie będę wam wadzić? - uśmiechnęłam się kolejno zerkając na obie, by zaraz odwrócić wzrok i pomachać w stronę kucharza, który od razu zrozumiał i kiwnął zadowolony głową. 
- Nie, chociaż właśnie o tobie rozmawiałyśmy - kitsune puściła w moją stronę zalotne oczko. 
- Lepiej żebym nie wiedziała? - wyprostowałam się na swoim krześle i przyglądałam siedzącym naprzeciw dziewczynom. 
- Przeciwnie. Co powiesz na wypad na plażę? Tak w babskim gronie - teraz wampirzyca zabrała głos. - Porozmawiamy, powygłupiamy się, zrelaksujemy. Na razie będziemy tylko my.
- Brzmi całkiem nieźle - uśmiechnęłam się delikatnie, ale mój uśmiech zaraz się poszerzył, gdy Karuto postawił przed każdą z nas talerz pełen jedzenia. 
- Smacznego dziewczęta - potargał mnie po czuprynie i wracał do swoich garów przy akompaniamencie naszego chóralnego dziękuuujeeemyyy.
Więc jak? Umówione? - rozbawiona Karenn wróciła do mnie wzrokiem. 
- Chętnie odpocznę w waszym towarzystwie - przytaknęłam. - O ile to możliwe - skubnęłam trochę jedzenia żeby uciszyć potwora odzywającego się gdzieś w moim brzuchu. - Myślałyście jeszcze o kimś?
- Karenn myślała, o Ewelein, Huang Chu i Huang Hua, ale to chyba nie jest za dobry pomysł.
Zerknęłam na kitsune - krzywiła się. Mimo, że dobrze wygląda zapewne martwi ją to co stało się w Genkaku, i obie zdajemy sobie sprawę z problemu, jaki teraz przed Strażą.
- Masz rację. Po naszej podróży Lśniąca Straż będzie miała na głowie, ważniejsze rzeczy.
- Co się tam stało? - wampirzyca nie wytrzymała. - Cała wasza grupa milczy na ten temat, jak zaklęta, mój brat jest w nerwach. O co chodzi?
- Jeśli byśmy mogły, to wiedziałabyś. Musimy jednak poczekać do spotkania i decyzji naszej szefowej.. 

O której miało zacząć się nasze spotkanie? Nie wiem. Nie pamiętam, czy padła konkretna godzina, chyba za dużo kołotało mi się w głowie. W każdym razie zaraz po śniadaniu wzięłam się za wypełnianie tego głupiego raportu, i zajęło mi to dobre kilka godzin. 
Robiłam to już wcześniej, i wiedziałam co mam mniej więcej napisać, ale problemy zaczęły się w momencie, w którym miałam opisać swoje uprowadzenie, a następnie ucieczkę ze smokiem. 
Nie mogłam tego pominąć, ponieważ to dość ważny punkt całego zamieszania - Tenjin chciał w końcu nas w jakiś celach wykorzystać, może skrzywdzić. 
Nie natknęłam się niestety na smoka, w bibliotece również było dość pustawo, dlatego opisałam to najkrócej jak się dało - zamieć, ciemność, sznury, brawurowa ucieczka, tyle. Z pewnością Lance ujął to lepiej, a jeśli będą jakieś wątpliwości poprawię papierek. Nie sądzę jednak by było to konieczne, pewnie i tak zaraz wszystko będziemy opowiadać. 
Tyle, że zaraz, to znaczy kiedy? 

Przyszłam do Sali Obrad, wydaje mi się, w samą porę, ale na miejscu zastałam jedynie stół i puste krzesła. W środku nie było kompletnie nikogo. Mam jedynie nadzieję, że nie zmienili planów czy coś, ponieważ na wieczór jestem z dziewczynami umówiona na plaży, a też nikt mnie o niczym nie poinformował, więc to niezbyt przyjemne. 
Nie mając nic innego do roboty usiadłam, i nieelegancko położyłam ręce, a następnie na nich głowę, na stole. Mama by mnie za to zganiła, a babcia pewnie ścierą przywaliła w plecy żebym się wyprostowała. Nie ma mowy. Jestem sama, i będę siedziała jak mi się podoba. Przyjdą to się poprawię. 
Z takim założeniem przymknęłam oczy, i wsłuchiwałam w przyjemną ciszę dookoła. Do moich uszu dochodziły jedynie ciche dźwięki życia z zewnątrz, ale były one tak przygłuszone, że nie przeszkadzały. 

Niespodziewanie poczułam delikatne dźgnięcie w okolicy żeber na co zaraz podskoczyłam z piskiem, i przyciskając dłoń do ust spojrzałam na winowajcę. Okazał się nim być Lance, który z rozbawionym wyrazem twarzy siadał w pobliżu - jego ręka ciągle była na usztywnieniu. 
- Przyszłaś tu sobie urządzić drzemkę? - przyglądał mi się z drwiącym uśmieszkiem. 
- A żebyś wiedział. Nie ma to, jak sjesta na stole - wywróciłam oczami poprawiając się na krześle.
- Może się nie znam, ale są ciekawsze rzeczy, a zdecydowanie wygodniejsze, do czego można go zastosować - rzucił jakby od niechcenia, a mi oczy prawie wypadły. 
Miałam się odezwać, gdy do pomieszczenia zaczęły wchodzić kolejne osoby, w tym Huang Hua.
- Cieszę się, że jesteście na czas. Długo czekaliście? - przeleciała po nas wzrokiem, podczas gdy reszta Lśniącej Straży, i członkowie naszej wyprawy nie należący do niej, zajmowali miejsca. 
- Chwilę - rzuciłam krótko. Fenhuang się lekko uśmiechnęła, ale zaraz przeszła do rzeczy i uśmiech z jej twarzy natychmiast zniknął. 
- Czytając wasze raporty nie mogę powiedzieć, że jestem zadowolona. Nie mogę też ukrywać, że trochę się spodziewałam, że coś może pójść nie tak, dlatego nie chcę by ktokolwiek z was się za coś winił - jej wzrok zaczął wędrować po każdym z nas. - Rozmawiałam już z Nevrą, ale powinniście usłyszeć to wszyscy. Jedyną odpowiedzialność za to wszystko ponoszę tu ja.
Nie powiem, miło było usłyszeć z jej ust takie słowa. Nie ma do końca racji, ponieważ to wina nas wszystkich - w mniejszym lub większym stopniu, ale pewnie u niej jest jej najwięcej. W końcu nie do końca wiemy, jak wyglądało ich porozumienie co do naszej wyprawy.
- Mam nadzieję, że wy również zapoznaliście się z dokumentami - kontynuując zerknęła na Chrome'a i pozostałych członków Lśniącej Straży. Zgodnie przytaknęli, jedynie Huang Chu się nieco skrzywiła. 
- Można powiedzieć, chociaż nie wszystko. Miałam ważniejsze rzeczy na głowie, ale orientuje się w sytuacji.
- Zbadałaś już naszą próbkę? - głos zabrał Lance, a Nevra podsunął dziewczynie plik papierów. Domyślam się, że chciał jej dać nadrobić. 
- Tak - przytaknęła zerkając w dokumenty. - Zajęłam się nią z samego rana, i nie mam żadnych nowych wiadomości.
- To znaczy? - smok kontynuował. 
- Jest taki sam, jak poprzedni. Zagadkowy. Jego energia jest niestabilna, użycie go mogłoby nie skończyć się dobrze. Nie wniósł niestety nic nowego - podniosła krótko na niego wzrok, i wróciła do czytania. 
- Czyli stoimy w miejscu - Chrome westchnął ciężko. - Ten człowiek niczego wam nie powiedział? Nie przydał się? - rzucił, i zaraz się speszył zerkając w moją stronę. - Przepraszam Ana, pewnie.. 
- Nie musisz - wtrąciłam posyłając mu lekki uśmiech. - Znoszę to lepiej, niż myślałam, że będę znosić. 
Mina mu się na to poprawiła, i spojrzał w stronę Nevry czekając na odpowiedź.
- Nie powiedział nic co by nam w czymś pomogło - wampir przeczesał grzywę dłonią jakby zrezygnowany.
- Nie miał pojęcia co się stało, a co dopiero gdzie jest. Nawet gdyby widział błysk, czy coś, inaczej by to wytłumaczył - zabrałam głos. Huang Hua spojrzała na mnie pytająco. - Na Ziemi to by mogło być jakieś przepięcie prądu, trzask żarówki, a w przypadku czegoś mocniejszego może jakaś bomba, atomówka, czy inny pocisk termiczny. Nie znam się na tym. W każdym razie jest wiele czynników do wyjaśnienia nagłego blasku, i to nie jest magia. Wspominał tylko o trzęsieniu, a potem nie wiedział nic więcej. 
- Twoje pierwsze słowa nie bardzo jestem w stanie zrozumieć, ale ogólny sens chyba tak - Huang Chu podniosła na mnie wzrok. - W raporcie Lance'a jest, że zwróciłaś uwagę na działanie jakiś ludzkich sprzętów mimo, że nie powinny działać. Nie rozumiem nic z tego, co tu napisał - z wyrzutem spojrzała na smoka. Jej śladem poszedł również Nevra, i co dziwne Leiftan. 
- Nie patrzcie na niego tak, przecież on sam pierwsze o tym słyszał - wywróciłam oczami. Żeby mieć coś takiego za złe, serio? - Chodzi o to, że działały lampy, winda, było słychać przepływ energii w telefonie..
- Fakt! Też to zauważyłem, ale nie zwróciłem szczególnie uwagi, że coś jest nie tak - Mathieu niemal podskoczył na krześle. Nie wiem, czy powinien się tym chwalić.  Chyba to do niego dotarło, ponieważ zaraz się skulił w krześle mrucząc przeprosiny.
- To co z tymi lampami? - szefowa Absyntu wróciła do tematu. 
- Nie będę wdawać się w szczegóły, tego jest za dużo, ale na ziemi jest energia, która pozwala działać wielu sprzętom. Ludzie używają jej na co dzień, i dosłownie cały czas. Sęk w tym, że skoro budynek jest tutaj, to nie powinno to wszystko działać, a było odwrotnie. Nie ma tu żadnego źródła prądu, więc może to zasługa maany, ale tak czy siak..- wytłumaczyłam zerkając po towarzystwie. Czułam się nieco niezręcznie ponieważ wzrok wszystkich był skierowany w moją stronę, i uważnie słuchali.
- Sprawdzałaś ten telefon? - Mathieu postanowił znów dorzucić swoje. 
Spojrzałam w jego stronę i pokręciłam głową. 
- Nie słyszałam tego charakterystycznego buczenia w słuchawce, ale przepływ energii już tak. Czy byśmy się gdzieś dodzwonili, pewnie się już nie dowiemy.
Przytaknął na moją odpowiedź głową i poprawił się na krześle. Po tym Huang Hua postanowiła zabrać głos. 
- Rozumiem, że to jakiś ziemski temat. Mam jednak nadzieję, że jeśli nie teraz to wkrótce nam to trochę wyjaśnicie. Nawet jeśli to nie będzie jakoś szczególnie ważne, to może się kiedyś w jakiś sposób przyda..
Kiwnęłam głową, i spotkanie trwało dalej.
Straż omawiała wszystko co się działo w czasie naszej misji, i wymieniała się swoimi poglądami. W sumie nie czułam się tam zbytnio potrzebna. Temat naszej ucieczki nie był jakoś szczególnie poruszany. Jedynie, czy niczego nam nie zrobił, ale tu Lance mnie we wszystkim wyręczył i nie miałam już o czym więcej opowiadać. 
W sumie przysłuchiwałam się powtórce, jak tragicznie nam to wszystko poszło. 
Podobnie z resztą robili Leiftan, Mathieu i Koori. Od czasu do czasu rzucaliśmy sobie spojrzenia, ale żadne z nas jakoś nie zebrało się by zapytać czy musimy tu siedzieć. W efekcie zostaliśmy do końca i zdrętwiały nam tyłki.
Na szczęście Huang Hua nie przedłużała niepotrzebnie i po godzinie, może nawet dwóch mogliśmy się zawijać. 

