wtorek, 18 stycznia 2022

13. Terapia

Byliśmy w powietrzu i lecieliśmy nad bezkresnymi wodami Eldaryi.
Zastanawiacie się, jak do tego doszło?
Przełamałam się, chociaż było cholernie ciężko.
Zaraz po tym, jak odzyskałam przytomność i z Lancem ruszyliśmy na zewnątrz, dorwała mnie Idalia. Wyglądałam słabo i nawet się tak trochę czułam, ale nie mogłam dłużej tego powstrzymywać. Dała mi jakieś specyfiki i spakowaną odrobinę jedzenia, a smoka zobowiązała do przerwy w podróży. 
Chwilę później miałam styczność z tą samą sceną, przez którą zemdlałam. Obsydiańczyk zmienił swoją formę, a Berius z Torinem stali tuż przy mnie, tak w razie jakbym znowu chciała stracić przytomność. 

Zaparłam się i nie chciałam na to pozwolić. Wpatrywałam się w pojawiające się skrzydła, ogon, lodowe kolce na grzbiecie, we wszystko..
Na koniec skupiłam się na łbie i oczach bestii. Na niebieskich tęczówkach, które jako jedyne nie uległy zmianie i przypominały, kto tak naprawdę stoi przede mną. Czy to poprawiało sytuację? Absolutnie nie. Ręce zaczęły mi drżeć dlatego zacisnęłam je w pięści. Przecież już leciałam na smoku, a teraz powinno być spokojniej, przecież nikt mnie nie będzie próbował zabić. Wysokość? Samolot pewnie leci wyżej, nie ma się czego bać. 
Zmuszając się do tego typu myśli powoli ruszyłam w stronę Lance'a, który uważnie obserwował każdy mój ruch. Sama czułam, jak mocno roztrzęsiona byłam. 
Został mi ostatni metr, a wtedy ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Po prostu stanęłam i nie byłam w stanie się ruszyć. Oddech znowu zaczął mi uciekać, w oczach pojawiły się łzy, a razem z nimi jeden obraz - padającego na posadzkę Kryształowej Sali ciała Valkyona. Próbowałam to od siebie odciągnąć, ale z każdą chwilą było tylko gorzej. Zacisnęłam mocno oczy, bezskutecznie. 

Wtedy poczułam trącenie z prawej strony. Wystraszona podskoczyłam i odwróciłam głowę, a obok mnie było skrzydło. Jasne, potężne i zapewne bardzo silne skrzydło smoka.
Co najdziwniejsze, to wraz z jego trąceniem moje dreszcze zniknęły. 
Wróciłam wzrokiem do łba bestii. 
Lance zbliżył go do mnie, naprawdę bardzo blisko. 
Pamiętam, że siedem lat temu mówił w tej formie. Dlaczego więc milczał teraz? Wolałam nie wnikać, nie chciałam znów psuć naszych planów. 

Moja dłoń powoli zbliżyła się do niego, bym po chwili poczuła pod palcami delikatny chłód jego twardych łusek. Dziwny dreszcz przeszedł mi po kręgosłupie, z resztą smok też się na to poruszył. Nie dziwie się, sytuacja była nietypowa - on w swojej prawdziwej formie przed moimi oczami, były morderca i moja największa trauma, a teraz stoję przy nim i jak gdyby nigdy nic trzymam dłoń na jego łbie. 
Delikatnie przejechałam po jednym z kolców zdobiących jego czaszkę. Przez moje ciało ponownie przeszły dreszcze, i natychmiast ją cofnęłam, a razem z dłonią resztę ciała. 
Spojrzałam na grzbiet bestii, wzięłam głęboki wdech i zaczęłam się wspinać. 
Dłonie cały czas mi lekko drżały, co nie pomagało. Musiał to chyba dojrzeć Berius, który szybko podbiegł i mi pomógł. 

Jak tylko znalazłam się na swoim miejscu, chłopcy wpakowali bagaże, które powiązali odpowiednio linami. Ich zdaniem powinny się dobrze trzymać. 
Przytaknęłam głową i poklepałam Lance'a, jak konia po szyi.
- Możemy lecieć..
- Tylko nie zemdlej, i trzymaj się mocno - w końcu się odezwał. Brzmiał na rozbawionego, ale nie miałam czasu aby się nad tym rozdrabniać. Natychmiast rozłożył skrzydła i zaczął się wznosić w powietrze.
W pierwszej chwili pisnęłam i mocno się go złapałam. Przylepiłam się zaciskając oczy dopóki nie poczułam, że przestał nabierać wysokości.
Gdy się powoli odsuwałam widziałam jedynie chmury i krajobraz gór, za którym przebijały jasne wody. Nie miałam odwagi by zerknąć w dół, za bardzo się bałam.

Wszystko ciągło się dla mnie, jakby trwało nieskończoność. Lance spokojnie leciał w ciszy. Jedyne dźwięki jakie do mnie dochodziły to świst wiatru, ewentualnie ruchy jego skrzydeł. 

W końcu się zdecydowałam. Po kilku godzinach nudnego wpatrywania się przed siebie, odważyłam się zerknąć w inną stronę. Odwróciłam powoli głowę na jedno, a potem drugie skrzydło smoka. Dookoła nas była już jedynie woda, nic innego, a słońce znajdowało się coraz wyżej. Wylecieliśmy przed południem, więc jakoś dało się ustalić porę dnia, ale co do kierunków miałam początkowy problem. 
Dopiero po chwili spokojnego rozglądania się ogarnęłam strony świata. 
Położyłam dłoń na klatce piersiowej. Serce cały czas mi mocno biło, ale na szczęście miałam spokojny oddech. Zaczęłam się też pewniej czuć na grzbiecie Lance'a. Już tak mocno się go nie trzymałam, nawet zdecydowałam się trochę poprawić swoją pozycję. Leciał spokojnie, nie robił beczek, nie popisywał się, mogłam wyluzować.

Nagle moje myśli, jakby automatycznie wróciły do wspomnień mojego ostatniego lotu. Na grzbiecie Valkyona, w tamtym czasie.. 
Wszystko wyglądało inaczej. 
Byłam pod wrażeniem jego rozmiarów, i siły, tak jak i teraz nie da się tego ukryć. Smocze formy tych mężczyzn są naprawdę imponujące, ale tak jak nie można od nich odebrać wzroku, nie można przestać się obawiać. 
Złotooki w przeciwieństwie do brata, przez wiele lat chował swoją naturę wewnątrz i nie był do niej już tak przyzwyczajony. Tam się kryło niebezpieczeństwo. 
U Lance'a natomiast jego wtajemniczenie było, i jest przerażające. Świadomość mocy, jaką dysponuje, tej niszczycielskiej siły, której siedem lat temu nie wahał się używać.  
Jeśli faktycznie ma wyrzuty sumienia, to naprawdę nie jestem sobie w stanie wyobrazić tego bólu, jaki musi czuć. Przecież gdyby do niego dotarło niewiele wcześniej, a nie w momencie morderstwa na bracie, mogłoby być dużo lepiej. Wszystko mogłoby się potoczyć inaczej. Ich moc, tak wspaniała, mogłaby uczynić tyle dobra dla tego świata. Ja bym nie musiała tracić czasu, a kto wie.. Może już bym miała w pełni ułożone, szczęśliwe życie? Byłabym godną członkinią Straży Cienia, wytrenowaną pod okiem Nevry, Ezarel nie opuścił by Ziem Eel, a Miiko nie musiałaby rezygnować ze stanowiska, Huang Hua..
- Anastazja! - z rozmyślania wyrwał mnie nagle ostrzejszy ton mojego towarzysza. 
- C-Co?- Jakże inteligentnie dziewczyno, no nie ma co.
- Pytałem, jak się trzymasz. Lecimy już trochę czasu.
- Aa.. - łapiąc się dobrze przechyliłam się nieco by zerknąć na jego łeb. - Po prostu się zamyśliłam. Jest lepiej niż na początku, daję radę. 
- Nie zgubiliśmy bagażu?- i tym pytaniem sprowadził mnie na ziemię. Gwałtownie się odwróciłam by spojrzeć za torbami. Mało brakowało, a bym spadła gdyby nie jego czujność i szybki manewr w powietrzu. Na szczęście nasze rzeczy, jak i ja cały czas byliśmy na grzbiecie smoka, o czym zaraz go poinformowałam.
- To teraz złap się mocno - oznajmił nagle. 
- Co? Po co? - wystraszona zaraz przylgnęłam do niego, jak przy starcie. Z jedyną różnicą, że wtedy bałam się patrzeć, a teraz uważnie wszystko obserwowałam.

I to był okropny błąd.
Nie wiem, co mu odbiło. Chciał poszaleć? Popisać się? 
W każdym razie złożył skrzydła i zaczęliśmy spadać w dół, a on kręcił się wokół własnej osi. Nie panowałam nad tym, z moich ust uciekł paniczny krzyk. Byłam przerażona. Lecieliśmy coraz niżej, powierzchnia wody wydawała się tak bliska. Bardzo nie chciałam tego wiedzieć i przeżywać, a równocześnie nie byłam w stanie zamknąć oczu. 
Gdy wydawało się, że zaraz będę miała zimną kąpiel w Eldaryiskich wodach Lance nagle rozłożył skrzydła i poderwał nas do góry. Jedynie zmoczył swoje kończyny, których kontakt z wodą wywołał lekkie ochlapanie mnie wodą. Na szczęście, nie była to fala tsunami, a pojedyncze krople spadły na moją twarz i grube okrycie. Całe szczęście, że je miałam, ponieważ temperatura nie była zbyt przyjemna.
Spojrzałam w stronę łba i mocno przywaliłam w jego cielsko. 
- Chciałeś żebym zeszła na zawał?! Nigdy więcej tak nie rób! - obłożyłam go pięściami jeszcze kilka razy. 
W odpowiedzi usłyszałam głośny śmiech.
- Przecież bym cię nie zgubił, spokojnie - w miarę możliwości zerknął na mnie. - Przynajmniej będziemy mieli jakieś atrakcje po drodze, prawda? - Wydawało mi się, że mrugnął, ale nie mogłabym sobie dać za to uciąć nawet palca. W każdym razie wyglądał jakby był w bardzo dobrym humorze. I użył moich własnych słów przeciwko mnie! 
- Żadnych powietrznych akrobacji więcej - mruknęłam i poprawiłam się. - Miałam pokonać strachy, a nie nabawiać się nowych. 
- Dobra, dobra. Jeszcze sama będziesz chciała - zaśmiał się ostatni raz i wyrównując lot leciał już dalej spokojnie przed siebie. Ja za to próbowałam uspokoić swoje nerwy i drżące ręce.

Kolejna godzina lotu za nami. Słońce, które jeszcze nie tak dawno temu raziło nasze oczy, już uciekało. Powoli chyliło się ku zachodowi. 
Lance w pewnym momencie uznał, że jak tylko będzie w pobliżu jakaś wysepka to wyląduje, ponieważ potrzebuje przerwy. Powiedział to trochę za późno, ponieważ ewentualne przystanki minęliśmy dobre półgodziny wcześniej, ale wolałam nie zwracać mu na to uwagi i się rozglądałam. 
W końcu naszym oczom ukazała się samotna wyspa pośrodku niczego. Dostrzegliśmy ją niemal równocześnie. Od razu złapałam się mocniej, a smok podszedł do lądowania.

Przed nami malował się obraz opuszczonego, zarośniętego miejsca. Nie była ona wielka, raczej zaliczyłabym ją do małych wysepek. Znalazło się na niej jednak wystarczająco miejsca, aby wyrosło na niej coś na wzór lasu, gaju. 
- Obyśmy nie mieli tam nieprzyjemnego towarzystwa - wyrwało mi się. 
- O to się nie martw. Dobrze znam to miejsce - odpowiedział mój towarzysz, a po chwili stanął na brzegu.
Nie czekając dłużej zeszłam z jego grzbietu i upadłam kolanami na piasek. Ląd! Ukochany ląd!
Musiałam wyglądać śmiesznie, ale tak właśnie było. Gdy tylko moje ciało wylądowało na ziemi, zacisnęłam dłonie na piasku, szczęśliwa, że jestem cała. 
- Jeszcze ją pocałuj czy coś - Lance przeszedł obok mnie w swojej ludzkie formie i rzucił nasze torby kawałek dalej. Powoli się podniosłam i zbliżyłam do bagaży. 
- Wolę ściskać piasek niż klaskać, jak idiota, albo całować podłoże - wzdrygnęłam się na samą myśl. Nie mam pojęcia, po co niektórzy to robią po przelocie samolotem. Kompletna głupota. Smok spojrzał na mnie nie rozumiejąc. Westchnęłam ciężko. - Na Ziemi mamy samoloty. Podniebny transport. Można powiedzieć, że to takie metalowe smoki, które zabierają do środka pełno ludzi i przenoszą ich z miejsca na miejsce - wyjaśniłam krótko. 
- Czyli ludzie potrafią latać? - uniósł brew. 
- Można tak powiedzieć - pokiwałam głową. - Używając do tego właśnie samolotów, helikopterów, balonów czy jeszcze paru innych sprzętów. 
- Yhym.. - mruknął pod nosem. Musiałam mu trochę namieszać w głowie. Przecież to oczywiste, że nie wie o czym ja mówię, a sama nie za bardzo mam pojęcie, jak to wszystko wytłumaczyć. Inaczej jest rozmawiać z kimś wtajemniczonym, a zupełnie inaczej z kompletną niewiedzą. - Pójdę się rozejrzeć i przyniosę trochę drewna. Rozpalimy ognisko i coś zjemy.. - zaczął odchodzić. - Wyciągnij ważniejsze rzeczy - jeszcze krótko na mnie zerknął i zniknął pomiędzy drzewami. 

Zostając sama na plaży czułam lekki niepokój. Z jednej strony, wiem, że raczej nic mi nie zagraża, ale z drugiej.. 
Żeby nie rozmyślać nad czarnymi scenariuszami zaraz wzięłam się za poszukiwanie jedzenia, które gdzieś miałam spakowane, co poszło mi dość sprawnie. 
Oprócz tego wyjęłam jeden z kocy, który rozłożyłam na piasku, aby było wygodniej. Sama pozbyłam się za to kurtki z ramion. Może pod niebem była mi potrzebna, ale teraz było zdecydowanie za ciepło w niej. Ciepłe futro zamieniłam na proste okrycie.
Ponieważ Lance jeszcze nie wrócił sama wzięłam się za przygotowanie ogniska. Zebrałam suche trawy i kilka mniejszych patyków. Nie wchodziłam między drzewa, ale rozejrzałam się za smokiem. Już dobrych kilka minut nie było go widać, a nawet słychać żadnego łamania gałązek. Trochę to niepokojące.
Postanowiłam dać mu jeszcze chwilę, i dopiero zacząć ewentualnie szukać. 
Usiadłam na piasku i wzięłam się za przygotowywanie ognia. Wykopałam niewielki dołek, a do środka włożyłam suchą trawę. Następnie jeden z grubszych kawałków drewna z pomocą swojego noża (Przepraszam Jamonie!) rozdzieliłam na pół i zaczęłam trzeć go kolejnym. Szczerze nie miałam pojęcia, czy mi się uda. Pomysł ukradłam z filmu Cast Away z Tomem Hanksem. Nie będę ukrywać, przed pojawieniem się w Eldaryi byłam jego fanką i nie przegapiłam żadnej produkcji, w której brał udział. Nie spodziewałam się, że ta scena tak zapadnie mi w pamięci, i będzie przydatna.
Odstawmy jednak moje preferencje filmowe na bok.

Szybko okazało się, że to co tak fajnie wyglądało na szklanym ekranie, nie jest tak proste w rzeczywistości. Nieźle się umęczyłam i nabawiłam sporej ilości odcisków na dłoniach zanim udało mi się wywołać dymienie. 
W końcu, ku mojej wielkiej satysfakcji i dumy z samej siebie, udało mi się. Z radością uniosłam ręce w górę. 
- Rządzisz Ana! -na moich ustach zagościł szeroki uśmiech, a trawa zaczęła palić się żywym ogniem.
- Nie spodziewałem się po tobie takich umiejętności - usłyszałam nad sobą, a zaraz potem w ogniu wylądowało kilka kawałków drewna. Zaraz podniosłam wzrok.
- Już myślałam, że się zgubiłeś.. 
- Mówiłem, że znam to miejsce - usiadł naprzeciw i szturchnął lekko ogień patykiem. - Chciałem coś sprawdzić. 
- Było uprzedzić - wyprostowałam się i położyłam w pobliży ogniska jedzenie. Mieliśmy parę kiełbasek, kawałek pieczywa i kilka owoców. Do zregenerowania odrobiny sił powinno starczyć.
- Martwiłaś się o mnie? - zaraz się poczęstował owocem, i czułam jak gapi się w moją stronę. Sama zaś wzięłam jedną kiełbaskę i nadziałam na kijaszek by podpiec ją nad ogniem.
- Gdybyś zginął to musiałabym martwić się, jak wrócę do Kwatery Głównej - spojrzałam na niego krótko. Słońce powoli znikało za horyzontem przez co widziałam jego zarys i odbijające się w oczach płomienie ogniska. - A gdybyś był ranny i potrzebował pomocy.. Zapewne też byś był skazany na śmierć - wzruszyłam ramionami i wgryzłam się w podgrzany kawałek mięsa. 
Lance prychnął rozbawiony.
- Czyli byś mi nie pomogła?
- Tego nie powiedziałam. Po prostu nie jestem lekarzem i nie znam się na pomocy.
- Ale na rozpalaniu ogniska z niczego już tak - wziął ze mnie przykład i zaczął grzać swoje jedzenie na patyku.
- Takie rzeczy jest łatwiej przyswoić. Ratowanie życia to dużo większa odpowiedzialność, a ja bym pewnie znowu wpadła w panikę i nic by z tego nie wyszło..

Dalsza część posiłku minęła nam dość spokojnie. Skusiłam się jednie na jeszcze jedną kiełbaskę, a resztę podsunęłam smokowi. W końcu to on tu potrzebuje najwięcej siły, a ja też nie byłam jakoś specjalnie głodna. Wytrzymam resztę drogi do Ziem Eel, tak jak jest. Coś marudził, że powinnam zjeść więcej, ale uparcie stałam przy swoim, więc w końcu dał spokój. 
Niestety gdy skończyliśmy swój posiłek, na niebie było już ciemno.
- Latałeś już takie odcinki po nocy?- zerknęłam na towarzysza sprzątając resztki po naszym posiłku.
- Nie będziemy teraz lecieć. Lepiej będzie, jak przeczekamy do rana - powoli podniósł się z piasku. - Oboje wypoczniemy, a jutro wieczorem powinniśmy być na miejscu.. - Powiedział to tak spokojnie, a mi momentalnie zrobiło się słabo. Nie żeby to był mój pierwszy nocleg pod chmurką, ale towarzystwo wtedy było znacznie przyjemniejsze.  - Nie bój się. Nic ci nie zrobię - wywrócił oczami i wziął kawałek patyka. - Nie ruszaj się stąd. Za moment będę - podpalił go, a następnie szepnął coś czego nie zrozumiałam, i płomień był jakby żywszy. Zrobił sobie pochodnię.
- Znowu zostanę sama na nie wiadomo, jak długo? - założyłam ręce patrząc, jak idzie w stronę drzew. Żadna z jego wizji pobytu tutaj mi nie odpowiada. 
- Pięć minut, nie dłużej.. - i zniknął pomiędzy zaroślami. 
Jęknęłam głośno i upadłam tyłkiem na koc, który leżał wystarczająco blisko ognia aby biło na mnie ciepło.
- I jak tu nie zwariować? - spojrzałam w niebo kładąc się na wznak. Było takie czyste i przejrzyste, a każda z gwiazd doskonale widoczna. 

Zaczęłam wpatrywać się w bezchmurną przestrzeń przed sobą. Dziadek uczył mnie kiedyś konstelacji, które możemy dostrzec nocą, ale nie byłam ich w stanie teraz rozpoznać. Niewiele pamiętałam, a i to co jakoś łączyło mi się przed oczami, nie przypominało żadnej z nich. Czyżby to była jedna z rzeczy, które różnią nasze światy? Po powrocie przyda się trochę o tym poczytać. Skoro nazwałam już to miejsce swoim domem, to powinnam wiedzieć więcej niż to ile zdzierają Purrekos na targu, albo gdzie zebrać kwaśne źdźbło. 
Nie żebym na Ziemi znała każdy szczegół, z każdego miejsca na świecie, ale dzięki szkole, podróżom i zainteresowaniom zawsze wiedziało się więcej. Tutaj natomiast jestem już tyle czasu, a wiem tyle co zobaczyłam, przekonałam się na własnej skórze, albo usłyszałam strzępki informacji. Zapewne pierwsze lepsze dziecko ze Schroniska mogłoby mnie zagiąć w teście wiedzy na temat tego świata. 
Niby nie ma się co dziwić, ponieważ nie urodziłam się tutaj. Czuję jednak, że faery mają co do mnie jakieś wygórowane oczekiwania, po tym co się stało siedem lat temu. Przynajmniej, takie czasem odnoszę wrażenie, gdy mijam kogoś w Kwaterze.

Moje rozmyślania przerwał brzdęk szkła, na który natychmiastowo się podniosłam i rozejrzałam. 
W moją stronę szedł Lance i niósł w swoich dłoniach cztery butelki, co nie powiem było dla mnie sporym zdziwieniem.
- Skąd ty to masz i co to takiego? - podążałam za nim wzrokiem, a ten usiadł obok mnie na kocu.
- Mówiłem ci, że znam to miejsce, prawda? - butelki z ciemnego szkła znalazły się między nami. - W czasach gdy się ukrywałem, miałem kilka kryjówek. Ta wyspa to jedna z nich.. - zaczął zdejmować swój pas, w efekcie czego się rozbroił ponieważ cały jego sprzęt zaległ kawałeczek dalej. - Można powiedzieć, że był tu swego rodzaju schowek. 
- Chcesz powiedzieć, że masz tu jakieś lokum, a męczymy się na plaży? - uniosłam brew. Moje poczucie niezręczności z każdą chwilą rosło. Dosyć, że usiadł tuż obok, to jeszcze zaczął się czuć zbyt swobodnie. Tajemnica tego miejsca, również mi nie pomagała. 
- Nie nazwałbym tego lokum - westchnął posyłając mi krótkie spojrzenie i biorąc jedną z butelek. - To raczej dół w ziemi, w którym ukrywaliśmy prowiant. Ja wolałem coś do jedzenia, ewentualnie przydatnego, a kilku moich towarzyszy.. No cóż.. - wyciągnął korek, a następnie powąchał zawartość, po czym wyciągnął rękę w moją stronę. - Lepszego wina w życiu nie piłaś. To ci mogę zaręczyć.
- Nie wiem czy to jest najlepszy pomysł. Mieliśmy odpocząć przed podróżą.. - Nie przyjęłam od niego trunku. 
- Nikt nie każe ci się upijać - patrzył prosto na mnie. - Tylko spróbuj. Może przestaniesz się tak denerwować - lekko uniósł kącik. 
Niepewnie chwyciłam butelkę i pod baczną obserwacją smoka powąchałam jej zawartość. W sumie pachniało, jak każde wino - alkoholem. Przynajmniej w mojej opinii każdy trunek pachnie dokładnie tak samo, nie ważne z czego jest. To chyba po prostu przez to, że nie za bardzo za nim przepadam. 
Zdanie zmieniłam dopiero po spróbowaniu. Gdy wzięłam łyka poczułam subtelny smak jakiś owoców, a moc kompletnie gdzieś pod tym wszystkim ginęła.
- Muszę ci przyznać rację - zerknęłam na towarzysza i chciałam mu oddać butelkę. - Jest całkiem smaczne.. 
- Niech będzie twoja, w razie jakbyś miała ochotę na więcej - otworzył drugą i wziął zdecydowanie większego łyka ode mnie. 
Zapowiada się ciekawie. 

I było ciekawie. Z każdym łykiem trunku czuliśmy się coraz swobodniej. Z początku miałam, co do tego lekkie obawy, ale wino było naprawdę bardzo dobre. 
Niestety nie doceniłam jego mocy i dość szybko lekko mi uderzyło do głowy. Spojrzałam na jasnowłosego.
- Jak to wyglądało? Gdy się ukrywałeś? - wypaliłam. Jeśli się wkurzy, zawsze mogę wszystko zwalić na alkohol, którym mnie poczęstował.
Smok spojrzał na mnie nieco zaskoczony.
- O co dokładniej pytasz? 
- Kryjówki to jedno. Pewnie miałeś ich całą masę - ścisnęłam butelkę udami i podpierając się za plecami na dłoniach zadarłam wzrok ku niebu. - Chodzi mi raczej, o to, jak ci się żyło. Niczego ci nie brakowało? 
Po tym pytaniu dłuższą chwilę milczał. Nie wiem czy moje pytanie go zmieszało, czy nie miał ochoty na nie zwyczajnie odpowiadać. Sama również nie miałam odwagi na niego zerknąć.
W końcu się odezwał.
- Wtedy moją jedyną myślą była absurdalna chęć zemsty. Dużo myślałem nad różnymi scenariuszami. Żyłem z tego co ukradłem, albo ukradli moi sojusznicy i przynieśli. Dobrze wiesz, że miałem ich dość sporo. - Kątem oka dostrzegłam, jak pochylił się do ogniska i dorzucił do niego drewna. - Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak często byłem w kwaterze i nawet ten blondynek nie był w stanie mnie dostrzec - wyprostowałam się i spojrzałam na niego, na jego twarzy gościł delikatny uśmiech. 
- Czyli nawet z nim się bawiłeś w kotka i myszkę? - Na moje słowa zmarszczył brwi. - To taki ziemski zwrot, chodzi o to, że się z nim droczyłeś, zwodziłeś..
Przytaknął.
- Po twoim pojawieniu się nasze relacje zaczęły się pogarszać. Chciałem mu trochę zagrać na nosie. I muszę przyznać, że często mi w tym pomagałaś - rzucił mi krótkie spojrzenie. 
- Kojarzę, że byłeś niemal wszędzie, gdzie wyruszałam z misją. Po co?
- Dla rozrywki - wzruszył ramionami. - Każdy jej potrzebuje, a chowając się po niezbyt przyjemnych miejscach nie ma się jej za wiele. Dopiero, jak wychodziło twoje powiązanie z Wyrocznią myślałem, jak to wykorzystać. Oczywiście aniołek się rzucał - wyrwało mu się prychnięcie. - A ty czemu mi ufałaś?
Teraz to on mnie miał. Skrzywiłam się i wzięłam łyka trunku na odwagę. 
- W przeciwieństwie do straży, nie okłamywałeś mnie. Wypuściłeś z więzienia, nie wiem z jakich powodów, ale to zrobiłeś. Oni nawet nie chcieli ze mną rozmawiać. Uznałam cię za sojusznika.
- Zdajesz sobie sprawę, że czasem byłaś wspólnikiem przestępcy?
- Zdaję. Tyle, że to ten przestępca mi wspomniał o portalach, uprzedził przed eliksirem.. - spojrzałam w swoje dłonie. Lekko drżały, a odruchowo zaczęłam wyginać palce. Nie dobrze. - Zdanie zaczęłam zmieniać dopiero później, ale chyba wiemy oboje, dlaczego.
Kiwnął na to głową.
- Lepiej do tego nie wracajmy, żebyś mi nie zaczęła tu panikować.
- Czuje się dobrze - wtrąciłam. - To odruch. W stresie nad tym nie panuję. I uprzedzając twoje pytanie.. Tak, sytuacja taka jest - zmieniłam swoją pozycję i siedziałam po turecku obok smoka. - Parę dni temu miałam ochotę udusić cię gołymi rękami.
- A teraz? - spojrzał rozbawiony.
- Teraz wiem, że nie dałabym rady. Nie umiałabym zamordować.. - wzięłam kolejny łyk wina, a moje powieki robiły się coraz cięższe.
- To jak ty sobie dawałaś radę na polu walki?
- Raniłam. Nie pamiętam, abym kogoś zabiła..
- Yhym.. - mruknął. - Chyba masz dosyć - zaczął mi zabierać butelkę. Nawet nie protestowałam. Czułam, jak siły mnie opuszczają. 