Wszyscy się zbierali gdy sama jeszcze rzuciła do Ewelein, jak stan chowańca. Nie śpiesząc się specjalnie do wyjścia zdążyłam usłyszeć, że rany się dobrze goją i nawet jest ktoś chętny by się nim zaopiekować. 
Nie powiem, trochę mnie to zasmuciło, ponieważ sama myślałam czy by go nie przyjąć. Ciekawe kto się odważył..

Reszta popołudnia minęła mi raczej na samotni. Posiedziałam trochę przy fontannie w ogrodach, porozmyślałam, odpoczęłam. Nikt mi nie przeszkadzał, nikt nie dołączył - miałam upragnioną chwilę spokoju. Moje myśli mogły się nareszcie trochę poukładać, przyjąć jakiś logiczny ciąg. 
Potrzebowałam tego.. 

Ogrody Kwatery opuszczałam dopiero w momencie, kiedy słońce zaczęło schodzić coraz niżej. Idąc w stronę pokoju natknęłam się na Karenn, która z koszykiem wędrowała do kuchni, a na mój widok jedynie przypomniała się, że zaraz mamy się spotkać na plaży.
Z uśmiechem jej kiwnęłam głową i przyśpieszyłam kroku. 

Docierając do swoich czterech kątów szybko wzięłam coś ciepłego do okrycia, nigdy nie wiadomo, i natychmiast ruszyłam w stronę plaży.
Nie brałam nic więcej. Gdybym nie widziała wampirzycy, to może skusiłabym się po jakiś prowiant, ale z pewnością będziemy miały wszystko zapewnione.

Na miejscu zastałam już Koori, która rozkładała koce na piasku. Pomogłam jej przy ostatnim, a gdy tylko usiadłyśmy pojawiła się Karenn z koszem pełnym przekąsek i napitku, również alkoholowego. 
Bez zbędnych ceregieli wkrótce polała nam po kieliszku wina i uniosła swój do góry.
- Za spotkanie - na jej twarzy ukazał się szeroki uśmiech. Wraz z kitsune powtórzyłyśmy jej słowa i delikatnie zderzyłyśmy we trzy szkło.
Mając w ustach czerwoną ciecz czuło się naprawdę bogaty bukiet smaków, ale i mocy nie brakowało. Powiedziałabym, że jest smaczne, ale nie wydaje mi się to odpowiednim doborem słów.
- A więc zostałaś uprowadzona, hę? I jak wrażenia? Duża różnica niż siedem lat temu? - Karenn postanowiła zacząć z grubej rury, na co obie z Koori zakrztusiłyśmy się i spojrzałyśmy w jej stronę. - No co? Chrome mi powiedział. To jak było? - poruszyła głupio brwiami. Niestety wiem do czego pije. 
- Porwanie nigdy nie będzie fajne, a jeśli chodzi ci o towarzystwo, to jakoś je zniosłam - rzuciłam spoglądając w stronę horyzontu. Niebo pięknie czerwieniało, a fale równo uderzały o brzegi Eel.
- Tenjin nic wam nie zrobił? Szczególnie tobie, nie próbował..? - Koori zabrzmiała dość słabo. - Nie miałam odwagi wcześniej zadać ci tego pytania, czy przeprosić, że zostałaś sama.. 
Wypuściłam głośno powietrze i odwróciłam się do kitsune biorąc jej dłonie w swoje. 
- Nie musisz mnie za nic przepraszać. Nic się nie stało, Tenjin niczego nie próbował. Troszkę mnie wkurzył, ale to raczej nic specjalnego - uśmiechnęłam się szczerze, na co i jej kąciki drgnęły i odzyskała kolory. Zabrałam swoje dłonie. - Swoją drogą chyba nawet wyszło mi to trochę na dobre.. 
- Co masz na myśli? - teraz obie zaczęły się mi przyglądać z tą głupią miną. - Nie trudno było przegapić, że nasz potężny smok zwraca na ciebie uwagę.
- Dziwisz się przy tej twarzy? - roześmiana Karenn wzięła w swoje dłonie moją głowę i ścisnęła moje policzki, robiąc tak zwaną rybę. Szybko zaczęłam zabierać jej ręce i się uwalniać. - Dobra, a tak serio to o co chodzi? - wzięła łyka wina spoglądając to na mnie, to na Koori.
- Sama bym chciała wiedzieć. Słyszałam, że raczej za sobą nie przepadają, a obserwuję nieco inne zjawiska - dziewczyny złapały się pod ramię i wpatrywały w moją osobę. - Mów o co chodzi.
- A o co ma chodzić? - jęknęłam upadając na plecy. Podłoże było nieco twardsze niż zakładałam, ale starałam się tego po sobie nie pokazać. - Najpierw mówię, że jestem przeciwna, to wszyscy każą mi to zaakceptować. Gdy w końcu zaczynam to robić, i normalnie go traktować, dopatrujecie się dziwnych rzeczy.
- Myślałam, że będziesz szła bardziej w zaparte - wampirzyca się nieco nade mną pochyliła przez co zamknęłam oczy. Nie chciałam widzieć tych min czy uśmieszków. 
- Miałam na siłę dymić, tworzyć konflikty? Nie podobało, i nie bardzo mi to odpowiada cały czas, ale jest już nieco inaczej niż było. Atmosfera jest mniej gęsta, trochę się oczyściła.
- Co chcesz przez to powiedzieć? 
Otworzyłam oczy i podniosłam się do siadu.
- Nie przeszkadza mi, tak jak na samym początku. Może to znowu cały obraz sytuacji, jak na początku mojego pobytu w Eldaryi, że poddałam się całemu otoczeniu. Nie wiem, jak będzie, ale nie mam zamiaru na siłę rzucać mu kłód pod nogi. Ma ich wystraczająco.. 
- A co z przeszłością? 
- Nie wybaczę i nie zapomnę, to jest pewne. Przynajmniej na ten moment. Leiftan dostał drugą szansę, Lance chyba też może, co nie? 
Chociaż to zestawienie jest słabe. 
Spojrzałam na dziewczyny, i niespodziewanie znalazłam się w uścisku Karenn. 
- Cieszę się, teraz będzie ci zdecydowanie lepiej. Zobaczysz.
- Obyś miała rację - uśmiechnęłam się i zaprosiłam do nas Koori. We trzy chwilę trwałyśmy w uścisku.