Nawet nie pamiętam, kiedy zrobiło się ciemno.





czwartek, 13 stycznia 2022

12. Szaleństwo

Zwariował. Lance kompletnie zwariował. 
Te słowa chodzą po mojej głowie od wczorajszego wieczoru. Z ust naszego lidera padły bowiem przerażające słowa. 
Nie wrócimy na Ziemie Eel, jak każdy cywilizowany człowiek i zwykły członek straży. Nie. Ponieważ w podróż ruszam tylko ja i on, to sobie polecimy, na jego grzbiecie. Bajecznie, nie?
Wysłał już list do K.G. i poinformował Lśniącą Straż aby obserwowali za nami niebo. Nie mam żadnej drogi ucieczki. 
- I co ja mam zrobić? - wyrwało mi się jęknięcie i spojrzałam w niebo. 
Był bardzo wczesny poranek, a okolica dopiero budziła się do życia. Co prawda dostałam polecenie, żebym się wyspała i odpoczęła, ale nie byłam w stanie. Kulałam się z boku na bok, i nie mogłam zasnąć. Wyszłam więc na zewnątrz i usiadłam na schodkach otulona kocem. Praktycznie całą noc przesiedziałam obserwując gwiazdy i rozmyślając. Musiałam też przeprosić Valkyona, ponieważ przez ostatni czas trochę zaniedbałam swoje monologi do niego. Mam nadzieję, że mnie zrozumiał.
To nie były lekkie dni, a teraz jeszcze to..

- Z tego co pamiętam, to miałaś odpocząć - usłyszałam nagle nad sobą, przez co podskoczyłam i szybko zadarłam wzrok. Moim oczom ukazał się Lance poprawiający wiszący przy pasku miecz i patrzący gdzieś w dal. 
- Najwyżej będziemy mieli trochę przygód po drodze, albo mnie gdzieś zgubisz - otuliłam się bardziej okryciem. 
- Wolałbym spokojnie dotrzeć na miejsce - poczułam, jak fragment koca wsuwa mi się na głowę. Zdrętwiałam i tylko krótko zerknęłam na niego. Nie patrzył w moją stronę, a jego dłoń szybko uciekła. - Idę do burmistrza. Wytłumaczę mu wszystko i po moim powrocie będziemy lecieć. Spakuj się - rzucił mi krótkie spojrzenie i ruszył w stronę miasta. 
Odprowadziłam go wzrokiem, a potem sprzedałam sobie siarczystego liścia w twarz.
Szkoda, że jak samemu się bijesz to nie czuć takiego bólu. Przydałoby się.

Gdy Lance zniknął gdzieś w mieście, ja podniosłam się i weszłam do środka. Woląc zająć czymś głowę przygotowałam śniadanie dla wszystkich towarzyszy misji. 
Zapach smażonych kiełbasek powoli zbudził Beriusa, który przyczłapał zaspany i zaczął mi pomagać. Chwilę po tym, jak skończyliśmy, reszta załogi weszła do kuchni. 
- A gdzie ponurak? - Nemora rozejrzała się po pomieszczeniu.
- Poszedł do burmistrza. Powinien niedługo wrócić - odpowiedziałam stawiając przed nimi talerz pełen jedzenia. 
- Myślałam, że jak wstaniemy to już was nie będzie - Idalia od razu się poczęstowała. 
- Jeszcze wcześnie. Wróci to szybko się zbierzemy i wyruszymy - wzruszyłam ramionami. Wcale nie uśmiechało mi się aby tak szybko znaleźć się sam na sam ze smokiem, a zwłaszcza wiele metrów nad ziemią i będąc skazaną na zaufanie mu.

Po tym temat ucichł, a ja szybko coś zjadłam i poszłam spakować tych kilka rzeczy, które miałam na wierzchu. Nie wiem, jak on planuje to wziąć, ale zapewne ma jakiś pomysł. 

Skończyłam zapinać swoją torbę, a przez okno zauważyłam wracającego Lance'a. Przeniosłam więc swoje rzeczy bliżej drzwi i dołączyłam do zebranych w pomieszczeniu obok. Smok wszedł niemal w tym samym momencie i spojrzał na mnie krótko. Nic nie mówiąc zajęłam miejsce obok Torina i Gorlasa na kanapie. 
-Nie rozsiadaj się, zaraz ruszamy - złapał z talerza jedną z kiełbasek i zniknął w pomieszczeniu, z którego zdążyłam przyjść. 
Westchnęłam jedynie ciężko, na co Berius potargał mnie po czuprynie wstając z podłogi.
- Dasz radę - puścił oczko i wziął się za sprzątanie po śniadaniu. Pozostali zaczęli się rozchodzić i zostałam na kanapie całkiem sama. 

Smok przyszedł po kilku minutach, a w rękach trzymał bagaże. Kiwnął głową w stronę drzwi, więc się podniosłam i zgarniając mniejszą torbę przez ramię oraz grubą kurtkę, ruszyłam za nim.
Na zewnątrz czekał Berius wraz z Torinem, do których podszedł.
- Gdy się zmienię przyczepcie je do mojego grzbietu - postawił przed nimi torby i zerknął na mnie. - Jak wsiądziesz to wygodnie, żebyś wytrzymała długi lot. Nie wiem czy zrobimy jakiś przystanek. 
W odpowiedzi jedynie kiwnęłam głową. 
Chwilę później Lance stanął od nas w bezpiecznej odległości, a mnie stanęło serce gdy zobaczyłam, jak zmienia się w ogromnego potwora. Jasny smok, wyglądający jak lodowa rzeźba z kolcami pojawił się przed naszymi oczami. 

Mój oddech momentalnie zrobił się ciężki, a dłonie zaczęły drżeć.
Błagam, tylko nie teraz. Nie mogę.
Próbowałam jakoś w walczyć z poczuciem strachu, które z sekundy za sekundę rosło we mnie. Nie dawałam jednak rady. Nogi się pode mną ugięły i wylądowałam na kolanach łapiąc się za klatkę, w której brakowało oddechu.
Przytłumiło mi umysł. Słyszałam, jak chłopaki podbiegają i coś do mnie krzyczą, ale ich słowa nie docierały do mnie. Próbowali pomóc mi wstać, a wtedy ogarnęła mnie ciemność.

Plaża, szum fal i zachód słońca. Delikatny, przyjemny wiatr rozwiewał moje włosy, a silne męskie ramiona obejmowały mnie w pasie. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Czułam się tak cudownie, przyjemnie. Mimo tych wszystkich nieprzyjemnych zdarzeń i trudnego czasu, znaleźliśmy chwilę dla siebie. 
Zerknęłam w prawo, na opierającego brodę o moje ramię Nevrę. Również wydawał się zrelaksowany, a kąciki jego ust były delikatnie uniesione ku górze. Nasz wzrok się skrzyżował, a wtedy wampir podniósł głowę i pocałował mnie w czoło. 
Przymknęłam oczy rozkoszując się tym momentem. Uwielbiałam, gdy to robił. Ta bijąca od niego czułość i opiekuńczość mnie w nim urzekła. Pomyśleć, że jak tu przybyłam wszyscy, w tym on, przedstawiali mi go jako podrywacza i bufona. Owszem, bywał czasem narcystyczny, ale nie przesadnie. To po prostu świadomość tego, jak działa na otoczenie. W przeciwieństwie do mnie ją miał, i świetnie w niej odnajdywał. 
Dotknęłam jego polika i złączyłam nasze usta.

Nagle obraz zmienił się. 
Moje włosy atakował tym razem silny i nieprzyjemny podmuch, a dookoła zamiast szumu fal słyszałam krzyki i zgrzyt broni. Rozejrzałam się. Siedziałam właśnie na grzbiecie olbrzymiego, bordowego, a może raczej brunatnego smoka, i unosiłam się w powietrzu. Po kręgosłupie przeszedł mi nieprzyjemny dreszcz. Już to widziałam.
Valkyon..
Spojrzałam przed siebie. Tak, jak pamiętałam - wściekły lodowy smok splunął w nas swoim płomieniem. Mój skrzydlaty przyjaciel próbując uniknąć ciosu zrobił podniebnego fikołka. Wtedy mnie zgubił. Przerażona zaczęłam spadać. 

Wtedy otoczenie znów przeskoczyło.
Zniszczona sala kryształu. Lance i Valkyon wpadli na niego w swoich smoczych formach. Nie. On nie może tego zrobić. Nie, nie, nie!
Spróbowałam się do nich zbliżyć, ale nie mogłam. Z mojej piersi wydostał się jedynie okropny krzyk, a po polikach zaczęły płynąć wodospady łez.
- VALKYOON!

Gwałtownie podniosłam się do siadu. Moje oczy zaatakowały kolorowe i ciemne plamki, wzrok nie był ostry. Mimo to, jak spłoszone zwierzę zaczęłam kręcić głową na boki aby zorientować się gdzie jestem. Gdy mój wzrok przywykł do otoczenia ujrzałam siedzącą przy mnie na małym krzesełku Idalię. Sama zaś leżałam chwilę temu na kanapie w naszej, powiedzmy, kuchni. 
W końcu pomieszczenia, oparty o szafki stał Lance i przyglądał mi się uważnie. Ręce miał zaplecione na klatce piersiowej, a minę obojętną. Po oczach jednak widziałam, że nie był zadowolony. 
Szybo wróciłam wzrokiem do elfki. 
- Co się stało? Nic nie pamiętam.. - złapałam się za głowę, trochę mnie bolała. 
- Chyba miałaś atak paniki. Przynajmniej na to wychodzi - posłała mi słaby uśmiech. - Mieliście wyruszać. Siedziałam na górze, gdy Lance wpadł do domku krzycząc. Jak zeszłam kładł cię na kanapie.. - nieco się zmieszała i zerknęła na Obsydiańczyka. Ten ciężko westchnął i podszedł bliżej. 
- Jak tylko przybrałem smoczą formę coś się z tobą stało - podał mi szklankę wody. Nie protestowałam i ją przyjęłam. Faktycznie moje gardło domagało się zwilżenia. Spokojnie wzięłam łyk cieczy, a do mojej głowy zaczęły wracać wspomnienia.
- Faktycznie.. - zerknęłam na niego krótko. Głupio się czułam, gdy oboje przyglądali mi się tak uważnie. - Po twojej transformacji nie mogłam nad tym zapanować. Próbowałam, ale.. - dłonie zaczęły mi drżeć. Idalia wzięła ode mnie szklankę i odstawiła na stoliku.
- Spokojnie. Podałam ci coś, ale przede wszystkim ty musisz nad tym zapanować..  - położyła dłoń na moim ramieniu. 
- Muszę pokonać strach - wtrąciłam. Widziałam tylko, jak delikatnie kiwa głową. 
- Często masz takie ataki? - kontynuowała. 
- Nie chce o tym rozmawiać. Nie chce żeby się rozniosło..
- Jak za każdym razem będziesz, tak na mnie reagowała, to łatwo tego nie ukryjemy - tym razem odezwał się smok. Ma rację.
Zaczęłam się podnosić. Zmarnowaliśmy już dość czasu. 
Towarzystwo spojrzało na mnie, a pielęgniarka próbowała zatrzymać jednak nie pozwoliłam jej na to. 
- Zmarnowaliśmy dość czasu. Ruszajmy. Jeśli mam walczyć ze strachem to oko w oko.. - spojrzałam na jasnowłosego twardo. Uśmiechnął się, bardzo słabo, ale jednak.
Nie zwlekaliśmy dłużej i ruszyliśmy na zewnątrz.


wtorek, 11 stycznia 2022

11. Wracajcie

 Środek lasu, a w nim ja, Nemora i Lance. Wyobraźcie sobie, jak przyjemnie i swobodnie się czuję w tak doborowym towarzystwie. Prawda, nie bardzo. Dlaczego więc w nim przebywam? 