Temat Lance'a postanowiłam szybko urwać. Nie chciałam przez przypadek powiedzieć czegoś co wywołałoby falę pytań. Zwyczajnie oznajmiłam, im że trochę sobie wyjaśniliśmy, ale nie wdawałam się w szczegóły. Przyjęły to z bólem, ale jakoś się wywinęłam.
Nie uciekłam jednak od jeszcze gorszego tematu. Liczyłam na spokojny, miły wieczór, ale to chyba nie będzie mi dane.
Nie mam pojęcia, jaką drogą dedukcji z poczucia pewnego rodzaju samotności, i chęci przygarnięcia zwierzęcia, Karenn wypaliła z pytaniem o Nevrę. Jakby nie było lepszych podłoży do rozmów.

- Ile razy mam to powtarzać? To zamknięta sprawa dla niego, i dla mnie. Nie chcę do tego wracać, chcę w spokoju brnąć dalej - podłamana kolejny raz musiałam tłumaczyć się byłej szwagierce. Miałam dość. 
- Nie kusi żeby spróbować go zdobyć na nowo? Utrzeć nosa wszystkim tym, które się za nim uganiają.. - Koori niestety nie była po mojej stronie, i wraz z wampirzycą trwałą w natarciu.
- Nie. I skończcie wypytywać. Powiedzieliśmy sobie coś, on coś sobie przeskrobał, tyle. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Zostawił mnie za sobą, i ja chcę robić to samo. Takie pytania mi tego nie ułatwią. 
- No dobrze, ale wydawało się to dużym uczuciem. Kompletnie zgasło?
- Karenn, ja naprawdę nie mam ochoty.. - zaczęłam dość ostro, ale przerwał mi krzyk. Może i to lepiej.
- Koori! Dziewczyny, dobrze, że jesteście! - podbiegł do nas Chrome. Zatrzymał i spojrzał po każdej z nas po kolei, aż jego wzrok zatrzymał się na jedzeniu. Dłuższą chwilę milczał na co chrząknęłam. Przed chwilą wyglądał na zaaferowanego czymś. - Ah, tak.. Przepraszam. Koori, Huang Hua cię prosi. Teraz, już, zaraz - spojrzał na dziewczynę, a ta zaraz podniosła uszy na baczność i wstawała.
- Nie wiesz o co chodzi? Stało się coś?
- Nic nie zdradziła - pokręcił głową. - Chciała cię tylko jak najszybciej widzieć. Czeka na ciebie przy Wiśni.
- No dobrze.. - westchnęła niechętnie. - Zastąp mnie godnie - poklepała go po ramieniu i zaczęła odchodzić. Odprowadziliśmy ją wzrokiem. - Co do tamtego, to się nie wywiniesz Ana! - rzuciła jeszcze po czym zniknęła. 
Pokręciłam zrezygnowana głową, a wilkołak zajął jej miejsce. 
- Od czego się nie wywiniesz? - zerknął na mnie wyjadając z koszyka nasz prowiant. 
- Z niczego specjalnego. Rozmawiałyśmy właśnie o tobie i Karenn, jak wam się układa.. - spojrzałam na wampirzycę. Nie wyglądała na zachwyconą. Szach-mat! 

Wywołałam wojnę, dosłownie. Teraz to ja zaczęłam męczyć naszą szanowną pijawkę, i wszystko odbijało się jej czkawką. Mieli sprzeczne opinie względem tego kto rządzi w ich związku, kto jest bardziej lub mniej jakiś, dosłownie o wszystko mogli by się pokłócić w tamtym momencie. Trochę mnie dziwiło, jak oni ze sobą wytrzymują i wytrzymali tyle czasu. W końcu to wszystko zaczęło się zanim wylądowałam w krysztale.
Odpowiedź na swoje pytania znalazłam jednak w momencie, w którym znaleźli wspólny punkt zaczepienia i zaczęli sobie spijać z dzióbków. Trochę niecodzienny widok, ale byli uroczy. Tak bardzo, że w końcu zapomnieli o mojej obecności. W pewnym momencie się wycofałam z rozmowy na własne życzenie. W tych czynnościach nie miałam jednak zamiaru brać udziału, czy nawet obserwować. 
Jakoś widok miżdżących się do siebie par, zwłaszcza tak intensywnie, zawsze mnie trochę obrzydzał. Nie zwracając więc na siebie uwagi, powoli się ulotniłam. Niech robią, co chcą.

Zostawiając wszystko za sobą wracałam do siebie. Na niebie jasno świecił pełen księżyc, nocne chowańce biegały po równinie. Biorąc pod uwagę moje ostatnie spotkanie z takim jednym, to naprawdę szczyt idiotyzmu, ale chcąc nie chcąc zwolniłam by się im nieco przyjrzeć. 
Coraz bardziej przekonuje się by jakiegoś przygarnąć. Może poczułabym się lepiej, mając się do kogo przytulić i wyżalić z dosłownie wszystkiego? 



poniedziałek, 28 marca 2022

27. Bolesne skutki

 Jak opuścić więzienną celę, której kraty dość dobrze się trzymają?

Na filmach zrobili by wielkie bum, potem pełną potyczek, i szczęśliwych splotów wydarzeń ucieczkę, aby na końcu bohaterowie wybiegli na jakiś dziedziniec i zostali otoczeni przez licznych żołnierzy wroga. 
Jak to wyglądało z nami?
Moc Lance'a jeszcze nie zdążyła wrócić, więc zaproponowałam, że sama spróbuję, ale odmówił. Nie wiadomo co byłabym w stanie zrobić, i wolał nie ryzykować.
Jasnowłosy próbował wystawić drzwi z zawiasów, ale cholerstwa mocno się trzymały.
Postanowiliśmy więc użyć nieco innego fortelu. Nie jest on bardzo cichy, ale chyba lepszy niż wielkie wybuchy.

Lance stanął w rogu pomieszczenia podczas gdy ja zaczęłam swoim, nieco uszkodzonym, butem uderzać o kraty. Dookoła rozchodziło się echo uderzeń.
Strażnik kilka razy krzyknął coś żeby się uspokoić, pogroził, że się przejdzie, aż w końcu nie wytrzymał i usłyszałam jego kroki. 
Przywaliłam jeszcze kilka razy i uciekłam w przeciwległy róg. Lance kiwnął do mnie głową i czekał w gotowości. 
Chwilę później przed naszą celą stanął rudy strażnik. Gdy tylko dostrzegł, że na środku zamiast dwóch więźniów znajdują się puste sznury, wszedł do środka. Był tak zaaferowany naszym zniknięciem, że nie spostrzegł jak Lance go dorwał i jednym chwytem zaczął podduszać do utraty przytomności. 
Potem szybko go związaliśmy na wysokości piersi, a gdy smok dodatkowo pożyczył sobie jego miecz opuściliśmy celę. 

Starając się zachować, jak największą ciszę rozglądaliśmy się za swoimi rzeczami. W sąsiednich celach siedziało kilka osób, dlatego żeby nie robili zbytniego hałasu, daliśmy jednej z nich pęk kluczy - podebrany rudemu. Nie musieliśmy długo czekać aż coraz więcej wychodziło ich na wolność.
Sami w tym czasie dotarliśmy do nieźle oświetlonego pomieszczenia, w którym znajdował się kominek, stojak z bronią po drugiej stronie, a na środku stał stół przy którym siedział drugi ze strażników, a przed nim jakaś plansza - przypominała nieco shogi.
- Pan sobie tutaj gra, a w celach zabawa na całego - odezwałam się. Dostrzegłam również nasze rzeczy rzucone w kąt pomieszczenia, wyglądały jakby zostały przeszukane. Wkurzyłam się, nie lubię jak ktoś robi coś takiego. 
Strażnik słysząc mój głos natychmiast się podniósł i spojrzał w naszą stronę. Nie miał nawet czasu na zareagowanie w jakiś sposób - Lance przywalił mu jednym solidnym ciosem prosto w twarz, co odcięło mu światło. Upadł na ziemię z hukiem, przewalając przy tym stolik.
- Niezły cios - posłałam smokowi uśmiech i brałam swoje rzeczy. 
- Różnie trzeba sobie radzić - również podniósł swój miecz, i kilka innych groźnych przedmiotów. - Musimy być teraz ostrożni. Nie trać czujności, ten popłoch pewnie już wydał naszą ucieczkę. 
Kiwnęłam jedynie głową, że rozumiem i ścisnęłam rękojeść Atarangi. 