Jedynym tego powodem, jest nasza misja. Od badania przedmiotów przetrzymywanych pod kluczem przez ratusz, minęły trzy dni. W tym czasie cała nasza grupa miała co robić. Wymieniliśmy się zdobytymi informacjami, a także szukaliśmy nowych.

Mieszkańcy Tenpu wskazywali nam miejsca, w których znajdowali przedmioty z Ziemi, a także zdarzyło się, że jakieś dzieciaki znalazły robo-zabawkę i przestraszeni rodzice ją do nas przynieśli.

Przez to wszystko Lance podjął decyzję o przeszukiwaniu lasu, ponieważ to on był źródłem wszystkich tych przedmiotów. Niestety w miejscach, wskazanych przez cywili, nie było nic co by tłumaczyło ich pojawienie się. Tak, więc oto już drugi dzień z rzędu przeszukujemy wszelkie krzaki i dziury w ziemi.

Wczoraj moim towarzyszem był Berius i Gorlas, a dziś mam zaszczyt w towarzystwa dwóch najsympatyczniejszych osób, jakie w swoim życiu spotkałam. Mam nadzieję, że czujecie ten sarkazm.. 
Niestety nasz nieśmiałek złapał jakiegoś paskudnego wirusa i musiał dziś zostać z Idalią, w naszym tymczasowym lokum. Jeśli chodzi o Beriusa, to Lance przydzielił mu Torina i działali we dwójkę. Mruczał coś przy tym, że ma on na mnie zły wpływ, ale nie rozumiem dlaczego.
Codziennie grzecznie wstawałam, wykonywałam swoje obowiązki, a gdy smok miał czas, ćwiczyliśmy. 
Owszem, zdarzały się nieporozumienia, ale to nie ja tu byłam ich uczestnikiem, czy winowajcą. Najczęściej denerwowała go nasza wesoła grupka. 

Po ostatniej niespodziance z górskim jacuzzi, nasz dowódca miał jeszcze kilka momentów, aby ich rugać. Czas pomiędzy zadaniami lubił zajmować im Martin. Dało się go poznać jako bardzo wesołego, i rozrywkowego faery. Donosił wino, piwo, różne posiłki z karczmy przyjaciela, a nawet przyprowadził grajka. Z lokalu impreza przeniosła się do nas. 
Wyobraźcie sobie minę Lance'a. 
Wróciliśmy z treningu. Obje wykończeni i spoceni, ponieważ zostawiliśmy temat moich mocy i skupiliśmy się na kondycji. Zdarzało się, że czasem mi dłonie zamigotały, ale wiedziałam, że muszę umieć obronić się również bez używania magii. Poza tym, gdy ostatnio sama je próbowałam przywołać zasnęłam, a tym przyjemnym ciepłem okazał się koc na moich ramionach, który ktoś położył. Nie wdawałam się w zbędne dyskusje, czy rozmowy. Po prostu słuchałam i robiłam swoje. Obsydiańczyk również stał się jakby łagodniejszy, chociaż nie mogę powiedzieć, iż całkowicie. Gdy widział moje obijanie, albo zwyczajną niechęć rzucał głupimi tekstami, krytykował, czy delikatnie uniósł głos aby mnie zmotywować. 
I ja i on, wiemy dobrze, że zardzewiałam w krysztale i bardzo mi to potrzebne. Nie będę jednak ukrywała, że jestem wykończona. Codziennie wstaję o świcie i kładę się bardzo późno, a to zdecydowanie za mało snu, po tak intensywnych działaniach. 
Tego dnia kumulacja tych wszystkich braków w odpoczynku wystarczająco dała mi się we znaki. Zwyczajnie nie miałam siły trzymać swojego ostrza - Atarangi, w dłoniach, co denerwowało mojego trenera. Widziałam, jak bardzo niechętnie to zrobił, ale szybciej zakończyliśmy. 
Zastanawiacie się pewnie, czym więc on był tak zmęczony.
Ciężko mi to przyznać, ale jest tak zwyczajny, jak każdy. Dla niego również ostatni czas był intensywny, a do tego dało się go w środku nocy przyłapać jak siedzi przy świeczce i wypisuje raporty. Sam, więc też za wiele nie sypiał.

Widząc dobrą zabawę i roześmianych podwładnych, wybuchł i skarcił ich tak głośno, że serce podskoczyło mi do gardła. Rozumiałam go doskonale, sama chciałam odpocząć, a zdecydowanie nie przypłynęliśmy tu taki kawał drogi, aby się dobrze bawić. 
Obyło się bez mdlenia i tracenia rozumu, ale zdenerwowałam się i zrobiło mi słabo. Ostatkiem sił wtedy uciekłam do środka i skuliłam się gdzieś w kącie nucąc coś pod nosem, byle tylko strach nie przejmował nade mną kontroli. 
Z tego właśnie powodu, za dnia, gdy tylko nie musiałam spędzać czasu z Lancem, wdawałam się w pogawędkę z Beriusem. Nie były to długie rozmowy, zdecydowanie wolał szaleć z resztą towarzystwa, a ja trochę odpocząć skoro miałam to pięć minut. Chłopak był jednak bardzo zabawny, i czasem zdarzyło mi się zaśmiać. Czyżby to nie przeszkadzało naszemu liderowi? Nie mam pojęcia.

Bez zbędnych dyskusji szłam za nim i Nemorą, której stosunek do mnie nie zmienił się. Jasnowłosa dalej patrzyła na mnie z niechęcią, a jeśli cokolwiek mówiłam wywracała oczami. Ma ze mną problem, to trudno. Nie zależy mi na jej przyjaźni. 
W czasie, gdy my przedzieraliśmy się przez kolejne krzaki, pozostała dwójka sprawdzała inną część lasu. 
Nie było sensu abyśmy szli jeden za drugim, więc szliśmy po swoich bokach w odpowiednich odległościach. Tak miało być szybciej, ale nie powiem, że efektowniej. 
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a my ciągle byliśmy z niczym. Dobra, może nie do końca, ponieważ znalazłam odtwarzacz MP3 w opłakanym stanie, ale to ciągle nie było to czego szukaliśmy.

- Skąd biorą się te wszystkie śmieci, skoro nic wyjątkowego tutaj nie ma? - z lewej strony usłyszałam głos naszej towarzyszki, której widocznie zaczęły ciążyć nasze działania. Dziewczyna jest ze Straży Cienia, więc pewnie często ma jakieś nudne misje wywiadowcze, a ma problem ze spacerkiem po lesie. Hej, czasem trzeba się też dotlenić!
- Może jednak nie takie całkiem, nic.. - po prawej odezwał się Lance. Nie spodziewałam się jego odpowiedzi, ponieważ całą drogę gdy Nemorze, a nawet mnie zdarzało się trochę ponarzekać, on nie powiedział słowa. Wydał instrukcje i parł przed siebie, a teraz był najgłębiej z nas. - Anastazja, chodź tutaj..  - pomiędzy drzewami widziałam, jak machnął dłonią i ruszyłam w jego stronę. Stał przy ogromnych suchym drzewie i przyglądał mu się uważnie.
- O co chodzi? - stanęłam obok, a smok kiwnął głową bym za nim szła. Obeszliśmy wielki pień, a naszym oczom ukazała się ogromna dziura w nim, być może naturalny twór albo efekt jakiegoś zjawiska pogodowego. Nie to było teraz najważniejsze. 
Dopasowany do kształtu jamy, jasny i nieco iskrzący portal. Tak po prostu w lesie, przed naszymi oczami. Mnie nie ma się co dziwić, widzę go pierwszy raz na oczy, ale Lance.. 
Stał obok, i wyglądał na tak samo zaskoczonego jak ja. Dodatkowo po drugiej stronie coś było. 
Powoli się zbliżyłam i spróbowałam przyjrzeć. Widziałam drzewa. Pytanie brzmi, czy są to tutejsze, a może..
- Myślisz, że można by przez niego..? - moja dłoń powoli zbliżyła się do świecącej łuny. Smok wtedy się ocknął i złapał mnie w nadgarstku. 
- Nie dotykaj - jego uścisk był dość mocny, ale jak tylko mój wzrok padł na twarz jasnowłosego zabrał dłoń. - Musimy go zbadać i zabezpieczyć. To nie jest dobry pomysł, ab któreś z nas próbowało przez niego przejść.. 

Westchnęłam jedynie ciężko i odsunęłam mu się z drogi. Miał rację. To nie był mądry pomysł, ale równocześnie tak bardzo kusiło. Przejście przez portal, powrót na Ziemię, do miejsca , w którym się urodziłam. Czy ponownie zobaczyłabym dziadka, babcię? Co z rodzicami? Jak oni wszyscy sobie radzą? 
Wszyscy o mnie zapomnieli, ale sami na zawsze pozostaną w mojej pamięci i sercu. 
Jak byś sobie poradziła z takim powrotem Anastazjo? Nie dałabyś rady, jesteś za słaba. 

Zrugałam sama siebie, i szybko starłam przecinającą mój polik pojedynczą łzę. W tym czasie dołączyła do nas Nemora, i wraz z Lancem przyglądała się tworowi w drzewie. Podeszłam nieco bliżej aby słyszeć ich rozmowę. 
- To wygląda, jak portal, ale wcale nie musi nim być - odezwał się jasno włosy i wyciągał coś zza pasa. - Musimy wziąć próbki i zabrać do Kwatery. Dopiero tam będziemy mogli je zbadać.
- Po co tyle czekać?- dziewczyna zerknęła na mnie kątem oka. - An już raz przeniosła się ze świata do świata. Do tego to nasza wybranka Wyroczni - w jej głosie nie dało się nie słyszeć kpiny, z jaką to mówiła. - Niech w to wejdzie i się okaże. W końcu żadna strata - odsunęła się i puściła mi oczko. Lance westchnął ciężko na jej słowa.
- Nikt nie będzie przez to próbował przechodzić. I skończ już z tym czepianiem się Anastazji, lepiej zajmij się obowiązkami - z pochwy wyjął dziwny, mały sztylet, którego ostrze jarzyło się niebieskim blaskiem.
- Tak, tak.. Już się zamykam - mruknęła niezadowolona. - Ale, jak jesteś taki milusi to niech ci nowa pupilka pomaga. - Usiadła na ziemi w cieniu sąsiedniego drzewa i opierając się o nie zwyczajnie zamknęła oczy. Ta to ma tupet. 
Smok jednak nie dał się sprowokować i zerknął w moją stronę. Nic nie mówiąc stanęłam obok. Nie musiał mnie prosić ani zmuszać, sama chciałam wiedzieć co ma zamiar robić. 
- Domyślam się, że nigdy nie miałaś styczności z nożem powietrznym - poruszył dłonią w, której trzymał owe ostrze. Mogłam jedynie przytaknąć. - Jest on naładowany maaną, stąd ta poświata. Dzięki temu jest niezwykle ostry, i używany do cięcia rzeczy niematerialnych.
- Jak ten portal? - wtrąciłam cicho, i znów zerknęłam na dziurę. Strasznie ciężko było mi ignorować obrazy, które w niej widziałam. 
- Dokładnie. Chcesz spróbować? - wystawił go w moją stronę. - Mogę cię poinstruować. To całkiem ciekawe uczucie, gdy tniesz coś co nie stawia żadnego oporu. - Na jego twarzy pojawił się ledwo widoczny uśmieszek, a mi dreszcz przeszedł po plecach. 
- Może lepiej nie.. - pokręciłam głową. - Wolałabym nie zrobić czegoś źle. Poprzyglądam się.
Wpatrywał się we mnie moment, przez co czułam się strasznie niezręcznie, ale nic nie powiedział i zamiast noża podał mi fiolkę.
- Odetnę kawałek. Ostrożnie złap go do niej. I nie dotknij przypadkiem portalu.
Przytaknęłam głową i byłam w gotowości. 
W tym czasie Lance zaczął powoli ciąć brzegi naszego tworu, jednocześnie nie dotykając bezpośrednio jego tafli. Jego ruchy były powolne i bardzo delikatne, a twarz skupiona. 
Wpatrywał się w iskrzącą delikatnie maanę, a ta odbijała się w jego niebieskich oczach. Muszę przyznać, że wyglądało to bardzo interesująco. Jego oczy zazwyczaj zimne i tajemnicze nabrały pięknego blasku. Wyglądały, jak u zupełnie innej osoby, niż ta którą znałam i miałam przed sobą. 

Co ty wyprawiasz Anastazja! Skup się głupia! 
Wpatrujesz się niego, jak idiotka, a za chwilę będziesz na niego narzekała. Nie zapominaj, kto to jest i co Ci zrobił!

Racja. Musiałam się skupić. Odwróciłam wzrok od smoka i obserwowałam ostrze. Powoli języczek odcięty od portalu zaczął zwisać, więc podsunęłam trzymaną fiolkę i złapałam go do środka. Lance wtedy się lekko odsunął i schował nożyk do pochwy.
- Mamy wszystko - zerknął na mnie, a ja zamknęłam naczynko i mu podałam. 
- Będziemy go jakoś zabezpieczać? 
- Chyba powinniśmy, ale najpierw trzeba poinformować Huang Hua - pochował wszystko i spojrzał na Nemorę. - My się tym zajmiemy, a ty tutaj zaczekaj. 
Dziewczyna wyczuwając, że o niej mowa otworzyła oczy i na nas spojrzała. 
- A idźcie. Dobrze mi się tu leży - wzruszyła ramionami i na nowo opuściła powieki. 
- Nie śpij, tylko pilnuj - mruknął mijając ją. 
Nic już nie odpowiedziała, a nasza dwójka opuszczała las. 

Szliśmy w ciszy. Ja, Lance oraz Torin z Beriusem, których złapaliśmy po drodze. Smok streścił im krótko co znaleźliśmy w lesie, ale nie miał więcej odpowiedzi. Zrozumieli to i nie wypytywali. Też chodzili cały dzień na nogach, i musieli być zmęczeni. 

Do naszej siedziby dotarliśmy, gdy już było szaro. Ledwo przekroczyliśmy próg drzwi, a Idalia podbiegła do nas z listem w ręku. 
- Dobrze, że jesteście. Huang Hua przysłała to do ciebie - wystawiła dłoń do Lance'a. - Chowaniec dotarł zaraz po waszym wyjściu. Jak widzisz od razu jest napisane do kogo, więc nie otwieraliśmy. 
Obsydiańczyk tylko przytaknął głową i usiadł na kanapie. Nie czekając dłużej wziął się za czytanie, a wszyscy patrzyli w jego stronę. 
- Wygląda na to, że będziemy musieli się rozdzielić - westchnął po dłuższej chwili i spojrzał po nas wszystkich. 
- Coś się stało?- Berius usiadł obok niego, i chciał przejąć kartkę, ale ta mu szybko uciekła. 
- Chcą żebyśmy wracali. Zwłaszcza ty.. - jego jasne tęczówki zwróciły się na mnie. Znowu te cholerne oczy. 
Nieprzyjemny dreszcz przeszedł mi po plecach. 
- Jakieś kłopoty w Kwaterze? - usiadłam na jednym z taborecików.
- Sprawa jest pilna, ale szczegółów dowiemy się na miejscu - list spłonął w jego dłoni niebieskim płomieniem, a siedzący obok brunet jęknął niezadowolony. - Chcą żebyśmy wracali wszyscy, ale nie powinniśmy. Ktoś musi zostać na miejscu, po tym co znaleźliśmy. 


piątek, 7 stycznia 2022

10. Złe słowa

 Kolejny słoneczny dzień, kolejny wypełniony raport, kolejna grupa wysłana na misję. A czas wolny? Co zapracowany wampir mógłby z nim począć? Każdy normalny zapewne położyłby się, odpoczął. On jednak wychodził do schroniska, na spotkania z kolejnymi kobietami.

Czy mu to ciążyło? Czuł się z tym źle? Nie. Wrócił do swoich dawnych zwyczajów. Nevra - podrywacz i bawidamek, uwielbiany przez kobiety, tak jak i on je uwielbiał.
Przynajmniej do czasu nie miał z tym problemu. 

Gdy siedem lat temu on i Anastazja zbliżyli się do siebie, jego zwyczaje uległy zmianie. Naprawdę zaczęło mu na kimś zależeć - pierwszy raz było to bezpieczeństwo, i szczęście kogoś innego, niż jego siostry.  Widział jej hardość, podziwiał oddanie dla istot, na które była skazana. Jednak to jej czułość i wrażliwość działały na niego najbardziej. Naprawdę dobrze się czuł w jej towarzystwie, trzymając jej drobną istotę w swoich ramionach.

I wtedy ją stracił..
Gdy całe trzęsienie ziemi ustało, a on pobiegł wraz z resztą do Wielkiego Kryształu..
Horror jaki tam zastał do dziś go męczy. Stracił dwie ważne osoby. Przyjaciela i ukochaną. Właśnie zaczęło być między nimi najlepiej, wszystko się rozkręcało.. I zniknęła.

A teraz? 
Tego dnia w końcu ją zobaczył. Po takim czasie. Szok natychmiast zamienił się w strach. Oczywiście, to ogromna radość - wróciła, stała tam przed nim, cała i zdrowa. Jednak nie mógł, nie może pozwolić sobie na kolejne cierpienia. Pogodził się z jej stratą, pogodził się z życiem wiecznego singla. Tak powinno zostać. 
Dlatego właśnie taki się stał - oschły i nieprzyjemny. Wie, że łamie jej to serce, rani ją, ale musi zadbać o siebie. Musi się chronić by znowu nie przechodzić tego samego.

Z resztą, nawet mu się to udawało. 
Widział jej niechęć do niego, a zwłaszcza po tym co powiedział w lesie.. 

Czy wiedział, że ona tam jest?
W pierwszej chwili nie. Wyczuł ją dopiero po tym, gdy wypowiedział te słowa. Nie zrobił tego specjalnie. Nie chciał pokazywać po sobie, że zaliczył wpadkę. Zwłaszcza przy smoku, którego słowa go zaskoczyły.     

Co naprawdę myśli wampir?
Nie kłamał wtedy. Źle to ubrał w słowa, ale fakty są takie, że Anastazja nigdy nie była najlepszym materiałem na szpiega, a na każdej jej misji zawsze były atrakcje. Szybciej jednak powiedział niż myślał, i bardzo źle ubrał to wszystko w słowa.

Powinien ją przeprosić, wytłumaczyć.

Ona jednak wyjechała. I to z kim..
Sam mu do końca nie ufał. Mimo siedmiu lat, które minęły zaakceptował, że jest między nimi, ale nie będą nigdy przyjaciółmi. Tym bardziej nie mógł zrozumieć An..

Wyjechała bez krzyków i protestów. Z mężczyzną, który tak bardzo ją skrzywdził.

Mimo tego, jak bardzo nie chce wszystkiego przechodzić od nowa, martwi się o nią.

Anastazja tak bardzo mu zajęła głowę, że nawet nie zorientował się kiedy dotarł pod Wiśniowe Drzewo i wpatrywał się w niebo.  Już dawno nie zdarzyło mu się, aby kobieta tak bardzo pochłonęła jego umysł.
Na wampirze szczęście pojawił się Mathieu i Koori, a za nimi spokojnym krokiem dołączył Chrome. 
Młody człowiek nie owijał w bawełnę. Zziajany po szybkim biegu, powiedział krótko..
- Ludzka broń, jest tutaj..

Po tych słowach nie było wiele czasu na rozmysły. Nevra zaraz zaczął wypytywać o szczegóły. Oczywiście wybuchowa dwójka zaczęła się przekrzykiwać i nic z tego nie rozumiał. Uciszył ich szybkim gestem dłoni i spojrzał na swojego następcę. Wilkołak wstrząsnął uchem i westchnął ciężko. 
- Tak, jak prosiłeś byliśmy sprawdzić las. Na początku nie działo się nic specjalnego. W sumie to nic się nie działo - speszył się i podrapał po karku. Mimo swojego wieku i pozycji, pozostało w nim coś z dzieciaka. Ciągle głupio się czuł tłumacząc przed Nevrą, który dodatkowo był prawie jego szwagrem. 
- To o co chodzi z tą bronią? Mów jaśniej.. - wampir założył ręce za plecami.
- Chodzi o to, że znaleźliśmy rannego chowańca! - Mathieu wyrwał się przed szereg, a pod lodowatym spojrzeniem zimnorwistego zaraz się speszył i zamilkł.  
- To prawda - odezwał się Chrome. - W głębi lasu Koori usłyszała piszczenie. Leżał pod drzewem. W pierwszej chwili myśleliśmy, że zaatakował go inny chowaniec.. 
- Ale wtedy znaleźliśmy to - kitsune wciągnęła dłoń pełną jakiś świecących przedmiotów przypominających tubki. - Mathieu mówi, że to pochodzi z ludzkiej broni. 
- A co z chowańcem?
- Po drodze spotkaliśmy Karenn, poprosiłem aby zaniosła go do przychodni - wtrącił przywódca Straży Cienia. Wampir krótko przytaknął głową i wystawił dłoń do Koori po przedmioty.
- Wezmę je, a wy napiszcie szczegółowy raport. Mathieu, proszę abyś sporządził krótki opis z czego to pochodzi, i co to jest. Wszystko ma być gotowe przed spotkaniem z Huang Hua.
- A kiedy ono będzie? - Chrome spojrzał za odchodzącym Nevrą.
- Pewnie szybko - mruknął i zniknął. Musiał, jak najszybciej poinformować liderkę. Takie ślady nie wróżą tu nic dobrego.

Znalezienie Huang Hua zajęło mu dłużej niż przewidywał. Kobiety nie było na terenie Kwatery Głównej. Wybrała się wraz z Ewelein na równiny, co zdradził mu dopiero, spotkany po ponad godzinie Feng Zifu.
Wampir nie czekając dłużej, ruszył w tamtą stronę. 
Fenghuang wraz z elfką siedziały na kocyku, i wyglądało na to, że urządziły sobie małą randkę. Czuł się głupio, sam bardzo lubił przychodzić raptem kawałek dalej wraz z Anastazją, ale bezpieczeństwo Eldaryi jest teraz ważniejsze. 
Powoli podszedł i cicho chrząknął, na co zaraz podskoczyły i spojrzały na niego. 
- Nevra? Co ty tu robisz? - ciemnowłosa zmarszczyła brwi i powoli się podniosła. 
- Przepraszam. Nie chciałem wam psuć miłych chwil, ale Chrome wrócił z lasu. Powinniśmy zwołać zebranie. Sprawa jest bardzo poważna.. 

- Nie wiem czy to najlepszy pomysł. Nie pojechali tak dawno temu. Przerwanie tak nagle misji, nie będzie widziane dobrze - Chrome wtrącił się do dyskusji, która trwała od dobrych kilku minut. Raport z jego ostatniej wyprawy wstrząsnął Strażą. Huang Hua natychmiast podjęła decyzję o wzmocnieniu ochrony na zewnątrz, a Nevra zaczął sugerować aby ściągnąć Anastazje i Lance'a z powrotem na Ziemie Eel.
- Możesz mieć rację, ale jeśli Ana jest powiązana z tym wszystkim, lepiej żeby była blisko - liderka spojrzała na wilkołaka. Na jej twarzy było widać spokój, ale dobrze wiedział, że trochę ją martwi, jak odbiorą to mieszkańcy Tenpu, którym obiecali pomoc. - Siedem lat temu jej powiązanie z kryształem było ewidentne, a teraz gdy z niego wyszła.. Lepiej zapobiegać, niż leczyć. Nevro, masz moje pozwolenie. Niech wracają - spojrzała na wampira, który przytaknął lekko głową.




poniedziałek, 8 listopada 2021

9. Skup się!

Skup się! Plecy proste! W walce nie będziesz miała tyle czasu na myślenie!
Tak wyglądało dobre pół godziny mojego treningu z Lancem, ponieważ rano większość grupy nie była w stanie dobrze funkcjonować. 
Ze spontanicznej imprezy w karczmie wrócili gdy zaczynało świtać. Obudzili nas głośnym śpiewem i śmiechami, a rano spali jak zabici. 
Mój trener nie był z tego zadowolony, i jak tylko coś przekąsiłam opuściliśmy domek i poszliśmy w góry.
Znaleźliśmy jakieś wyludnione miejsce z pięknym widokiem na okolicę. Wioska wydawała się taka mała, a górski krajobraz jeszcze piękniejszy. Nie miałam jednak wygody cieszenia się tym wszystkim, jasnowłosy zaraz przeszedł do ataku. Chyba chciał się wyżyć. Zaczęliśmy ostro i nie mieliśmy chwili przerwy. Po nim nie było widać zmęczenia, ale każda kolejna minuta była dla mnie coraz gorsza - wtedy zaczął krzyczeć, jak nigdy wcześniej na naszym treningu. Starałam się i dawałam z siebie wszystko, ale mu to nie wystarczało. Zaczął z niego wychodzić Ashkore - ten którego wszyscy obwiniali o wojnę i zniszczenie kryształu. Szkoda, że to jedna i ta sama osoba.