Zaczęliśmy szukać wyjścia. Więźniowie, którym pomogliśmy uciec błądzili gdzieniegdzie, inni załatwiali między sobą jakieś porachunki i szarpali się. Spora ich ilość jednak zniknęła, więc musi być stąd jakaś ucieczka. Korytarze wydawały się jednak dużo dłuższe, i zimniejsze niż w rzeczywistości. 
Do czasu aż usłyszeliśmy brzdęk stali i krzyki.
Lance się wychylił by zbadać sytuację. 
- Sporo żołnierzy. Wygląda na to, że jest tam jakiś dziedziniec. Nie obędzie się bez konfrontacji. Uważaj - podniósł swój miecz. 
Nie skomentowałam tego, działałam zadaniowo. Z resztą po tej dziwnej sytuacji w celi, to było w tej chwili najlepsze. Nie mogę się rozpraszać, muszę skupić się na zadaniu. 
Kiwnęłam głową, a potem wszystko działo się szybko. 

Lance ruszył przodem, a ja tuż za nim. Trzymając się blisko siebie wmieszaliśmy się pomiędzy resztę więźniów, którzy odpierali ataki strażników pochodniami, kamieniami czy przypadkowo znalezionymi kawałkami żelastwa - ogółem nie mieli żadnych szans. 
W końcu jednak przyszedł czas, że i nasze miecze zabrzęczały od uderzeń. Nasi towarzysze zostali powaleni, lub na nowo pojmani, a my brnęliśmy naprzód odpierając kolejne ataki. 
Nie myślałam o niczym, to wszystko po prostu jakoś szło. Ze smokiem wzajemnie się ubezpieczaliśmy, czułam czasem jak stykamy się plecami. Szło nam niesamowicie, ale w pewnym momencie zaczęłam się martwić, że jest coś za łatwo. I właśnie w tej samej chwili znaleźliśmy się na środku jakiegoś placu. Dookoła były kamienne budynki, a na tarasach stały całe masy kitsune z łukami wymierzonymi w naszą stronę. Dojrzałam tylko jedno wyjście po prawej, ale równie dobrze obstawione. 
Zrobiło się filmowo, a przede wszystkim niebezpiecznie. 
Smok przywarł do mnie plecami, a w tym samym momencie drzwi na jedynym z balkonów się otworzyły. Na zewnątrz wyszedł Tenjin w otoczeniu straży.

- Sporego bałaganu mi narobiliście, nie podoba mi się to - donośny głos odbił się echem od zimnych murów. Król stanął przy metalowej barierce, a jego armia nas otoczyła. - Myśleliście, że tak łatwo wam pójdzie? Sądziliście, że dam uciec takim cennym okazom?!
- Nie masz żadnego usprawiedliwienia dla tego porwania! - Pomimo sporej odległości zaczęłam się z nim mierzyć wzrokiem. Na jego twarzy nie było widać żadnych emocji, a we mnie się aż gotowało. Gdybym tylko mogła rozszarpałabym go na strzępy. 
- Mylisz się. Straż uprowadziła moją żonę, zrobiła jej pranie mózgu i nie chce oddać. Jako odpowiedzialny król, muszę oddać swojemu ludowi królową, albo ją pomścić! - na koniec uderzył laską o podłoże, a ta błysnęła jasnym światłem.
- Naprawdę jesteś tak naiwny, i myślisz, że coś ugrasz? - tym razem to Lance zabrał głos. - W całej Eldaryi nikt nie darzy cię szacunkiem, wątpię by twoi właśni poddani go do ciebie mieli. Słuchają twoich rozkazów tylko dlatego, że muszą.
- Cisza! Straże! Aresztować ich! - wściekły wskazał na nas palcem, a żołnierze zaczęli się zbliżać. Przebiegłam po nich wzrokiem ściskając mocniej rękojeść swojego miecza. Na twarzach mieli pozakładane lisie maski, nie mogłam dostrzec ich wyrazu, ale krok był zdecydowany. 
Kółko wokół nas robiło się coraz mniejsze..

Potem wszystko działo się szybko.
Kilkoro zaatakowało chcąc nas obezwładnić, więc odparliśmy atak.  Z każdą chwilą dołączali jednak kolejni, przez co wychodziło nam to coraz słabiej. Zaczęliśmy przegrywać, a dodatkowo zostaliśmy rozdzieleni.
Lance gdzieś zniknął, nie dawałam już rady. 
Rozluźniłam palce chcąc puścić miecz. 
Wtedy usłyszałam ogromny wrzask razem z potężnym, znajomym rykiem. Natychmiast się odwróciłam, zaciskając swoją dłoń, i dostrzegłam niebieskookiego w swojej smoczej formie. Cudownie!

Obdysiańczyk zaczął machać ogonem i pluć ogniem na naszych przeciwników, odrzucał ich jednego po drugim. Nie marnowałam czasu, ruszyłam w jego stronę wykorzystując chwilowe zamieszanie wśród armii Tenjina.
Słyszałam, jak król coś krzyczy żeby nas powstrzymać, próbował wydawać rozkazy. Część żołnierzy rzuciła się z powrotem w moją stronę, ale Lance spostrzegł to i zaczął zmiatać ich swoim ogonem. 
Bez problemu znalazłam się przy nim, i wygrzebując z odmętów swoje zapasy sprawności wdrapałam na niego. Pomógł mi nieco skrzydłem, a gdy tylko znalazłam się na grzbiecie nie czekał długo.
- Trzymaj się mocno! - krzyknął, by po chwili zacząć wznosić się w powietrze. Mocno do niego przyległam.
Z każdym momentem znajdowaliśmy się coraz wyżej, wystarczy tylko osiągnąć wysokość większą niż mury i będziemy mogli wrócić na łódź, do swoich. Nie było to większym wyzwaniem. Tenjin nie przemyślał sprawy, że smok może mu uciec drogą powietrzną, a groty strzał, którymi strzelali łucznicy odbijały się od twardych łusek Lance'a.

Wylecieliśmy, a ja usiadłam prosto i się rozejrzałam. Dookoła była śnieżna pustynia, zero punktu odniesienia, poza czymś co przypominało jakiś obóz treningowy, może koszary. Na murach błysnęło mi coś jednak i przyprawiło o dreszcze. 
- Będą strzelać ogniem! Dasz radę przyśpieszyć?! - zerknęłam na pysk smoka. Z nozdrza wyleciał mu niebieski płomień, a ruchy skrzydeł stały się mocniejsze. Ciągle oglądałam się za siebie, i w sumie bardzo dobrze, że to robiłam. - Z twojej prawej! - krzyknęłam gdy w naszą stronę leciał płomienny pocisk. Lance niemal natychmiast zareagował ufając moim słowom i odbił w bok, aby kula minęła nas bez szwanku. 
- Będę się wznosił wyżej, uważaj! - poinformował, a zaraz za słowami poszły czyny. Przytuliłam się nie chcąc przypadkiem bawić w spadający meteor. Kątem oka dostrzegłam jedynie, jak kolejne pociski niecelnie nas mijają. Uciekliśmy. 

Smok ustabilizował swój lot, a ja zaczęłam się gapić w dół mając nadzieję.. 
W sumie na co, to nie wiem. Nie miałam pojęcia, gdzie jesteśmy i nie wiedziałam czy mój obecny środek transportu wie. 
- To chyba nasi - odezwał się nagle. - Po mojej prawej..
Wychyliłam się zaraz i spojrzałam, a Lance nieco obniżył lot. 
- Takiej bandy cudaków nie da się pomylić - uśmiechnęłam się pod nosem. 
Grupa zmierzała w stronę, z której lecieliśmy. Nie mam pojęcia po co, ale to raczej nie wróżyło nic dobrego. 

Lance zaczął się zniżać, co dostrzegła jedna z mrówek w czerwonych fatałaszkach - Mathieu. Widziałam jak skacze, trochę jakby robił pajacyki - machał rękami i nogami na wszystkie strony. Zatrzymali się, a mi nie podobała się liczba - było ich za mało. Włącznie z Edgarem nasza załoga to siedem osób, a tu były tylko trzy.
- Coś tu nie gra - mruknęłam, a smokiem wstrząsnęło. Krzyknęłam zaskoczona i się obejrzałam podczas, gdy bestia po prostu zaczęła spadać w dół. Machał jednym skrzydłem, a drugim jakby nie mógł, podczas gdy spory kawałek za nami maszerował Tenjin ze swoją armią. Chociaż maszerował to nieodpowiednie słowo - jechali na jakiś wielkich chowańcach przypominających z daleka białe niedźwiedzie. Król był na samym przodzie, machał swoją laską i rzucał w nas pociskami, które już miałam okazję zobaczyć. 
Nie dane mi było wszystkiego dobrze przeanalizować. Poczułam, że Lance się przechyla i mnie z siebie zrzuca. Z mojego gardła wydobył się paniczny krzyk, i kolejny gdy chwycił mnie łapami, a potem jakby otulił jednym skrzydłem. 
Parę sekund później słyszałam huk, poczułam uderzenie, a biały puch pomimo osłony nieco  zaatakował moją twarz.