Przestało mi się to podobać, mięśnie bolały mnie coraz bardziej, a oddech był ciężki do uchwycenia.
Zacisnęłam mocniej dłoń na rękojeści swojego miecza i zamachnęłam nim w stronę głowy smoka. Szybko zablokował cios patrząc prosto na mnie.
- Jakoś kiedyś lepiej ci szły próby zabicia mnie - mruknął i mocno mnie odepchnął. Odleciałam zataczając się, szybko udało mi się jednak złapać równowagę.
- Wierz mi, że miałam ku temu wiele okazji i żadnej nie wykorzystałam - odgarnęłam włosy za ucho obserwując każdy jego ruch. - Dopiero później mnie zmusiłeś do podjęcia próby.
- Złamałem ci serduszko i postanowiłaś zakończyć swoje męki? - zadrwił atakując. Poczułam rosnące we mnie ciepło i szybko odbiłam jego cios.
- Nie masz pojęcia co we mnie wtedy było - z wzmagającym gorącem w ciele, warknęłam i zamachnęłam mieczem. Uskoczył spoglądając na mnie dziwnie zadowolony.
- No tak, nasz kochany wampir. Pewnie się zabawialiście chwilę przed tym jak.. - nie dałam mu dokończyć. Strumień jasnego światła uderzył z mojej klatki prosto w niego. Padł na plecy oszołomiony. Szybko do niego doskoczyłam, położyłam mu stopę na klatce i przyłożyłam ostrze do szyi.
- Ani się waż wracać do tamtego czasu! - przycisnęłam lekko miecz, a po jego skórze płynęła strużka krwi. Psychopata uśmiechnął się z satysfakcją. 
- Robisz postępy, gratulacje. Chociaż nie ładnie kantować - kątem oka próbował zerknąć na swoją ranę. Szybko puściłam rękojeść i odskoczyłam. Co mnie omotało? 
- N-Nie chciałam.. - zaczęłam dukać. No najlepiej, najpierw naskoczysz, a potem nie umiesz skleić zdania. 
Lance podniósł się i dotknął swojej szyi. 
- To nic takiego, sam się prosiłem. Nie zrobiłaś mi krzywdy - wytarł krew i schował swój miecz do pochwy. - Chyba powinniśmy się skupić na twoich mocach. Musisz nad nimi panować żeby nie przejmowały kontroli, jak przed chwilą - podał mi Atarangi. Bez słowa przejęłam ostrze i schowałam.
- Nie oberwałeś światłem bez powodu, wywołałeś je - wiatr zaatakował moją głowę przez co włosy latały we wszystkie strony i zatrzymały się na twarzy. Warknęłam zaczynając je zbierać.
- Powinnaś je spinać albo ściąć. Nie będą współpracowały - Lance podszedł i odgarnął mi jeden z kosmyków. Natychmiast się odsunęłam. Dopiero co odrosły po jego bandyckim zamachu na nie na Memorii.
- Ty się lepiej do nich nie zbliżaj. Pamiętam szybkie cięcie, które mi zafundowałeś - szybko schowałam je w kaptur i spojrzałam na smoka. Marszczył brwi niezadowolony. 
- Nie będę się powtarzał tysiąc razy. Nie jestem tym samym - nie dałam mu dokończyć.
- Nikt nie jest w stanie zmienić się całkowicie. 

Mierzyliśmy się wzrokiem dobrą chwilę. Mój oprawca nie robił już nic co by mnie bolało bardziej niż przed chwilą ten rzut o filar. W jego niebieskich oczach było widać wściekłość  i nienawiść, jaką raczył się mnie obdarzać. Chociaż czy tylko?
Zatapiając się bardziej w tym oceanie dało się dostrzec cierpienie. Był wściekły na los swoich pobratymców, chciał ich pomścić, ale teraz..  Zobaczył matkę, która była taka dobra.
Moje słowa go ruszyły?
Co by pomyślała Tia widząc go w tej chwili? Jedyna była w stanie przemówić mu do rozsądku.
Nawet jeśli była tylko wspomnieniem..

Bardzo powoli i niepewnie położyłam drżącą dłoń na klatce piersiowej Lance'a. Spokojnie Anastazja, masz szansę zapobiec rzezi, musi ci  się udać. Jasnowłosy się ocknął i spojrzał szybko na moją rękę. Jego twarz wyrażała wszystko - nie wiedział co myśleć, zaskoczyłam go. 
- Śmieszny człowiek ma dla ciebie pewną radę - odezwałam się cicho. - Lepiej skorzystaj i dowiedz się wszystkiego, bo będziesz żałował, a potem.. - poczułam zimne ostrze przy gardle. Spuściłam nieco wzrok by je dostrzec. 
- Mówiłem ci już - warczał - nie znasz mnie. 
- Każde dziecko chce być dobrze widziane w oczach rodziców - ponownie spojrzałam na jego twarz. Starał się zachować kamienną postawę, ale jedna z jego powiek lekko drgała. Jakiś tik nerwowy na którym nie panował? - Nie ważne gdzie ani jacy oni są - biorąc głęboki oddech kontynuowałam. - A tu już nie możesz mi powiedzieć, że nie wiem o czym mówię.. 
- Zamknij się - mocniej docisnął ostrze, poczułam spływającą po mojej szyi ciecz. 
Mimo tonu jakiego użył nie uciekłam wzrokiem, on podobnie ciągle mnie obserwował. Nie mam pojęcia co jeszcze robię żywa. 
- Zastanów się czy chcesz to zrobić matce - mruknęłam krótko i  uniosłam nieco brew.  - No dalej, na co czekasz? Wiem, że tylko o tym marzysz.. 
- A żebyś wiedziała - nagle złapał mnie za włosy i mocno pociągnął. Odruchowo krzyknęłam i się złapałam za głowę. Patrzył na mnie uśmiechnięty, wyglądał niepokojąco. Moje serce przyśpieszyło, a ciało sparaliżowało. - Chyba jednak wolę abyś widziała moje dzieło - zbliżył się niepokojąco blisko i powiedział to tak.. Cicho. Tak. Nie użyję żadnego innego słowa w jego kontekście. 
Przez dosłownie sekundy wpatrywał się w moją przestraszoną twarz, wydawał się o czymś myśleć, ale za krótko..
Nim się obejrzałam pociągnął mocniej moje kosmyki do góry i ściął je swoim ostrzem. Był przy tym stanowczo za blisko, ale moją uwagę odciągnęły słowa, które wyszeptał mi wtedy do ucha - Ciekawe, jak teraz mu się spodobasz.

Chłodny podmuch ponownie przeleciał przez płaskowyż, a smok i ja ciągle mierzyliśmy się wzrokiem. Było zimno nie tylko ze względu na pogodę, a także przez moje ostatnie słowa. Smok wbijał we mnie ślepia zaciskając szczękę, a jego powieka zaczęła drgać. Zdenerwowałam go.
- Dobra - westchnęłam i kawałek dalej usiadłam po turecku na zmrożonej ziemi. - Nie wracajmy do tego. Ja się ciągle oswajam, a ty musisz to znosić. - Zerknęłam na niego odkładając swój miecz gdzieś z boku. - Dla dobra nas obu im szybciej mi pomożesz tym szybciej odetchniemy, trenerze - na ostatnie słowo dałam wyraźny nacisk. 
Lance podrapał się po brodzie patrząc w moją stronę, a potem ciężko wzdychając usiadł naprzeciw mnie. 
- Ta kara jest gorsza niż myślałem. 
- Doprawdy? - przechyliłam głowę posyłając mu wredny uśmieszek. - A ja myślałam, że ci się to spodoba.
- Nic już nie mów - pokręcił głową. - Lepiej zaczynajmy.. - podparł głowę na ręku zerkając na mnie.

Lance już miał zacząć mi tłumaczyć na czym powinnam się skupić gdy na jego ramieniu usiadł chowaniec podobny do kruka o czerwonych oczach - Pterocorvus, i zaczął go natychmiast dziobać w głowę. Prychnęłam cicho, a smok spojrzał na zwierzę zirytowany, po czym zdjął z jego łapki przyczepiony liścik i szybko go przeczytał.
- To Nemora. Musimy wracać.. - od razu się podnosił.
- Coś się stało? - woląc się nie narażać podniosłam tyłek i oboje ruszyliśmy w stronę naszego tymczasowego lokum. Czekało nas dobrych kilkanaście minut spaceru w dół.
- Nie. Po prostu wszyscy są już w stanie trzeźwo zdać raporty z wczoraj - wzruszył ramionami idąc nieco z przodu. Nie zrównywałam się, tak było dobrze. 
- Rozumiem. Lepiej żebyśmy szybko mogli wrócić do.. Domu. - Zawahałam się dosłownie przez moment. Czy Ziemie Eel to mój dom? W domu powinno się czuć dobrze, wśród osób które cię kochają, szanują i dzielicie pokrewieństwo. Jak jest w Kwaterze Głównej? Z resztą, po co się zastanawiać?
Wyrwało mi się ciche westchnienie, a smok zerknął przez ramię.
- Zmęczona? - Wzruszyłam ramionami. - Lepiej powiedz, planowałem długi spacer po lesie jak dojdą do siebie. 
- To nie to - pokręciłam głową chociaż jego wzrok był już skierowany na kamienną ścieżkę. - Chodzi o moje myśli, których bym wolała na głos nie wypowiadać. 
- Byle tylko nie sprowadziły na nas kłopotów.
Prychnęłam. Przecież wszelkie kłopoty i zło tego świata to moja wina.

Wkrótce dotarliśmy na miejsce, a przed domkiem przywitała nas cała gromada w.. Beczce?

Przystanęłam zaskoczona i musiałam zamrugać kilka razy. Idalia, Torin, Nemora i Berius siedzieli w ogromnej drewnianej beczce pełnej wody, a z niej unosiła się para. Obok tego wszystkiego stał Martin i Gorlas - rozmawiali szeroko uśmiechnięci. Zerknęłam na smoka, wyglądał na podobnie zdezorientowanego, co ja.
- C-Co tu się dzieje? - przeleciałam wzrokiem po wszystkich obecnych.
- Szorowanko! - w odpowiedzi usłyszałam roześmiany głos Idalii. - Martin przyniósł to z kolegą chwilę temu, jest niesamowicie. Chodźcie!
- I to po to wysłałaś chowańca? - Lance jakby oprzytomniał i spojrzał w kierunku Nemory. Uśmiechnęła się tylko i wzruszyła niewinnie ramionami. - Jesteście niepoważni, nie po to tutaj jesteśmy.
- Oj daj spokój - winowajca tego wszystkiego podszedł do smoka i położył mu, po przyjacielsku, rękę na ramieniu. - Wczoraj się raczej wszyscy dobrze bawiliście, włącznie z tobą. W czym tkwi problem, aby towarzystwo się nieco zrelaksowało w gorącej wodzie?
Przyglądając się temu nie dało się przegapić szampańskiego humoru Martina, ale niestety niebieskooki nie podzielał jego samopoczucia. Na domiar złego drgała mu powieka, walczył ze sobą.
Powoli wysunął ramię od blondyna i zbliżył się do skrzynki stojącej w pobliżu kąpieliska. Zajrzał do środka i zmarszczył brwi. 
- Nie ma lepszych rzeczy do używania tych kamieni, tylko jakieś idiotyczne zabawy w wodzie? - Karcąco spojrzał na towarzystwo. Miny im się na te słowa nieco pozmieniały. 
- Daj spokój - Berius oparł się ramieniem o drewnianą ściankę i patrzył prosto na dowódcę. - Mamy prawo do relaksu, nic złego się nie dzieje. Raporty powypełniane, masz szczegółowy opis przesłuchań. Wskakuj i czytaj je tutaj.
- Nie jesteśmy tutaj, żeby odpoczywać - trzasnął wiekiem skrzynki i ruszył do domku. Wyglądał na wściekłego, a gdy mnie mijał dostrzegłam niebieski płomyk przebiegający po jego policzku.

Atmosfera po naszym przybyciu nieco się zmieniła, ale nie na długo. Zaraz gdy zdenerwowany smok zniknął, faeries wrócili do zabawy i wesołych rozmów, a Martin i Gorlas rozebrali się do samej bielizny i wskoczyli do nich. 
- Anastazja, dawaj - oberwałam odrobiną wody, na co automatycznie odskoczyłam do tyłu. Spojrzałam na atakującego, którym okazał się być blondyn. - Nie mów, że wolisz stać tak sama albo czytać papiery z tym ponurakiem. 
Fakt, nie wolę, ale zdecydowanie nie uśmiecha mi się ściskać tam z nimi. Nie czułabym się zrelaksowana. Pokręciłam głową. 
- Żadna z tych opcji nie wydaje się być odpowiednia, muszę jednak odmówić. Znajdę sobie inne zajęcie, ale wam.. Dobrej zabawy - posłałam mu lekki uśmiech i ruszyłam do środka. 

Lance siedział na kanapie trzymając w dłoni jakieś papiery. Zerknął krótko w moją stronę po czym wrócił do czytania. Woląc go nie drażnić wzięłam tylko jakiś owoc na ząb i poszłam do sąsiedniego pokoju. Tak czy siak poznam szczegóły, a przesiadywanie z nim w jednym pomieszczeniu, zwłaszcza w takim stanie, to nienajlepszy pomysł. Poza tym.. Ile ja mam z nim spędzać czasu? Wystarczy mi wyrok trenowania z nim, jego szefostwa, i ogólnego faktu przebywania od siebie w zbyt małych odległościach. 

Na miejscu usiadłam przy oknie, zajmując jedno z wolnych łóżek. Spałam już w nim dwa razy, chyba mogę powiedzieć, że jest moje. Chciałam zająć kanapę, a w efekcie najpierw zrobił to Lance, a potem nietrzeźwa Nemora. Tyle to z mojego wyalienowania, ale nie będę narzekać.
Wgryzłam się w swoje krwistoczerwone jabłko i przyglądałam jednej dłoni. 
Może bym sama spróbowała? W końcu to tylko odrobina światła. Przecież nie wysadzę zaraz budynku, czy spalę pościeli. 

Odłożyłam ogryzek na podniszczony, drewniany parapet i wystawiłam dłoń przed siebie. I co dalej? Dobre pytanie. Skup się Ana. Co czułaś za każdym razem, gdy pojawiało się światło? Emocje, tylko jakie? Strach - bałam się, że wszystko się powtórzy. Równocześnie dostałam ataku paniki. Co jeśli znów tak będzie? Muszę nad tym zapanować.
Przymknęłam oczy i próbowałam się skupić. Zaczęłam oddychać głęboko i równomiernie.
Ciepło, otacza mnie ciepło. Od żołądka, przez serce po koniuszki palców. Jest gdzieś we mnie, trzeba je tylko wyciągnąć. 
Nagle coś poczułam i szybko podniosłam powieki. Jedna, dosłownie jedna iskra przeleciała między palcami.
Świetnie, jakieś inne pomysły?
Lance najlepiej działa jako zapalnik, tylko czemu? Jest źródłem moich lęków, ale czy to na pewno o to chodzi?
Na nowo opuściłam powieki. Myśl Anastazjo!