Powoli wydostałam się z góry śniegu, jaka mnie przykryła. Całe szczęście pozostali do nas dobiegli, i Nevra pomógł mi się odkopać. 
W dole obok dostrzegłam Lance'a, który w okropnym grymasie bólu trzymał się za bark - musiał oberwać. 
Gdy wampir upewnił się, że ze mną w porządku razem z Mathieu podbiegli do niego.
- Wybity bark, trzeba to nastawić - mruknęła Koori, która jako pierwsza była przy smoku.
- Działajcie, nie mamy czasu - poszkodowany mruknął przez zaciśnięte zęby, i spoglądał na towarzystwo. 
- Będzie bolało - Nevra zaraz go złapał i bez zwłoki szybko wstawił kość na miejsce. Lance jedynie wrzasnął krótko nie powstrzymując się. 
- Reszta kości cała? A ty Anastazja?- Mathieu podniósł się zerkając na nas obu.
- Ze mną w porządku. Osłonił mnie - pokręciłam głową i napotkałam wzrok niebieskookiego. Nic więcej nie powiedziałam, jedynie uśmiechnęłam się nieco w niemym podziękowaniu. Chyba zrozumiał ponieważ odwzajemnił uśmiech i zaczął się podnosić. 
- Może lepiej nie dyskutujmy tu dłużej, bo zaraz nas dopadną. Powinniśmy stąd uciekać.
- Nie sądzę byśmy dali radę tak szybko biec, a ty nie powinieneś ryzykować - spojrzałam w stronę, z której nadchodził Tenjin. Był doskonale widoczny, chociaż dalej niż widać było to z góry. 
- Wszystko już jest na miejscu, dam radę. Będę odpoczywał, jak będziemy bezpieczni.
- Zgadzam się z Anastazją, ale i popieram Lance'a. Nie mamy z nimi szans, to za dużo.. - Koori nerwowo wstrząsnęła ogonami.
- Jesteś pewien, że dasz radę?- Nevra spojrzał na niebieskookiego. 
- Tylko ostrzegajcie przed pociskami - poruszył kilka razy ramieniem wyraźnie się krzywiąc.
Nie podoba mi się to.

Lance się przemienił, a zaraz potem ja i Koori wdrapałyśmy się na jego grzbiet. Kitsune objęła mnie w pasie i się przytuliła. Smok wzruszył kilka razy skrzydłem.
- Na pewno dasz radę? - zerknęłam na jego pysk. 
- Z gorszych kłopotów wychodziłem - poprawił się i podreptał w miejscu. Powoli zaczął się wznosić łapiąc Nevrę i Mathieu w swoje szpony. 
Panowie byli odwróceni tyłem do kierunku lodu, i robili za coś w rodzaju żywych kierunkowskazów. Jeśli będzie leciał pocisk z lewej - krzyczy człowiek, z prawej - wampir. Gdyby nie sytuacja, byłoby to zabawne.
Powoli znajdowaliśmy się coraz wyżej. Widziałam i czułam, jak ciężko mu to przychodzi. Przez najbliższe dni powinien chodzić co najmniej na temblaku, a tu już taki wysiłek. Komu ty chcesz zaimponować?!

Starając się nie wpaść w panikę zapytałam Koori o sytuację za nami. Zanim jednak zdążyła mi odpowiedzieć usłyszałyśmy krzyk Mathieu, a zaraz z nim Lance odbił w przeciwną stronę.

Z relacji dziewczyny nie powinniśmy być tak daleko, i jeśli przyśpieszymy zaraz im uciekniemy, ale był problem - Lance próbował, ale gdy mocniej uderzył skrzydłem miało się wrażenie jakby nogi krzesła się pod tobą łamały, ale tylko z jednej strony. Musiało go potwornie boleć. 
Szczerze zrobiło mi się go w tej chwili szkoda.

Po paru złamanych krzesłach, unikach i chwilach strachu, i  ogromnego bólu Obsydiańczyka, dostrzegliśmy statek. Od jakiegoś czasu mieliśmy spokój, udało nam się uciec wystarczająco daleko. Teraz musimy jak najszybciej odpłynąć, jak najdalej. 

Wylądowaliśmy.
Moje stopy spotkały się z ziemią, a raczej pokrywającym ją śniegiem. 
Lance niemal natychmiast zmienił swoją formę, i chwycił się za bolący bark.
- Chodź, dam ci coś przeciwbólowego - Koori go zaraz ciągnęła pod pokład. W tym czasie nasza reszta dołączyła do Leiftana, który czekał na nas na statku, i przygotowywaliśmy łajbę do podróży. 
Wszystko działo się w ekspresowym tempie, i równie szybko zaczęliśmy się oddalać od Genkaku. Kamień spadł mi z serca i spojrzałam na Nevrę. W końcu mogłam zapytać o to, co mi nie pasowało.
- Gdzie Edgar? Tak się boi, że się schował? - na moje pytanie wampir się nieco zmieszał. Dostrzegłam również, że obecny Mathieu i Leiftan zrobili dziwne miny. - Chłopaki? Wszystko w porządku? 
- Przykro mi, ale Edgar nie żyje..

czwartek, 24 marca 2022

26. Katharsis

 Ciemność i ciepło, chociaż może powinnam powiedzieć, mniejsze zimno otulało moje obolałe ciało. Niemiłosiernie bolała mnie głowa, a do tego coś strasznie wrzynało mi się w plecy. Nie byłam w stanie się ruszyć. 

Jęknęłam cicho i powoli otworzyłam oczy. 

Znajdowałam się w dziwnym pomieszczeniu, w którym ściany były z kamienia, podobnie jak podłoga. Dostrzegłam również kraty, które chyba służyły za wyjście. 
Uświadamiając sobie gdzie jestem natychmiast chciałam się podnieść, ale oplatające mnie liny skutecznie to uniemożliwiły. Dodatkowo usłyszałam za plecami niezadowolony warkot. 
- W końcu się ocknęłaś - rozpoznałam ten głos. Spojrzałam przez ramię i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. 
- Co ty tu robisz? I gdzie my tak właściwie jesteśmy? - Lance westchnął ciężko i powoli zaczął podnosić się do siadu. Leżeliśmy na boku w dość niewygodnej pozycji, więc sama podążyłam jego śladem, co we dwójkę było dużo łatwiejsze i skuteczne. 
- Jesteśmy więźniami Tenjina - zaczął się ruszać jakby chcąc poluzować więzy. Nie będzie to łatwe ponieważ mamy skrępowane dłonie, kostki i jesteśmy do siebie przywiązani na wysokości klatki piersiowej, dość grubym sznurem. 
- Ja to rozumiem, jestem skazana na nieszczęścia, ale ty.. Jakim cudem? - powędrowałam wzrokiem po naszej celi. 
Nie było tu dosłownie nic. Surowe ściany, gdzie na jednej z nich wisiał kinkiet z lampą, wejście w postaci krat i małe okienko niemal pod sufitem - również zaopatrzone w kraty. Światła było więc tu bardzo mało.
- Udało nam się uciec, jak zaczął się ten cały śnieżny pokaz. Wziąłem chłopaków na grzbiet i odlecieliśmy. W końcu reszta dotarła, ale bez ciebie. - W jego tonie było coś takiego, że mogłabym przysiąc, że wywrócił oczami, albo się skrzywił. Wolałam jednak dać mu kontynuować. Chciałam wiedzieć, co się działo. - Koori wpadła w panikę, że cię zgubiła. Do tego Nevra niepotrzebnie dał się ponieść. W każdym razie ruszyłem cię szukać. Jak amator dałem się podejść i oto jestem - wzruszył ramionami, przez co elementy jego zbroi boleśnie wbijały mi się w ramię. 
- No dobra, ale z twoimi umiejętnościami.. Przecież już dawno mógłbyś nas obu uwolnić - poruszyłam lekko bolącym barkiem. - I nie wbijaj mi się tak bardzo w plecy, to trochę boli.
- Wybacz - zastygł w bezruchu. - A co do uwolnienia.. Próbowałem już kilka razy, ale jest pewien problem. Pamiętasz zaklęcie Miiko, które rzuciła po tym jak mnie schwytano? Wygląda na to, że tu też jest im znane. W chwili obecnej nie bardzo jestem w stanie coś zrobić. 
- Czyli jesteśmy skazani na ich łaskę?
- Póki czar nie przestanie działać. No chyba, że jakoś inaczej uda nam się pozbyć tego sznura. 
Kiwnęłam głową, chociaż wiem, że nic mu po tym - w końcu mnie nie widzi. 
- Byłeś przytomny i wiesz mniej więcej gdzie jesteśmy, czy podobnie jak ja..?
- Obudziłem się, jak tylko mnie tu wrzucili. Nie wiem wiele więcej niż ty. Tylko tyle, że naszą broń zaniósł gdzieś niedaleko i skręcił w lewo. Niedługo później przynieśli ciebie i oto co mamy. Uprzedzając twoje pytanie, jest dość późno. Do łodzi dotarliśmy po zmroku, więc nie zdziwiłbym się jakby zaraz zaczynało wychodzić słońce. 
- Rozumiem.

Po wymianie kilku zdań zapadła cisza. Obu nas martwiła obecna sytuacja. Nie mam pojęcia o czym myślał smok , ale ja rozglądałam się po naszej celi szukając chociaż najdrobniejszego szczegółu, czegokolwiek co może nam jakoś pomóc. Niestety na marne. 
Ściany z kamienia może nie są równe, ale żeby przeciąć sznur to raczej za mało.

Spojrzałam na swoje nadgarstki, może uda mi się poluzować więzy. Zaczęłam nimi ruszać, pocierać o siebie przedramionami, próbować rozciągnąć sznur, nawet spróbowałam zębami atakować supeł. Przy tym wszystkim chyba się za mocno zaczęłam kręcić, ponieważ mój towarzysz się odezwał po dłuższej chwili. 
- Co ty wyprawiasz? 
- Próbuję uwolnić swoje dłonie, a ty? - spojrzałam przez ramię. Można powiedzieć, że spotkaliśmy się oko w oko, ponieważ głowa smoka znalazła się z tej samej strony, a nasze twarze nieco zetknęły. - Nie chcę marnować czasu, aż zaklęcie przestanie na ciebie działać. 
- Poranisz się przy tym albo uszkodzisz, a jak przyjdzie czas prawdziwej ucieczki będzie problem.
- Z gorszych tarapatów wychodziłam - odwróciłam głowę wracając do swoich rąk wzrokiem. - I to większość zawdzięczałam tobie, a jakoś dałam radę. 
- Pamiętam to nieco inaczej - prychnął. - Zwykle ktoś ci pomagał, ratował tyłek. Sama byś sobie nie poradziła. 
- Nie jestem przecież aż taką ofiarą losu - spojrzałam na swoje nadgarstki, na których pojawiły się czerwone ślady. 
- Nie porównuj dzisiejszej Anastazji, do tej którą byłaś kiedyś. W każdym zachodzą jakieś zmiany. Kiedyś odwaga i brak doświadczenia, a dziś masz go zdecydowanie więcej. Nie mówię o technicznych umiejętnościach, bo te będziesz zdobywała całe życie, ale w sytuacji prawdziwego boju.. 
- Nie będę się czuła pewniej - przerwałam mu. - Każda wymiana ciosów z kimś, kto naprawdę chce zrobić krzywdę, to chyba nie jest coś do czego będę mogła przywyknąć. 
- Z każdą kolejną potyczką twoja pewność siebie będzie rosła. Spojrzysz rywalowi prosto w oczy nawet jeśli ten ktoś skrzywdzi ci kogoś bliskiego, i będziesz w stanie mu się za to odegrać. Może teraz tak myślisz, ale czuję, że nie raz sama siebie zaskoczysz. Z resztą kiedyś ci się już to zdarzyło..
- To tylko przebłyski - przymknęłam oczy odchylając głowę do tyłu. Oparłam ją lekko o Lance'a, ale nie wykręcał się. Dla nas obu pozycja była niewygodna i uciążliwa. Chciałabym się może położyć na chwilę, ale pewnie szybko będę chciała znowu wstać i tylko wkurzę tym swojego towarzysza. Mam nadzieję, że szybko uda nam się stąd uciec - już nie ważne jakim sposobem, czy drogą.

- Na statku mówiłaś szczerze? - nagle ciszę przerwał głos smoka. Otworzyłam oczy i zmarszczyłam brwi. O co mu chodzi? - Wtedy gdy mówiłaś o akceptacji.. Czy byłaś szczera, że zaczynasz się do mnie przekonywać? - poczułam ruch za sobą, chyba próbował zerknąć na mnie.
- Cóż.. - wypuściłam powietrze. Nie chcę palnąć głupoty, ale nie ma co go okłamywać. - Huang Hua mnie o to prosiła, żebym pogodziła się z faktami, ale.. 
- Jesteś oddana przyjaciołom, nawet tym nieobecnym - wtrącił. - To mnie w tobie dziwiło, wiesz? Szybko się zaaklimatyzowałaś, pogodziłaś z losem, a potem byłaś w stanie oddać życie za to miejsce. 
- Co miałam innego zrobić skoro i tak wszyscy mnie zapomnieli, i nie mam jak wrócić na Ziemię? Może nie pogodziłam się z losem, ale przez to, jak szybko wszystko się działo, musiałam też szybko przywyknąć do otoczenia. Zacząć nowe życie - więzy na moich rękach nie powstrzymywały w żaden sposób moich głupich palców i zaczęłam je odruchowo wyginać. Da się nad tym zapanować? Jakieś wskazówki?  
- Popsułem tobie i Nevrze plany? 
- Co? Jakie plany? - aż mnie dreszcze przeszły. Musimy o tym rozmawiać? Nie mam ochoty.
- Byliście razem, a z boku wygląda to na poważną przeszłość. Słyszałem też, że chodził pod kryształ. Z resztą nie on jedyny.. 
- Nie wiem czy on miał jakieś zamiary - westchnęłam ciężko. - Może mnie wręcz uratowała ta sytuacja. Patrząc na niego mam wrażenie, że nigdy nie był w stanie się zmienić. Ten wieczny podrywacz i zabawiaka chyba nigdy by nie zniknął.
- Sama nie myślałaś poważniej o tym wszystkim? Podobno, jak się jest zakochanym snuje się różne plany - jego ton zabrzmiał nieco dziwniej, do tego głos jakby stracił na sile.
- Nie myślałam o czymś takim. Wtedy ważniejsze było, czy w ogóle będzie coś za kilka miesięcy, tygodni, następnego dnia. 
- A teraz?
- Teraz jestem sama, nie mam z kim snuć wielkich planów na przyszłość. Marzę jedynie, aby wszystko się uspokoiło, żebym mogła spokojnie usiąść i odpocząć. Bez Straży nad głową, bez walk, po prostu w ciszy..
- Brzmi jakbyś już miała dosyć, a ledwo wróciłaś.
- Tak jest - teraz to ja spróbowałam spojrzeć na niego. - Czuję, że jeszcze mnie tu coś czeka, że to nie wszystko co Eldarya dla mnie przygotowała. Nie będę się kłóciła z przeznaczeniem. Mam tylko nadzieję, że tym razem nie stracę kolejnych lat i jak już uda mi się z tym uporać, to będę mogła opuścić Kwaterę Główną i osadzić się gdzieś, gdzie sama będę chciała. 
- I to wszystko sama? Zdajesz sobie sprawę, że najpewniej szybko zginiesz? - cicho się zaśmiał.
- Skąd ta pewność? Skoro świat się tak zmienia, to może wtedy już jakoś będzie to wszystko pogodzone?
- No dobrze, ale co dalej? Co będziesz robiła? Poza Strażą nie masz przyjaciół czy znajomych. Z tego co wiem, to nie masz nawet chowańca, prawda? - odwrócił głowę, a ja swojej nie zabierałam, znowu nasz wzrok się zetknął.
- Nie mam, ale jest ich cała masa, która chciałaby mieć kogoś, kto będzie karmił i rozpieszczał. To najmniejszy problem - pokazałam mu krótko język. - Taki jesteś mądry, a sam co? Próbujesz teraz odpokutować swoje winy, rozumiem. Staram się to dostrzegać i słuchać słów twojego brata, a nie Huang Hua, i nie być taka ostra, ale.. Chcesz być tylko żołnierzem na posyłki? Naprawdę? Zero własnego zdania, przekonań, wizji na życie, na świat?
- O co chodzi z moim bratem? To nie pierwszy raz, jak o nim wspominasz. Wiesz coś o Valkyonie, czego ja nie wiem? - szybko podłapał temat.
- Masz zamiar teraz zignorować moje pytania?- prychnęłam uciekając wzrokiem. 
- Odpowiem ci na nie, ale wyjaśnij mi najpierw. Powiedz o co chodzi - zabrzmiał trochę surowo. Dobra, sam tego chciałeś.
- Miałam z nim kontakt, a przynajmniej tak mi się wydaje - zaczęłam. - Myślałam, że to był zwykły sen, ale często się powtarza, i z każdym kolejnym razem przekonuję się bardziej, że to może być moje wspomnienie. 
- Co widzisz w tym śnie? - czułam za plecami delikatny ruch.
- Valkyona - przyciągnęłam do siebie kolana. Chciałam się o nie oprzeć, ale to było niemożliwe, więc skubałam nogawkę swoich spodni.  - Wszystko dzieje się w jego ulubionym miejscu, przy Stuletniej Wiśni. Stoi tam i na mnie patrzy, ale jest niezbyt wyraźny. Jakby obecny był jego duch, a nie ciało. Wiesz.. Jego postać przypomina trochę Fafnira, tyle że w ludzkiej formie. - Czułam jak w moich oczach zaczynają się zbierać łzy. Tylko tego mi brakowało, żebym się tu teraz popłakała. Zamrugałam kilka razy aby to powstrzymać i kontynuowałam, Lance milczał cały ten czas. - W tych snach zawsze mówi, że jest pogodzony ze swoim losem, że czuje spokój. Przepowiednia dotyczyła was obu, ale tylko on ją zrozumiał. Wierzył, że znajdziesz równowagę i odkupisz swoje winy. Do końca miał cię za swojego brata, nie wyrzekł się ciebie. Prosi mnie żebym nie była dla ciebie zbyt surowa, jeśli spotkamy się ponownie. Był przekonany, że dam radę - nie wytrzymałam, strumienie łez zaczęły lecieć po moich polikach. - I to wszystko, przynajmniej z rzeczy dotyczących ciebie. Czasem się budzę szybciej, czasem później, i wizja bywa porwana, ale zawsze mówi to samo. Zawsze jest dla ciebie wyrozumiały..
Po moich słowach zapadła cisza. 
Smok w jej czasie ani drgnął, moje słowa może jakoś na niego wpłynęły. Nie miałam tego jak zobaczyć. 
Sama natomiast starałam się powstrzymywać kolejne łzy. Na wspomnienie złotookiego ściska mnie w żołądku. To się chyba nigdy nie zmieni, ponieważ był świetnym przyjacielem, a dziś nie ma po nim żadnego fizycznego śladu. Nie wiem gdzie go pochowali, co stało się z Floppy, czy rzeczywiście odszedł spokojny. Pominięty bohater..