Ciemność i cisza zdawały się trwać w nieskończoność. Nie otwierałam oczu nawet na moment, ignorowałam każdy dźwięk. Nie liczyło się dla mnie w tej chwili nic. Pewnie z boku wyglądałam śmiesznie, ale to nie ważne. Skupienie, pełna koncentracja.

Nagle zobaczyłam jasne światło, jakby biały płomień. Po chwili dołączyły również głosy, strasznie niewyraźne. Nie byłam w stanie żadnego z nich rozszyfrować czy rozpoznać, ich natłok był zbyt wielki w jednym momencie. 
Poczułam otulające mnie ciepło, starałam się skupić na nim, zamiast na wszystkim innym. Zignorowałam płomień, zignorowałam biegające dookoła słowa. Tylko ja i to przyjemne uczucie..

piątek, 5 listopada 2021

8. Jesteś moją karą

 Idą smok, człowiek i coś na wzór elfa przez wieś.. 

Brzmi, jak początek idiotycznego kawału. Z resztą nawet nie jestem pewna czym jest Berius, ale jakoś głupio mi zapytać. 
W każdym razie zaraz po posprzątaniu nasza grupa rozproszyła się na wszystkie strony. Razem z chłopakami ruszyłam w stronę placu, który miałam okazję widzieć już z samego rana. Droga wcale nie była trudna, był widoczny z daleka. Niestety po stoiskach niewiele już zostało. Większość sprzedawców się już zebrała, pozostali nieliczni - w tym staruszka, od której mam wisiorek. W momencie, w którym spojrzałam w jej stronę jej głowa zwróciła się akurat w naszym kierunku. Posłałam kobiecie delikatny uśmiech ze skinieniem głową, odwzajemniła gest, a my szliśmy dalej. 

Tak jak mówił nasz przewodnik, którego od wczoraj żadne z nas nie widziało na oczy, ratusz był na wyciągnięcie ręki, a do tego oznaczony widoczną kamienną tabliczką.
Gdy tylko przekroczyliśmy jego próg powitała nas pulchna kobieta o rudych włosach, bladej skórze i ciemnych oczach. Lance się do niej zbliżył i powiedział po co tu jesteśmy, nie musieliśmy długo czekać a przyszedł do nas burmistrz. 
Szczerze to o mało nie wybuchłam śmiechem widząc jak rozmawia z naszym dowódcą, Berius chyba miał ten sam problem ponieważ był cały czerwony na twarzy. Co nas tak bawiło? Kolosalna różnica wzrostu. Smok miał, śmiało można powiedzieć, coś około dwóch metrów wzrostu podczas gdy jego rozmówca chyba nawet nie sięgał metra. Sięgał mu niewiele ponad kolana. Musiał wejść na specjalne schodki żeby nie wyglądało to tak tragicznie, jak na początku. Pewnie jest przyzwyczajony.
Tylko po Obsydianczyku nie było widać rozbawienia, od razu przeszedł do rzeczy. W przeciwieństwie do mnie na targu, nie bał się powiedzieć o moim pochodzeniu. Karzeł zrobił duże oczy i zaczął mi się uważnie przyglądać. Starałam się zachowywać naturalnie, ale czułam się bardzo niezręcznie i nawet zaczęłam wyginać te cholerne palce.
- No dobrze.. - zamlaskał mężczyzna i schodził ze swojego podwyższenia. - Chodźcie za mną. Wszystko co mieszkańcy znajdują i przynoszą jest trzymane pod kluczem. Jeśli będziecie chcieli to zabrać, nie będę ukrywał, odetchnę z ulgą. - Powoli ruszył przed siebie, a nasza grupka deptała mu po pietach. 

Wędrowaliśmy wąskim korytarzem, które zdobiły portrety. Każda z przedstawianych postaci była inna, kompletnie niepodobna, łączyła ich tylko broszka na ubraniach. Niskorosły idący przed nami miał taką samą, więc to muszą być jego poprzednicy. Większość z nich to byli mężczyźni, tylko jeden obraz przedstawiał kobietę, i to ostatni, przy drzwiach które burmistrz musiał otworzyć z wielu kłódek. Miałam dzięki temu czas aby przeczytać krótką notkę pod ramą. 
To co było tam napisane zmroziło mi krew w żyłach, a po ciele przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Jasnowłosa pełniła urząd zaledwie dziesięć dni i została zamordowana. Zabił ją człowiek, który właśnie był w pobliżu - Lance. Według informacji na tabliczce zginęła od przebicia mieczem, bo nie chciała wpuścić zamaskowanego mężczyzny do tutejszych piwnic zawierających cenne artefakty.
Poczułam rosnącą we mnie wściekłość, a wraz z nią ogromny gorąc pojawił się w moim ciele. Moje dłonie zaczęły iskrzyć i drżeć. Atak paniki? Ten był jakiś inny. Spojrzałam na smoka i napotkałam jego wzrok, który szybko spoczął na moich dłoniach. Początkowo zmarszczył brwi, ale szybko zrozumiał gdy krótko zerknęłam na podobiznę jego ofiary.
- Anastazja.. Proszę, uspokój się - zaczął się zbliżać. - To nie jest dobry moment. - Był spokojny, zbyt spokojny. Od moich dłoni biło coraz mocniejsze światło, nie panowałam nad tym. Znowu widziałam w nim potwora i mordercę. Kompletnie wyleciały mi z głowy jego słowa o zmianie, zapomniałam o zapewnieniach Huang Hua, był tylko jego mrok. - Ana.. - stanął przede mną, odruchowo się cofnęłam. - Oddychaj głęboko, załatwimy co mamy załatwić i porozmawiamy - wyciągnął w moją stronę rękę. Znów zrobiłam krok w tył i wpadłam na ścianę. Smok mnie dosięgnął i złapał za ramiona, czułam się przerażona. Patrzył na mnie tymi błękitnymi oczami i coś mówił, ale przestałam go słyszeć. Rozejrzałam się dookoła. Zarówno Berius i burmistrz patrzyli na nas, nie rozumieli co się dzieje. Wróciłam wzrokiem do Lance'a, jego usta ciągle się ruszały, ale do mnie nie dochodził żaden dźwięk. Poza jednym.. 
Zaczęłam słyszeć tą straszną melodię z dzisiejszego snu. Zaczęłam drżeć, a moje ciało przeszył ból, ten sam który już czułam - jakby tysiące igieł na raz wbijało się przez moją skórę. Trzęsącymi się dłońmi złapałam swoją twarz, moje światło zniknęło, a złość zamieniła się w panikę. 
Nagle straciłam grunt pod nogami. Lance wziął mnie na ręce i wynosił na zewnątrz. Nie miałam sił by panikować. Oparłam swoją głowę o jego ramię, poddałam się.

Po krótkiej chwili znaleźliśmy się na zewnątrz. Posadził mnie za budynkiem na zielonej trawie i kucnął przede mną. Wędrowałam tylko po nim wzrokiem nie mogąc nic powiedzieć, cały czas dygotałam. Poczułam jego dłonie na swoich polikach, nie podoba mi się to, do tego patrzył mi prosto w oczy. Mój oddech był niespokojny, musze się uspokoić. Panuj nad sobą Anastazja!
Opuściłam powieki. Zrób to co ostatnio, przypomnij sobie dziadka, myśl o tych pięknych melodiach których cię uczył.

Nie mam pojęcia ile minęło. Sekundy, może długie minuty. Nie słyszałam melodii wydobywającej się z pianina, nie widziałam ukochanego staruszka. Była tylko cisza i ciemność. Gdy powoli otworzyłam oczy widziałam Lance'a. Ciągle trzymał swoje dłonie na mojej twarzy i się wpatrywał. Przejął się? Nie wiem, ale tak to wyglądało. Zauważając, że jest lepiej szybko zabrał ręce.
- Dobrze się czujesz?- cały czas wlepiał we mnie gały. Zażenowana spuściłam głowę nie odpowiadając. Co mam powiedzieć? Chciałam być użyteczna, a właśnie odstawiłam najgorszą akcję jaką tylko mogłam. Kto wie, co pomyślał sobie nasz gospodarz. Nie chcę aby straż wpadła w konflikt z mojej winy, a mimo to nie pomagam. - Anastazja.. Spójrz na mnie. - Pokręciłam głową, nie mogę. - Posłuchaj, rozumiem o co chodzi. Rozpoznaje ją.. - ciężko westchnął i wygodnie usiadł obok, co dostrzegłam kątem oka. - I pamiętam doskonale, jak to wyglądało. Zabiłem ją jeszcze przed twoim przybyciem do Eldaryi. Ukrywałem się w tych górach przez jakiś czas, słyszałem plotki.. Według nich Tenpu miało być w posiadaniu czegoś co bardzo mogło mi pomóc wtedy w realizacji planu. Włamałem się, ale stanęła mi na drodze. Nie miałem pojęcia co tam robiła. Było sporo strażników i każdego bez problemu ogłuszyłem, ale z nią było inaczej.. - Podniosłam na niego wzrok. Wpatrywał się przed siebie i zaciskał pięść. - Nie mam pojęcia czy wiedziała, że przyjdę, może przeczuwała. Stała przed drzwiami i pierwsza rzuciła się w moją stronę. Zaczęliśmy walczyć, bawiłem się nią, dawałem czasem złudne wrażenie. W końcu się znudziłem, chciałem jak najszybciej przekroczyć te cholerne drzwi, wziąć co trzeba i uciec. Naskoczyłem na nią z mieczem w ręku, ale.. Może nie uwierzysz - rzucił mi krótkie spojrzenie. - Potknąłem się. Wyrżnąłem w ścianę i zakręciło mi się w głowie. Próbowała wykorzystać okazję i chciała mnie zabić. Tylko nieco podniosłem swoje ostrze, a ona się na nie nadziała. - Jego dłoń aż zbielała od zacisku, cały się spiął.
- Nie musisz mi tego opowiadać.. - położyłam dłoń na jego ramieniu. Drgnął i spojrzał na mnie. - Nie panowałam tam nad sobą, po prostu nagle mnie coś chwyciło. Przepraszam za problem, naprawdę nie chce być ciężarem. Zrozumiem jeśli..
- Nie - przerwał mi. - Nie odeśle cię do domku. Wzajemnie jesteśmy swoim kłopotem. Ja u ciebie wywołuje takie ataki, jak ten przed chwilą, a ty.. - zawiesił się. Naprawdę nie owijał w bawełnę, to jednocześnie godne podziwu i przerażające. - Doskonale wiesz co mi przypominasz. Chciałbym o tym zapomnieć, ale muszę to przejść. Więzienie nie jest najlepszą karą za to co zrobiłem. Ty nią jesteś. - Powiedział to tak pewnym głosem. Jego słowa odbijały się przez chwilę echem w mojej głowie. Jestem jego karą. Powinnam czuć satysfakcję, ale czuje się.. Źle?

Za budynkiem spędziliśmy jeszcze kilka minut. Już żadne z nas nic nie mówiło. Ja miałam szansę odetchnąć i uspokoić myśli, a Lance by rozluźnić mięśnie. 
Dopiero w drodze powrotnej do budynku zdecydował się przerwać ciszę. Musieliśmy coś wymyślić na usprawiedliwienie mojego ataku. Zasugerowałam klaustrofobię, lęk przed ciasnymi zamkniętymi pomieszczeniami. Chwile się zastanawiał, ale ostatecznie zgodził się na mój pomysł, w końcu korytarz był dość ciasny. 

Szybko dotarliśmy do Beriusa i karłowatego burmistrza. Stali tam gdzie ich zostawiliśmy, a drzwi były otwarte. Trzymałam się trochę z tyłu i dałam smokowi mówić. Przeprosił i wcisnął bajeczkę o moim lęku. Nie wiem czy uwierzyli, ale mało mnie to interesowało. Wolałam skupić się na zadaniu i starałam nie zerkać na portret kobiety. Lepiej żeby to się nie powtórzyło. 
Po szybkich grzecznościach weszliśmy do graciarni - trafniej nie da się nazwać tego pomieszczenia. Po prawej stronie stała duża szafa owinięta ciężkim łańcuchem, a przed nami były kupki jak na wysypisku. Całe pomieszczenie trochę je przypominało, a najgorsze, że wszystkie te przedmioty rozpoznawałam.
- Skąd macie to wszystko? - Berius zbliżył się do będącego najbliżej pękniętego telewizora. Chyba go wąchał i natychmiast się odsunął.
- Co jakiś czas pojawiają się w środku lasu. Za każdym razem w tym samym miejscu - odpowiedział otwierając kłódkę na szafie i metal upadł na ziemię z okropnym łomotem. - Tutaj mamy mniejsze przedmioty. Wszystko jest do waszej dyspozycji. Ja muszę wracać do obowiązków, przyślę do was kogoś.
Przeleciał wzrokiem po pomieszczeniu i wyszedł. 
Nie czekałam, aż ktoś przyjdzie na jego miejsce. Zaczęłam przechadzać się między kupkami i przyglądać tym śmieciom. 