- Chciałbym wiedzieć, że naprawdę mi wybaczyłeś - usłyszałam szept Lance'a. Był tak cichy, a jednocześnie naładowany bólem, że przeszedł mnie dreszcz. 
- Jedyne miejsce, które mogłoby nam obu pomóc ukoić swoje wątpliwości zniknęło - wtrąciłam krótko zerkając na towarzysza przez ramię.
- W końcu odnajdę Memorię, nie odpuszczę.
- Jakim cudem? Podobno nie ma po niej żadnych śladów.
- Straż jej nawet nie szuka - mruknął. - Huang Hua uznała, że są teraz ważniejsze rzeczy. Odpuściła poszukiwania miejsca, które może być najcenniejsze w całej Eldaryi. - Czułam, że nie podoba mu się ta decyzja. Chociaż to może najłagodniejsze z określeń.
- Zrezygnowała ze smoczej wiedzy? Przecież to nie ma sensu.
- Próbowałem uzmysłowić im to samo, ale nie miałem sojuszników. To było krótko po moim powrocie do straży.
- Czyli szukasz jej na własną rękę? 
- Tak, chociaż nie powinienem - wypuścił głośno powietrze. - Dostałem jasne zadania i ograniczenia, ale są faeries, które nie zwracają na to uwagi. Wynająłem kilku, którzy szukają wyspy, wymieniamy się informacjami. 
- Z jakimi rezultatami? - utkwiłam wzrok w swoim bucie. 
- Słabymi. Za parę dni powinienem dostać nowe informacje. Liczę, że będą lepsze niż poprzednio. 
- Gdybym mogła jakoś pomóc, zrobić cokolwiek.. Powiedz. - Mówiłam szczerze. Jeśli będzie trzeba wstawie się i winę za wszystko wezmę na siebie. Informacja, że Huang Hua zrezygnowała z tych poszukiwań jest rozczarowująca. Przecież nikt z członków Lśniącej Straży nie posiada takiej wiedzy, jaka kryje się na tej małej wyspie. Nikt z nas nie zna tak doskonale historii tego świata. Nie mają zielonego pojęcia o przeszłości i przyszłości, a rezygnują z tak cennego miejsca. 
- Chcesz brać udział w czymś wbrew prawu? - zabrzmiało to jak kpina. 
- Chcę brać udział w czymś słusznym, czymś co i tak powinno mieć miejsce - spojrzałam przez ramię. Lance również był odwrócony w moją stronę. 
- Dobrze. W takim razie jesteśmy wspólnikami - kącik jego ust poszedł delikatnie w górę. 
- A można wiedzieć, w jakiej sprawie? Niestety przyszedłem za późno - do naszej rozmowy wtrącił się trzeci głos.

Miałam ochotę kopnąć go między nogi, rzucić o ścianę i zrobić sobie z niego manekina do ćwiczeń z mieczem. 
Zapytacie pewnie, na kogo mogłabym się tak zdenerwować?
Nikogo innego, jak naszego durnego gospodarza - króla Tenjina, pfu!

Niespodziewanie wszedł do naszej celi w towarzystwie dwóch ochroniarzy, i starszego kitsune. Ten ostatni, podpierając się drewnianą laską zaraz stanął naprzeciw smoka. Słyszałam jedynie, jak coś mruczał, być może używał zaklęcia.
W tym czasie blondyn kucnął przede mną z wrednym uśmieszkiem na twarzy.
- Warto było się tak do mnie odzywać? - złapał mnie boleśnie za podbródek. Szybko wyrwałam głowę i odwróciłam ją w bok by na niego nie patrzeć. 
- Po co ta cała szopka? Powiedz od razu czego chcesz od naszej dwójki, a nie będziesz grał w idiotyczne gierki - mruknęłam. Starałam się dostrzec co z Lancem, ale widziałam jedynie jasną poświatę przez moment. 
- Z szacunkiem do korony - Tenjin siłą odwrócił w swoją stronę moja twarz i trzymał boleśnie. 
- Korony, która nie należy do ciebie, a do Koori - splunęłam mu w twarz. Odskoczył wściekły i wytarł ją szybko.
- Jak śmiesz, szmato?! - jego laska błysnęła jasnym płomieniem. 
- Tylko ją tknij, a się z tobą policzę! - Lance się poruszył i siłą zmienił naszą pozycję. Teraz oboje byliśmy bokiem do władcy i mogliśmy na niego spojrzeć. 
- A co mi zrobisz? Według mojego podwładnego - wskazał na starca - jesteś w tej chwili ciągle słaby i bezużyteczny. 
- Radzę ci go nie lekceważyć, nawet z chwilowym zanikiem jego mocy - wtrąciłam. 
Tenjin spojrzał w moją stronę. Na jego twarzy pojawił się obrzydliwy uśmieszek.
- Nie lekceważę, cukiereczku. Jestem na niego odpowiednio przygotowany, bo na ciebie nie muszę. Jesteś zbyt słaba by w jakikolwiek sposób zagrozić mi, czy moim żołnierzom. 
- Skoro tak sądzisz, przecież nie będę podważać twojego braku autorytetu - wywróciłam oczami. Lance cicho prychnął, a do blondaska jakby nie dotarły wszystkie moje słowa, wyprostował się dumnie. 
- Mógłbym was tu teraz zabić, ale mam lepszy pomysł.
- Potrzebujesz karty przetargowej - tym razem to Lance zabrał głos. - My za Koori..
- Mała poprawka - pochylił się do niego. - Jedno z was zostanie moją zabaweczką, drugiego wymienię na swoją żonę. Pozostaje wam zgadywać, kto będzie na którym miejscu - puścił oczko i zaczął wychodzić. Reszta świty zniknęła za rogiem razem z nim, a strażnik zamknął kraty. 
Zacisnęłam wściekła pięści i kopnęłam w ścianę, którą miałam na wyciągnięcie nogi.
- Spokojnie, właśnie o to mu chodziło - smok zaczął mnie ciągnąć do tyłu.
- Wiem, ale wątpię by tylko tego chciał. Pewnie już posłał kogoś na statek, lepiej żeby nie przyszły im głupoty do głowy.. 
- Tym bym się nie martwił, będą rozsądni. 
Westchnęłam ciężko i zamykając oczy odchyliłam głowę do tyłu. Natknęłam się na smoka, a ponieważ nie wyglądało jakby miało mu to w tej chwili przeszkadzać na moment się tak oparłam. Nawet jego kolczaste naramienniki przestały mi w tej chwili przeszkadzać. 
Musiałam się wyciszyć i zacząć spokojnie myśleć. 
Najlepiej by było jakbym była w stanie obudzić swoje moce i nas stąd wydostać. 