- Nie widzę tu nic groźnego. To wygląda jak wysypisko śmieci albo złomowisko z Ziemi - po obejściu tego wszystkiego kilka razy zatrzymałam się przed telewizorem i zerknęłam na bruneta. - To urządzenie wyświetla obrazy, filmy. Ludzie spędzają przed nim wolny czas. To telewizor - położyłam dłoń na ekranie. - Zapewne popsuty.
- Reszta tych rzeczy też nie wygląda jakby była w dobrym stanie - Lance podniósł coś z ziemi. Gdy odwrócił się w moją stronę rozpoznałam w przedmiocie spalone żelazko. 
- Masz rację. To wszystko kojarzy mi się ze złomowiskiem - ze sterty sprzętu wygrzebałam myszkę do komputera. - Chociaż może bardziej wysypisko elektro śmieci. Nie wiem czy jakiś złomiarz kupił cokolwiek z tego.
- To źle czy dobrze? - niebieskie tęczówki zawiesiły się na mnie przez chwilę. 
- Obawiam się, że to fatalna wiadomość - westchnęłam i zbliżyłam się do szafy. - Czy to możliwe żeby otworzył się jakiś portal?
- Ostatnio dzieją się dziwne rzeczy, nie możemy tego wykluczyć - smok odłożył co trzymał i stanął za mną. - Dlaczego pytasz?
- Ponieważ jeśli ludzie się zorientują wykorzystają sytuację i wyrzucą tu wszystkie śmieci jakie znajdą. Eldarya zostanie zasypana ziemskimi odpadkami - zabrzmiało ponuro, nawet bardzo, ale taka jest rzeczywistość. Ziemianie nawet kosmosu nie zostawili w czystości.
Chłopcy już się nie odzywali. Musiałam zasiać w ich głowach niezły chaos. Podczas gdy tutaj wszyscy są pogodni i dbają o otoczenie, świat będący bardzo blisko jest kompletnie przeciwny i niszczy wszystko na swojej drodze.

Przeglądanie tego wszystkiego trwało w nieskończoność. Dodatkowo dostałam notes i musiałam wszystko spisać. Zaczęłam od szafy, w której znalazłam dwa telefony komórkowe, laptopy, a nawet drukarki. Na szczęście panowie się zlitowali i zaczęli pomagać. Musiałam im wszystko przy okazji tłumaczyć, a nawet literować, ale i tak w trzech ukończymy szybciej niż gdybym sama miała to wszystko robić. Potem przepisze się nasze listy w jedną i będzie wszystko wiadomo.

Od wyjścia burmistrza minęły pewnie jakieś dwie godziny, tak na oko licząc. Nie było tu ani okna ani zegarka, a przy pracy czas szybko biegnie. W każdym razie nikt na jego miejsce się nie pojawił. Może to była tylko wymówka, bo nie chciał z nami siedzieć, a może zapomniał. Nie ważne. Przynajmniej nikt się nie pchał pod nogami i sprawnie nam szło. 

Po skończonym liczeniu i spisywaniu odetchnęłam z ulgą. Ilość tego wszystkiego była przerażająca. Stare pralki, komputery, telewizory i wszystko co każdy przeciętny człowiek ma w swoim domu. Moje wątpliwości dotyczące miejsca ich pochodzenia znikały z każdym pojawiającym się zniszczonym sprzętem. 
Kilka razy wymknęło mi się marudzenie, a nawet przeklinanie na winnych temu wszystkiemu. Moi towarzysze nie bardzo rozumieli o co chodzi, dlatego opisałam im krótko z czym mamy do czynienia.
Lance był szczególnie zainteresowany falą śmieci, która może zalać ten świat jeśli ludzie odkryją taką możliwość. Nie miałam wyboru, a też nie chciałam tego ukrywać. Jest mi wstyd, ale nie wyrzeknę się swojego pochodzenia, tak jak smok nie cofnie czasu i nie wymaże swoich czynów sprzed siedmiu lat.
Opowiedziałam mu o licznych wysypiskach na Ziemi, o tym jak ludzie nie chcąc płacić za wyrzucanie niepotrzebnych rzeczy wywożą je nawet do lasu i zanieczyszczają środowisko, nie pominęłam też przestępców przewożących zanieczyszczeń z jednego kraju do drugiego czy brudnych plaż, ponieważ z oceanów i mórz wypływają nieczystości. Oboje wyglądali na zaskoczonych, ale to tak bardzo ludzkie. 
- Gdybym była na Ziemi i usłyszała w telewizji o kolejnym nielegalnym składzie odpadów, nie zdziwiłabym się. Nikt by się nie zdziwił. Możemy potępiać i wyzywać, ale w rzeczywistości przeciwstawne działania są na tak małą skalę, że nijak nie pomagają - zakończyłam swoją wypowiedź i kopnęłam klawiaturę idąc w stronę drzwi. - Może chodźmy już. Ten obraz jest zbyt przytłaczający. 
- Masz rację. Po tym co mówiłaś też nie czuję się tu komfortowo - Berius podniósł się z podłogi i zerknął na Lance'a. - Idziesz?
- Tak, tak.. - wyrwaliśmy go z zadumy. Od jakiegoś czasu stał przed szafą i przyglądał się jej zawartości. Powoli się odwrócił od niej i dołączył do nas. 
Opuściliśmy pomieszczenie.

Nie zdążyliśmy przejść dwóch metrów i przed nami wyrósł Martin, nasz przewodnik, który zapadł się wczoraj pod ziemię. 
- Już wyszliście? - Wyglądał na zmachanego. - Wybaczcie spóźnienie, miałem kilka zajęć, a burmistrz mówił, że się nie śpieszy.. - zrobił minę jak zbity pies. 
- Właśnie skończyliśmy, chcieliśmy trochę odsapnąć - zerknęłam po chłopakach. Zgodnie przytaknęli.
- Rozumiem.. - podrapał się po głowie. - To ja pozamykam i zapraszam was na pożywny posiłek. Stawiam. Wasi przyjaciele są już w karczmie. 
Berius klasnął w dłonie i zadowolony nimi potarł.
- Darmowej strawie nie powiem nie. 
- Świetnie. To poczekajcie tu chwilę - uśmiechnął się szeroko i poleciał zamknąć pomieszczenie. 

Wchodząc do karczmy nie dało się przeoczyć wnętrza wykończonego drewnem i solidnych stołów oraz ław, na których leżały, bardziej dla ozdoby, ciepłe koce, a w wielu miejscach były świece nadające klimat całemu lokalowi. Gdybyśmy byli na Ziemi na ścianach wisiały by wypchane głowy i poroża różnych zwierząt, ale tutaj były to głownie zioła i rysunki oraz obrazy przyrody.
Dookoła było słychać gwar i śmiechy, a szczególnie głośno zachowywali się nasi towarzysze podróży, którzy siedzieli w kącie pomieszczenia. Na ich stole stało dużo jedzenia oraz liczne naczynia po piwie i innym alkoholu. Dobrze się bawili, a dostrzegając naszą obecność Gorlas wstał i głośno zapraszał do zabawy. Byłam nieco zaskoczona, to pierwszy raz gdy się odezwał w mojej obecności, a do tego był tak radosny i szczęśliwy jak dziecko.
Śmiało ruszyliśmy w ich stronę i zajęliśmy wolne miejsca. W tym czasie Martin nas na chwilę zostawił, deklarując doniesienie świeżego jedzenia i kolejnej partii do picia. 
Przeleciałam szybko wzrokiem po towarzystwie. Żadne z nich nie miało za sobą tylko jednego piwa, wyglądali na nieco wstawionych i zaczepiali się wzajemnie. Nawet dostrzegłam jak Lance się lekko uśmiecha i bierze jeden kufel aby następnie wychylić jego zawartość wprost do swojego gardła.
To nie mój styl. Nigdy nie lubiłam tego typu spotkań, ale może to dobry moment by zyskać nowe znajomości. Jedno piwo jeszcze nikogo nie zabiło.

Gdy tylko Martin doniósł kolejny prowiant poczęstowałam się napitkiem oraz skubnęłam pieczeni. Uważnie się przyglądał mojej reakcji i nie mogłam zaprzeczyć, smakowało naprawdę wyśmienicie. Nie mam pojęcia co to jest, i może lepiej żebym nie wiedziała, ale w smaku dało się wyczuć słodycz przechodzącą w ostrawy posmak jakiegoś owocu lub warzywa. Uśmiechnęłam się szeroko i kiwnęłam głową.
- Jest naprawdę wyśmienite, a muszę przyznać, że nie bardzo ci wierzyłam.
Chłopak się roześmiał. 
- Nigdy nie kłamię jeśli chodzi o jedzenie i uczucia. Tego możesz być pewna - puścił mi oczko na co jedynie pokręciłam głową. Nawet nie wzięłam jeszcze łyku piwa, a nastrój mi się udzielił.

Pijąc i jedząc zaczęliśmy się bawić i rozmawiać. Nawet Nemora nie patrzyła na mnie morderczym wzrokiem, a Torin się szeroko uśmiechał. Wyglądało na to, że Lance wyluzował, ale nie dochodziło między nami do interakcji. Chyba oboje unikaliśmy spojrzeń w swoją stronę po tym co powiedział za ratuszem. W trakcie inwentaryzacji ludzkich odpadków wyglądało to nieco inaczej - obowiązki, ale teraz to był nasz czas wolny.
Nie przejmując się obecnością smoka siedzącego naprzeciw wdałam się w rozmowę z Martinem. Opowiedział mi trochę o tutejszych, ich pozytywnym podejściu do przyjezdnych i swojej pracy. Okazuje się, że mimo ojca kowala on poszedł inną ścieżką. Pracował w porcie i zajmował się papierkową robotą. Za każdym razem gdy cumuje jakaś łódź albo ktoś przybywa do Tempu on zajmuje się wszelkimi formularzami. Naszym przypadkiem również musiał się zająć, ale burmistrz podobno poprosił go aby osobiście zajął się naszą grupą i był do dyspozycji. Nie wnikałam w powody, może ich zwyczajnie nie było.
W przeciwieństwie do milczenia Gorlasa. Z trudem zwierzył się, że jest strasznie nieśmiały dlatego woli przebywać sam niż palnąć jakąś głupotę i potem umierać ze wstydu przez cały tydzień. Aby śmiało z kimś rozmawiać i się śmiać potrzebny mu jest alkohol, bo i tak potem niczego nie będzie pamiętał albo sporo dni znajomości, a to ostatnie jest naprawdę trudno osiągnąć nie rozmawiając. Jednak jestem w stanie go zrozumieć. Sama będąc dzieckiem uciekałam od innych. Z czasem to się zmieniało, ale nie byłam zwierzem imprez. 
Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, to dopiero tutaj, w Eldaryi udało mi się wytrzymać w centrum uwagi. Wybrana przez wyrocznię, jedna z ostatnich aengeli, wybawicielka..
To wszystko się za mną ciągło siedem lat temu i prędko nie zniknie, może nawet wcale. 
Przede wszystkim nie raz mówiłam publicznie, wszyscy słuchali co mówię, panikowałam, wyzwałam i próbowałam pomóc. Nigdy nie zapomnę momentu, w którym wyrzuciłam z siebie wszystko co leżało mi na sercu. Wtedy gdy cała Kwatera pogrążyła się we śnie, a razem z Karenn i Alajeą wypuściłyśmy jej siostrę, chciałyśmy ją ratować.
Nie wiem kiedy był taki mój przełom, nie dokładnie. Natomiast dokładnie pamiętam wszystkie te stresujące momenty, w których mimo wszystko dałam radę powiedzieć co myślałam i chciałam. Czasem mnie wysłuchano, innym razem chciano zabić, ale mogłam być dumna z tego, że podołałam.
Myślę, że i na Gorlasa kiedyś przyjdzie taki moment.

Do domku wracaliśmy późnym wieczorem. Chociaż wracaliśmy to chyba za dużo powiedziane, część z nas została w karczmie. Próbowali przekonywać abyśmy nie odchodzili, bo zaraz zaczną się tańce i będzie jeszcze lepsza zabawa, ale nie miałam ochoty. W efekcie szłam w towarzystwie Lance'a i Torina, którzy o czymś dyskutowali idąc przodem. 
Trzymając się z tyłu miałam okazję podziwiać widoki i pooddychać świeżym powietrzem. W karczmie nie było go za wiele, przy innych stołach goście palili jakieś fajki, które nie pachniały zbyt przyjemnie.
Na szczęście nie zataczałam się. Obyło się bez dużego picia. Męczyłam przez wieczór jedno piwo i dużo rozmawiałam. Dobrze się bawiłam, ale trzeba odpocząć. Nie sądzę aby kac wczorajszej nocy był wystarczającym usprawiedliwieniem dla mojego trenera jeśli weźmiemy się jutro za ćwiczenie. O ile w ogóle się weźmiemy. Mieliśmy to zrobić dzisiaj, ale widać jak nam wyszło. Spędziliśmy sporo czasu w zamkniętym pomieszczeniu, a potem daliśmy się zatrzymać na zabawie. 
Nie żeby mi to przeszkadzało, ale naprawdę potrzebuję lekcji. Im szybciej się z tym uwinę, tym lepiej. 


Popularne