- Chciałbym odpokutować swoje winy, i jedynie przydać się Kwaterze, nie liczę na nic więcej. 
- C-Co? - otworzyłam oczy, jak nagle obudzona i się rozejrzałam. - Przepraszam, ale odcięłam się na chwilę. O czym ty mówisz? 
- Pytałaś o moje plany na przyszłość. Odpowiadam.
- Naprawdę chcesz teraz do tego wracać? - spojrzałam przez ramię.
- Przerwał nam rozmowę. Ty opowiedziałaś o czymś, co zapewne nie jest dla ciebie wygodne. Dla mnie moja przyszłość to równie ciężki temat.
- Zostałeś wypuszczony z więzienia, wygląda dużo jaśniej, niż jakbyś w nim pozostał. 
- Masz rację, ale mimo to wielu wie kim byłem, nie zapomną tego. Sam także muszę z tym żyć.. 
- Jak ci to wychodzi póki co? 
- Chyba nie najlepiej, ponieważ Karuto ciągle eksperymentuje z moim jedzeniem - cicho się zaśmiał, chociaż było to raczej gorzkie. Faktycznie kucharz pomimo neutralnego zachowania bezpośredniego, wyraża w ten sposób swój żal do smoka. - Rozumiem go, tak samo, jak rozumiem ciebie. I to chyba na odkupieniu u twojej osoby mi najbardziej zależy, chociaż to może złe słowo.. - poczułam delikatne szarpnięcie do tyłu, jakby się zgarbił. - Wiem, że pewnie mi się to nie uda, nie liczę na nic specjalnego. Chcę ci jednak udowodnić, że nie jestem już tym potworem sprzed siedmiu lat.
- Dlaczego akurat mi? Nie powinieneś przede wszystkim sobie? - wtrąciłam. 
- Ponieważ nikt lepiej nie zauważy jeśli coś pominąłem. W ciągu tych lat nie wyzbyłem się całkowicie siebie. Zmieniłem podejście do jednych rzeczy, tych ważniejszych, ale część została. Jestem spokojniejszy, popracowałem nad tym, ale ciągle mnie irytują różne rzeczy, a to już nie przychodzi tak łatwo. Podejrzewam, że jakby ktoś użył na mnie tego wszystkiego, to Ashkore mógłby wrócić chociaż na moment..
- Właśnie..- zerknęłam przez ramię. - Dlaczego cała Kwatera używa imienia Ash, jeśli chodzi o wojnę? Kto to wymyślił? 
- Huang Hua - Lance również spojrzał prostując się. - Uznała, że tak będzie lepiej. Nie chciała aby dzieciaki uczyły się nienawiści do mnie od swoich bliskich. Tak, jak starsi wiedzą o kogo chodzi, tak im ta wiedza ma nie być przekazywana. 
- Niby logiczna, ale jednak cenzura - pokręciłam głową. 
- Nie wiem czy do końca zrozumiałem to określenie, ale morze trochę słuszna. Publiczny lincz to nie jest najlepsze, co społeczeństwa wymyśliły przez wieki. 
- Jak, w takim razie, wyglądały twoje początki, po wyjściu z więzienia? - zaczęłam skubać nogawkę swoich spodni. Przypadkiem dotknęłam swojej nagiej skóry pod nimi i przeszedł mnie dreszcz. Szczerze nie zdawałam sobie do tej pory sprawy, jak bardzo zimno tu jest. O wiele cieplej niż na dworze, ale temperatura nie rozpieszczała. Żebym tylko nie złapała tu jakiegoś choróbska z tego wszystkiego.
- Jak się domyślasz było wielu przeciwników tej decyzji, ale wszyscy ufają Huang Hua. Zdarzyło się, że ktoś mnie zaczepił na rynku czy w schronisku, ale robiłem swoje. Nie prosiłem się o to, za swoje czyny powinienem zgnić w tej klatce, ale skoro uznała, że jestem potrzebny..
- Skąd to ślepe zaufanie? - zapytałam zawieszając wzrok w martwym punkcie. Zastanawia mnie fakt, że wszyscy tak bardzo ufają fenghuang i nie chcą jej kwestionować.
- Słucham?
- Do naszej liderki. Dlaczego tak bardzo za nią jesteś?
- Ponieważ zobaczyła moją zmianę, chce mojej pomocy, i pierwsza mi zaufała po tym wszystkim. To dziwne? 
- Jeśli chodzi o mnie, to mam pewne wątpliwości. 
- Rozumiem, i mam nadzieję, że znikną gdy dłużej zaobserwujesz jej pracę. Ona też zmieniła się od tamtych dni. Przez jakiś czas była jedną z najczęściej odwiedzających.. - urwał nagle. - Czy ty i Leiftan..? Jak to wyglądało, jak byliście w Krysztale? Pamiętasz cokolwiek?
Jego nagła zmiana tematu mnie zaskoczyła
- Chciałabym, ale nic z tego - przejechałam dłonią po bucie, jakoś tak odruchowo. Na pięcie poczułam coś w rodzaju metalowego podkucia. Blaszka? Dlaczego wcześniej nie zwróciłaś na nią uwagi, debilko? Zaczęłam przy niej grzebać równocześnie nie ignorując rozmówcy. Wolę nie zapeszać. - To wszystko było jak sen. Pamiętam jedynie, że złapałam Leiftana za dłoń i razem weszliśmy. Potem było światło, a dosłownie chwilę później ból po spotkaniu z twardym podłożem, znowu światło, a na koniec budzę się w przychodni. 
- Czyli masz sporą lukę w życiorysie.. 
- Żeby to pierwszą. Moje życie na Ziemi przepadło, a tutaj nie ma żadnego znaczenia to czego się uczyłam tam. To kolejny ubytek..
- Nigdy nie wiadomo, kiedy życie może nas zaskoczyć - odpowiedział, a ja już prawie urwałam blaszkę. Cholerstwo dobrze się trzyma.
- Może masz rację - szarpnęłam nieco mocniej, i natychmiast pożałowałam. Co prawda blaszkę urwałam, ale głupia rozcięłam sobie dłoń i jęknęłam z bólu.
- Co ty tam wyprawiasz? Czuje, że się ciągle kręcisz - Lance w końcu zwrócił uwagę.
- Zaraz będziemy wolni, jeśli Wyrocznia ciągle czuwa - ignorując lecącą krew, podniosłam kawałek metalu. Nie obyło się bez problemów, ale w końcu zaczęłam trzeć nią linę na swojej piersi.
- Obawiam się, że nie ma jej już tam, gdzie ostatnio - wtrącił. - Nikt ci nie mówił?
- O czym mieli mówić?- rzuciłam jedynie krótko, wolałam skupić się na sznurze. 
- Ty i Leiftan zniknęliście w krysztale, a po Kwaterze kręci się mała dziewczynka. Nazwali ją Ophelią, ale w rzeczywistości nikt nie wie kim jest, skąd się wzięła, do nikogo się nie odzywa. Pojawia się i znika, ale jej energia..
- Co z nią nie tak? - ku mojej radości zaczęłam widzieć efekty swojego wysiłku. 
- Sam nie byłem wystarczająco blisko, aby to poczuć, ale podobno przypomina właśnie Wyrocznię. Między innymi dlatego mnie ciekawi, czy coś pamiętasz pobytu w krysztale. Może wasza dwójka znałaby kilka odpowiedzi.
- Niestety - zacisnęłam mocno wargi. Jeszcze tylko trochę. - Możesz spróbować szarpnąć ją kilka razy? Może się zerwie.. 
Jak na zawołanie, Lance zaczął się wiercić i napinać. Nie było to dla mnie zbyt przyjemne, ale skoro jest już naruszona, to może prędzej czy później się uda. 

Pękła! Po dobrych kilkunastu minutach tarcia, krwawicy i wiercenia, w końcu mogliśmy się od siebie odsunąć, by następnie wzajemnie uwolnić swoje dłonie. 
- Dobrze sobie poradziłaś - niebieskooki spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem. 
- Ktoś musiał nam uratować tyłki, skoro ty dałeś ciała - puściłam oczko uśmiechając się zadowolona. Byłam z siebie szczerze dumna w tej chwili. 
- Nie mów, że nie podobała ci się nasza rozmowa. Przecież było całkiem przyjemnie. 
- Przede wszystkim było dziwnie - pomasowałam nadgarstki i podeszłam do krat, by się nieco rozejrzeć. - Jestem skołowana, a to też nie najlepszy moment żeby myśleć o tym wszystkim. 
- Jeśli cię to peszy, to możemy o niej zapomnieć - czułam, że Lance stanął tuż za mną. - Byłem jednak całkowicie szczery..



Popularne